Przejdź do głównej zawartości

Postawa typu TGiF

źródło
Przeczytałem ostatnio o coraz popularniejszej postawie TGiF (skrót Thank God It’s Friday, w tłumaczeniu: Dzięki Bogu już piątek) w odniesieniu do pracowników.

Samo hasło nie jest nowe, ale postawa, którą reprezentują ludzie, staje się coraz bardziej popularna, aby pokazać swój stosunek do pracy i... życia. Czekamy na piątek już od poniedziałku, cała praca podporządkowana jest tylko temu, aby w końcu nastał piątek po południu.
Co za tym się kryje? Nie chce mi się, nie mam motywacji, a może tylko tak mówię, bo wszyscy dookoła myślą o weekendzie jako czasie imprez.

Skoro nie wymagam od siebie, a tylko czekam na piątek, to czy poza pracą też tak jest? Trudno (tak mi się wydaje) jest oddzielić tak stanowczo postawę w pracy i w "domu".
Czy nasze życie to tylko dziękowanie za piątek? A gdzie pasja, wewnętrzna motywacja, podążanie do celu, droga którą obraliśmy?

Ps. Zbieżność wpisu z dniem tygodnia przypadkowa :-)

Komentarze

  1. Świetnie, że o tym napisałeś. Męczy mnie słuchanie w radio jak to już od środy wszyscy czekamy na weekend. Wynika z tego jakaś głęboka nieakceptacja tego, co się robi w tygodniu. Wprowadza to nienaturalny podział życia, będący objawem większego kryzysu: przeciwstawienia czasu w pracy i czasu poza pracą. To także wpływ konsumpcyjnej, marketingowej machiny: w tygodniu masz być przykładnym pracownikiem, w weekend masz zamienić się w nieobliczalnego, wyzwolonego imprezowicza i zakupoholika. Nie ma barier, wyszalej się. Dochodzi do rozdwojenia jaźni. W poniedziałek depresja, wszak do piątku daleko...

    OdpowiedzUsuń
  2. Podejście "TGiF" jest mi nieobce choć na szczęście baaaaardzo rzadkie, dużo częściej zasypiam z myślą: "to był świetny dzień, a jutrzejszy będzie jeszcze lepszy". Moze jest mi łatwiej również z tego powodu, ze pracuję "na swoim" wtedy, gdy jest taka potrzeba, pamiętając wszelako dobrze, jak "miło" kiedyś pracowało się "na nie-swoim"? :)
    Nie, chyba nie umiałbym już tak żyć w dwóch światach...
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja niekiedy czekam na piątek ;-)
    w piątek mam w głowie już tylko to, że jest piątek, piąteczek, piątunio ;-)

    i to nie przez brak akceptacji- dla tego co robię.
    lubię swoją pracę, lubię ludzi, z którymi pracuję.
    ale wiadomo, że każdy miewa "słabsze" momenty, i że nawet ulubiona praca może czasem dopiec i zmęczyć.
    i wtedy się czeka na ten piąteczek.
    i tę w perspektywie "leniwą" sobotę.
    (która tak naprawdę rzadko bywa leniwa, ale po prostu przebiega w innym rytmie, niż zwykłe "pracowe" dnie).

    OdpowiedzUsuń
  4. Też na to zwróciłam ostatnio uwagę, tylko nie u innych, a u siebie. Czekam na piątek, czekam na koniec pracy, kiedy nie będę musiała wstawać rano, jechać przeszło godziny i zajmować się lub nie sprawami, które najczęściej mnie nie interesują. Nie imprezuje podczas weekendów, spędzam ten czas z rodziną i lubię to, a pracy nie. Z drugiej strony myśl o tym, że miałabym podjąć kroki, aby to zmienić, wydaje mi się jakąś fantazją kosmiczną (czyt.do spłacenia kredyt). Może to wynika z tego, że aktualnie nie mam do zrealizowania żadnych celów, ani też nie widzę potrzeby działać na siłę w jakimś kierunku. Tak po prostu mam.
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  5. a ja też pracuję na swoim i bez większego znaczenia jest dzień tygodnia, poniedziałek także nie jest jakoś szczególnie strasznym dniem, ot, kolejny dzień

    dni nie warunkują tego co trzeba zrobić, co więcej nie raz trzeba pracować w niedzielę, a w niemal każdą sobotę kończę o 20.00

    rzucenie pracy w korpo wcale nie jest takie trudne, a znalezienie sobie niszy własna działalność jest realna, jak najbardziej realna - trzeba po prostu coś rzeczywiście umieć i wyjść z "produkten" na rynek, to bardzo proste

    zaletą mojej pracy jest to, że mogę nie dojeżdżać, bo biura sobie wyająłem blisko domu i odpadają godziny w korkach

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja w piątek wpadam tylko w tryb piątkowy - zaczynam się rozleniwiać :) Swoją pracę uwielbiam - myślę, że dzięki swobodzie, którą daje mi moja obecna szefowa.

    Przez rok prowadziłam swój biznes - też było miło. Teraz mam pracę, w której czuję się jak u siebie - znalazłam swoją "strefę zen" - firmę przekazałam mężowi, który dzięki temu zaczął się ogarniać w kwestiach finansowych i przybrał postawę z serii "nie chce" - nowego telefonu, komputera, motoru itd. (czyt. komentarz pod notką o rozdzielności) - chyba zrozumiał jaki to "ciężki kawałek chleba" i ile musi na to wszystko zarobić :)

    Oby tak dalej i radości z pracy dla wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Oczywiście ja też lubię piątki. Lubię wracać tego dnia do domu trochę lżejszy, ze świadomością czekającego mnie odpoczynku z rodziną. Nie ma w tym nic złego.

    OdpowiedzUsuń
  8. Myślę, że to nie jest wina nikogo z osobna- to nasz tryb życia zmienił się tak bardzo, że piątek jest dla nas uwolnieniem od tego, do czego nie zostaliśmy stworzeni. W końcu człowiek miał uprawiać swój ogród,być wolny, cieszyć się, a mamy 2016 rok i wiekszośc z nas tyra 8h/tyg.czy plucha, czy mróz, musi wyjść z domu, jechać do firmy, gdzie nie ma poczucia, że robi coś twórczego, coś, co naprawdę zmienia świat na lepsze.
    Piątek w ogóle weekend jest jak krótkie wakacje - a na wakacjach człowiek funkcjonuje inaczej. To taki mały substytut tego, co utraciliśmy.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Dobrowolna prostota i oszczędność

Jeszcze nie tak dawno pomiędzy prostotą życia i oszczędnością postawiłbym znak równości. Wielokrotnie w tle upraszczania tliła się motywacja życia oszczędnego. Bo mniej wydanych pieniędzy, to mniej pracy i więcej czasu na przyjemniejszą stronę życia. Jednak kilka razy na własnej skórze przekonałem się, że oszczędnie nie zawsze znaczy prosto.

Za ilustrację niech posłuży... deska do prasowania. Gdy nasza baaardzo stara odmówiła współpracy (i nie dało jej się naprawić), zastosowałem metodę "kupuj używane". Deskę znalazłem na OLX, po którą musiałem pojechać dość spory kawałek drogi. Pomroczność jasna, a może chęć zamknięcia tematu, sprawiła, że po krótkich (za krótkich) oględzinach kupiłem deskę, która w domu okazała się okazem wyjątkowo chwiejnym i w dodatku z wklęsłościami, które dyskwalifikowały ją do jakiegokolwiek użytku. Następnie kupiliśmy nową deskę przez internet, bo to wygodniej, szybciej i... taniej. Po kilku dniach otrzymaliśmy przesyłkę. Deska chwiała się, a w stanie…

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Weź kartkę i pisz...

No urzekła mnie ta piosenka Sound'n'Grace i Filipa Laty pt. "100"'. Mądry tekst: Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic. Za czym tak gnasz, po co Ci to?

Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze 
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
Za czym tak gnasz, po co Ci to?
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno
Ołówek weź, teraz kartkę i pisz:
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic

Ref.
Swój czas, weź w garść, swój czas
Zanim Ci życie nie powie, że pass
I odholuje, weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć





Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten mod…