Lista 30-dniowa

Jest z nami od samego początku drogi do prostego życia, a dopiero teraz, przy wyzwaniu 365 kroków, postanowiłem napisać o niej nieco szerzej. Czasem przypięta do lodówki, najczęściej - po to, by o niej zapomnieć - trzymana w szufladzie, nasz "ostudzacz" emocji związanych z zakupami. Mowa o liście 30-dniowej.

Znakiem naszych czasów jest natychmiastowa gratyfikacja. Gdy chcę czegoś, od razu to dostaję, a raczej - po to sięgam. Gdy opada wojenny kurz, na placu boju o lepsze, dostatnie życie pozostaję z kolejną, mniej lub bardziej kłopotliwą, rzeczą. Uważacie, że jesteście od tego wolni? Moje gratulacje! My mamy do siebie mniej zaufania. Niby postępujemy racjonalnie, ważymy argumenty za i przeciw, podejmujemy starannie przemyślane decyzje i potem się ich trzymamy. W rzeczywistości zakupy i wydawanie pieniędzy to jedna ze sfer, w których nasz zdrowy rozsądek ustępuje miejsca uczuciom. Nasze szafy i szafki wypełnione są rzeczami, które po prostu "musieliśmy mieć", tylko ni w ząb nie potrafimy sobie przypomnieć, z jakiego powodu. 


Narzędziem, które pozwala walczyć z naszą tendencją do impulsywnych zakupów tego, co nie jest niezbędne i akumuluje bałagan, jest nawyk prowadzenia listy 30-dniowej. Za każdym razem, gdy chcesz kupić coś, co z pewnością zmieni Twoje życie na lepsze, lecz tak się składa, że nie jest absolutnie konieczne - niech powędruje na listę. Nie twierdzę, że akurat tego nie potrzebujesz, ale daj sobie czas na zweryfikowanie tej "oczywistości". 

Lista 30-dniowa to swego rodzaju kwarantanna - jeśli potrzeba posiadania jakiejś rzeczy przetrwa te 30 dni oczekiwania na zakup, może okazać się, że rzeczywiście jest nam potrzebna. Ale tylko może. W rzeczywistości bardzo często punkty z naszej listy po 30 dniach potrafią wzbudzić jedynie grymas politowania. Zabawne są zwłaszcza te momenty, gdy zapominamy o tym, co w ogóle na niej zapisaliśmy. Tak już jest, że nasze wczorajsze pragnienia zastępują te dzisiejsze: żywe, bajecznie kolorowe i niebezpieczne. Ale piłujemy ząbki tym hydrom przez wpisanie na niewinną kartkę papieru, pozwalając jej bezpiecznie spoczywać na dnie szuflady, aż zbladną, spopieleją i nierzadko odejdą w niebyt.

Za każdym razem, gdy masz nieodpartą chęć wydać pieniądze na coś innego niż codzienne potrzeby (ekstra odzież, dodatkową parę butów, nowy elektroniczny gadżet lub coś z wyposażenia domu), nawet będąc w środku sklepu i trzymając to coś w ręce - odłóż to na półkę i wyjdź ze sklepu. To samo zrób przed komputerem - wyjdź ze strony sklepu, a nawet wyłącz komputer. 

Potem zapisz na liście nazwę danej rzeczy, jej cenę i datę dodania do listy. Nie wpisuj na nią jedynie artykułów pierwszej potrzeby. Postanów nie kupować rzeczy wcześniej niż po upływie 30 dni. Będziesz świadkiem niejednego cudu, oszczędzając sobie przy tym bezużytecznych wydatków i bałaganu. Już sam fakt stwierdzenia, że dana rzecz nie jest niezbędna, podkopuje naszą pewność, że jest ona faktycznie nam potrzebna. To rzeczywiście daje do myślenia. Czyż nie?

Link do pliku w PDF tutaj.


365 kroków do prostszego życia

Dobrowolna prostota to praktyczne narzędzie do zmiany naszych codziennych nawyków w kierunku lepszego, pełniejszego życia.

Ponieważ archiwum bloga rozrosło się do rozmiarów, które wielu czytelników, a może i samego autora, napawają trwogą, pomyślałem, że warto przybliżyć ideę prostego życia w bezpiecznych, witaminowych dawkach - w postaci codziennych, małych lub większych, zadań do wykonania.

Od dzisiaj zatem przez 365 dni codziennie z prawej strony bloga ukazywać się będzie jeden, niewielki krok, "mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości", chciałoby się napisać :)

Drobna uwaga. Pierwszy nie oznacza najważniejszy. Nie chcę tworzyć jakiejś struktury. Każdy krok jest ważny, bo na drodze przybliża nas do celu. Jeśli dana propozycja wyda się niektórym trywialna lub niezrozumiała, cóż, można zrobić hooop! i przeskoczyć do następnego kroku.

Zapraszam do wspólnej zabawy i wspólnej drogi, bo i ja sam potrzebuję wiele przemyśleć i zrobić.
I jestem ciekaw, gdzie nas te 365 kroków zaprowadzi.

On y va! Pora na krok pierwszy:





Kroki po danym dniu będą znikać, ale może na koniec pokuszę się o ich zebranie w formie e-booka... Zobaczymy. Całość z ew. omówieniem i linkami do właściwych wpisów na blogu znajdziecie na stronie bloga na Fb.


Doskonałość w parze z prostotą, czyli o moich wydatkach na komórkę

W pojedynku na najstarszy telefon zwykle pokonuję rywali, gdy wyciągam mojego Samsunga C260, który światło dzienne ujrzał w 2007 r. i w którym, jeśli wierzyć opisowi producenta, doskonałość idzie w parze z prostotą, zaś "atrakcyjna forma przykuwa uwagę gdziekolwiek jesteś!"

Faktycznie, w dobie możliwości i stylistyki współczesnych urządzeń do wszystkiego, moje "cacko" przyciąga uwagę i budzi skrajne reakcje, od zdania, że toto nie licuje z moim zawodowym wizerunkiem aż do stwierdzenia, że mam hipsterski telefon. Co jakiś czas zatroskany operator nagabuje mnie w sprawie zmiany aparatu. Moja komórka jest tak stara, że nie ma formatu aktualnej daty (świat skończył się w 2014 r.). Jest w tym odrobina zdrowej nonszalancji :)

Mój "tradycyjnie dotykowy" telefon ma kilka niewątpliwych zalet. Po pierwsze nie ma praktycznie niczego poza możliwością rozmawiania, a pisanie SMS-ów to już spory wysiłek. Dzięki temu nie czuję się w obowiązku zaglądać na fejsbuka i mogę bezczelnie rozglądać się po okolicy lub zanurzyć nos w tradycyjną książkę. Aparacik jest bardzo mały, a jego czas czuwania wynosi do 16 dni (obecnie pewnie 14), co przydaje się, gdy zapomnę ładowarki.

Jak przeczytałem tutaj średni wiek wymiany telefonu gwałtownie spada. Podczas gdy „normalne” telefony wymieniamy średnio co 2-2,5 roku, duża część klientów decyduje się na zmianę swojego wysłużonego „inteligentnego telefonu” po zaledwie 11 miesiącach! Udział w tak wyraźnej zmianie częstotliwości wymiany urządzeń ma też ich budowa, są one bowiem o wiele bardziej podatne na wszelkie uszkodzenia. Wygląda więc na to, że mój telefonik jest dużym źródłem oszczędności. I jest praktycznie niezniszczalny, chociaż crash testy stanowią jedną z ulubionych zabaw mojego rocznego synka.

Istotnym elementem mojego roku bez zakupów jest zmieszczenie się w limicie środków na telefon, który zasiliłem kwotą 50 zł, czyli średnie miesięczne wydatki na rozmowy mają oscylować w granicach 4 zł. Przy braku stałego abonamentu i posiadając telefon, który służy mi przeważnie do "bycia pod telefonem" utrzymanie się w tej kwocie nie wydaje mi się aż tak trudnym wyzwaniem.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nowoczesny telefon z jego nieprzeciętnymi możliwościami może być dla innych niezbędnym narzędziem pracy, prowadzenia firmy, źródłem dobrego samopoczucia, prestiżu i kontaktu ze światem, aczkolwiek mam wrażenie, że wielu osobom często ten kontakt ze światem mocno, chociaż niepostrzeżenie, ogranicza. 

Źródło

Może jednak mój przykład posłuży komuś do przemyślenia sensu zakupu nowego telefonu, a może - puśćmy wodze fantazji - powrotu do zalet starej, wysłużonej komórki?




Dwie minuty na prysznic. I ani minuty dłużej.

Bądź zimny albo gorący...
Nie wiem jak wy, ale do tej pory lubiłem zamarudzić pod prysznicem. Od nowego roku postanowiłem jednak przejąć się rachunkami za wodę (zwłaszcza tą ciepłą, bo prysznice lubiłem gorące) i stan zadumy pod wodną kaskadą zamieniłem na pomysł sprinterskich dwuminutowych pryszniców. Nie pytajcie mnie, dlaczego akurat dwuminutowych. Ważne, żeby idea była prosta, łatwa do zapamiętania i przemawiała do wyobraźni... oraz kieszeni.

W rzeczywistości moje rendez-vous z prysznicową słuchawką trwa nawet krócej, a to z tej przyczyny, że przez pierwsze dwie minuty woda z mojego kranu lubi być przeraźliwie zimna. Oszczędność musiałem zatem połączyć z ideą morsowania w stylu miejskim, czyli zimnych natrysków. Dzięki temu program namaczania trwa właściwie tylko kilkanaście sekund, zaś program płukania, choć z konieczności nieco dłuższy, kończy się właśnie w chwili, gdy akurat woda staje się odczuwalnie letnia.

O wszystkich prozdrowotnych właściwościach zimnych pryszniców można sobie przeczytać na wielu stronach i darujcie mi, że je pominę. Ze swojej strony polecam wpis Henryka Minimalisty tutaj, bo odwalił za mnie całą robotę. Z jego tekstu zaczerpnę tylko jeden urzekający argument. Otóż przez zimne prysznice mogę stać się skromniejszą osobą, która nie musi mieć w życiu wielkich wygód. Jeśli za tak niewielką cenę posiądę cnotę skromności, to mnie taki zimny, dwuminutowy i żeby użyć modnego obecnie słowa - ekologiczny prysznic bardzo się podoba.
Z kolei jak donosi Lifehack narażenie ciała na stres termalny działa na nasz mózg podobnie jak solidna dawka antydepresantów (o czym przeczytacie tutaj), co akurat rano może się czasem przydać.


A ile Wam zajmuje poranny lub też wieczorny prysznic?

Mój rok bez zakupów

Dokładnie w Czarny Piątek przyszedł  mi do głowy pomysł, aby nie robić zakupów począwszy od nowego roku. Krok dosyć karkołomny, czy to przez nasze przyzwyczajenie do gratyfikacji za pomocą nabywania rzeczy materialnych, czy też wobec zwykłej konieczności zaopatrywania się w przedmioty codziennego użytku, ale bynajmniej przez niektórych już przetestowany, przykładowo na stronach:
My 'buy nothing year': How one woman saved £22,000
Niezwykłe wyzwanie - rok bez zakupów.

Na blogach minimalistycznych o wyzwaniu roku bez zakupów przeczytacie na blogu Mieć mniej, czy po angielsku One Empty Shelf,
Idea roku bez wydawania posłużyła za kanwę książki Marty Sapały "Mniej".
Pisałem też kiedyś o niej w poście Compact-owe życie, czyli rok bez zakupów.

Tego rodzaju eksperymenty zakładają, rzecz jasna, różnego rodzaju ograniczenia i wyjątki, bowiem na samowystarczalność i życie bez pieniędzy obecnie stać chyba tylko dzikusów gdzieś na peryferiach cywilizacji.

Na ile zatem uda mi się żyć bez wydawania pieniędzy i na czym rzecz ma polegać?

Klucz do sukcesu tkwi, moim zdaniem, w motywacji, którą mógłbym  streścić w haśle:

Co takiego potrzebujesz dzisiaj, bez czego z powodzeniem obyłeś się wczoraj?

No właśnie. Jak to się dzieje, że wczoraj nic mi nie brakowało, a dzisiaj kiełkuje poczucie braku, pojawiają się nowe, materialne pragnienia, odczuwam dyskomfort i niewygodę, a zadowolenie, ba, szczęście, przyniesie mi dopiero kilka "niezbędnych" wydatków? Czy komfort da się budować wyłącznie na sprawach niematerialnych, ograniczając te materialne do znikomego minimum? Czy w grę wchodzi psychiczne uzależnienie, przyzwyczajenie do nieustannej zmiany, a może powiększające się wrażenie pustki bądź odstawania od innych? Jak to jest, że radości dnia szukamy w możliwości kupienia kawy w papierowym kubku, przekąsce na mieście, nabycia, ot tak, nowej książki, kosmetyku czy części garderoby? 
Może nie potrafimy przeciwstawić się inflacji stylu życia, która nakazuje nieustannie podwyższać poziom posiadania, a kierunek naszych codziennych działań wyznaczać musi stale kwestia zaopatrywania się? Zakręcenie kurka z zakupami nieoczekiwanie ujawnia, na ile jesteśmy przywiązani do konsumpcji, jak bardzo wypełnia ona nasze pragnienia, myśli, te bliskie i dalekie plany na przyszłość. Jak pisał Alexander von Schonburg w "Pięknym życiu bez pieniędzy" każde wyznanie, że czegoś potrzebujemy, przypomina kapitulację. W walce z wulgarnością kultury masowej skazani jesteśmy wyłącznie na małe sukcesy. Niech jeden z nich polega na tym, że nauczymy się funkcjonować bez czegoś, co jeszcze niedawno wydawało nam się absolutnie niezbędne.

Najgorsze, a może najlepsze, jest to, że wcale nie jestem wolny od tych wszystkich pytań. I ja również mierzę się z podobnymi dylematami, łatwo przychodzi mi wydawać pieniądze, a jeszcze łatwiej pragnąć nowych przedmiotów i zaprzątać nimi swoją wyobraźnię.

Zdecydowałem się zatem podjąć wyzwanie, aby przekonać się, jak będzie wyglądać to moje życie bez pieniędzy. Czy potrafię nie tylko nie kupować rzeczy nowych, ale nie kupować w ogóle? Czy po kilku dniach wpadnę w czarną rozpacz, czy też, przeciwnie, odsłonią się przede mną nowe horyzonty i pomysły na wypełnienie obszaru pustki? Czym ja wypełnię, by czerpać stamtąd nowe radości i energię?

Jakich rzeczy nie kupuję:

Nie kupuję gadżetów i rzeczy podnoszących status materialny, np. nowy telefon, zegarek, itp.
Nie kupuję rzeczy typu książki, płyty z muzyką, czasopisma i gazety czy kosmetyki (wyjątek dotyczy zestawu z postu Kosmetyki minimalisty).
Nie jem na mieście, nie kupuję drobnych przekąsek ani napojów. Jedzenie przygotowuję w domu.
Nie kupuję ubrań i butów - decyzję poprzedził przegląd i paradoksalnie redukcja garderoby (o czym może jeszcze napiszę).
Nie korzystam z usług - telefon zasiliłem kwotą 50  zł, która ma mi starczyć na cały rok (o tym, jak to zrobię, przeczytacie tutaj); w przypadku włosów zdam się na domowników uzbrojonych w maszynkę, a wizyty u stomatologa ograniczę do tych nieodpłatnych w ramach NFZ (optymistycznie zakładam, że zdrowie mi dopisze).
Co do realizowania pasji, to przed nowym rokiem opłaciłem pakiet startowy w Maratonie Warszawskim we wrześniu - mam zatem długofalowy cel do zrealizowania i to powinno zaspokoić moje ambicje sportowe, poza bieganiem po lesie w najbliższej okolicy i całkowicie za darmo :)

Uwagi:
Ponieważ eksperyment dotyczy jedynie mojej osoby, a nie całej siedmioosobowej rodziny, siłą rzeczy napotka na określone ograniczenia. Zatem będę wydawał pieniądze na potrzeby innych domowników, wspólne jedzenie w domu, wspólne wyjazdy i wydatki związane ze wspólnym spędzaniem czasu. 
Co do poruszania się komunikacją publiczną, nie ponoszę na nią wydatków, gdyż koszty dojazdu zwraca mi pracodawca. Co samo w sobie ułatwia udział w eksperymencie.

Dla dodania sobie odwagi zakończę cytatem z Alexandra:
Bogaty bez pieniędzy będzie tylko ten, kto krytycznie przyjrzy się swoim potrzebom i odpowie na pytanie, czy przypadkiem bez nich nie będzie szczęśliwy.

Tego bogactwa bez pieniędzy i szczęścia bez potrzeb życzę sobie i wszystkim Czytelnikom w rozpoczynającym się roku!






Szczęście a bogactwa

Uznasz za dobro bogactwa: będzie cię dręczyło ubóstwo, co gorzej - ubóstwo fałszywe. Choćbyś bowiem miał wiele, jednakże - ponieważ ktoś inny ma więcej - będzie ci w twym mniemaniu brakowało tyle, o ile tamten cię przewyższa. (Seneka, Listy moralne do Lucyliusza)

Bogactwa są rzeczą niezależną od nas i jako takie powinny być traktowane. Powinniśmy i możemy być równie szczęśliwi niezależnie od tego, czy będziemy biedni, czy bogaci: nasze szczęście nie zależy od bogactw, mieszka bowiem w zupełnie innym rejestrze, w innym wymiarze rzeczywistości.  Są to zmienne w żaden sposób ze sobą niezwiązane. Oczywiście, może nam się wydawać inaczej, a co więcej, całkiem często faktycznie się nam tak - niestety! - wydaje. To jednak właśnie zadanie, jakie stawiają przed sobą stoicy: otworzyć nam oczy na fakt, że szczęście nie jest związane ani ze stanem naszego konta, ani z żadną inną rzeczą od nas niezależną. Naszą rolą jest przyswoić to sobie jako życiową regułę i traktować ją jak kierunkowskaz. (...)

Innymi słowy, jedyną sensowną postawą wobec pieniędzy jest uważać je za rzecz obojętną, natomiast nasz stosunek do nich - za rzecz istotną i ważną. Nie powinniśmy myśleć: "Szczęście zaczyna się od pięciu tysięcy miesięcznie", tylko: "Szczęście jest niezależne od zarobków". Dlaczego? Bo pięć tysięcy, tak samo jak pięćset czy pięćdziesiąt tysięcy złotych będą to cyfry i rozgraniczenia całkowicie arbitralne i niemożliwe do uzasadnienia. Jeśli założymy, że szczęście jest możliwe powyżej  określonej sumy, szybko pobłądzimy: nie będziemy bowiem  w stanie ustalić, ile ona wynosi. Jedyna spójna i konsekwentna droga to przyjąć, że suma ta wynosi zero złotych miesięcznie - innymi słowy, że szczęście i dobre życie jest możliwe przy każdych zarobkach. Jest możliwe przy każdych zarobkach, bo po prostu od nich nie zależy.

Powyższy komentarz do słów Seneki zaczerpnięty z arcyciekawej książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików. Jak żyć mądrze, dobrze i szczęśliwie. Gorącą polecam jej lekturę!

Weź kartkę i pisz...

No urzekła mnie ta piosenka Sound'n'Grace i Filipa Laty pt. "100"'. Mądry tekst: Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic. Za czym tak gnasz, po co Ci to?

Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze 
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
Za czym tak gnasz, po co Ci to?
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno
Ołówek weź, teraz kartkę i pisz:
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic


Ref.
Swój czas, weź w garść, swój czas
Zanim Ci życie nie powie, że pass
I odholuje, weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć





Dobrowolna prostota i oszczędność

Jeszcze nie tak dawno pomiędzy prostotą życia i oszczędnością postawiłbym znak równości. Wielokrotnie w tle upraszczania tliła się motywacja życia oszczędnego. Bo mniej wydanych pieniędzy, to mniej pracy i więcej czasu na przyjemniejszą stronę życia. Jednak kilka razy na własnej skórze przekonałem się, że oszczędnie nie zawsze znaczy prosto.

Za ilustrację niech posłuży... deska do prasowania. Gdy nasza baaardzo stara odmówiła współpracy (i nie dało jej się naprawić), zastosowałem metodę "kupuj używane". Deskę znalazłem na OLX, po którą musiałem pojechać dość spory kawałek drogi. Pomroczność jasna, a może chęć zamknięcia tematu, sprawiła, że po krótkich (za krótkich) oględzinach kupiłem deskę, która w domu okazała się okazem wyjątkowo chwiejnym i w dodatku z wklęsłościami, które dyskwalifikowały ją do jakiegokolwiek użytku. Następnie kupiliśmy nową deskę przez internet, bo to wygodniej, szybciej i... taniej. Po kilku dniach otrzymaliśmy przesyłkę. Deska chwiała się, a w stanie złożonym nieproszona rozkładała. Tym razem zwrot do sklepu, czas stracony na pakowaniu, zamawianiu kuriera, itp. Finał był taki, że w pobliskim sklepu kupiliśmy droższą, ale ładną (i działającą) deseczkę. Kupno w najbliższym sklepie okazało się rozwiązaniem najprostszym, choć nie najtańszym.

Więc jak się ma oszczędność do prostoty? Może rację ma Thoreau, który zauważył, że usiłujemy rozwiązać problem środków egzystencji za pomocą formuły bardziej skomplikowanej aniżeli sam problem. Żeby zdobyć sznurowadła, spekulujemy stadami bydła. Okazuje się, że oszczędność jako cel może spłatać nam brzydkiego figla i dostatecznie skomplikować życie.

Morał z tej historii, moim zdaniem wart zapamiętania, jest taki, że prostota sprzyja oszczędności, podczas gdy oszczędność nie zawsze sprzyja prostocie.

Prostota sprzyja oszczędności, bo rozumne zaspokajanie potrzeb i ich odróżnienie od zachcianek na pewno ogranicza wydatki. Żyjemy bardziej oszczędnie, potrafiąc obyć się bez wielu niepotrzebnych rzeczy. Czasem jednak prostota oznacza właśnie większy wydatek, ale z pełną świadomością, że pozbędziemy się "kosztów ukrytych": straconego czasu i rozczarowań "dobrymi rozwiązaniami", które generują kolejne problemy do rozwiązania. Priorytetem prostego życia byłby zatem wybór takiego rozwiązania, które przede wszystkim generuje "zysk" w postaci zaoszczędzonego czasu i własnych nerwów, a nie oszczędności w portfelu.

Co o tym sądzicie?


Polecam także wpis Świadoma oszczędność...

 


 

O byciu ojcem i nie tylko. Wakacyjne "Charaktery"

Jako wakacyjną lekturę polecam Waszej uwadze nowy numer "Charakterów", a zwłaszcza ich dodatek "Style życia", który ukazuje się co dwa miesiące. Tym razem porusza temat bycia ojcem.

Stan relacji z dziećmi z męskiej perspektywy jest rzeczą dynamiczną, zmienną w czasie, domagającą się naszej czujności i stałej uwagi. Ojcostwa, bardziej niż naturalnego macierzyństwa, trzeba nam, mężczyznom, uczyć się i świadomie je rozwijać. Mówi się o jego kryzysie w erze wywyższenia pracy zawodowej i kariery, które podejmujemy i rozwijamy z jednej strony dla utrzymania rodziny, często jednak kosztem niej i relacji z dziećmi. Choć większość deklaruje, że rodzina jest najważniejsza, w rzeczywistości często ustępuje ona pracy, która stanowi rodzaj alibi dla naszych męskich ambicji.

"Czy to wszystko, co mam, co do tej pory osiągnąłem i co zamierzam osiągnąć, ma jakiś sens? Czy rzeczywiście o to mi chodzi? Czy rzeczywiście muszę spędzać 18-20 godzin w pracy? Czy budowanie zaplecza finansowego jest rzeczywiście najważniejsze?" 

W "Stylach życia" znajdziecie wywiad z Robertem Fintakiem, przedsiębiorcą i społecznikiem, "Ode mnie zależy, jakim jestem ojcem", artykuł "Synowie w moim sercu" Krzysztofa Śliwińskiego, psychologa i terapeuty, oraz tekst mojego autorstwa "Życie po prostu", w którym dzielę się naszymi patentami na dobre życie i drogą do rodzicielstwa, także z perspektywy ograniczenia życia zawodowego. Stawiam w nim tezę, że to nie konieczność pracy nie podlega dyskusji, lecz to rodzina nigdy nie powinna być przedmiotem negocjacji.
 
 "Musiałem postawić na głowie hierarchię, która organizowała mi życie przez wiele lat, zupełnie zmienić moje cele. Szkoły, studia podyplomowe, szkolenia czy inni przedsiębiorcy  uczyli mnie, że zawsze najważniejszy jest cel finansowy, cyfry."

Warto zadać sobie kontrolne pytania: Czy potrafię wrócić z pracy do domu o normalnej porze? Czy jestem obecny w czasie ważnych dla dziecka wydarzeń? Jaka jest jakość wspólnie spędzanego z nim czasu? Czy dzieci muszą walczyć o moją uwagę ze stale otwartym laptopem, smartfonem przyklejonym do ręki, pracą przynoszoną do domu?

"Przy młodszych synach odkryłem, jak trudno mi być ojcem. Ile to wymaga wysiłku, ile łez chciałbym wylać, ale przecież nie mogę się mazać. Mam się bić z życiem, ale bywam potwornie zmęczony, padam na twarz, zasypiam, usypiając najmłodszego. Nie chcę sobie dawać taryfy ulgowej, wiem natomiast, że pewnych rzeczy nie można kupić, trzeba je przeżyć samemu. Nie odzyskam czasu, a ten, który pozostał ma swoje ograniczenia."

Więcej pisze się o relacji ojców z małymi dziećmi. Ważne jest jednak, byśmy nie zapominali, że dzieci potrzebują nas, zaangażowanych ojców, na każdym etapie życia. Nie wycofujmy się z relacji zwłaszcza wtedy, gdy pozornie nie okazują, że im na tym zależy. Coraz bardziej też zdaję sobie sprawę, że na nawiązanie dobrych relacji z naszymi dziećmi mamy naprawdę niewiele czasu. To, z jakim obrazem ojca - wspierającego czy też nieobecnego - wejdą w dorosłe życie, zależy od naszych dzisiejszych, czasem drobnych, decyzji.

Wydanie Charakterów, z których pochodzą powyższe cytaty, w wersji papierowej lub elektronicznej można nabyć na stronie wydawnictwa tutaj.

Więcej o rodzicach i dzieciach na blogu znajdziecie w zakładce RELACJE.




Przyjemność prosta

Kolejna część cyklu na podstawie Prostego życia  Charlesa Wagnera  z 1905 r.

Podobnie jak w czasach Wagnera, także i dzisiaj możemy zapytać: czemu utraciliśmy umiejętność dobrej zabawy? Usiłujemy wprawdzie się bawić, ale zwykle chybiamy celu. Od czego to zależy?

Jakże myśleć o zabawie! Uginamy się przecież pod ciężarem niezliczonych kłopotów, z których każdy oddzielnie wystarczyłby do popsucia humoru. Wszędzie spotykamy ludzi rozgorączkowanych, zapracowanych, wyczerpanych. Gdziekolwiek spojrzymy, wszędzie widzimy ludzi niezadowolonych.

Jednak przyczyny naszej obecnej niemocy, tego zaraźliwego złego humoru, który nas opanowuje, zależą w równej mierze od nas, jak od okoliczności zewnętrznych. Radość tkwi bowiem nie w przedmiotach, ale w nas samych!

Wagner zauważa niepokojący upadek naszych sił życiowych, wynikający z nadużywania  przez człowieka wrażeń, które przytępiły zmysły i zmniejszyły zdolność odczuwania szczęścia. Natura upada pod ciężarem narzuconych jej ekscentryczności. Wola życia usiłuje zadowolić się sztucznymi sposobami. We wszystkich tych skomplikowanych i najprzemyślniejszych rozrywkach nie przedestylowano nigdy kropli uciechy prawdziwej.  Czy nie jest to trafna diagnoza naszej współczesnej zabawowej kultury, która zyskała już swoją nazwę - tittytainment - na określenie ogłupiania rozrywką niskich lotów?

Do prawdziwej zabawy należy mieć zdolność odczuwania przyjemności. Kto ją posiada może bawić się tanim kosztem. Takiej zdolności nie jest w stanie zniszczyć ani sceptycyzm, ani życie sztuczne lub nadużycie. Podtrzymuje ją ufność, umiarkowanie i normalne zwyczaje działania i myślenia. Wszędzie, gdzie spotykamy życie proste i zdrowe, towarzyszy mu zawsze istotna przyjemność niczym woń towarzysząca kwiatom naturalnym. Choćby to życie było trudne, ciężkie, pozbawione wszystkiego, co uważamy zazwyczaj za zwykłe warunki przyjemności, widzimy w nim rozkwitającą delikatną i rzadką roślinę: wesołość.  Podczas gdy w cieplarnianych warunkach hodujemy ją na wagę złota, aby się rozwinęła i zgasła w naszych rękach.

Nikt zdaje się nie doceniać należycie znaczenia wesołości dla człowieka. Wesołość to ogień święty, który należy podsycać, który promiennym blaskiem oświetla życie. Należy ją utrzymywać w sobie, wśród trudów i trosk życiowych. Jednak trzeba do tego prostoty serca. Żyjmy czasem, chociażby przez  godzinę, z pominięciem wszystkiego innego, z myślą zabawienia drugich.

Kiedy wreszcie - pyta Wagner - zdobędziemy tyle prostoty, aby na naszych zebraniach nie stawiać na pierwszym planie wszystkiego tego, co nam nerwy drażni w życiu codziennym? Czy nie zdołamy nigdy zapomnieć choćby na godzinę naszych pretensji, zawiści, podziałów, aby pozostać dziećmi i śmiać się jeszcze tym szczerym śmiechem, który tyle dobrego robi i czyni ludzi lepszymi?


Poprzednie części  cyklu:
Potrzeby proste
Mowa prosta
Myśl prosta
Duch prostoty
Życie utrudnione

Prawa prostoty: Organizuj

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

Dzięki właściwej organizacji więcej sprawia wrażenie mniej. 

Chodzi o zarządzanie złożonością, z czym stykamy się przede wszystkim w domach, w których rzeczy wydają się mnożyć.

Maeda wymienia trzy spójne strategie redukcji bałaganu i osiągnięcia prostoty:
1. kupno większego domu,
2. umieszczenie wszystkiego, czego nie potrzebujemy, w miejscu do przechowywania,
3. metodyczne zorganizowanie tego, co posiadamy.

Początkowo większy dom zmniejsza bałagan kosztem większej przestrzeni. Ostatecznie jednak więcej przestrzeni z czasem oznacza więcej bałaganu.
Magazynowanie zwiększa ilość wolnej przestrzeni, ale dość szybko zostaje zapełniona kolejnym rzeczami, które odkładamy.
Wreszcie wdrożenie systemu organizacji tego, co posiadamy w naszej ograniczonej przestrzeni, zmienia chaos przedmiotów w uporządkowaną strukturę.

Wszystkie te trzy metody dynamicznie się rozwijają. Niemałym kosztem zamieniamy mieszkania na domy, zapełniamy nasze garaże lub piwnice, na rynku usług pojawiły się także specjalne magazyny samoobsługowe do wynajęcia, nie bez powodu nazwane "less-mess storage". Mamy także możliwość profesjonalnego zaprojektowania naszej garderoby, szafy czy szuflad.

Ukrywanie rozmiarów bałaganu poprzez rozprzestrzenienie go lub ukrycie, o czym była mowa przy pierwszym prawie prostoty (tutaj), jest na dłuższą metę podejściem mało satysfakcjonującym. Niechlujny pokój staje się co prawda wolny od bałaganu w krótkim czasie, jednak pozostaje taki najwyżej przez kilka dni lub tygodni.

W dłuższej perspektywie skuteczny schemat organizacyjny jest konieczny, aby osiągnąć sukces w oswajaniu złożoności przedmiotów, z którą spotykamy się w codziennym życiu. Obok prostych pytań: "gdzie to schować" lub "gdzie to odłożyć" musi pojawić się także trudniejsze pytanie "co pasuje do czego", czyli do jakiej kategorii przyporządkować daną rzecz. Dziesiątki rodzajów ubrań można podzielić dajmy na to na sześć kategorii (krawaty, koszule, spodnie, kurtka, skarpetki i buty), dzięki czemu uzyskujemy większą łatwość w zarządzaniu rzeczami. Chodzi, o to by liczba grup była znacznie mniejsza niż liczba elementów, które mają być organizowane. Oczywiście z podziałem na kategorie nie ma co przesadzać, inaczej same w sobie staną się źródłem bałaganu.

Metod organizowania rzeczy codziennego użytku jest bardzo wiele. Już samo wydzielenie pomieszczeń takich jak kuchnia, łazienka, sypialnia czy pokój dzienny to przykład kategoryzacji przedmiotów. Garnki to już nie patelnie, ale może kategoria sprzętów kuchennych pogodzi jedne z drugimi we wspólnej szufladzie?

Poligonem doświadczalnym są pokoje dzieci. W przypadku tych młodszych przyjęcie niezbyt skomplikowanej struktury organizacyjnej (np. duże pudełka na kredki, książeczki, pluszaki, samochody, klocki) pozwoli zapanować im nad chaosem zabawek. Na początek w ogóle wystarcza jedno duże pudło, które oddziela przestrzeń podłogi od przestrzeni przechowywania. Sukcesem będzie już samodzielne wkładanie zabawek do pojemnika. Oczekiwanie, że dziecko będzie odróżniać dajmy na to kredki drewniane od świecowych i pędzelków lub klocki drewniane od duplo może być już zbyt skomplikowaną zasadą okiełznania bałaganu. Pokój nastolatków, a szczególnie ich zawalone różnościami stoły do pracy, to w naszym przypadku obecnie największe wyzwanie dla potrzeby ładu i harmonii. Właściwie narzuciliśmy tylko jedną zasadę organizującą (bezw)ład przestrzenny: żadnych ubrań na podłodze.

Zdradliwym sposobem organizacji jest "odkładanie na stertę": prania do wyprasowania/złożenia, pracy papierkowej, gazet do przeczytania. Kumulująca się sterta rzeczy zamiast pomagać powoduje efekt bałaganu i osaczenia.

Właściwa organizacja to nie tylko podział przedmiotów na kategorie, ale także zaplanowanie przestrzeni. Przykładowo przygotowanie kawy może być prostą i miłą czynnością, jeśli ekspres do kawy, kawę w słoiku i filiżanki masz w zasięgu ręki, bez konieczności dreptania po całej kuchni (kiedyś od kubków do ekspresu dzieliło nas trzy metry). W kuchni zamiast dużej i niepraktycznej wyspy kuchennej umieściliśmy z czasem okrągły stolik, przy którym jemy codzienne śniadania, bez konieczności przenoszenia się kilkanaście metrów dalej na stół w dużym pokoju. 

Jak widać dzięki właściwej organizacji  nie zmienia się liczba rzeczy (tę zmniejszymy dzięki omawianemu wcześniej prawu redukcji), ale odzyskujemy nad nimi władzę, poczucie harmonii i uporządkowania. A to już czasem wystarczy, aby uzyskać pożądany efekt prostoty w życiu.




Poprzednie wpisy z cyklu:
Prawa prostoty: Redukuj
Prawa prostoty: Kontekst ma znaczenie

Polecam także:
Między twórczym bałaganem a pedantycznym porządkiem


Uwolnij swoje stopy

Przed nami okres wakacyjnych wyjazdów, weekendów na działce, wycieczek. Dlatego gorąco zachęcam Was do jak najczęstszego chodzenia boso.

Warto dać odpocząć stopom, poczuć nie tylko naturalny kontakt z ziemią, ale także otworzyć się na nowe doznania. Stopy to "szósty zmysł": można poczuć różne faktury i twardość nawierzchni, temperaturę, wilgotność. Chodząc boso prostuje się nasza sylwetka, odpoczywa całe ciało. Zwalniamy tempo, bo nie da się spieszyć na bosaka. Stajemy się bardziej skoncentrowani i uważni. I trochę, przyznajmy, przełamujemy codzienną, obutą rutynę...

Chwile, w których chodzimy boso, pamiętamy szczególnie intensywnie. To taka "pamięć stóp".

Zalet chodzenia boso jest naprawdę sporo, bez zaglądania w rejony akupresury. To darmowy masaż, relaks, peeling, hartowanie całego organizmu w jednym.

Warto także odnotować, że chodzić boso można także po śniegu.



Na stronach angielskojęzycznych natknąłem się nawet na stowarzyszenie chodzących boso (tutaj). Oto ich  porady dla początkujących:

Zacznij powoli. Słuchaj swojego ciała. Potem, krok po kroku, eksploruj i rozszerzaj swoje możliwości.

Stopy przyzwyczajone do noszenia butów mogą potrzebować nieco treningu. Początkowo mogą boleć, niekiedy nawet pojawiają się na nich pęcherze, jednak takie problemy znikają przy ciągłej praktyce. 

Zacznij chodzić boso w pomieszczeniach. Potem poszerz horyzonty: wyjdź na zewnątrz, zaczynając od podwórka lub parku. Regularne chodzenie wzmocni twoje stopy i mięśnie z nimi związane, a nawet poprawi sylwetkę i chód. 


Na dworze wybieraj miejsce z delikatną nawierzchnią jak trwa, gleba czy piasek. Szlaki turystyczne mogą stanowić doskonałe miejsce do wzmocnienia i stwardnienia stóp. Zwykle nie ma też na nich zbyt wiele ciekawskich oczu.

Bezpieczeństwo: upewnij się, że widzisz miejsce, na którym postawisz stopę. Unikaj szurania stopami po trawie, glebie lub stosach liści, gdzie może czekać niebezpieczeństwo. Zobacz, gdzie postawisz kolejny krok, i postaw go prosto. W przypadku długotrwałego chodzenia, jeśli poczujesz ból lub dyskomfort, zrób sobie przerwę i daj nogom odpocząć. Potrzeba trochę czasu, aby je wzmocnić.

Chodząc boso w miejscach publicznych możesz czuć się onieśmielony. Ale może to być równie dobrze wyzwalające doświadczenie. Bądź pewny, że inni także chodzą boso publicznie. (Czego akurat Wojciech Cejrowski jest dobrym i godnym naśladowania przykładem.)

Co z zagrożeniami? Czasami może wystąpić szkło, bród lub inne potencjalne niebezpieczeństwa, ale prawdopodobnie nie tak często, jak można by się spodziewać. W dalszej praktyce stopy stają się niezwykle odporne i rodzą sobie z większością zagrożeń. 

Czy nie potrzebujemy butów? Jeśli chodzi o ekstremalne warunki pogodowe lub w pewnych okolicznościach związanych z pracą możemy potrzebować ochrony dla naszych stóp. Możemy traktować buty jak każde inne praktyczne narzędzie. Czy chcemy nosić buty, aby zaspokoić swoją autentyczną potrzebę, czy też po prostu, by dostosować się do nacisków społecznych i aktualnych trendów mody? Oto jest pytanie, na które musimy sobie sami odpowiedzieć. 


To jak w piosence Anny Marii Jopek: "Gdy ruszyć chcesz, w najdalszą z dróg, tam gdzie nie sięga wzrok, musisz wziąć oddech i zrobić pierwszy krok". Bosy krok! Chodzenie boso wymaga jedynie nieco odwagi. Trzeba pozbyć się lęku, że na coś nadepniemy (szyszki dają nieźle w kość!), a także obaw przed reakcją otoczenia. Jednak do odważnych (i bosych) świat należy! :)

Miłośnicy chodzenia boso ostrzegają, że powrót do noszenia butów z czasem staje się coraz trudniejszy!

Lubicie chodzić boso? A może boso biegacie? Jakie są Wasze wspomnienia związane z chodzeniem na bosaka?...



Polecam także wpis 13 powodów, by chodzić.


Rodzinne fotografie - część II

We wpisie "Rodzinne fotografie" dzieliłem się z Wami refleksją nad urokami konwencjonalnych zdjęć, które wklejaliśmy do samodzielne robionych albumów. Fotografię analogową uważałem za zamknięty rozdział. Wiele lat temu rozstaliśmy się z naszym Canonem EOS 500n, oddając go naszej znajomej - początkującemu fotografowi, z którą straciliśmy na pewien czas kontakt...

Na fali zauroczenia przesiedliśmy się jak wielu innych na kompaktową cyfrówkę, która parametrami nie dorastałaby do pięt aparatom w dzisiejszych komórkach. Był to początek końca nie tylko albumów ze zdjęciami, ale wywoływania zdjęć w ogóle. Ostatnie kilka lat to już tylko bity zapisane w katalogach. Źródło wspomnień, ale także frustracji. 

Zmęczony cyfrowym życiem postanowiłem przejść do "analogowego podziemia" (o którym pisałem tutaj). Zaowocowało to nie tylko "analogowymi niedzielami", czyli czasem bez komputera i komórek, ale także... powrotem do robienia zdjęć klasycznym aparatem. 



Na początku roku nabyłem za bezcen Smienkę 8m z zamiarem zrobienia kilku czarno-białych fotografii. Potem przypadkowo spotkałem naszą znajomą, którą zapytałem o aparat. Okazało się, że już dawno nasz Canon zbiera tylko kurz i chętnie nam go odda. Tak oto po kilku latach aparat wrócił pod naszą strzechę. A ja wróciłem do radości i niepokojów robienia tradycyjnych zdjęć. Nie wyrzekliśmy się do końca tych cyfrowych, robionych z telefonu, ale przeważnie w sytuacji, gdy nie nosimy ze sobą Canona. 

Zdjęcia wróciły do formy papierowej. Wkładamy je do albumów. Na razie nie robionych, tylko kupionych. Ale mam zamiar wrócić do tej tradycji. W najbliższym czasie zamierzam także wywołać, stosując ostrą selekcję, zdjęcia z komputera. Trzymajcie za mnie kciuki! 




A swoją drogą fajnie, że taki stary aparat zatoczył kilkuletnie koło, odzyskując w pełni swoją użyteczność... 

Z robieniem zdjęć wiąże się także nasze Pudełko ze zdjęciami.


*zdjęcia we wpisie oczywiście zeskanowane (ze szkodą dla jakości...)

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...


Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne wyprzedaże garażowe!), zmniejszyć ilość informacji napływających z wirtualnego świata (może rzadziej zerkać na portale informacyjne, zlikwidować fejsbuka?), zadbać o aktywny wypoczynek i więcej wspólnego czasu

Prawdziwe okazały się słowa Henry Thoreau, który napisał, że "prymitywne, pionierskie życie (…) przyniosłoby pewne korzyści, albowiem nauczyłoby człowieka, które potrzeby są podstawowymi potrzebami życiowymi i jakimi metodami je zaspokoić".

O wakacjach minimalisty napisałem kiedyś tutajWakacje i urlop to z pewnością doskonała okazja do sprawdzenia, czy odpowiada ci minimalistyczne podejście do życia. 

Ale jest też moment powrotu do domu. Możliwość spojrzenia na codzienne życie świeżym okiem. Zadania sobie kilku pytań: Czego rzeczywiście potrzebuję? Co mówią o mnie przedmioty, którymi się otaczam? Aktywności, którym się oddaję? Jak wykorzystuję czas? Czy i na ile potrafię się uprościć?

Jak to tak, bez tragarzy, tato?

A jak radzić sobie z natłokiem informacji doradzam we wpisie: No access i kod dostępu

Jak nie ułatwiać sobie życia

Jestem łowcą cytatów. Poniższy znalazłem w książce "50 maratonów w 50 dni" Deana Karnazesa, ultramaratończyka. W epoce komfortu i wygody coraz częściej potrzebujemy zdrowego, ciężkiego wysiłku!

"Bieganie uczy, że istnieje różnica pomiędzy ciężką pracą a złym samopoczuciem. Kultura konsumpcjonizmu stara się nam wmówić coś wręcz przeciwnego. Ileż reklam porusza kwestię "ułatwienia sobie życia"? Jeśli cała wiedza brałaby się z telewizji, naszym celem byłoby życie możliwie najprostsze, najwygodniejsze i najmniej wymagające. Wierzylibyśmy, że jedyne pozytywne uczucia płyną z dostarczania ciału przyjemności: smaku drinka, satysfakcji z prowadzenia drogiego samochodu i leżenia na plaży.

A to nieprawda. Stawianie sobie wyzwań, testowanie granic możliwości umysłu i ciała nawet na skraju wyczerpania i klęski, może budzić równie pozytywne uczucia jak inne doświadczenia, jakie oferuje nam życie. Przypuszczam, że stan zadowolenia po wysiłku jest bardziej wyuczony niż przyjemność płynąca z radości i zabawy, ale gdy już go zaznasz, zyskasz więcej sposobów na osiągnięcie satysfakcji, a twoje życie zmieni się na lepsze. Na trudniejsze, ale lepsze.

Podgrzewane fotele, zakupy online i automatyczne odkurzacze wytworzyły próżnię, którą w jakimś stopniu wszyscy odczuwamy. Komfort i wygoda współczesnego życia przestały poprawiać nam samopoczucie, a właściwie przeciwnie - pogarszają je. Jakieś pierwotne instynkty, drzemiące głęboko  w nas, podpowiadają, że potrzebujemy zdrowego, ciężkiego wysiłku - pewnych życiowych zmagań, fizycznego wyzwania."


Prawa prostoty: Kontekst ma znaczenie

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

To, co znajduje się na obrzeżach prostoty, wcale nie jest peryferyjne.

Wpisy na temat praw prostoty są moją swobodną interpretacją książki, która stanowi jedynie pewien pretekst do przemyśleń. Maeda analizuje powyższe prawo zasadniczo w kategoriach estetycznych. Wrażenie prostoty możemy uzyskać pamiętając o tym, co znajduje się na peryferiach. Poszerzając marginesy na kartce papieru uzyskamy wrażenie większej prostoty i przejrzystości samego tekstu.

Mi przychodzi na myśl inne znaczenie tego, co na obrzeżach. Peryferyjność ujmuję jako obecność rzeczy widzianych "kątem oka" lub pojawiających się na progu naszej świadomości. Rzeczy pozornie bez znaczenia, same w sobie może drobne i nieistotne, ale które w większej masie sprawiają, że mamy wrażenie przytłoczenia, nieładu, chaosu. Być może jest tak, że centrum naszej uwagi zajmuje upraszczanie życia, ale nadal odnosimy wrażenie przytłoczenia wywołane często drobiazgami znajdującymi się na jego obrzeżach.

Co to może być?
- chwiejący się stół
- brzęcząca świetlówka na suficie
- kapiący kran
- brak dodatkowej dziurki w zapięciu obroży
- napisy na opakowaniach czytane za każdym razem, gdy sięgasz po pudełko z czymkolwiek
- świadomość drobnej rzeczy do zrobienia, niewymagającej dużo uwagi, ale której od dawna nie zrobiliśmy
- przychodzące znikąd niechciane maile, które co rusz trzeba usuwać
- skrzypiące drzwiczki kuchennych szafek
- szukanie taśmy klejącej, kleju, nożyczek, które powinny leżeć na swoim miejscu
- przetarty sznurek w plecaku utrudniający zapinanie
- urwany uchwyt od suwaka

Na pewno każdy mógłby znaleźć podobne przykłady. Nie ignorujmy zatem pozornie nieistotnych drobiazgów "na marginesie", które w swojej masie potrafią zabagnić naszą codzienność, zatruć nasze dobre samopoczucie i w efekcie czynią nasze życie utrudzonym. Bądźmy uważni i wyłapujmy takie "drobiazgi", którym można szybko przeciwdziałać. Brzęcząca świetlówka już wymieniona. A jak u Was?

A może inaczej rozumiecie opisane powyżej prawo prostoty?


Poprzedni wpis z cyklu: Prawa prostoty: Redukuj

Dobre prezenty

Święta już niebawem. Co prawda większość prezentów „załatwiam” już w listopadzie, ale wiem, że to właśnie teraz zaczyna się gorączka nie tyle poszukiwania prezentów, co wymyślania ich. Przyznaję, przed każdymi kolejnymi świętami myślę sobie zawsze jedno: No nie, w tym roku NIC nie wymyślę!
Pół biedy, gdy twoja rodzina, którą obdarowujesz, składa się ze współmałżonka tudzież dzieci – wiesz, kto, czego potrzebuje lub o czym marzy. Gorzej gdy do „listy” zalicza się więcej osób.

Nie lubię dawać ludziom tego, czego nie chcą, nie potrzebują, nie będą używać (i wiem o tym), nie docenią  - a daję to dlatego, że mnie się spodobało/ było w dobrej cenie/ nie było czasu na szukanie.  
A mimo to, jak co roku, odkryłam kilka fajnych rzeczy nadających się na prezenty. Oto one - może te pomysły przydadzą się i Wam?

Uwielbiam wszystko, co naturalne i użyteczne – ostatnio, czytając o soli, trafiłam na sklep kopalni soli i oto co znalazłam! Taka lampa (KLIK) uszczęśliwiłaby i mnie i -wiem- kilka innych osób w moim otoczeniu. Może w Waszym też?

Ramka nie-na-zdjęcia
Jak każdy zapewne wie, ramka na zdjęcia nie jest pomysłem najgorszym :- ) Ale ja znalazłam dla niej zupełnie inne zastosowanie! Jeśli macie w rodzinie jakiegoś sentymentalistę z wyobraźnią, taka ramka może okazać się dobrym pomysłem.

Kominek zapachowy + olejek eteryczny to mój kolejny pomysł. Dużo rozmawiam z ludźmi na temat zdrowego stylu życia, szkodliwości chemii gospodarczej  i wychodzę z założenia, że można zachęcić bliskich do zmian poprzez podarowanie czegoś, co można bezproblemowo wdrożyć w swoim domu, czyniąc go zdrowszym. Po lampie solnej, kominek jest całkiem niezłą opcją.

Osobiście
Rok temu wysłałam mojej przyjaciółce, która mieszka kilkaset kilometrów ode mnie, kalendarz na nowy rok….. z krzepiącymi cytatami, które własnoręcznie kilka godzin wpisywałam i wklejałam. Na każdy dzień roku jeden.
Dorzuciłam jej też woreczek (no, był to dość solidny zapas) z wyhodowanymi przez siebie, ususzonymi ziołami.

Frajda dla całej rodziny
Uwaga, uwaga: smartphone virtual reality viewer inaczej krótko: 3D Box. Czy ktoś z Was ma takie coś? Mój mąż zdecydował, że to będzie jego tegoroczny prezent. No i okej. Nie zadawałam zbędnych pytań. Po powrocie do domu gdzieś zniknął, nie odzywał się. Gdy poszłam sprawdzić do sąsiedniego pokoju, co się z nim dzieje, ten siedział na fotelu obrotowym i ruszał głową na wszystkie strony, na oczach mając pudło ;-) Nie jestem zbyt biegła w technologii, właściwie jestem sceptykiem, no ale w końcu zapytałam, co to właściwie jest? Odparł, że właśnie jest na dnie oceanu i wokół niego pływa rekin.
Ubrałam to no i zobaczyłam sama :- ) Słuchajcie…. Rewelacyjna sprawa i to już za 40 zł! Ja uruchomiłam akurat aplikację, która zaniosła mnie do kosmosu – krążyłam wokół planet, a głos spikerki opowiadał mi o tych wszystkich kosmicznych cudach :- ) Potem leciałam szybowcem wśród gór, a jeszcze później siedziałam w rollercasterze – koniec tego ostatniego był taki, że prawie spadłam z fotela w pokoju.
Plus tego taki, że może z tego korzystać cała rodzina – każdy po kolei. czyli jeden gadżet, a zabawa dla wszystkich na długie godziny. No i odkryłam czynnik edukacyjny. Uważam to za świetny prezent dla dzieci, które i tak są przesiąknięte technologią – mogą w końcu pobyć w jednej rzeczywistości na dłużej, eksplorując ją. Np. przez minutę przebywać tylko w kosmosie albo w ZOO. 3D Box ma mnóstwo możliwości i można mu dodawać stale nowe aplikacje.
Dzisiejszy świat jest oparty na obrazie. Nie ma sensu od tego uciekać, bo ten obraz może być i piękny, i wartościowy. Spodobał mi się ten 3D Box!


W ferworze poszukiwań prezentu dla 8-latki, natrafiłam na taką książkę: „101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz” – książka jest co prawda dedykowana chłopakom, ale tym bym się nie sugerowała – są w niej naprawdę fajne eksperymenty i pomysły bez względu na płeć. Plus tego taki, że dziecko/dzieci ma szansę spędzić trochę czasu z rodzicem lub starszym rodzeństwem. 


Czy macie jakieś ciekawe pomysły na prezenty? Podzielcie się w komentarzu.

Iwona
Motyw Kobiety



Maksymalizm pożądany

Gdy odwiedzam kawiarnie raz po raz widuję taki obrazek: ona i on. Potrafią siedzieć naprzeciw siebie przez godzinę, dwie i nie odezwać się do siebie ani słowem. Można byłoby to wytłumaczyć zakochaniem odbierającym mowę, gdyby byli wpatrzeni w siebie. A oni są wpatrzeni. W telefon. Każdy w swój.

Od kilku lat mamy w Polsce nowy  termin: nieobecna matka. Wbrew pozorom to nie matka, która pracuje po 12 godzin w korpo. To może być matka siedząca w domu. Jest więc z dzieckiem cały czas. Fizycznie. Ale tak naprawdę nie ma jej dla niego. Godzinami rozmawia przez telefon z koleżankami, sprawdza pocztę, szuka wiadomości w Internecie, korzysta z aplikacji w telefonie.  Od czasu do czasu pacyfikuje kręcące się i żądne uwagi dziecko: Nie rób, nie dotykaj, usiądź, zjedz, podnieś…


Macie czasami tak, że otwieracie komputer w jednym celu i, nie wiadomo kiedy, tracicie główny cel z oczu? Ja niestety tak. Wiecie ile razy zaczynałam słuchać opowiadanie Virginii Wolf „To the Lighthouse”? Pięć. Pięć razy załączałam pierwszą część i wiedziałam z tego tyle, co nic. Po prostu nie mogłam się na tym skupić, bo jednocześnie robiłam masę innych rzeczy. Wydawało mi się, że w ten sprytny sposób zrobię trzy rzeczy jednocześnie – wszystkie tak samo dobrze. Nic z tego. W końcu postanowiłam „zmarnować” całe 50 minut słuchając tylko opowiadania. I było to niesamowite 50 minut. Ja po prostu byłam w tej latarni i czułam zapach morza.

Zatem: jeśli być to maksymalnie. W minimalizmie – robić jedną rzecz, być z jedną osobą, ale na 100 procent. Bo tak naprawdę, jakie nasze zaangażowanie, taka jakość naszego życia - praca, związki, pasje. Dziś wolę zrobić mniej, ale maksymalnie. Przeczytać jeden wartościowy tekst i przeżyć go, zamiast odhaczyć. Wynoszę z tego o wiele więcej niż kiedyś po pobieżnie przerobionych kilku czy kilkunastu. I z ludźmi….. wybieram być na 100 procent. Bo skoro robimy w naszym życiu miejsce dla minimalizmu, to przecież robimy je po coś – nie dla wszechogarniającej pustki. Wierzę, że robimy miejsce dla treści.


Potrzeby proste

Kolejna odsłona książki "Proste życie" K. Wagnera.

Czego potrzeba człowiekowi, aby żyć w możliwie najlepszych warunkach? Zdrowego pożywienia, zdrowego mieszkania, szat skromnych, powietrza, ruchu - odpowiada Wagner.

Pytanie, czego potrzeba do życia, uzależnione jest od naszych subiektywnych przekonań i przyzwyczajeń. Minimum dochodu, poniżej którego życie wydaje się nam niemożliwe, okazuje się możliwe dla tak wielu innych, mniej wymagających. Wagner zauważa, że tak niesłychane różnice w naszych potrzebach świadczą o wielkiej elastyczność w ich naturze i liczbie. Czy jest rzeczą pożyteczną, aby człowiek miał mnóstwo potrzeb i aby usiłował je zadowalać?

Skoro mamy zaspokojone podstawowe potrzeby, żyjąc w warunkach względnie znośnych, skąd pochodzi niezadowolenie tak wielu ludzi? Fakt, iż ci, którzy skarżą się najwięcej, mają właśnie najwięcej danych do zadowolenia, dowodzi, że szczęście nie jest związane z liczbą potrzeb i z naszą gorliwością w ich zaspakajaniu.

Ten, kto wysiłkiem energii nie dochodzi do ograniczenia swych wymagań, naraża się na niedostrzegalne staczanie po pochyłości pożądań. Człowiek, który żyje dla jedzenia, picia, ubierania się, bawienia, dostarczania sobie wszystkiego, czego może sobie dostarczyć, zsuwa się po pochyłości żądz i w miarę posuwania się traci siłę oporu. Puszczając wodze potrzebom i podtrzymując je, rozmnaża się je jak owady na słońcu. Tym, którzy mają miliony, brakuje milionów, tym, którzy mają tysiące, brakuje tysięcy. Potrzeby nasze, zamiast być ujarzmione, stają się niesforną, burzliwą tłuszczą, legionem dręczących nas tyranów.

Strzegąc prostoty w potrzebach unikamy tych wszystkich negatywnych objawów. Wstrzemięźliwość i umiarkowanie są najlepszymi stróżami zdrowia. Czy to idzie o pożywienie, czy o ubranie, mieszkanie, prostota w gustach jest źródłem niezależności i bezpieczeństwa. W miarę życia skromniejszego, zabezpieczamy lepiej przyszłość. Zmiana, choćby znaczna, położenia materialnego, nie wprowadzi nas w kłopoty bez wyjścia, ponieważ podstawą naszego życia nie będzie stół, zapasy, nasze nieruchomości i pieniądze. Nie będziemy się zachowywali jak niemowlę, któremu zabrano smoczek lub grzechotkę. Silniejsi, lepiej uzbrojeni, dający mniej atutów w ręce przeciwnika, będziemy jednocześnie pożyteczniejsi dla drugich. Mniej wymagając dla siebie, zachowamy bowiem środki, które mogą posłużyć dla dobra innych.

Zaspokojenie naszych podstawowych potrzeb na  poziomie względnego komfortu jest obecnie łatwiejsze niż kiedykolwiek. Mimo wszystko wydaje się, że do osiągnięcia materialnego dobrobytu brakuje nam ciągle tak wiele. Olbrzymia elastyczność potrzeb, którą zauważył Wagner, jest z jednej strony pułapką, w którą wciąga nas dzisiejszy konsumpcjonizm, z drugiej stwarza szansę wyjścia z błędnego koła poprzez świadomy wybór skromniejszych warunków życia. 

Inne wpisy z cyklu:
Mowa prosta
Myśl prosta
Duch prostoty
Życie utrudnione


Prawa prostoty: Redukuj

Okazuje się, że niektórzy próbują wyodrębnić prawa prostoty. John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity" formułuje 10 takich praw. Pierwsze z nich, to:

Redukuj, ale rób to rozsądnie.

To dosyć oczywiste prawo prostoty – im mniej rzeczy posiadasz, tym żyje się prościej. Prawda to? Niezupełnie. Redukując możemy pozbawić nasze życie funkcjonalności. Zatem redukuj rozsądnie, próbując znaleźć złoty środek między funkcjonalnością a prostotą. Kiedyś, w przypływie energii, pozbyliśmy się miksera, znacznie ograniczając funkcjonalność naszej kuchni. Cóż, po pewnym czasie pożyczanie miksera od znajomych okazało się na tyle niewygodne, że postanowiliśmy kupić nowy. Czy wy także wpadliście w podobne minimalistyczne pułapki? Pamiętajcie zatem, aby nie stać się ofiarą nadmiernego minimalizowania. Ale inny, pozytywny, przykład: kupując nową pralkę wybraliśmy celowo jak najprostszy model, wyposażony w dość niewiele funkcji w stosunku do innych pralek, które miały uwodzić mnóstwem opcji i możliwości. Stwierdziliśmy, nie bez podstaw, że nie chcemy za każdym razem zastanawiać się, jaki, z kilkudziesięciu, program chcemy akurat wybrać. Zatem ograniczenie funkcjonalności może w efekcie uprościć nasze wybory.

Redukcja to nie tylko eliminowanie, pozbywanie się przedmiotów. Jej odmianą jest ukrycie lub wydzielenie specjalnego miejsca. To bardzo dobry sposób na dość szybkie (i bardziej bezpieczne) osiągnięcie efektu prostego, pustego wnętrza, które np. tak podziwiamy u Japończyków. Okazało się, że w klasycznych, japońskich domach, a właściwie obok nich, znajdowało się osobne, specjalne pomieszczenie, w którym przechowywano… tak, te wszystkie, nieużywane w danej chwili, przedmioty. 

Ostatnio zastosowałem ten manewr sprzątając mieszkanie przed wizytą naszych znajomych. Im mniej przedmiotów na widoku, tym dane pomieszczenie – łazienka, kuchnia, pokój - robi się bardziej przestrzenne, proste i uporządkowane. Wystarczy pozostawić na widoku kilka niezbędnych w danej chwili przedmiotów, resztę zamknąć w szafkach, szufladach, przechowywać na strychu, itp. 

To także najlepszy patent na utrzymanie porządku w pokojach dzieci: chaos dziecięcych przedmiotów pomogą opanować duże pudła i szafki, do których wrzucamy drobnicę. Oczywiście ukrycie jest bronią obosieczną – może prowadzić do gromadzenia rzeczy, których nie potrzebujemy, a o których nawet zapomnieliśmy, że je w ogóle posiadamy, gdyż leżą sobie cicho w szafkach lub na strychu. Aby do tego nie dopuścić musimy stosować rozsądną redukcję.  

Etykiety

#diy #christmas #minimalizm aktywa i pasywa Bauman bezpieczeństwo blog bogactwo Boże Narodzenie brak telewizora cele centra handlowe codzienne decyzje Cykl co nam może pomóc Cykl dobre życie czas dobrowolna prostota Dominique Loreau drobne przyjemności dzieci dziesięcina edukacja Edukacja domowa Edukacja Finansowa Crown efekt Diderota efekt jojo efektywność energia elektryczna energia życiowa fachowcy finanse finanse osobiste gadżety gasingus pins gift voucher golenie gospodarstwo domowe gromadzenie przedmiotów gry losowe handel higiena I Komunia integralność finansowa jakość jałmużna kapitalizm kieszonkowe kłamstwo kolekcjonowanie komfort Komputer/internet konsekwencja konsumpcja konsumpcjonizm koń trojańskie koszty kredyty krwiodawstwo kryzys krzywa zadowolenia książki kuchnia lenistwo Leo Babauta Lotto media minimalizm mniej=więcej mocne strony motywy oszczędzania nadmiar rzeczy napoje nawyki niezależność finansowa ojcostwo oprogramowanie oszczędność oszędzanie pamiątki perfekcjonizm pieniądze pieniądze=życie planowanie plastik plus gsm początek podstawowe potrzeby poręczenie kredytu post potrzeby materialne poznawanie pożyczki prace w domu pranie prawo skupienia prezenty priorytety problem produkty produktywnośc przedmioty przepisy rachunki recenzje recesja reguła 90% reklama reklamy relacje z innymi rewolucja przemysłowa Richard Koch rodzice rodzina rower równowaga sąsiedzi skrupuły slow life solidarność sposoby na oszczędności spread stan posiadania styl życia szkoła śmieci Święta świętowanie TATA technika telefon telefon na kartę tempo życia Thoreau Tom Hodgkinson tu i teraz uczucia umiejętności uroczystości Voluntary Simplicity wakacje wartość netto wiara Wielkanoc Wielki Post wychowanie wydatki wykonanie wyspy szczęścia i sukcesu wyścig szczurów Your Money or Your Life zaangażowanie zabawki zabezpieczenia zadłużenie zakupy zaplanowana nieprzydatność zarabianie przez dzieci zasada Pareto zdrowe jedzenie zmywarka zobowiązania zużycie wody życie żywność