17 października 2012

W pułapce efektywności

Przyzwyczailiśmy się do "zadaniowego" traktowania naszego czasu. Zalewa nas mnogość terminów, spotkań, maili. Na wykreślone z planera pozycje szybko wskakują następne.
Ulegliśmy złudzeniu, że życiem można sterować w kategoriach przyczyny i skutku, wykluczając to, co spontaniczne i nieprzewidywalne. Zaczynamy patrzeć na siebie i innych jak na maszyny, które do lepszego funkcjonowania wymagają - jak nasze komputery - nowego software'u: nowych metod planowania, sprawniejszych organizerów, kursów NLP, treningów motywacyjnych i pracy nad sobą.

Czytając książki Leo Babauty The Power of Less czy Zen Habits. Handbook for life odniosłem wrażenie, że zbyt wiele uwagi poświęca w nich osobistej produktywności, do osiągnięcia której minimalizowanie i prostota stały się jedynie narzędziami. Z jednej strony niektóre wpisy na blogu Zenhabits inspirowały mnie do zmiany stylu życia, z drugiej zbyt wiele z nich dotyczyło planów, celów do osiągnięcia, zadań do zrealizowania, precyzyjnego sterowania swoim czasem. Skrajnym tego przykładem była jego książka Zen To Done, w której przedstawił "uproszczony" system zarządzania. Nie chcę powiedzieć, że tego typu książki są nieprzydatne. Z pewnością wielu osobom pomagają zaprowadzić większy porządek i mogą być początkiem... rezygnacji z planowania.

Z przyjemnością obserwuję jak od pewnego czasu zmieniają się poglądy samego Babauty. W jednym z ostatnich postów A Journey Without a Goal pisał o podróży przez życie bez jakichkolwiek celów. W pewien sposób zakwestionował swoje wcześniejsze podejście:  I’ve long been a planner and a goal setter, but I’ve been learning a different way over the last few years. It’s a radical shift in thinking and doing, to a freer-flowing mode of being. W miejsce precyzyjnego określania zadań i celów pisze o płynięciu, przyjmowaniu tego, co nieprzewidywalne, adoptowaniu się do tego, co przynosi dzień. Więcej zen, mniej habits...

Jest to znacznie bliższe temu, co sam odkrywam starając się żyć prosto.

Spójrzmy na siebie okiem przyrodnika, nie programisty. Zobaczmy wartość i piękno bycia tym, kim jesteśmy teraz. Rozgośćmy się w obecnej chwili. Wyjrzyjmy przez okno.

Staram się patrzeć na niektóre sprawy i decyzje jak na rośliny, które wymagają czasu i pielęgnacji, aby wyrosły i wydały dojrzałe owoce. Gdyby ogrodnik próbował mechanicznie rozchylać płatki, zapewne zniszczyłby swoje plony.
Zaufajmy naszej pamięci. Często sprawy, które mamy zrobić, dają o sobie znać we właściwym momencie.
W jednym z wcześniejszych postów napisałem: Życie pełne celów upływa na wiecznym pośpiechu. Dopiero gdy nie ma się dokąd spieszyć, zmysły są otwarte na otaczający je świat. Rozluźnij się. Pozwól sprawom rosnąć jak roślinom.

Z mniejszym napięciem, aby zrobić wszystko, co zaplanowaliśmy, łatwiej ogarniemy życie, które rozsadza zbyt ciasne schematy, w które próbujemy je zamknąć. Spróbujmy potraktować dzień jako całość, bez szatkowania go na drobne fragmenty. Całość, którą pod wieczór zamkniemy jak kolejny rozdział napisany przez samo Życie.

Czy to jeszcze możliwe w stechnicyzowanym świecie? Mam nadzieję, że tak.