Blogowe podsumowanie roku 2015

Za nami kolejny rok Drogi do prostego życia. Chciałbym zatem tradycyjnie zrobić niewielkie podsumowanie. Autorom, zwłaszcza nowym, dziękuję za inspirujące teksty, a Czytelnikom za to, że nas odwiedzacie i komentujecie. W tym roku utrzymaliśmy poziom publikacji, w całym roku powstało ponad 80 wpisów!

Cieszę się, że w tym roku Droga wystartowała w konkursie na blog roku 2014, co zmobilizowało nas do pracy i było okazją, by doświadczyć tak wielu oznak sympatii. Droga do prostego życia w kategorii "Lifestyle", w której startowało ponad 300 blogów, uzyskała 27 miejsce. Przy okazji konkursu szczególnie cieszyłem się z powstania cyklu wpisów "Moja historia", w którym Czytelnicy dzielili się swoją przygodą z minimalizmem. Pamiętajcie, cykl jest nadal otwarty!

Ciekawie zapowiadał się Minimalizm jako sposób radzenia sobie z rzeczywistością, będący adaptacją pracy magisterskiej poświęconej minimalizmowi ujętemu jako styl życia. Choć nie wyszliśmy poza pieszy odcinek mam  jednak cichą nadzieję na kontynuację, Karlo :)

Przez ten rok zmieniła się, rozrosła blogosfera w temacie minimalizmu i dobrowolnej prostoty. Wszystkim blogom kibicuję i jestem niezmiernie rad z tylu nowych projektów.

To także rok, w którym na stałe zagościły przydatne narzędzia stworzone przez Piotra: Agregat blogów minimalistycznych oraz Forum Miłośników Minimalizmu i Prostego Życia, które liczy obecnie 190 użytkowników. Zachęcam do ich używania, bo tworzą społeczność, w której możemy nawzajem sobie pomagać, a także wymieniać się poglądami na tematy wzniosłe lub całkiem przyziemne. Zachęcam do zapisania się i aktywnego udziału!

Wreszcie nie mogę pominąć także grudniowej perełki na rynku wydawniczym w postaci kolejnej książki Ani Minimalizm dla zaawansowanych, o której przeczytacie na jej blogu tutaj. Książki jeszcze nie czytałem, ale z pewnością warto do niej w nowym roku zajrzeć.

Co przed nami? W ostatnim wpisie dzieliłem się swoim pragnieniem prowadzenia bloga o chrześcijańskim minimalizmie. Chciałbym także kontynuować zarzucony cykl wpisów na podstawie książki K. Wagnera Proste życie.

Na koniec lista 10 najchętniej czytanych przez Was wpisów opublikowanych w 2015 r.:
1. Dokąd biegniesz, człowieku?
2. Więcej przestrzeni w domu? To możliwe!
3. O naszej walce z długami
4. Odłącz się od Matriksa
5. Moja historia: ZIARNO MINIMALIZMU
6. Bez czego da się żyć i z jakim skutkiem
7. Ruch małych domków - możliwy w Polsce?
8. Jak piec bez piekarnika?
9. Jak nie komplikować sobie życia
10. Nieszczęśliwe święta to nasz wybór


Drodzy Czytelnicy, napiszcie nam, jakie są Wasze noworoczne oczekiwania względem bloga, o jakich tematach chcielibyście czytać? Serdecznie zapraszam!

Wszystkim Autorom i Czytelnikom życzę pomyślności i sukcesów w upraszczaniu życia! Do zobaczenia w nowym roku :)

Chrześcijański minimalizm

Czy minimalizm potrzebuje dodatkowego określenia? Czy jest uniwersalny czy też da się wyodrębnić -choćby przez pryzmat wiary- różne jego odcienie? Jeśli jest tylko narzędziem, środkiem, a nie celem, to pytanie o cel (także ten ostateczny) nie jest chyba bez znaczenia? Dokąd zmierza minimalista w swoim życiu? Co go motywuje?

Zastanawiam się, dlaczego mówienie o minimalizmie/prostocie życia w kontekście chrześcijaństwa rodziło na tym blogu do tej pory tak wiele emocji i dyskusji?

Czy wierzący minimalista ponosi od razu odpowiedzialność za tych wierzących, którzy minimalistami się są? Czy to podważa jego przekonania?

Czy blog o minimalizmie dla wierzących byłby ciekawy i czy jest potrzebny?

Temat chrześcijańskiego minimalizmu był w sieci  rzadko poruszany. Znalazłem kilka fragmentów:

Czy apostoł Paweł był minimalistą? Mówi wszak, że nauczył się przestawać, albo jak ujmują to celnie inne tłumaczenia, być zadowolonym z tego, co posiada. Jeżeli tak, to w takim sensie w jakim minimalistą był Pan Jezus Chrystus, gdy stwierdził - "... cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, jeśli siebie samego zatraci lub szkodę poniesie?"
Ten chrześcijański minimalizm wynika z nadania ludzkiej osobie, ludzkiej duszy, ludzkiemu istnieniu wartości przekraczającej wszystkie możliwe do wyobrażenia zasoby świata. Prawdziwe życie ma sens nieporównywalnie większy od współczesnego "mieć". A praktyczny wymiar tego minimalizmu znajdziemy w słowach Jezusa "Jeśli kto chce pójść za mną". Ciężko jest wędrować z dobytkiem przekraczającym nie tylko 100, lecz nawet kilka rzeczy.
źródło

Oczywiście, ten życiowy minimalizm jest jakoś bliski chrześcijaństwu… Bliski, ale niekoniecznie z nim tożsamy… O ile nie jest tylko sprzeciwem dla samego sprzeciwu, czy wyłącznie sposobem na uwolnienie się jednostki od przymusu konsumowania coraz większej ilości produktów, o ile chodzi w nim o coś więcej niż tylko mądre decyzje życiowe, czy też zdrowy styl życia. Bo chrześcijaństwo wymaga od człowieka czegoś więcej niż tylko mądrego życia.  W chrześcijaństwie wcale nie chodzi o to, by WYGRAĆ SWOJE ŻYCIE tu i teraz…
Jednym słowem staram się jak najmniej od świata brać, nie dlatego, że nim gardzę, ale dlatego, że nastawiam się raczej na dawanie i kochanie. Zwalniam tempo życia, bo spieszę się kochać a miłość potrzebuje czasu i realizuje się w czasie. Redukuję moje potrzeby do minimum, bo pragnę zaspokajać potrzeby tych, których kocham. Nie kupuję zbędnych rzeczy, aby mnie nie zniewoliły i nie przysłoniły tego, co w życiu najważniejsze. Nie karmię duszy śmieciami, bo chcę wypełnić ją prawdziwymi Bożymi wartościami. Czasem rezygnuję z kariery, bo dla mnie największą karierą jest awansować do pracy z Bogiem…
źródło

Wzrost nadmiernej konsumpcji dóbr oraz coraz większy nacisk na ich promocję budzi obawę, że pewnego dnia społeczeństwo skonsumuje samo siebie. Paradoksem jest przecież, że produkty non-logo, jakim miało być Muji, stało się de facto na zachodzie cenną marką poszukiwaną przez bogatych snobów. Prostota i umiar tracą więc swój najgłębszy sens, gdy stają się skomplikowanym sposobem zwracania na siebie uwagi lub środkiem poprawiania sobie samopoczucia: jestem lepszy niż zwykły wyjadacz i konsument, którego po prostu nie stać na takie kosztowne umiarkowanie.
Nie ma wątpliwości, że ponowne odkrycie umiaru przez niektóre obecne trendy kulturalne jest pozytywnym zjawiskiem. Jednak bez odniesienia do trwałej antropologii mówiącej o naturze człowieka, o dobru i złu, odkrycie to jest powierzchowne. Umiar w wersji tradycyjnej nie jest wystawiony na niebezpieczeństwo takiej utraty tożsamości. A to dlatego, że dla uzasadnienia tej wartości nie ma obawy przed głoszeniem obiektywnej prawdy. Nie wynika to z jakiejś mody, ale z poznania natury człowieka i jego zmagań o prawe życie. Wiara dopełnia naturalne poznanie dobra przez człowieka. Umiarkowanie ma swoje dopełnienie w tajemnicy Krzyża. Zmagania z pożądaniem stają się sposobem, by miłować Boga i bliźniego.

źródło


Wydaje mi się, a nawet jestem pewien, że chrześcijański minimalizm może być połączeniem bardzo płodnym i głęboko motywującym  do prostego życia. Zbliża się koniec kolejnego roku na blogu. Ze swojej strony coraz chętniej skłaniam się do nowego projektu, który może wypełnić dotychczasową lukę wśród blogów minimalistycznych: bloga chrześcijanina i minimalisty w jednym.

Bylibyście nim zainteresowani? Liczę na Wasze (konstruktywne!) wypowiedzi.


Post...o poście

24 grudnia, zanim zasiądziemy do konkretnie zastawionego stołu, wiele osób pości. Cokolwiek to oznacza. Poczytałam trochę na ten temat, jak to się ma w tradycji katolickiej i okazuje się, że jest duży rozłam między ludźmi i zacięte walki na słowa, na forach.

Post uderza w coś, co jest dla nas najsilniejsze: łaknienie. Dlatego to tak trudne w leczeniu anoreksji czy bulimii; o ile można zrezygnować całkowicie (i trzeba) z alkoholu w leczeniu alkoholizmu, z jedzenia nie da się zrezygnować podczas leczenia zaburzeń odżywiania.
Kojarzycie scenę biblijną na pustyni, Szatan kontra...no właśnie. Ludzka słabość jak niemożność odmowy pożywienia? A okazało się, że nie samym chlebem żyje człowiek.

Warto sobie odpowiedzieć na pytanie PO CO pościć?
Jutro postanowiłam poprzestać na świeżo wyciśniętych sokach owocowo-warzywnych, aż do kolacji. Post nie jest mi obcy. Kiedyś pościłam regularnie, zazwyczaj nie jedząc kompletnie nic w ciągu 1-2 dni. Ostatnio pościłam serwując sobie jedynie śniadanie i niewielki obiad; żadnych słodyczy ani podjadania między posiłkami. Jeden plus jest taki, że wyraźnie schudłam po 10 dniach (dieta cud?) Drugi, znacznie większy….. to ten, o którym pisała Heidi Baker i mówiła Grażyna Dobroń w „Trójkowej”  Instrukcji Obsługi Człowieka; zyskałam duchowo. W końcu zrozumiałam, po co poszczę.

Może przytoczę słowa tych dwóch pań: Grażyna Dobroń opisała to tak: „Gdy poszczę, czuję się jak ukochane Boże stworzonko”. Z kolei Heidi Baker w swojej książce „Przynagleni miłością” pisze:
Poszczę by być bardziej głodna Boga.
Podzielam zdanie obu pań, bo to tak działa, ale musisz wiedzieć,  PO CO to robisz. Jeśli nie wiesz, dlaczego CHCESZ pościć, to po prostu pozostaniesz głodny i sfrustrowany.
Jeśli chcesz doznać świata duchowego bardziej niż tego, tak nam znanego i lubianego: cielesnego, post jest dla Ciebie.
I post jest zawsze na Twoją miarę; nie musisz głodować całą dobę. Wybierz formę postu, która najbardziej Ci odpowiada, która jest u Ciebie możliwa. To nie jest forma kary, samobiczowania. To chęć stania się bardziej istotą duchową, którą przecież jesteśmy, a nie cielesną. Dialog z Bogiem w Jego przestrzeni, jak i przy okazji…ze samym sobą.  Zyskujesz wreszcie właściwy obraz samego siebie. Teraz może być doskonały czas ku temu! Ja zachęcam bardzo.

Stopnie jałmużny

Jałmużna jest chyba najbardziej eksponowaną w Adwencie praktyką duchową, która ma nas przygotować na dobre przeżycie świąt. Okazji do dawania nie brakuje, ale ważne także, w jaki sposób to robimy...

Bardzo ciekawych przemyśleń na temat jałmużny dostarcza hebrajska cedaka (z grubsza odpowiednik dobroczynności), która oznacza udzielanie pomocy, wsparcia i darowanie pieniędzy ubogim, będącym w potrzebie lub na inne wartościowe cele.

Dawanie cedaki powinno odbywać się w sposób sekretny, a więc najlepiej, gdy otrzymujący pieniądze nie zna ofiarodawcy. Przypominają się słowa Jezusa: „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu.

Cedaka to także specjalna puszka lub inny pojemnik, w których odkłada się monety dla ubogich. Jest tak ważna, że mówi się, iż to dom powinien być do niej przymocowany, a nie odwrotnie…

Duchowe korzyści wynikające z ofiarowania darowizny są tak ogromne (jałmużna zakrywa wiele grzechów), że faktycznie to żebrak wyświadcza przysługę swojemu dobroczyńcy.

Co ważne, dawanie ubogim jest obowiązkiem, którego nie wolno zaniedbywać nawet tym, którzy sami znaleźli się w potrzebie. W przeciwnym wypadku dosyć łatwo moglibyśmy się z tego obowiązku zwalniać.

Wreszcie w dawaniu cedaki wyróżnia się osiem stopni doskonałości:

- najniższy: gdy dajemy z niechęcią
-gdy dajemy mniej, niż powinniśmy, ale z radością
-gdy dajemy bezpośrednio temu, kto nas o to prosi
-gdy dajemy komuś, kto potrzebuje, ale o to nie poprosił
- gdy dawanie nie jest bezpośrednie; ten, kto dostaje - zna nas, ale my nie znamy otrzymującego
- gdy dający zna obdarowywanego, ale otrzymujący nie wie, kto był darczyńcą
- gdy nie znają się ani potrzebujący, ani obdarowujący, a pośredniczy np. organizacja charytatywna
- najwyższy: gdy nasza dobroczynność pozwala uniknąć biedy, zanim się ona pojawi, tzn. gdy nasze pieniądze przeznaczone będą nie na przysłowiowe ryby, ale na wędkę i - przede wszystkim - na naukę łowienia ryb a - jeszcze lepiej -  zakładania stawów rybnych :)

Jaki jest nasz stosunek do jałmużny? Na jakim stopniu są nasze jałmużny? - odpowiedzmy sobie sami.


O jałmużnie pisaliśmy także tutaj.

Nieszczęśliwe święta to nasz wybór

Idzie Boże Narodzenie. Czas, który powinien być magiczny, pełen radości i miłości. Jednakże słowem kluczowym jest tutaj „powinien”, gdyż często zdarza się, że jest to czas pełen nerwów, stresu, a nawet złości, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z małymi, średnimi, ale i starszymi, dziećmi. Czyli ogólnie mówiąc, jest to problem chyba każdego z nas.

Rodzice denerwują się, kiedy czują stres, są przytłoczeni i mają dość. Zamiast radości włącza się w nas autopilot nastawiony na przetrwanie sprawiający, że nie jesteśmy w stanie komunikować się z bliskimi, jakby to ująć, w pełni świadomie. Kiedy jesteśmy poddenerwowani, nie jesteśmy cierpliwi, wyrozumiali, a już z pewnością słowo „spokój” wydaje nam się odległe jak Honolulu.

Wszystkie znaki na niebie, ale i  naukowcy, mówią jedno: święta to jeden z najbardziej stresujących dla nas okresów, gdyż w ciągu roku staramy się nadgonić wszelakie niedoskonałości rodzicielskie popełnione w mijającym roku. Chcemy wszystkim wynagrodzić nasz brak czasu i kombinujemy na prawo i lewo, starając się stworzyć wyjątkową, niezapomnianą atmosferę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że narzucamy na siebie ogromny ciężar, wywierający w nas presję trudną do okiełznania. A najgorsze, że jesteś już dorosła i wiesz, że nie ma Świętego Mikołaja, nikt nie zrobi nic za ciebie, jesteś z tym wszystkim sama bądź też czasem Twój partner stara się „pomóc”, co wcale nie polepsza sytuacji.

O tej porze roku chcemy być wyjątkowymi rodzicami, pieczemy ciasteczka, mamy grafik wypełniony ciekawymi wydarzeniami, latamy jak opętani po sklepie w poszukiwaniu wymarzonej zabawki, której nazwy wymówić nie potrafisz. Następnie dekorujemy, owijamy, wysyłamy dziesiątki kartek do ludzi, których imienia nawet byśmy nie pamiętali gdyby nie notes z adresami, jeździmy tam i z powrotem. Jesteśmy wszędzie i robimy wszystko w tej samej chwili. W ciągu trwania tego jednego miesiąca zrobisz więcej rzeczy niż przez cały rok mijający rok!

Sama dziwię się, że przez tak długi okres czasu dawałam radę ciągnąć cały ten cyrk. I jeszcze ta presja społeczeństwa, że mama powinna być idealna, zwłaszcza dla swoich dzieci i bliskich, a to pogrąża nas jeszcze bardziej każdego roku. Bo kupujemy więcej, co jedynie niszczy nasz budżet, więcej planujemy, co sprawia, że mamy coraz mniej czasu na sen, pracujemy tylko po to, by było wyjątkowo! Dlaczego chcemy, aby było wyjątkowo? To proste - bo zakodowano w nas informację, że nie powinniśmy zaprzepaścić tego czasu. Dlatego też chcemy być wszędzie i brać udział we wszystkim, bo co, jeśli stanie się coś wyjątkowego, a nas przy tym nie będzie? Wydaje nam się, że to tylko w tym miesiącu tworzymy wspomnienia.

Aby osiągnąć perfekcyjne święta czeka Cię dużo ciężkiej pracy, lecz taki jej nadmiar gwarantuje, poza idealnie przygotowaną wieczerzą, również problemy. Minimalizm podczas świąt polega na tym, by dosłownie nie przejmować się tym, jeśli coś nam nie wypali. Minimalizm podczas świąt to bycie obserwatorem, a nie prześladowcą pędzącym za chwilą. Jakże często popadamy w skrajność i chcąc żyć „tu i teraz” tak naprawdę żyjemy złudzeniem. Nasze listy zadań „na święta” bardzo często przybierają imponujące rozmiary, jesteśmy dosłownie wszechobecni w pracy, w domu, w życiu: pierniczki, przedstawienia, choinki, ręcznie robione ozdoby i tak dalej…

Jak wybrać to, co dla nas najważniejsze, kiedy wszystko jest ważne?



Znajdź swoje priorytety


Kiedy wszystko wydaje się nam kluczowe w „prawidłowym” celebrowaniu świąt oznacza to, że musimy się skupić. Weź głęboki wdech i zastanów się. Co jest dla Ciebie, tak naprawdę, najważniejszą częścią świąt? Jaka jest jedna, najważniejsza rzecz, której brak sprawi, że święta nie będą takie same? Co sprawia Ci najwięcej radości? Co jest twoim priorytetem?

Może jest to spotkanie przy rodzinnym stole i rozmowy? Może najważniejsza w tym okresie jest dla ciebie wiara? Może chcesz po prostu czuć się częścią rodziny. Jedna rzecz, pamiętaj!

Teraz zastanów się nad swoimi decyzjami. Czy faktycznie wieczorem w Boże Narodzenie musisz jeździć od domu do domu, jeśli najważniejsza jest dla Ciebie rodzina, ta najbliższa, czyli Twoje dzieci i mąż/żona? Czy faktycznie musisz wysyłać wszystkim kartki na święta? Czy rzeczywiście Twoje dzieci obrażą się, jeśli na stole będzie tylko 12 potraw w ilości, która wystarczy wyłącznie na jeden wieczór? Owszem, nie oznacza to, że masz siedzieć cały czas w domu, jednak zastanów się jak dane czynności wpływają na Twoją rodzinę. Czy Twoja pomoc w akcji charytatywnej przypadkiem zabiera Ci czas, jaki powinnaś spędzać ze swoimi dziećmi czy też z sobą?

Na koniec, naucz się mówić "nie". Co więcej, mów "nie" częściej niż "tak". W naszych czasach wręcz oczekuje się od nas odpowiedzi pozytywnej, jednak jeśli chcesz przeżyć spokojne święta, mów nie. Zwłaszcza, że o tej porze roku tyle osób coś od nas chce: chcą, abyśmy przyjechali do rodzinnego domu, chcą, abyśmy pomogli w przygotowaniu spotkań świątecznych w pracy, chcą, abyśmy pomogli w organizacji imprezy charytatywnej. Bardzo często dzięki naszej nieumiejętności mówienia nie mamy grafik wypełniony do granic możliwości. Dlatego jeśli ktoś prosi Cię o coś, a Ty nie jesteś przekonana do pomysłu, wahasz się: powiedz po prostu NIE!



Ewa Kozieł, Zielony Zagonek


Serdecznie zapraszam na blog Ewy, na którym znajdziecie wiele świątecznych inspiracji :)

Małe sukcesy




Posiłkując się tym pięknym tekstem Aleksandra von Schonburga możemy zapytać się samych siebie, jakie małe sukcesy odnieśliśmy w ostatnim czasie?

Sukcesy na miarę dobrowolnej prostoty, a więc nie cieszmy się z rzeczy kupionej na wyprzedaży... Cieszmy się z tego, że jej nie kupiliśmy :)
Ileż czystej radości możemy mieć nie tyle z naszych działań, ile z tego, że się od nich powstrzymaliśmy!

Jeszcze lepiej - uczynić krok wstecz i nauczyć się żyć bez czegoś, co jeszcze nie tak dawno wydawało się absolutnie niezbędne.

Kiedyś niezbędne wydawało nam się posiadanie telewizora, mikrofalówki w kuchni czy drugiego laptopa. Ostatnio wynegocjowaliśmy z rodzicami, że nie potrzebujemy na prezent projektora do filmów - wobec braku telewizora, i to o przekątnej wielkości sporej ściany, rzecz wydawała się absolutnie naszej rodzinie niezbędna. Kolejny mały sukces...
Od bardzo wielu lat każdej jesieni i zimy cieszę się z tego, że nie kupiłem nowego płaszcza w miejsce starego. Zakup prolonguję na kolejny sezon i ten nie-zakup przynosi mi rokrocznie dużo satysfakcji :)

Uczynić z nieposiadania czegoś powód do takiej samej - jeśli nie większej - radości jak nabycie nowej rzeczy...

Szczególnie w okresie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia uważajmy, aby nie uszczęśliwiać siebie i bliskich na siłę o nowe gadżety - małe akty kapitulacji wobec konsumpcyjnej kultury. Jak wiele radości, przestrzeni i spokoju możemy sobie ofiarować, o ile zdecydujemy się na niematerialne dary w miejsce tych materialnych.


Może odnieśliście ostatnio jakieś małe sukcesy w umiejętności obycia się bez tego lub owego? Podzielcie się z nami!

List starego diabła do młodego nr 2

Jak w zeszłym roku miłośnikom, a mam nadzieję, że znajdę takich wśród czytelników bloga, prozy Clive'a Staplesa Lewisa przygotowałem kolejny, przedświąteczny list starego diabła do młodego… Dobrze czasem spojrzeć na siebie jako Pacjenta - z nieco innej (diabolicznej) perspektywy. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń oczywiście niezamierzone i przypadkowe :)



Mój drogi Piołunie,

Z okazji kolejnej rocznicy urodzin Syna Nieprzyjaciela, powodowany troską o pomyślny los naszego pacjenta, pragnę przypomnieć Ci o obowiązku zachowania wzmożonej czujności, która w połączeniu ze sprawdzonymi procedurami ma duże szanse zneutralizować zagrożenia wynikające z nikczemnych wysiłków przeciągnięcia jego duszy na stronę Księcia Jasności.

Nie muszę Ci przypominać dziejów naszej jakże uzasadnionej secesji, której powodem był absurdalny, pożałowania godny i urągający naszej wrodzonej inteligencji pomysł, aby Syn Nieprzyjaciela stał się człowiekiem. Zignorowanie przez nasze kierownictwo z pozoru drobnego incydentu w Betlejem zapoczątkowało szereg niefortunnych zdarzeń, a jego konsekwencje odczuwamy boleśnie już od ponad dwóch tysiącleci. Nie traćmy jednak nadziei i lekarstwa szukajmy w samej chorobie. Bo choć zgubnym dla naszych planów okazało się przyjęcie przez Syna Nieprzyjaciela ludzkiej natury, tak też wykorzystanie jej wszelkich zmysłowych ułomności u pacjenta może przechylić szalę naszego ostatecznego zwycięstwa.

Jeszcze dzisiaj odczuwam dreszcze na wspomnienie zakłócenia ciszy nocnej przez wojska Nieprzyjaciela, które doprowadziło do pobudzenia ze słodkiego snu Bogu ducha winnych pastuszków. Czy nie uważasz, że posuwanie się do tego rodzaju nadprzyrodzonych działań było po prostu zagraniem nie fair? Odrobiliśmy jednak lekcję i dlatego -niczym wytrawni anestezjolodzy- nie pozwólmy wybudzić pacjenta ze snu statecznej i próżnej samowystarczalności, która nie dopuści do niego jakże niebezpiecznej myśli, że jego biednej duszy może czegokolwiek brakować.

Jak pamiętasz Syn Nieprzyjaciela urodził się w ubogiej stajni, gdyż dla jego Rodziców nie było miejsca w gospodzie. Muszę przyznać, że nie była to z naszej strony najlepsza strategia (czyż nie lepszy byłby apartament w Sheratonie z prywatną opieką medyczną?), ale obecnie konsekwentnie trzymajmy się tego kierunku: powinieneś zadbać o to, aby mieszkanie pacjenta w tym okresie przypominało gwarną, uginającą się od jadła i napoju gospodę. Niech do głowy nie przyjdzie mu myśl jak bardzo jego syto zastawiony stół i worek prezentów nie mają najmniejszego związku z atmosferą tamtej -pozbawionej wygód i perspektyw- Nocy. Zadbaj przy tym o to, aby w wyobraźni pacjenta utrwalić cukierkowy obrazek bożonarodzeniowej szopki. Infantylizacja to zresztą sprawdzona metoda na odwrócenie jego uwagi od spraw zasadniczych: kolorowy celofan, trochę brokatu, mrugające światełka, anielskie włosy, lukrowane renifery i śnieg z waty wprawią go niezawodnie w jakże rozczulający i zwodniczy nastrój.

Pamiętaj, aby jego spontaniczne odruchy obezwładnić sidłami świątecznych zwyczajów jak karpia w galarecie. Powtarzalność gestów i cała ta materialność niech da mu złudne poczucie bezpieczeństwa i spełnienia, aby przypadkiem nie szukał go w okazywaniu miłości swoim bliskim. Spotkanie z rodziną przy wigilijnym stole to zresztą dobra okazja do wyjaśnienia innym jak bardzo się mylą, a jak bardzo rację ma nasz pacjent. Wzbudź przy tym jego czujność na drobne uszczypliwości, niewygodę lub lekko niedoprawione potrawy. W czasie dzielenia opłatkiem warto przypomnieć pacjentowi jak wiele musiał wycierpieć (a niekoniecznie przebaczyć), jednocześnie spuść zasłonę niepamięci na zadane przez niego krzywdy. Pozwoli mu to na wymianę zdawkowych życzeń z mglistym przekonaniem jak bardzo jest wyrozumiały dla słabości swoich bliskich.

Co się zaś tyczy zgubnej praktyki rozpoczęcia wigilijnej wieczerzy modlitwą i fragmentem Biblii, staraj się co do niej wywołać w umyśle pacjenta zdrowy odruch sceptycyzmu. Niech podejdzie do tego rodzaju anachronizmów z uczuciem zażenowania lub -przynajmniej- niecierpliwości. To wszak dobry moment, aby zasugerować mu myśl, co też dostanie pod choinkę.

Zadbaj o to, aby wyjątkowy nastrój wigilijnej wieczerzy, podczas której myśli pacjenta mogą zawędrować w rejony opanowane przez Nieprzyjaciela, skończył się zanim na dobre się zacznie. Wykorzystaj do tego choćby aktualne poglądy polityczne pacjenta i pozostałych biesiadników. Sprawdzonym rozwiązaniem będzie pomysł rozerwania (to odpowiednie słowo, nie uważasz?) biesiadników filmem „familijnym” w tak ulubionej przez nasze kierownictwo telewizji (jak wiesz nic tak skutecznie nie zapobiega zgubnej praktyce śpiewania kolęd).

Przede wszystkim zaś śmiało możemy pokładać nadzieję w materialności ciała pacjenta: jego skłonności do folgowania swojemu podniebieniu i wygodzie. Jak mówi stare przysłowie - „Przez żołądek do serca.” Wkrótce przejedzony i jakże senny, będzie zbyt leniwy, zajęty „świętowaniem” i zmęczony, aby na odgłos dzwonów wzywających na pasterkę (tą nierozważną porą mszy Nieprzyjaciel oddał nam nieocenioną przysługę) podjąć próbę przebudzenia się z duchowej drętwoty. Tak, możemy zaryzykować twierdzenie, że z naszą dzisiejszą wiedzą i praktyką betlejemska noc mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. W każdym razie masz, mój drogi Piołunie, wszelkie niezbędne środki, aby Twój pacjent nie zadał sobie najmniejszego trudu podążenia za pastuszkami i mędrcami do ubogiego i cichego Betlejem. Życzę Ci zatem prawdziwie wesołych i spokojnych Świąt!

                                                                                  Twój kochający stryj, Krętacz


Zeszłoroczny list znajdziecie tutaj - serdecznie zapraszam!



Najlepszy sposób na smutki i kłopoty

Jedną z naszych wielokrotnie ponawianych dziecięcych lektur jest "Babcia na jabłoni" Miry Lobe - w wydaniu z doskonałymi ilustracjami Mirosława Pokory. Książka opowiada o chłopcu, który bardzo chciał mieć babcię, więc ją wymyślił. Bo babcia to najlepszy sposób na wszelkie smutki i kłopoty! Babcia ta mieszka na drzewie, poluje na tygrysy, ujeżdża dzikie konie. Chłopiec spędza z nią cały wolny czas, dopóki do sąsiedniego domu nie wprowadza się samotna staruszka...  Tą właśnie, krótszą część książki, która opisuje zawiązującą się pomiędzy chłopcem i staruszką przyjaźń, lubię najbardziej. 

Pewnego dnia staruszka kupiła chłopcu nowe skarpety, gdyż poprzednia para, poszarpana przez psa, nie nadawała się do zacerowania.

Podeszła do doniczkowej lipy i klamerką od bielizny przyczepiła starą skarpetkę do bambusowej drabinki. Bardzo wesoło wyglądała taka skarpetka w biało-czerwone paski, zwisająca z najwyższego szczebla pośród zielonych liści. Andi się zdziwił: ze skarpetki robić skarbonkę? Sam miał w domu skarbonkę w kształcie świnki.  
- Pojutrze, w poniedziałek - powiedziała staruszka - dostanę pieniądze i wtedy zaraz zaczniemy napełniać tę naszą skarbonkę szylingami i groszami. I będziemy ją karmić codziennie, tak jak świergotki i pływozłotki. A za każdym razem, kiedy już uzbieramy dziesięć szylingów, przewiążemy je kolorową nitką. 
- A jak już cała skarpetka będzie pełna - zapytał Andi - co wtedy zrobimy z takim mnóstwem pieniędzy? Kupimy taki koc przeciw reumatyzmowi?
- Świetny pomysł! - ucieszyła się staruszka. - I zaraz zaczniemy oszczędzać na nowo.
- A potem co kupimy? - zastanowił się Andi. - Lodówkę?
- Świetny pomysł! - powtórzyła staruszka.
- A może telewizor?
To doprawdy znakomity pomysł!
Andi się zastanawiał. Jeśli tak będą ciągle oszczędzać i oszczędzać, to w końcu musi przecież nadejść  taki dzień, w którym staruszka będzie już miała wszystko, czego jej potrzeba. A wtedy co zrobią?
- Mówisz tak, jakby człowiek miał dbać tylko o siebie - powiedziała staruszka. -  A czy nie wiesz  o tym, że istnieją ludzie, którzy marzną przez całą zimę dlatego, że węgiel jest taki drogi? I nie mają masła do chleba, i chodzą w podartych butach?

Serdecznie polecam lekturę, małym i dużym. Przypomniała mi się w ten grudniowy dzień. Nawet najbardziej szara rzeczywistość staje się piękna, jeśli ożywić ją przyjaźnią i szczyptą współczucia.
W okresie meandrowania po alejkach sklepów pamiętajmy o sobie nawzajem. Wierzcie lub nie, ale przeważnie macie już wszystko, czego wam potrzeba: i lodówkę, i telewizor, a nawet parę nowych skarpet (jeśli oczywiście stare nie nadają się do cerowania).

Dobrym przewodnikiem na czas przedświątecznych wydatków mogą być słowa św. Pawła: Teraz więc niech wasz dostatek przyjdzie z pomocą ich potrzebom, aby ich bogactwo było wam pomocą w waszych niedostatkach i aby nastała równość według tego, co jest napisane: Nie miał za wiele ten, kto miał dużo. Nie miał za mało ten, kto miał niewiele.

Nie mieć za mało, a jednocześnie nie za wiele, przychodząc hojnie z pomocą potrzebującym. Jeśli nie zatrzymamy się w tym miejscu, lecz przejdziemy obojętnie dalej - czas radosnych przygotowań na Święta będzie radością zwodniczą, która ostatecznie zaowocuje wewnętrzną pustką.


Każdy może znaleźć coś dla siebie i nie myślę bynajmniej o prezencie.... Możecie zajrzeć chociażby na stronę Szlachetnej paczki lub rozejrzeć się w poszukiwaniu własnej staruszki z sąsiedztwa... To najlepszy sposób na wszelkie smutki i kłopoty.

Po stopniach ubóstwa

Na początek Adwentu słowa św. Faustyny Kowalskiej o stopniach ubóstwa:

- unikać zbytku
- poprzestawać na rzeczach koniecznych
- chętnie skłaniać się do rzeczy najlichszych i to z wewnętrznym zadowoleniem - jak cela, odzienie, pożywienie itd.
- cieszyć się z niedostatku

Wymagający minimalizm...

Dobrego czasu Adwentu!

Wybierz swoją muzykę


Kocham muzykę. Z każdego rodzaju znajdzie się coś, czego mogę słuchać bez opamiętania. I to głośno. Ale poza koncertami reggae zauważyłam, że uciekam od głośnych dźwięków. Drażnią mnie, męczą.  To starość, czy….. ?

„W taką ciszę wszystkie żaby na stawie usłyszę”

Jakiś czas temu, w jakimś starym filmie pewien człowiek chodził cały podenerwowany, a w nocy nie mógł zasnąć, bo na drzewach w ogrodzie śpiewały ptaki, a na pobliskim stawie rechotały żaby.
Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo nie rozumiem tego człowieka i że –moim zdaniem- ma nerwicę. Bo co by zrobił w dzisiejszych czasach pod jego oknem przejeżdżały samochody, autobusy, a z każdego kąta w domu dochodził jakiś dźwięk? Lodówki, komputera, drukarki, TV, radia, telefonu, pralki, blendera….
Otaczamy się mnóstwem dźwięków, w większości tymi niechcianymi, wyprodukowanymi wraz z technologią. I nic z tym nie zrobimy. Mało tego, nauczyliśmy się życia w zgiełku. Tak bardzo, że rechoczące żaby w stawie czy śpiewające ptaki są utęsknionym powrotem do czegoś, do czego zostaliśmy stworzeni. Do natury.
Jeszcze godzinę temu zachwycałam się widokiem drzew za polami i opadającej na nie mgły. Chciałam zrobić zdjęcie, ale przecinające drogę samochody jeździły non stop. I wtedy wyobraziłam sobie, że ich nie ma. Że za jakiś czas przejedzie jakaś konna bryczka, przejdą ludzie drogą, a ja będę stać i w ciszy patrzeć  na te drzewa i pola, i mgłę. I nikt nie będzie się śpieszył, bo żaden naglący dźwięk nie nada rytmu żadnym wydarzeniom. Bo tylko przyroda wie, co robi i jakim rytmem ma podążać.

Nic do mnie nie mów

Jakiś czas temu pisałam o muzyce, którą wybieram (post „Dźwięki mojej przestrzeni”) a dziś pragnę zareklamować ciszę  :- )
Bo coraz częściej jest ona moją jedyną muzyką. Bardzo koi, uspokaja nie tylko umysł, ale i ciało, rozpręża mięśnie. Kiedy kładę się wieczorem do łóżka, dziękuję Bogu za tę chwilę; jest ciemno, cicho, spokojnie, czuję, że już to mnie odpręża.  Chorego też drażnią dźwięki. Rekonwalescencja potrzebuje ciszy. W ciszy zdrowieje ciało i umysł. W ciszy można się zatrzymać i posłuchać samego siebie. Tylko, czy człowiek tego chce?
Kto jeszcze świadomie wybiera - coraz częściej- ciszę? Dobrze się w niej czujecie?

Ps. A zdjęcie drzew za polami przesyłam i tak. Zrobione kilka dni wcześniej  :- )






Wdzięczność

Pragniemy więcej, lepiej i szybciej, niezadowoleni z tego, co posiadamy.
Zamiast tego możemy wybrać wdzięczność za to, co już posiadamy (zarówno jeśli chodzi o rzeczy materialne, jak i niematerialne).

Do postawy wdzięczności prowadzą trzy kroki:

1. Dostrzegam jak wiele dobra posiadam.
Już teraz jestem obdarowany: dachem nad głową, ubraniem, pożywieniem, towarzystwem przyjaciół, miłością rodziny, pracą i zdrowiem, itd…

2. Nie pozwolę, by to, czego chcę, okradało mnie z tego, co posiadam.
Wdzięczność sprawia, że czujemy się zaspokojeni przez to, co posiadamy. Lepsze jest to, co posiadamy, niż pragnienie posiadania czego innego. Kohelet napisał, że „lepsze jest to, na co oczy patrzą, niż nie zaspokojone pragnienie”, gdyż to, czego chcę okrada mnie z radości posiadania tego, co już mam. 

3. Dziękuję za to, co już otrzymałem.
Komu? To już zależy, najlepiej Bogu.

To wdzięczni ludzie stają się ludźmi szczęśliwymi, nie zaś ludzie szczęśliwi – ludźmi wdzięcznymi. Wdzięczność prowadzi do szczęścia, nie odwrotnie. 

Zmieniajmy zatem naszą perspektywę, w miejsce tak częstego niezadowolenia wybierając wdzięczność. 

Patent na dobry weekend

Poniedziałek nie jest najszczęśliwszym dniem; zapowiada cały tydzień wyzwań, pracy i zmęczenia. Często widzimy cały tydzień przez pryzmat obowiązków z brakiem czasu dla siebie i bliskich. W ciągu tygodnia, nawet w poniedziałek po pracy, trudno nam się psychicznie odprężyć, jak to automatycznie potrafimy wraz ze zbliżającym się, wielkimi krokami weekendem.

Ale nawet gdy nadchodzi weekend, często katujemy się rzeczami, których nie udało się załatwić w ciągu ostatnich kilku dni; zabieramy się za sprzątanie, duże zakupy, remont, prace działkowe no i wieczorem wreszcie można zasiąść przy ulubionej grze komputerowej z browarkiem w ręku! No bo w końcu się należy! I tak człowiek nie obróci się dwa razy, a znowu jest poniedziałek.
Jak ja to dobrze znam!

Dziś opowiem Wam o starym jak świat, ale nadal skutecznym sposobie na prawdziwe odprężenie i nabranie energii na cały tydzień.
Dawno temu przeprowadzano na nas eksperymenty wydolnościowe. Próbowano wprowadzić 10-dniowy system pracy, co okazało się kompletnym fiaskiem, jeśli chodzi o wydajność pracownika; udowodniono, że człowiek potrzebuje dnia wolnego raz na 7 dni.
Dzisiaj nie mamy z tym wielkiego problemu; ludzie mają co najmniej 1 dzień w tygodniu wolny, a jednak przez większość tygodnia są chodzącymi, tykającymi bombami; nerwowi, zirytowani najmniejszą przeszkodą, z zaciśniętymi ustami, pełni napięcia.
Co jest nie tak?

Lata temu odkryłam w czym rzecz. Nie w tym, ile dni wolnego będziemy mieć, ale jak je spędzimy. Czy damy sobie prawo do odpoczynku, czy naprawdę chcemy wyjść naprzeciw potrzebom ciała i ducha? Czy zagłuszymy tego wewnętrznego człowieka wołającego o uwagę i troskę.
Od lat wiem, że podarowanie sobie jednego, pełnego dnia w tygodniu ma niebagatelne znaczenie dla naszego samopoczucia, postawy wobec innych, dla naszej pracy przez następne 6 dni.

Kiedyś „święciłam szabat”, czyli sobotę. Rano kościół przez 2,5h potem hulaj dusza….no, prawie! Nie gotowało się w ten dzień, nie sprzątało, nie kupowało, nie wykonywało żadnej zbędnej pracy. Nie oglądało telewizji, nie korzystało z komputera itd.  Za to oddawało się …no właśnie, znowu nie lenistwu, bo jak to szabat przeleniuchować? No to czytało się Biblię i inne „nabożne” książki, spotykało ze znajomymi, jeździło na rowerze czy udawało się na wycieczkę za miasto. Pół biedy, gdy było gdzie pójść i z kim się spotkać. W innym wypadku, człowiek marzył tylko o jednym: żeby ten szabat się już wreszcie skończył!

Tak wygląda religijność. Z czasem ją porzuciłam na rzecz wolności, a przede wszystkim autentyczności. Dzisiaj robię sobie szabat w dowolnym dniu i tak się składa, że zawsze jest to niedziela; w sobotę dopiero do mnie dochodzi, że można zwolnić i zacząć rozprężać mięśnie.  Za to w niedzielę czuję już słońce w duszy! Zawsze rano włączam Miecia Fogg’a który tylko przypomina mi, że oto dobiłam do brzegu tygodnia. Tego dnia żyję wdzięcznością. Spokój naturalnie towarzyszy mi przez cały dzień tylko dlatego, że go wybieram, że mu pozwalam mną zawładnąć.
W południe spotykamy się z rodzicami podczas wspólnego obiadu, rozprawiamy o wszystkich sprawach z całego tygodnia. Nikt się nie śpieszy.

W niedzielę odczuwam potrzebę (niekoniecznie chęć) życia offline. Jestem maniakiem komputerowym, ale podjęłam ostatnio decyzję bycia offline. Jest mi to po prostu potrzebne, bez tego wiem, że nie odpocznę w pełni. Zatem: raczej bez komputera, bez sklepów, bez trosk dnia codziennego.
W niedzielę wydobywam duszę na wierzch i pozwalam jej dryfować pomiędzy spokojem, zachwytem i wdzięcznością.
Z Bogiem spędzam czas codziennie, ale w mój szabat to spotkanie trwa od świtu do nocy; naturalnie, nieformalnie, nieskrępowanie. Jestem w innej rzeczywistości tego dnia i nie wychodzę na zero; nie tylko po prostu odpoczywam, resetuję się,  ale nabieram energii, radości, inspiracji (de facto niczego w tym kierunku nie robiąc) na cały tydzień,  który nie tylko po prostu daję radę przetrwać, ale i mogę dzielić się z innymi moją „niedzielą”.


Jak spędzacie weekendy? Czy możecie powiedzieć  w poniedziałek , że naprawdę wypoczęliście? Jakie macie patenty na dobry weekend?


Wszystkiego doświadczaj, ale....


Całkowicie ddciąć się od zgiełku, iść spać o 22ej, porzucić technologię, wyrzucić pomadkę do ust w kolorze fuksji, przesiąść się na rower i omijać szerokim łukiem McDolands’a.
Wydawałoby się, że w każdym z tych punktów, prawdziwy minimalista przytaknie ruchem głowy. A ja jednak jestem za doświadczaniem. Przywilej poznawania nowych rzeczy, niewiedzy, popełniania błędów w celu dokonania dobrych wyborów, nie powinien należeć  jedynie do dzieci i nastolatków.
Jako ludzie zmęczeni nadmiarem (dźwięków, bodźców, pracy, barw, posiadania) szukamy wewnętrznego kąta, który nas ukoi, pozwoli wrócić do równowagi.
A jednak jestem za doświadczaniem. Wiecie, że dopiero 2 lata temu zjadłam pierwszego w moim życiu hamburgera?! Z 3 lata temu wypiłam po raz pierwszy Whiskey. Nie będę sięgać pamięcią do pierwszego piwa i papierosa, to nieistotne. Istotne jest natomiast, czego się dzięki temu wszystkiemu dowiedziałam.
Do dziś doświadczam rzeczy, bo wychodzę poza ramy mojego bezpiecznego, wybranego, pomalowanego na biało świata. Robię to zarówno dla siebie; żeby poszerzać swoje horyzonty, żeby pozwolić światu na zadziwianie mnie, jak i dla innych; żeby móc powiedzieć „Wiem, co czujesz. Też to przeżyłam”, „Wiem, o czym mówisz. Sama próbowałam”.

„Wszystkiego doświadczajcie, ale tego co dobre się trzymajcie” (1 Tes.5,21) Znalazłam już to, czego potrzebuje moja dusza i to moja baza, moja trampolina, od której się odbijam, by zobaczyć i doświadczyć czegoś innego. Żeby móc wybrać  to, co dla mnie dobre, budować cały czas  swojego wewnętrznego człowieka. A wybieram cały czas, nie zatrzymuję się.
Wypróbowałam ostatnio cienie do powiek w kolorach reggae i od razu przypadły mi do gustu. Z Whiskey spotkałam się po raz pierwszy i ostatni. Hamburger – tak, ale tylko ten na Starym Rynku i niezbyt często, bo jednak wolę coś mniej zapychającego.
Przechodziłam przez wszystkie pomysły na kolory ścian, by najlepiej poczuć się jednak w białych. Mieszkałam przy najbardziej ruchliwej ulicy w mieście i na dużym blokowisku, żeby stwierdzić, że to jednak nie dla mnie. Nasyciłam się centrami handlowymi, ale widzę i plusy: mogę połowę miasta przejść pod dachem centrum handlowego w moim mieście, nie narażając się na zmoknięcie czy zmarznięcie zimą.
Nie trzymam się sztywno reguł, ale i nie oszukuję samej siebie: doświadczam, żeby móc wybierać; mniej to, czego chcę, bardziej to, czego potrzebuję.
Jak to jest u Was? Wychodzicie czasem poza BIAŁĄ linię? : - ) Jeśli tak, to….po co?

Iwona
Motyw Kobiety






Bez czego da się żyć i z jakim skutkiem

Bez samochodu trudno obecnie żyć. Paradoksalnie łatwiej w dużym mieście niż na jego obrzeżach lub w małej mieścinie. Nawet jeśli nie mamy takich odległości do pokonania jak w Stanach, to z niektórych miejscowości trudno się wydostać bez swoich czterech kółek. Samochód mamy i my. Chociaż…. ja i tak 99% wypraw odbywam na rowerze, niezależnie od pory roku. Wielu moim znajomym nie mieści się to w głowie. Stale powtarzają, że „mnie podziwiają”. Za co?! Ja was, moi drodzy ziomale, podziwiam, że macie niezmordowaną determinację wyjeżdżania z garażu za każdym razem, gdy skończą się wam papierosy czy masło. I gdy z radością mówicie, że miesięcznie na paliwo wydajcie TYLKO 600 zł. Dziękuję, postoję. A raczej wsiądę na rower i odjadę.

Deszcz? Zima? Nic strasznego, naprawdę! Problem jest tylko, gdy leje jak z cebra, a ja muszę jechać do pracy. A pracuję z ludźmi. Wtedy, faktycznie, rezygnuję i niepocieszona dreptam z parasolką na autobus.
Tak, kolejny niepoważny pomysł dorosłego człowieka. Jazda autobusem nie jest aż tak straszna jak można sobie wyobrazić! Nie trzeba kierować samemu i denerwować się w korkach, ani płacić 600 zł/mies., tylko 88 zł za miesięczny na wszystkie linie. Wsiadasz i nic cię nie obchodzi!

Auto czasem się psuje. Też tego doświadczyliśmy. Plus jest taki, że mąż ma blisko do pracy – i na nogach, jakby chciał, zajdzie w  25 minut. Ma rower, potrafi się nim obsługiwać, więc sobie poradzi jakby co. Ma też brata w domu obok, któremu zwykle auto nie psuje się wtedy, kiedy nam, a pracują w jednej firmie. Zakupy…. To też u nas nie problem. Bo wiecie: jestem ja i rower. A rower ma duże sakwy na taką okoliczność. Ja jestem jak ten chłop z lasu, współczesny drwal – dam radę.

Ale mąż z auta w ogóle to nie zrezygnuje. Wyjątkowo czujny się robi, gdy rozmowa schodzi na ten temat. Nie i koniec, bo auto też się przydaje. Tak po cichu przyznaję mu rację – fakt, przydaje się. A to nasze przydałoby się już wymienić. Tak nam puściły wodze fantazji, żeśmy powzięli postanowienie na naszą miarę: zostawimy tego rzęcha „w razie czego”, a kupimy sobie po motorze. Jak już uzbieramy. Bo żadnego kredytu! Bez kredytu też się obejdzie.


Ostatnio pewna blogerka napisała, że pozbyła się telefonu komórkowego. Mnie jednak taka decyzja przerasta. W telefonie upatruję wielkiego uproszczenia. Okej, wychowałam się w czasach (rocznik 82.), gdy ze znajomymi i sympatiami trzeba było umówić się raz a dobrze albo dzwonić z budki. Ale wszyscy tak żyli. Tak jak dziś wszyscy żyją z komórkami. Można to porównać: gdyby ktoś wtedy miał komórkę i chciał wysłać sms do kogoś, to miałby bardzo okrojone grono posiadaczy komórki. W TAMTYCH czasach byłby skazany na porażkę.

Dwa razy ostatnimi czasy umówiłam się  tak „raz a dobrze”. Skończyło się na tym, że po krążeniu przez godzinę w miejscu spotkania, wróciłam do domu, kolega też.  Do tej niepocieszającej sytuacji nie doszłoby, gdyby jemu nie padła bateria w telefonie. Za drugim razem: gdybym wzięła swoją komórkę.

Raz z powodu braku komórki siedziałam pod domem przez 3 godziny do powrotu domowników – nie wzięłam klucza i…. telefonu. Z telefonem przeżyłam mnóstwo przygód! Do dziś płaczę ze śmiechu na wspomnienie niektórych. Bardzo doceniam telefon komórkowy. I wiem, kiedy odłożyć go na miejsce i spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi.


Komputer i Internet stały się poniekąd moimi narzędziami pracy oraz światem możliwości. Lubię pisać, lubię mieć kontakt z ludźmi, lubię się dzielić pomysłami. I to wszystko daje mi Internet. Jestem maniakiem komputerowym – szkoda, że nie mam żadnych talentów w kierunku informatyki – przynajmniej zarabiałabym na tej pasji ;-) A tak, siedzę za darmo, ale z radością. Przecież dzięki Internetowi odkryłam Wystarczy Mniej i …. Was wszystkich, Czytelników. Bardzo Was doceniam. Lubię, gdy dzielicie się swoimi pomysłami i myślami.

A Wy, bez czego potraficie się obejść? A bez czego….nie? Czy upatrujecie w technologii zagrożenie czy możliwości?

Pozdrawiam i życzę Wam wszystkim wspaniałego dnia


Pytanie do Was: konsumpcjonistów dóbr...naturalnych :)

Kochani,
Wszyscy kochamy naturę i to, co ma do zaoferowania. Dzięki niej żyjemy, a ja codziennie poza wdzięcznością, odczuwam na nowo radość z przebywania wśród niej i czerpania z jej zasobów. Myślę, że mam pomysł na współpracę z nią :-)
Jednak potrzebuję Waszej opinii w tym temacie. Będę wdzięczna, jeśli odpowiecie w komentarzach na moje pytania:


1. Czy macie możliwość hodowania ziół we własnym zakresie?
2. Jeśli tak, czy suszycie je, by mieć je również poza sezonem?
3. Jakich ziół używacie najczęściej?

4. Jeśli nie macie możliwości hodowania swoich ziół, czy zaopatrujecie się w nie? (jeśli tak, to gdzie?)
5. Na co zwracacie uwagę przy wyborze suszonych ziół?
6. Czy w przyszłości bylibyście gotowi nabywać suszone zioła?


Raz jeszcze wdzięczna,
Iwona



Więcej przestrzeni w domu? To możliwe!

Ostatnio przeczytałam, że trend na minimalistyczne wnętrza z powodzeniem dominuje w młodym pokoleniu urządzającym właśnie pierwsze mieszkanie. Powód? Wnętrza wydają się większe, schludniejsze, bardziej luksusowe, łatwiej utrzymać w nich porządek. A ja… mogę jedynie to potwierdzić.

Sukcesywnie staram się dążyć do posiadania takiego domu, w którym z przyjemnością się wypoczywa, pracuje i nie atakuje ono zbyt wieloma bodźcami. Te ostatnie dwie cechy są dla mnie szczególnie ważne jeśli chodzi o moją „pracownię” zwaną Santorynem. Spędzam w niej sporo czasu, stale coś piszę, przygotowuję materiały do pracy.
Czemu Santoryn? No tak to się u nas składa, że każde pomieszczenie jakoś się nazywa. Zamiast mówić „salon” mówimy „Grecja”, zamiast „sypialni” mamy „Afrykę”, a obecnie zamiast „pokoju roboczego/pracowni” mamy „Santoryn”. Wcześniej, zamiast Santorynu była „oliwka”. Skąd to się bierze? Ano stąd, że każdy z nich jest urządzony w danym charakterze. Dzisiaj otworzę przed Wami drzwi do mojego Santorynu.

Pięć lat temu, gdy urządzaliśmy „oliwkę”, mieliśmy jasną wizję: ściany mają mieć kolor… oliwek, meble proste, jasne (wygrała, rzecz jasna, IKEA). Z czasem doszło kilka gadżetów mojej babci i tak „oliwka” stała się pokojem nieco babcinym: z wieloma sentymentalnymi bibelotami. „Oliwka” była wspaniała, gdy była posprzątana, a zajmowało to zawsze trochę czasu i wiele nerwów. Ponieważ mam pracę związaną z posiadaniem mnóstwa książek i stert kserówek, trudno było to utrzymać w szyku. Nauczyłam się więc siedzieć przy biurku zewsząd obłożona książkami, nie mając zbytnio nawet miejsca na napisanie czegoś. Z czasem doszło jeszcze jedno, duże biurko dla mojego męża. Dwa biurka, dwa komputery, mnóstwo szpargałów. I oddech radości po wielkim sprzątaniu, z obietnicą „Niech już zawsze tak będzie!” – niestety nigdy się to nie udało. Porządek był najwyżej przez dzień.

Aż do czerwca 2015 r. Poszliśmy do klubokawiarni w Bielsku-Białej, gdzie sączyliśmy kawę, siedząc na barowych krzesłach przy wysokim blacie rozciągniętym wzdłuż ogromnego okna. To był impuls: Fajnie byłoby mieć tak w „oliwce”! Moją ulubioną inspiracją dotyczącą wnętrz jest Grecja; wszystko, co możliwe, na biało, niewiele rzeczy i nierówne ściany. Prostota całkowita. Tak, nie pragnę ścian od linijki. O to już na wstępnie w „oliwce” trudno nie było: nasze ściany są naturalnie nierówne. Kolor oliwkowy zamalowaliśmy na biały i …. w pokoju rozjaśniało!

Najważniejszą sprawą było miejsce pracy. Popatrzcie, jak udało mi się rozwiązać wiele problemów:

Kulinarnie - kiszona sałata

Bardzo prosty przepis na małosolną bądź kiszoną sałatę. Sałatę pod taką postacią przyrządza się u mojej żony w domu, nie znałem jej wcześniej i byłem bardzo zdziwiony, że można sałatę kisić :-). Najlepiej smakuje jako dodatek do kanapek.

Składniki:
1. Sałata (lodowa, masłowa)
2. Chrzan - korzeń i liście do przykrycia całości w słoiku
3. Czosnek
4. Koper
5. Słona woda
Całość układamy w słoiku i zalewamy wodą. Sałata jest już dobra po dwóch dniach a potem wedle upodobań można ją trzymać w lodówce (wolniej kiśnie) bądź w temp. pokojowej.

Czas przyrządzania: ok. 10 min.

Smacznego! 





AKCJA „SZAFA”

Mniej znaczy więcej. Ta myśl jest we mnie od dawna. Kupujemy. Gromadzimy. Wyrzucamy na śmieci. Mamy więcej niż jesteśmy w stanie skonsumować. Obrastamy w rzeczy, które stają się naszymi uzurpatorami. Czasem zastanawiam się kto kogo posiada. Czy ja posiadam rzecz, czy ona posiada mnie? Nie chcę być niewolnikiem nieprawdziwych potrzeb. Chcę prostego życia. I prostego szczęścia.

By marzenia stały się realne postanawiam zmienić prawie wszystko. Porzucam miasto na rzecz maleńkiej wioski. Bezpieczną pracę na rzecz pasji. Wygodne mieszkanie na rzecz stuletniego domu, który będę zmieniać własnymi rękami. Tam zamieszkają moje dzieci. Tam będę pisać kolejne książki. Tam będę piekła chleb i wspinała się w górę Dzikiego Wąwozu. Będzie ciężko i … pięknie. Będę chodzić na bosaka albo w gumiakach. Będę jadła proste, swojskie jedzenie. Będę się dzielić i korzystać z pomocy innych. Będę pokonywać swój strach. Wielu rzeczy przestanę potrzebować. Dlatego właśnie postanawiam uruchomić akcję „Szafa”.

Zdecydowałam się wypruć flaki swojej garderobie. Chcę mieć mniej. Ale może ktoś chciałby mieć to, czego ja już nie potrzebuję... Przez lata byłam uzależniona od lumpeksów. Kupowałam rzeczy dobrej jakości, oryginalne, prawie nowe i najczęściej... zupełnie mi niepotrzebne. Teraz potrzebuję ekologicznego szamba i pieca rakietowego z gliny. Dlatego postanowiłam sprzedać zawartość mojej szafy. Akcję opisałam na fb tutaj. Zamieściłam tam album zawierający proste zdjęcia z zawartością mojej szafy w roli głównej i modelem w mojej postaci. Zdecydowałam się jednak nie określać ceny ubrań. Niech i tym razem będzie inaczej. Niech wartość tych ubrań ustali kupujący.
(Mam nadzieję, że zaoszczędzone mi będą złośliwe uwagi, model wie, że nie jest idealny. Wie o tym doskonale i nie zamierza się tym przejmować).

Wszystko, co uda mi się zebrać, sprzedając własne ubrania, zostanie przeznaczone na wybudowanie ekologicznego szamba i pieca rakietowego w moim starym/nowym domu na wsi. Być może trafisz tam kiedyś i będziemy mogli sobie wzajemnie powiedzieć „dziękuję”.


Minimalizm po grecku

O Grecji ostatnio głośno. Ale ja nie o tym całym kryzysie. Zanim w ogóle ktokolwiek o nim usłyszał zaczęłam poznawać Grecję „od kuchni” – dosłownie i w przenośni. I dziś będzie o jedzeniu.

Kiedy 9 lat temu przyjechałam na Kretę z zamiarem spędzenia tam pół roku zdarzyło mi się przejść przez szok kulturowy. Denerwowało mnie na przykład to, że sałatka grecka była, według mnie, zrobiona niedbale. Bo co to ma być? Kilka krzywo pokrojonych pomidorów, ogórków, cztery oliwki na krzyż i plaster fety na górze, wszystko podlane oliwą z oliwek i posypane oregano? W Polsce robiłam znacznie lepszą sałatkę grecką! A grecka kawa mrożona? Łyżeczka kawy rozpuszczalnej wrzucona do szklanki, wymieszana z wodą, kostkami lodu, cukrem… A gdzie gałka lodów waniliowych?

Z czasem zaczęłam doceniać tę prostotę. Wcale nie miałam takiej potrzeby, nie szukałam jej, nie byłam na tym etapie. Ale z niechęcią odkryłam, że smak greckiego pomidora nie ma sobie równych. I że zioła zebrane na Krecie są wyjątkowo aromatyczne. No i feta… W Polsce co jakiś czas pojawiają się trendy jedzeniowe; to modne jest sushi, to szparagi, serki pleśniowe,  to rukola dodawana do wszystkiego. I ja nigdy nie „nadążam" za tą modą, ale widzę, że wiele osób nie potrafi się przełamać, by podać gościom coś „zwyczajnego”, dostępnego w Polsce, sezonowego. Pewnie nigdy bym o tym nie rozmyślała, gdyby nie Grecja…

Jeśli chodzi o kulinaria Grecy do szczęścia nie potrzebują wiele. Mają dużo wszystkiego za czym tęskni nasze podniebienie: wypieszczone słońcem warzywa i owoce, i oliwę, z której zrobić można wszystko: mydło, kosmetyki do każdej części ciała, świeczki. Na Krecie dochodzi miód (kosmetyki, świeczki, słodycze…). Zaczęłam z tego korzystać. Podłapałam kilka pomysłów kulinarnych, które są do zastosowania i tutaj, w sezonie. Przekonałam się do kupowania na małych straganach owoców i warzyw, niekoniecznie pięknych i błyszczących, ale o niesamowitym, dojrzałym smaku. Nauczyłam się korzystać ze wszystkiego, co przynoszą polskie plony – podobnie jak Grecy wykorzystuję całe ich dobrodziejstwo. W Grecji do sałatki często wrzucałam zerwany z przydrożnego drzewa owoc granatu. Kilka dni temu w tym celu użyłam czerwonych porzeczek z krzaka w ogrodzie. W Polsce raczej nie kupię mojej ukochanej okry, ale mam wspaniałą fasolkę szparagową. Kilka lat temu podchwyciłam pomysł z oliwą z oliwek i namiętnie używam jej niemalże do wszystkiego.

Zatem tak:  podróże kształcą… również kubki smakowe :- )
Macie takie podróże za sobą, z których przywieźliście kulinarne idee?


A oto kilka migawek z mojej kulinarnej Grecji :)

Niejedna forma minimalizmu

Czytając nie tylko Wasze wpisy, ale i komentarze ludzi, którzy z minimalistycznym podejściem do spraw nigdy się nie zetknęli, można wysnuć wniosek, że minimalista to nowy twór przejedzonego konsumenta, który dla odmiany postanawia odmówić sobie tabliczki czekolady, którą przeciętny zjadacz…czekolady by nie pogardził. I że z czasem odkrywa, że ani czekolada mu nie jest potrzebna do szczęścia, ani nowy samochód, ani szafa na ubrania. I że właściwie biel to jego ulubiony kolor, więc namiętnie maluje wszystko na biało. Tymczasem jestem przekonana, że  każdego osobnika, który tu wylądował, co innego tutaj przywiodło. Każdy z nas ma inne potrzeby, jest na innym etapie życia, chce i jest gotów co innego zmienić.

Bardzo chciałabym napisać, że potrafię ograniczyć się do posiadania 100 rzeczy. Pewnie potrafię, ale to nie będzie moje – nie odczuwam takiej potrzeby. Odczuwam za to potrzebę skierowania się ku rozwojowi osobistemu, wewnętrznemu, duchowemu i przebywania jak najbliżej przyrody. Dla Ciebie to może być uwolnienie się od zbędnych wydatków na rzecz oszczędności albo podjęcie walki z kompulsywnym objadaniem się.

Jak kiedyś pisałam, doświadczyłam momentu, w którym znajdując się w pustym pokoju poczułam błogie odprężenie i uznałam, że…tak byłoby najlepiej. Dobrze mi bez nadmiaru, w którym mimowolnie żyłam latami, czyli wszelakich ozdób i firanek. Lata później, po pracy odprężałam się słuchając dźwięków natury lub prostej muzyki ludowej. W takiej prostocie znajdywałam ukojenie i uciekałam przed nadmiarem informacji. Ba! W takiej prostocie dopiero odkryłam, że otacza mnie nadmiar informacji! Ty z kolei możesz nie wiedzieć, o czym mówię; być może pracujesz w domu i to z dala od Internetu. Świat wirtualny nie towarzyszy Ci tak bardzo jak mnie, ale możliwe, że jesteś na etapie szukania samego siebie, pomysłu na siebie i celu życia. I bardzo potrzebna jest Ci przestrzeń do tego wewnętrznego monologu.

Obecnie ważnym stało się dla mnie uzyskania balansu w wielu aspektach życia i swój minimalizm postrzegam jako równowagę między szeroko pojętym dawaniem i braniem.  W życiu osoby dojrzałej i chcącej żyć świadomie ważne jest ustalenie priorytetów. Mam z tym niebywały problem, bo wszystko wydaje mi się tak samo ważne: i moje zdrowie, i praca, i rozwój osobisty, i dom, i związek. Wszystko jest tak samo ważne, w zależności od potrzeb. Jestem w dodatku człowiekiem wielozadaniowym, mającym tysiące pomysłów dziennie. Żeby nie zwariować  odkryłam i z ulgą przyjęłam jeden odnośnik, jeden mianownik, główny priorytet. Dla mnie to jest Bóg. Tutaj mój minimalizm się kończy; chcę coraz więcej w życiu duchowym, chcę doskonalej. Chcę brać, by dawać.
Cała reszta pomału zajmuje właściwe sobie miejsca…

Czym dla Was jest minimalizm na dzień dzisiejszy? 



Spieniężone życie

Dlaczego wzajemne powinności można dziś określić mianem transakcji?
Jaką wartość ma życie bez pieniędzy?
Czy logika długu porządkuje jedynie ekonomiczny wymiar życia, czy też buduje podstawy naszej etyki?
Czy wielkość długu określa granice naszej wolności i naszego sprawstwa?
Czy i jak możemy uwolnić się od długu?

Próbę znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania podejmuje czerwcowy numer Znaku. Dużym atutem nowego zbioru tekstów jest spojrzenie na rzeczywistość długu i jego konsekwencji w różnych obszarach życia z wielu perspektyw: historycznej, społecznej, filozoficznej i teologicznej. Uwikłani w kredyty i zadłużenie poniekąd, i nie do końca świadomie, uczestniczymy w procesach, których przyspieszenie - za sprawą rynków finansowych - głęboko przeobraża dzisiejszą rzeczywistość.

Jak historycznie ewoluowało pojęcie kredytu i -szerzej- długu, o jego związkach z życiem religijnym i społecznym możemy przeczytać w rozmowie Jakuba Muchowskiego z historykiem prof. Krzysztofem Zamorskim Historyczne układy dłużne. Z kolei reportaż Życie pod kreską Beaty Chomątowskiej opisuje życiowe perypetie blisko 3/4 Polaków, którzy nie mają żadnych nadwyżek finansowych. Skutkuje to zapożyczaniem się po to, by przetrać do chwili, gdy otrzymamy zapłatę. Zwykle jednak nie otrzymujemy jej w umówionym terminie, bowiem powszechną praktyką jest, często założona z góry, nieterminowość. Ta ostatnia jest być może elementem szerszego procesu, o którym możemy przeczytać w tekście Zjawisko finansjalizacji prof. Wiesława Gumuły.
Ma ono wiele aspektów. Jednym z nich jest "ubankowienie" społeczeństwa, będące wynikiem wzrostu zewnętrznego finansowania gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i  państw przez instytucje finansowe, które w rezultacie przejmują nad nimi kontrolę. W przypadku gospodarstw domowych coraz częściej skutkuje to utratą wolności finansowej, powoduje uzależnienie od pracodawców, miejsca zamieszkania i innych ludzi, rodzi gotowość do różnych kompromisów moralnych oraz zachowań nieakceptowanych w innych okolicznościach. "Rynki finansowe sprzyjają wypieraniu interakcji, czyli wzajemnych oddziaływań ludzkich podmiotów, poprzez zależności jednostronne. Ktoś wywiera wpływ na innych, a ci drudzy nie mają szansy na jakąkolwiek reakcję skierowaną przeciw niemu, gdyż działa on pod osłoną instytucji finansowych, będąc odgrodzonym licznymi organizacjami <śluzami> i wyposażonym w instrumenty finansowe o dalekosiężnym oddziaływaniu. Wyjątkowo trudne staje się zidentyfikowanie sprawców ewentualnych krzywd oraz skuteczne im się przeciwstawianie." - pisze prof. Gumuła. 
Pośrednie, jednostronne więzi społeczne sprzyjają moralnemu tchórzostwu: zaufanie, lojalność, solidarność i wzajemność zastępowane są kulturą cynizmu, podejrzliwości, manipulacji, gotowość do zdrady, kulturą zachłanności, cwaniactwa i niewdzięczności. Akcjonariusz korporacji z siedzibą w Londynie, Berlinie lub Nowym Jorku akceptuje fakt, że spółka - córka w Birmie wykorzystuje dzieci do pracy niewolniczej, ale wmawiamy sobie, że przecież bezpośrednio nie odpowiadamy za los tych dzieci. To jednak nie tylko świat giełdy lub dużych koncernów - to także codzienna rzeczywistość zapewnienia sobie płynności finansowej poprzez opóźnienie realizacji faktury - ze względu na zapośredniczenie transakcji nie odczuwamy, że za wspomnianą już nieterminowością kryje się odmowa zapłaty konkretnemu człowiekowi. Coraz częściej jedynym kryterium postępowania stają się reguły prakseologiczne i wzory prawne, zapewniające skuteczne, ekonomiczne i legalne powiększanie swoich zasobów finansowych.

Czy jednak dług należy postrzegać wyłącznie od strony ekonomicznej? Równie ważna, a może i daleko bardziej brzemienna w skutkach, jest rzeczywistość długu pojmowanego metafizycznie, o czym możemy przeczytać w rozmowie Mateusza Burzyka z Ireneuszem Kanią, tłumaczem, poliglotą i specjalistą w dziedzinie buddyzmu. Czy w jakiś sposób wszyscy nie jesteśmy dłużnikami? Skąd tak wiele w religii odniesień do długu, odkupienia? "Całe dzieje święte to próby naprawy błędu pierwszych rodziców, zwrotu zaciągniętego przez nich długu"- twierdzi Kania. Niezależnie od religii, wszyscy dzielimy egzystencjalne doświadczenie ułomności i braku, czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku czegoś nam brakuje. Co, a może raczej kto, może nas od tego metafizycznego długu uwolnić?
Temat numeru chyba nieprzypadkowo zamyka rozmowa Dominiki Kozłowskiej i Mateusza Burzyka z bp. Grzegorzem Rysiem Nic innego się nie liczy. Rozwiązaniem naszych codziennych trosk i niepokojów w obszarze zadłużenia jest przede wszystkim zyskanie świadomości tego, co tak naprawdę liczy się w życiu. Bp Ryś daje podpowiedź: „Co można mieć piękniejszego w życiu od doświadczenia relacji z drugim – dar od kogoś i dar z siebie dla niego. Nic innego w życiu się nie liczy, niczym innym człowiek się nie spełni, nic innego go nie zaspokoi. Bóg w Chrystusie daje nam to, co jest naszym najgłębszym szczęściem. Kłopot leży po stronie człowieka, to on rozmienia wszystko na drobne: egzamin, kariera, samochód, domek, zdrowie…”
Jak stwierdził bp Ryś, Bóg ma słabość do bankrutów, o czym możemy przekonać się na kartach Biblii. I dodaje: "Ciekawsze jest co innego – mianowicie: jak wpływa na człowieka bankructwo rozmaicie pojęte – otwiera go na Boga i bliźnich – czy też zamyka? Na szczęście jest tak, że gdy człowiek dochodzi do ściany, to może ten moment przeżyć jako otwarcie na łaskę, może odkryć, że sam dla siebie nie jest samowystarczalny i że potrzebuje kogoś i czegoś więcej."  

Tradycyjnie Czytelnicy bloga zainteresowani wgryzieniem się w temat mogą nabyć aktualny numer miesięcznika po promocyjnej cenie 12,90 zł (cena bez promocji to 19,90 zł). Dodajemy numer 721 do koszyka i wpisujemy w odpowiednim polu „wystarczymniej”, co automatycznie obniży cenę do 12,90 zł. Ten sam kod działa również do numerów 715 (Nie marnuj) oraz 710-11 (Rzeczy). Link do złożenia zamówienia znajdziecie tutaj.

Wpis nt. numeru XI. Nie marnuj tutaj.
Wpis nt. numeru Nazywaj rzeczy po imieniu tutaj.

Kijem czy marchewką, czyli o promocji rodzicielstwa

 
 


Przetoczyła się burza, przez Polskę przeszedł huragan... Tak w skrócie można opisać reakcje na kampanię społeczną, mającą na celu zachęcenie kobiet do rodzicielstwa...

Z jednej strony zgadzam się z promowaniem tego typu postaw, bo dzietność zdaje się być na przegranej pozycji. Sama niedawno byłam w szoku po wyjściu z rozmowy rekrutacyjnej, że nie zapytano mnie o plany co do dzieci. Z drugiej strony, odkąd pamiętam, ciągle słyszę, że MUSZĘ mieć dzieci. Dodatkowo sugerowanie, że zamiast tego kobiety wolą drogie wakacje, remont mieszkania lub budowę domu, ma prawo zaboleć miliony Polek, bo na takie rzeczy w dzisiejszych czasach chyba tylko córka Kulczyka może sobie pozwolić.

Współczesnej mamie ciężko jest wyjść spokojnie na spacer i nie usłyszeć krytyki o tym, że coś robi źle. Pomimo coraz dramatyczniejszej sytuacji demograficznej widok rodzin wielodzietnych powoduje komentarze typu "dziecioroby". Z tej perspektywy ciężko być pozytywnie nastawionym do rodzicielstwa, a można przecież inaczej...

Zamiast krytykować wiecznie niedospane matki Polki, może lepiej być po prostu życzliwym? To przecież ich dzieci będą nam służyć, gdy będziemy już starzy i zniedołężniali. Zamiast wmawiać młodym mamom, że teraz mają już tylko rezygnować z własnych marzeń, może lepiej pomoc im je realizować?

źródło
Kiedy widzę młodych rodziców, którzy z małymi dziećmi odwiedzają Saharę, to wierzę, że macierzyństwo może być wspaniałym czasem.

Jest tyle osób, których kariera rozkwitła w czasie, gdy pojawiły się w ich życiu dzieci i pozakładały własne firmy.

Czemu piszę o tym wszystkim na tym blogu? Bo uważam, że rodzicielstwo jest jednym z podstawowych etapów w życiu człowieka i nie trzeba wydawać fortuny na "oprzyrządowanie" do niego ani zamykać się pod kluczem, bo inaczej jest niebezpiecznie... Skoro jest to naturalny czas od zarania świata, to myślę, że można się wtedy dalej rozwijać, a nie wciskać pauzę i starać się przetrwać. Życie jest za krótkie na ciągłe sprzątanie i gotowanie. Wiem, że wśród Was są rodzice, którzy cieszą się życiem i w pełni realizują. Proszę, pokażcie, że można inaczej.

Człowiek w świecie z betonu


Wyjątkowo lubię filmy, których akcja osadzona jest na południu Stanów Zjednoczonych, w XIX wieku. Jeszcze zobaczymy Indian broniących swojej wielkiej, naturalnej przestrzeni, jak i osadników; niektórzy żyją w zgodzie z sąsiadami, naturą i porami roku, inni już zwietrzyli interes i zaczęli budować. I to budowanie każdemu, za wyjątkiem Indian, się spodobało. Bo ułatwiało codzienne życie.

Z czasem, niegdyś zielone i dzikie, tereny należące do każdego zabetonowano i wyznaczono właściciela, który z kolei postawił płot. Miasteczka zamieniły się w miasta, domy w bloki, z wydzielonym metrażem na każdego mieszkańca, pola i werandy na większe lub mniejsze balkony.
Tak nas zastała rzeczywistość. Co jakiś czas rusza akcja typu „Wyloguj się do życia” , „Kultura to natura” i tym podobne – od nowa uczy się nas podstawowych praw natury, pokazuje, że drzewo daje tlen i że jest ważne. I że my też czasem potrzebujemy wyjść na zewnątrz, żeby lepiej funkcjonować.
A my…. czasem się buntujemy, oszukujemy trochę, bo nie potrafimy sobie wyobrazić, jak w tak rozwiniętym technologicznie świecie MY musielibyśmy potrzebować obcowania z naturą.

A jednak

Ludzie z blokowisk wychodzą tłumnie na balkon, by zobaczyć tęczę.
Potrafią pół dnia komentować fakt, że w końcuuuu wyszło słońce!
Wolą śpiew ptaków od jazgotu samochodów, a gdy kupują dom to już >poza miastem< i z możliwie jak najładniejszym widokiem z okna.
Lubią szum fal nad morzem, piasek na plaży, błękit nieba.
Chętnie fotografują piękne krajobrazy i zachwycają się >swojskim< jedzeniem.
Rzadko przechodzą obojętnie obok kwitnącego bzu czy wschodzącego tulipana.
Jadą kilka godzin samochodem, by zobaczyć zachód słońca w wybranym miejscu.
Chłoną górskie powietrze i nadmorską bryzę.
Wybierają wakacje gdzie >cisza i spokój<.
Lubią patrzeć na księżyc i gwiazdy.
Dlaczego? Po co nam to?

Tak, Drogi Człowieku – zostałeś stworzony do tego wszystkiego, do czerpania nie tylko korzyści, ale i wdzięcznej radości. Zachwycasz się tęczą i wschodem słońca? Słusznie! To zostało stworzone, by cię zachwycać, zaopatrywać tak, byś przetrwał, kształtować wrażliwość, pragnienie piękna i dobra.Wreszcie, byś zadał pytanie: Kto to wszystko stworzył?!

Naszym przeznaczeniem nie jest >mrówkowiec<, w którym każdy ma swoje dwa metry kwadratowe i paprotkę na parapecie, tylko przestrzeń pod niebem, gdzie każdy z nas czuje się godnym spadkobiercą tego, z czego sam się czasem odziera. Co pozwolił sobie wydrzeć cywilizacji >w zamian za< …….. 
Właściwie, to ... czy jest większa wartość niż nasze życie w obfitości, zdrowiu, pokoju i szczęściu?




Jeszcze o małych domkach, czyli jak duży będzie dość duży?

Chciałbym nawiązać do wpisu na temat ruchu małych domków. Dla niektórych mobilność domku na kółkach będzie niewątpliwą zaletą. Zastanawiam się jednak, czy ta żółwia/ślimacza wersja taszczenia swojego domu "ze sobą" jest najlepszym rozwiązaniem dla minimalisty.

W przypadku zmiany miejsca normalnie sprzedajesz dom/mieszkanie i kupujesz/wynajmujesz inne. Zwykle nieruchomość nie traci na wartości, przynajmniej w takim tempie, jak np. samochód, a taki domek na kółkach to, było nie było, "pojazd". Otwierasz się na nowe i nieznane, bez zbędnego balastu w postaci czterech ścian i dachu na kółkach. Start w nowym miejscu to zawsze niewiadoma, ale i szansa. Czy taki mobilny domek nie ogranicza... mobilności?

Konieczność utrzymania tego na kółkach powoduje duże ograniczenia w konstrukcji, a zatem w rozmiarach, izolacji cieplnej ścian, rozwiązaniach technicznych, które z początku mogą fascynować, z czasem irytować. W przypadku większej liczby osób życie na tak niewielkiej przestrzeni (zwłaszcza w zimniejszych miesiącach) może generować napięcia, a także, o czym była mowa w poprzednim wpisie, deficyty intymności.

I jeszcze jedna sprawa: taki domek trzeba gdzieś "zaparkować", podłączyć do kanalizacji, prądu, wodociągu. A więc nadal kluczowa jest kwestia znalezienia działki, czyli albo własność albo dzierżawa. Wydaje mi się, że te mobilne domki w rzeczywistości stają się mobilne w teorii, gdyż taka jest natura ludzka, że lubi osiadać na stałe, wiązać się z otoczeniem, ludźmi, zwłaszcza, gdy odnajdzie to swoje, mniej lub bardziej wymarzone, miejsce.

Nie znaczy to wcale, że idea małych domków nie jest mi bliska. Wydaje mi się, że mogłaby ona polegać nie tyle na budowie naszych domostw na platformie wyposażonej w koła, lecz na wznoszeniu tradycyjnych domów, ale o niewielkiej, dostosowanej do naszych rzeczywistych potrzeb, powierzchni. Powiem więcej, ruch małych domków jest doskonale rozwinięty w Polsce!, choć oczywiście współcześnie dominuje moda na wielkie posesje, które mają niewiele wspólnego z naszymi potrzebami, zdrowymi finansami, a także często zadowoleniem.

Przypomniała mi się sytuacja dwóch znajomych rodzin. W przypadku tej pierwszej architekt nie dał się namówić na zmniejszenie rozmiarów domu do bardziej użytkowych (pisałem o tym we wpisie Dom ze słomy), w tym drugim, bardzo okazałym i ledwo co wybudowanym za ciężkie pieniądze, pani domu oświadczyła, że z uwagi na jego gabaryty źle się w nim czuje.

Czy rzeczywiście potrzebujemy dużego domu? Ciekawie o optymalnych wymiarach domu pisał Ferenc Mate w książce "Prawdziwe życie":

"Zacznijmy wygodnie, ale też rozsądnie - od wejścia. W sieni powinna być ława, gdzie można usiąść i zdjąć buty, oraz szafa na palta, więc powiedzmy, że wystarczy pomieszczenie o wymiarach 2 na 2,5 metra, czyli 5 metrów kwadratowych. 
Jeżeli zgodzicie się ze mną, że nasza kuchnia z kominkiem, ceglanym piecem chlebowym, marmurowym blatem, stołem i ławą jest dostatecznie funkcjonalna, to dodajmy 12 metrów kwadratowych - nieźle jak na miejsce, gdzie gotujemy, jemy i przesiadujemy. Na wszelki wypadek dopiszmy jeszcze spiżarkę na zimę, czyli powiedzmy, półtora na półtora metra, a więc 2,25 metra kwadratowego ekstra.
Salon powinien być na tyle przestronny, by pomieścić przyjaciół i krewnych, ale nie tak duży, by trzeba było zamawiać taksówkę, aby dostać się z jednego końca pokoju na drugi. 4,5 na 4,5 metra to dość miejsca, by zmieścił się tam kominek, kanapa, dwa fotele, regał z książkami i pianino. Czyli nieco ponad 20 metrów kwadratowych. Wierzcie mi lub nie, ale na razie uzbieraliśmy w sumie 40 metrów kwadratowych.
Dobudujmy jeszcze parę sypialni o wymiarach 3,5 na 3,5 metra, dwie łazienki po 2,5 na 2,5 metra i jeszcze przestrzeń do przechowywania różnych rzeczy, która miałaby powierzchnię jednego pokoju, a otrzymamy 49,25 metra kwadratowego, czyli na cały dom 89,25 metra kwadratowego. No to dodajmy jeszcze jeden pokoik i zaokrąglijmy: przytulny domek będzie miał 100 metrów kwadratowych. A teraz pytanie: czemu, u licha, przeciętna współczesna rodzina potrzebuje domu dwa razy większego? Do gry w kręgle? Tańców kowbojskich? Wyścigów samochodowych na korytarzu?
Nie dość, że zbudowanie funkcjonalnego dom o powierzchni 100 metrów kwadratowych kosztowałoby grosze, to jeszcze z łatwością moglibyście go postawić wespół z rodziną i przyjaciółmi w rok, z miłymi długimi przerwami na obiad i dniami wolnymi od czasu do czasu. A pomyślcie tylko, jak duży przy całej zaoszczędzonej przestrzeni mógłby być wasz ogród warzywny, gdzie bawiłyby się wasze dzieci, wy sami moglibyście się byczyć albo spędzać miło czas z sąsiadami, a żółw pohasać w dziczy.
Teraz wiele osób zapyta: „Ale gdzie jest garaż?". Na co odpowiem uniżenie: „Nigdzie". Mówię zupełnie serio, samochodami jeździ się po szosach i autostradach, które raczej nie są zadaszone, a na dodatek większość aut stoi zaparkowana przez cały dzień pod gołym niebem, więc czemu mielibyśmy chować je pod dach na noc? Czyżby wyły ze strachu, kiedy zapadnie zmierzch?
Nie zamierzam nawet wspominać o innych dziwacznych częściach domu, które w naszych czasach wydają się tak niezbędne, jak nasze żywotne organy: o wejściu jak do katedry, gdzie nikt się nie modli, o ogromnej jadalni, gdzie nikt nie jada, o pokoju rodzinnym, w którym rzadko przebywa rodzina, czy o pokoju zabaw, gdzie wszyscy nudzą się jak mopsy. Wystarczy zauważyć, że to co szpanerskie i bezużyteczne zdominowało nasze życie, począwszy od śmieciowego żarcia, pozbawionego wartości odżywczych, poprzez przemysł finansowy, który nie wnosi do społeczeństwa niczego poza okazjonalnym dreszczykiem zbliżającego się krachu, aż po nasze tandetne, ogromne domy, w których jesteśmy odizolowani od świata i samotni, i trzęsiemy się ze strachu, czy uda nam się spłacić hipotekę."

Czy dom między 89-100 m2  spełniałby nasze potrzeby? Co w przypadku licznej rodziny? Czy każdy domownik musi mieć swój osobny pokój? Myślę tu zwłaszcza o dzieciach. Tu znowu przykłady: znam rodzinę wielodzietną, która przez wiele lat gnieździła się w dwupokojowym mieszkaniu. Warunki niewyobrażalnie trudne, ale było widać, że wszyscy się kochają i rozumieją. Znam także rodziny, które mogą jeździć po domu rowerem, w której każde dziecko ma osobny pokój z tabliczką wstęp wzbroniony. Nie sprawiają wrażenia rodziny zgranej i szczęśliwej.

My sami w 6 osób mieszkamy co prawda w bloku, ale nasze dwupoziomowe mieszkanie o powierzchni 87 m2, składające się z 4 pokoi, 2 łazienek i otwartej na salon kuchni, przypomina nieco mały domek. Brakuje nam tego, co dom może zaoferować - spiżarni, niewielkiego pomieszczenia gospodarczego, może dodatkowego pokoju dla gości, no i, o czym już pisałem, ogródka. W sumie nasz dom mógłby zmieścić się w 100 m2 tak, jak zaplanował to Mate.

Wiem, że wybierając projekt domu lub gotowy budynek wiele osób stoi przed dylematem - lepiej zaplanować/kupić nieco większy "na wszelki wypadek", bo i tak bierzemy kredyt, bo co powiedzą sąsiedzi, rodzina...  Może jednak lepiej wybrać coś skromnego, co odpowiada naszym potrzebom?

Przyznam się, że lubię wyłapywać w najbliższej okolicy niewielkie w rozmiarach domy. Zastanawiam się jak się w nich żyje lokatorom. Wybudowane niedużym kosztem, były zapewne wynikiem nie tyle świadomej decyzji życia na małej przestrzeni, co raczej ograniczonych możliwości finansowych. Możemy jednak zapoczątkować "ruch małych domków" podyktowany naszym osobistym wyborem, za którym stoi skromność, gospodarność i zwykły zdrowy rozsądek!

Poniżej kilka fotek domków z najbliższej okolicy. W różnym stylu, różnej konstrukcji, ładne lub brzydkie. Ale łączy je jedno - ich  niewielka powierzchnia: