Dom minimalisty - recenzja

Wreszcie usiadłem nad recenzją książki Joshuy Beckera "Dom minimalisty", która ukazała się nakładem wydawnictwa Septem. Książka czekała rok na półce, za co bardzo wydawnictwo przepraszam (:

W podtytule autor zachęca: "pokonaj bałagan i ciesz się uporządkowanym życiem." Książka przeprowadza czytelnika przez proces odgracania wszystkich pomieszczeń, od najłatwiejszych (salon/pokój rodzinny) do tych najtrudniejszych (schowek, pracownia, garaż), obfituje w praktyczne porady i ciekawe przemyślenia/informacje czynione na marginesie, gdzieniegdzie przetykane relacjami adeptów "metody Beckera" (sama w sobie nie wydaje się odkrywcza i sprowadza się najogólniej do pytania: Czy ja tego potrzebuję?). Wiedzieliście, że przeciętny człowiek w trakcie całego swojego życia spędza 153 dni na szukaniu rzeczy, co do których zapomniał, gdzie je włożył? Teraz już wiecie. Od czasu do czasu autor rzuca minimalistyczne, dość okrągłe maksymy typu "Nigdy nie porządkuj tego, czego możesz się pozbyć". Hasła chwytliwe, aczkolwiek mi osobiście zawsze ulatują w niepamięć.

Jeśli chcecie wiedzieć czy jest to książka dobra, to odpowiem, że tak, aczkolwiek z pewnymi zastrzeżeniami. Zapewne większy użytek odniosą z niej osoby, które dopiero wkraczają na drogę minimalizowania. Jednocześnie plusem jest napisanie tej książki przez zwykłego faceta, męża i ojca dwojga dzieci. Nie pisze w stylu Dominique Loreau i od razu zaznacza, że "minimalistyczny dom to nie biały kwadratowy budynek, w którym prawie nic nie ma, a jeśli uda Ci się znaleźć jakieś krzesło albo kanapę, to na pewno będzie to bardzo drogi mebel". Jak pisze minimalizacja oznacza "optymalizację, czyli zredukowanie liczby posiadanych rzeczy do takiego poziomu, który będzie najbardziej służył Tobie i Twojej rodzinie". Problemem jest "nadprodukcja dóbr materialnych", zaś wymarzony dom jest ukryty pod tymi wszystkimi rzeczami i wystarczy tylko pozbyć się nadmiaru przedmiotów. Możesz zmienić swoje otoczenie i całe swoje życie dokładnie w tych okolicznościach, w jakich obecnie się znajdujesz, pisze Becker, i jest to w sumie optymistyczna informacja, zważywszy okoliczność, że zostanie w domu - zwłaszcza w ostatnich czasach - jest nowym sposobem na wyjście (jak pisał Tom Hodgkinson). Aczkolwiek autor Domu minimalisty przewrotnie zauważa, że minimalistyczny dom jest także miejscem, z którego chętniej się wychodzi. Dlatego domatorze, uważaj! Mniej starań o dom przynosi mniej wydatków, a ta jak ją nazywa "minimalistyczna dywidenda" pozwala realizować marzenia, choćby te o podróżowaniu.

Backer zaczyna od fundamentu, jakim jest zadanie sobie pytań o wartości, sens i życiową misję, zaś brak spójności naszego domu z tymi powyżej odpowiada za nasze ograniczenia i frustrację.  Ciekawą koncepcję, analizującą wartość materialną poszczególnych przedmiotów, stanowi tzw. "koszt zagracenia" liczony w jednostkach pieniędzy, czasu, energii i przestrzeni. Każdy przedmiot jest bowiem balansem między obciążeniem i korzyścią. Sposobem zaś na przyspieszenie minimalizacji jest dla Beckera usunięcie duplikatów.

Nie będę przeprowadzał was przez wszystkie pomieszczenia. Przeczytajcie to sobie w książce. Becker analizuje funkcję każdego z nich, dotyka problemu ułudy wygody odnoszącej się do tzw. "rzeczy pod ręką", podaje rozmaite triki, każdy rozdział kończy listą rzeczy do zrobienia. Z jedną rzeczą nie mogę się zgodzić: w rozdziale o sypialni Becker pisze o mądrym wykorzystaniu przestrzeni pod łóżkiem, pod które wkładamy "niezliczone ilości przedmiotów" wskazując, że trzyma pod łóżkiem... niektóre dokumenty firmowe. Troszkę mi tutaj zaiskrzyło w synapsach, najlepszym rozwiązaniem, jak dla mnie, jest dbanie o to, by pod łóżkiem nie było właśnie niczego. A jak jest z tym u Was? Becker zabawnie zauważa, że jedną z niedocenianych korzyści minimalizmu jest możliwość przejścia przez sypialnię przy wyłączonym świetle bez obawy o to, że się o coś potkniesz. 

Na pewno sporą część czytelników, a zwłaszcza czytelniczek, zainteresuje rozdział poświęcony uproszczonej garderobie, którą Becker nazywa "miejscem ikonicznym". Dalej jest o łazience, środkach higieny (czemu potrzebujemy tylu kosmetyków?), sercu domu, czyli przestrzeni w kuchni i jadali (czemu potrzebujemy tylu sprzętów AGD? Ponoć typowa kuchnia - dodajmy w Stanach Zjednoczonych - zawierała 330 różnych przedmiotów). Przechodzimy do gabinetu, zalet niszczarki do papieru (kto ją ma?) i cyfrowego bałaganu, wreszcie zajmujemy się tematem pamiątek i wszelkiego ciężaru przeszłości. Na końcu czeka nas przeprowadzenie minimalizacji w garażu i ogrodzie. Dobrze, że w całej książce pojawia się temat dzieci i zabawek, o które możemy potykać się wszędzie (zabawki, nie dzieci). 

Książka zawiera także dodatek specjalny odnoszący się do przestrzegania zasad minimalizmu na co dzień. Bo, jak słusznie przypomina, zostanie minimalistą to jedno, a bycie minimalistą to drugie. By nam to nieco ułatwić Becker przygotował dla nas harmonogram porządków. 

Całość wieńczą rozważania o zaletach kupna mniejszego domu. No bo jak już pójdziemy za radami Beckera, może się okazać, że mniejsze lokum nie jest takim złym rozwiązaniem. 

Lubię wszystkie książki o minimalizmie, bo nie jest ich tak znowu wiele. Jeżeli zainspiruje nas, choćby na chwilę, do zmiany swojego otoczenia, pozbycia się większej lub mniejszej części dóbr materialnych, oznacza to dobrze zainwestowane czas i pieniądze. Nawet pisanie tej krótkiej, z przymrużeniem oka, recenzji przypomniało mi, że czekają na mnie porządki w warsztacie. Szczerze polecam Wam lekturę!


Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Septem tutaj.

Rok w nowym domu

Za nami pierwszy rok mieszkania w domu. Jak pisałem, dla mnie to dobrowolna prostota w nowej odsłonie. Mieszkanie pod własnym dachem ma wiele aspektów. Tutaj chciałbym poruszyć tylko kilka.

Przenosząc się z mieszkania do domu mieliśmy niewiele własnych mebli. Po roku meblowania okazało się, że wszystkie meble do domu kupiliśmy używane, średnio o połowę taniej w stosunku do mebli ze sklepu, wśród nich prawdziwe perełki i antyki. Przeglądając oferty na portalach typu OLX można dostać naprawdę wszystko, co potrzeba do życia. Przydał się też nasz stary 9-osobowy bus do przewożenia większych gabarytów (pieszczotliwie nazywany przez nas puszką). Kupując używane meble nie tylko zyskujemy oszczędności, ale takie meble nie mają już tej charakterystycznej nutki nowości, przez którą traktuje się je trochę jak intruzów, na dystans, żeby nie pobrudzić i, broń Boże, porysować. A tak od razu meble wpasowują się w niezobowiązujący i ciepły klimat wnętrz, jaki chcemy tworzyć. Miejsce, które zaprasza do wytchnienia i odpoczynku. Dom, który nie odrzuca sterylnością i zimnem stalowych blatów. Taki akurat styl wolimy. 
 
Domowe centrum, czyli jadalnia z dużym stołem


W podsumowaniach mijającego roku dominowały nastroje minorowe. Wiadomo, pandemia, maseczki i te sprawy. Dla nas mijający rok był jednym z najlepszych. Nie deptaliśmy sobie po piętach, każdy miał swój własny kąt, a czas w izolacji spędzaliśmy w ogrodzie. Był to niezwykły czas rodzinnej integracji, jak choćby wspólnej pracy czy posiłków w ogrodzie. 

Walczymy z szyszkami 

Chwile wytchnienia

Używany zestaw ogrodowy, po odmalowaniu jak nowy

Z punktu widzenia dobrowolnej prostoty szczególnego miejsca nabierają przestrzenie własnej twórczości, czyli w moim przypadku garaż pełniący funkcję warsztatu oraz drewutnia. Te dwa miejsca pozwoliły mi na przekucie w czyn idei, zgodnie z którą jeżeli nauczymy się robić różne rzeczy, będziemy mniej zależni od pieniędzy w zaspakajaniu naszych codziennych potrzeb. Mieszkając w bloku realizacja tej zasady doznawała sporych utrudnień. Obecne miejsce sprzyja etyce "złotej rączki".


Huśtawka ekstremalna z opcją natrysku


Piaskownica ze starych bali

Huśtawka dla najmłodszych


Ogród. Miejsce kontaktu z trawą, bolesnych spotkań bosych stóp z szyszkami na tejże, czas wylegiwania się w hamaku pomiędzy sosnami, ale też czas kopania, sadzenia, przekopywania, przesadzania, grabienia, pielenia i dziesiątka innych czynności, których pieszczotliwie domaga się ziemia. Myślę, że jednak jesteśmy "ziemianami", czyli nie tylko mieszkamy na tej planecie, ale do pełnego szczęścia potrzebujemy kontaktu z ziemią, w której baraszkowaliśmy jeszcze jako dzieci. Trudna do opisania radość z pierwszej wyhodowanej truskawki czy porzeczki, kwitnących krzewów. Nieoceniona w codziennej pielęgnacji okazała się własna studnia, dzięki czemu nie musieliśmy skąpić ziemi wilgoci. 










Pandemia. Do domu wprowadziliśmy się w grudniu zeszłego roku, a już od stycznia pojawił się  temat wirusa, zaś od połowy marca zaczęliśmy izolować się od innych. Nie może było lepiej trafić z decyzją o zmianie mieszkania na dom z ogrodem. Nieoczekiwanie stał się on dla nas, razem z pobliskim lasem, azylem w tych zwariowanych czasach. Własna niemała przestrzeń oraz ucieczki na łono przyrody pozwoliły nam na w miarę normalną egzystencję i właściwie nie odczuliśmy ograniczeń mijającego roku.  


Wiosna

Jesień


No i sypnęło nareszcie śniegiem


Podsumowując jednym zdaniem, miniony rok był bez wątpienia rokiem wdzięczności za to nasze nowe miejsce pod niebem. Nie było bowiem dnia, w którym nie bylibyśmy za nie WDZIĘCZNI.

Drugie życie rzeczy

Poniżej proste patenty, które pozwolą przedłużyć użyteczność: 


Ukruszony uchwyt cukiernicy 

Odpadające uchwyty pokrywek z IKEA





Zbite ucho od kubka



Sposób uzupełniania pieprzu w młynku - plastik nagrzewamy suszarką i zdejmujemy główkę



 

To be continued....

O świątecznych prezentach

Temat świąt Bożego Narodzenia, przede wszystkim w warstwie materialnej, poruszałem już wcześniej na blogu. Bywało, że wpadaliśmy w skrajność rezygnując z dawania sobie prezentów (dorośli) lub przenosiliśmy moment obdarowywania prezentami na pierwszy dzień świąt (dzieci). Wszystko znajdziecie w zakładce "świętowanie". 



Od dwóch lat wypracowaliśmy, obecnie z nastoletnimi już dziećmi, entente cordiale: celowo dajemy sobie prezenty o niewielkiej wartości, symboliczne drobiazgi, natomiast dawanie wartościowych prezentów przenosimy na moment urodzin/imienin. Chodzi o takie prezenty, które nie wywołują efektu łał, ale sprawiają drobną przyjemność, bo zawsze przyjemnie jest dawać/otrzymywać małe upominki.  Staramy się, by nie przekroczyły 50 zł dla jednej osoby. Mile widziane są także te własnoręcznie wykonane. Ja np. dostałem w tym roku breloczek z klocka lego do kluczy od syna. 

Przykłady prezentów z tego roku: 
- dobra herbata
- ładny kubek do tejże
- puzzle (40 elementów) 
- poduszka podróżna
- krawat
- zestaw (szczotka, gąbka, rękawica) do pielęgnacji ciała
- książka
- kostka Rubika
- herbatniki do herbaty :)
- jakieś słodycze 
- zestaw popcorn plus torebki (do projekcji filmowych)
- kredka do rzęs i tego typu kosmetyki

Szczerze, nie pamiętam już wszystkich prezentów. Ponieważ jest nas 7 osób w  rodzinie, więc i tak wychodzi z tego worek prezentów. Pamiętam za to zdrową atmosferę, nie ma zawodów, rozczarowań, jest trochę zgrywy i dużo poczucia humoru. 
Pomyślałem, że budujemy atmosferę obchodzenia świąt na przyszłość. Mam nadzieję, że gdy dzieci będą dorosłe w swoich rodzinach lub spędzając święta z nami, nie  będą zachodzić w głowę co też  kupić w prezencie rodzicom lub rodzeństwu. Paczka dobrej herbaty wystarczy. A święta budują obecność i dobra atmosfera, choć to może frazes. Do jej zbudowania nie trzeba drogich, przesadzonych prezentów. 

Pomyślności w nowym roku!




Minimalista w barwach narodowych

Kolejny wpis z archiwum: 

 

Od pewnego czasu chodzi mi po głowie temat patriotyzmu.

Nie jest tak, że przeżywanie rocznic związanych z naszą historią jest mi obojętne. Przeciwnie. Z domu ani ja, ani Żona nie wyniosłem żadnej określonej tradycji obchodzenia wydarzeń narodowych. Od wielu lat w naszym domu staramy się budować własne zwyczaje obchodzenia ważnych dla Polski dat. Przykładowo 11 listopada wywieszamy flagę, śpiewamy ze znajomymi pieśni patriotyczne, czasem bierzemy udział w marszu.

Od pewnego jednak czasu, przyznam się przed Wami, obchodzenie tych ważnych rocznic jest dla mnie coraz trudniejsze. Chodzi o to, że bardzo mocno, użyję tego słowa, zawłaszczone są one przez pewien model ich przeżywania, który zacząłem odbierać jako fasadę, obowiązującą kliszę cyklicznie powielaną. Ten sam zbitek skojarzeń, bicie ciągle w te same dzwony, do znudzenia powtarzane refreny tych samych patriotycznych pieśni, pamięć o bohaterach jakby wymuszona i sztuczna.

Nie chcę powiedzieć, że taki sposób obchodzenia ważnych momentów jest niewłaściwy. Pewnie lepszego nie wymyślono. 

Ja natomiast mam tego dosyć. Chociaż wiem, że są to rzeczy istotne, ważne, że bez walki i przelania krwi iluś tam pokoleń nie bylibyśmy wolni, tu i teraz, chciałbym, aby ta pamięć i hołd były przeżywane przeze mnie głęboko i prawdziwie.

Myślę np. że w następną rocznicę pójdę na cmentarz wojskowy. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie szpalery mogił żołnierzy poległych w 1920 r. kiedy uświadomiłem sobie, że byli to chłopcy nierzadko 15/16 -letni.Pieśni patriotyczne malują pewną optymistyczną wizję podtrzymywaną przez tych, którzy przeżyli. 

Wolę ciszę cmentarza, może książkę z historią mądrze opowiedzianą, żeby poznać i nie zapomnieć. Z dala od publicznej celebry. 

A jakie jest Wasze zdanie?