Przejdź do głównej zawartości

Kultura DIY


"Zrób to sam", czy też "Do It Yourself", to jedno z podstawowych "przykazań" prostego życia. Odwołuje się do samowystarczalności, oszczędności, zaradności i współpracy.
W dobie powszechności wszelakich dóbr i usług hasło "zrób to sam" oznacza "idź do sklepu" lub "wezwij fachowca". Wraz z rewolucją przemysłową oddzieliliśmy czas zajmowania się własnym domostwem od czasu "zarabiania na życie". Zbyt zajęci zrutynizowaną i specjalistyczną pracą powoli utraciliśmy umiejętności bardziej skomplikowane niż pchanie kosiarki do trawy czy włączenie pralki, co zmieniło nas w biernych i bezradnych konsumentów.


Zacznijmy od popsutego tostera...
Czy energia życiowa zużyta na naprawę tostera będzie średnio większa niż zapłacenie specjaliście? Akurat naprawa tostera powinna być łatwa. Specjalista policzy za taką usługę więcej niż wyniesie kupno nowego - przy tym rozwiązaniu skończyłoby się prawdopodobnie na wyrzuceniu starego. Z punktu widzenia ekologii to marnowanie zasobów. Jako zwolennik prostoty mogę odpowiedzieć: po co w ogóle mieć toster? (Im mniej rzeczy posiadam, tym mniej napraw). Najlepsze grzanki, w dodatku z lekko stopionym serem, wychodzą na patelni (: Gdybym jednak miał popsuty toster, wówczas postąpiłbym ekologicznie i w duchu DIY: to pewnie jakaś sprężynka albo odłączył się kabelek. Warto zajrzeć do środka, zawołać syna, a po naprawie (zakładam, że sam toster, jak i jego najbliższe otoczenie nie poszły z dymem) pochwalić się żonie. No dobrze, zajęło mi to pół godziny, w domu, z synem, który trzyma śrubokręt i się przygląda. Czas zmarnowany?  Mógłbym oczywiście wziąć toster i dać go do naprawy, czekać tydzień-dwa tygodnie, stracić czas na dojechanie i wydać pieniądze zarobione w biurze. Albo iść do supermarketu i kupić nowy.  

Jasne kryterium...
Dzięki realnej stawce godzinowej (więcej tutaj) możemy ustalić, ile rzeczywiście pracujemy na każdą wydaną złotówkę i czy dany wydatek wart jest określonej ilości minut (godzin) mojego życia. Uzyskujemy w ten sposób narzędzie do porównania efektywności czasu poświęconego na próbę samodzielnej naprawy z pieniędzmi wydanymi na fachowca czy na kupno nowego urządzenia. Być może efektywniej jest zarobić, robiąc to, w czym się jest dobrym, niż marnować zasoby na uczenie się naprawy jakiejś rzeczy. Mogę się z tym zgodzić, o ile porównanie czasu spędzonego na nauce nowej umiejętności z liczbą minut, jaką -w przeliczeniu na pieniądze- "wydam" na fachowca, rzeczywiście wypada niekorzystnie. Przykładowo naprawienie zepsutego komputera czy samochodu zajęłoby mi prawdopodobnie resztę życia. Czasem jednak "pozornie" nieefektywny wysiłek się opłaci. W moim przypadku tak było z rowerem. Od kilku lat staram się zdobyć jakąś niewinną umiejętność, dzięki czemu przestałem korzystać z serwisu. Mamy sześć rowerów, co daje naprawdę duże oszczędności.

Pracować więcej czy mniej?
Rzeczywiście, hasło "zrób to sam" czasem wymaga dysponowania dużą ilością wolnego czasu, co równa się niższym dochodom. Jednak maksymalizacja dochodów nie jest celem prostego życia. Inaczej w społeczeństwie konsumpcyjnym, czy też -jak kto woli- w gospodarce rynkowej, w której płacimy za dostarczane nam dobra i usługi, na co musimy zarobić. Im więcej pracujemy, tym więcej pieniędzy, za które możemy kupić więcej, lepszych i piękniejszych, tosterów. W dobrowolnej prostocie chodzi o przywrócenie równowagi pomiędzy pracą i czasem wolnym. Jeśli nauczymy się robić różne rzeczy, będziemy mniej zależni od pieniędzy w zaspakajaniu naszych codziennych potrzeb, nie potrzebujemy aż tyle zarabiać. Możemy zatem świadomie pracować mniej, a więcej czasu poświęcić na samo życie. Przykładowo moglibyśmy z żoną przekazać edukację szkolną naszych dzieci fachowcom, którym musielibyśmy słono zapłacić. Początkowo tak robiliśmy, w konsekwencji musieliśmy, a konkretnie ja -na dwóch etatach- sporo pracować, aby zarobić na czesne plus jeszcze na jakiś posiłek od czasu do czasu. Edukacja domowa w duchu DIY, czyli tzw. homeschooling, umożliwiła  mi rezygnację z dodatkowego etatu. Rzeczywiście, wymaga to od nas dużo więcej czasu, niż zrobienie dzieciom kanapek do szkoły i chodzenie na wywiadówki, ale jakże wzbogacający nas wszystkich jest to czas! O to mniej więcej chodzi - można zarabiać mniej, a żyć więcej w sposób, w jaki się pragnie żyć.

Przyjemne z pożytecznym...
Działania typowe męskie, jak przybicie gwoździa, wywiercenie dziury w ścianie, wymiana gniazdka czy zepsutej uszczelki, przepchanie zatkanego zlewu, zrobienie półki, wymiana oleju, naprawa urządzeń domowych typu suszarka czy toster, wyregulowanie przerzutki rowerowej, mogą być -moim zdaniem- formą aktywnego wypoczynku po godzinach spędzonych przy biurku pod warunkiem, że wracamy z pracy do domu przed godziną ciszy nocnej. Nie wspomnę o uznaniu, na jakie możemy liczyć u piękniejszej części populacji, która w tym czasie samodzielnie zrobi obiad, upiecze ciasto lub chleb i wydzierga ciepły sweter dla swojego Bonda ze śrubokrętem.

Okiem "fachowca"...
Nie wiem jak wam, ale mi na widok surowych desek, wkrętów i lśniących narzędzi ustawionych w rządkach w sklepie typu Castorama serce zaczyna bić szybciej. Oczywiście muszę się przyznać, że moje umiejętności pozostawiają (jeszcze) wiele do życzenia. Kika rzeczy naprawiając doszczętnie popsułem, czasem kopnął mnie prąd, a półka nieznacznie horyzontalnie zbaczała, jednakże mam w tym zakresie pewne wnioski. Po pierwsze często używałem niewłaściwych narzędzi. Nie wszystko da się zrobić scyzorykiem. Zgromadzenie podstawowego zestawu akcesoriów majsterkowicza to podstawa wymiernych efektów pracy. Jeżeli ktoś został wychowany w tradycji Adama Słodowego i odziedziczył  przydomowy warsztat, jest prawdziwym szczęściarzem. Należy zatem dostosować front domowych robót do stanu posiadanych narzędzi. Proponuję zacząć od dobrego młotka, wkrętaka (a najlepiej kilku), ręcznej piły do drewna, itd. Zaczynamy od prostych napraw typu wyskakujące gniazdka elektryczne, a dopiero potem robimy stół dla rodziny czy zestaw mebli kuchennych. Mam prośbę - róbmy to z dziećmi i przy dzieciach. Tłumaczmy im, co do czego służy, jak działa. Pozwólmy im zajrzeć do wnętrza odkurzacza, przykręcić śrubkę, wbić gwóźdź, polakierować stolik. Podobnie przy kuchennym stole: niech obierają, kroją, gniotą, pichcą. Wtedy kultura DIY przejdzie z rodziców na dzieci niepostrzeżenie.

Amatorzy, łączcie się!
W kulturze DIY tkwi element godności, dumy i sprzeciwu wobec barbarzyńskich praktyk konsumpcjonizmu (zarabiam-kupuję-wyrzucam). Może nie będzie to piękne i błyszczące jak towar ze sklepowej półki, ale będzie to nasze, własne, zrobione przez nas! Ostatnio oprowadzał nas po swoim domu stolarz-amator, pokazując przepięknie zrobione regały i inne meble. Lubię słowo "amator", bo oznacza nie tylko osobę uprawiającą coś hobbistycznie, ale także miłośnika. Bądźmy zatem miłośnikami swojego domu, który może stać się -na nowo- kuźnią praktycznych umiejętności dla nas i naszych dzieci.

Ku przestrodze...
Wyobraźmy sobie prawdziwą apokalipsę. Upadają banki, państwa, obywatele zdani są na swoje własne siły. Pieniądze stają się świstkami papieru, powraca handel wymienny. Na co zdadzą się nasze dyplomy? Jakaś wyuczona wcześniej umiejętność może ocalić naszych bliskich. Przesadzam? Mój dziadek w czasie okupacji jako młody 24-letni lakiernik i tapicer powozowy utrzymywał pięcioosobową rodzinę dzięki temu, że w dzieciństwie zaraz po szkole leciał do lakierni, w której dzięki życzliwości majstra nauczył się malować bryczki i karety...

Zamiennik dla złota...
Rozszerzając refleksję - czy hasło "zrób to sam" nie powinno stać się mottem całego naszego życia? Nie chodzi wszak tylko o drobne domowe naprawy, ale całą filozofię życiową - zapewnienie dachu nad głową, zdobycie i przygotowanie pożywienia, wspólne spędzanie wolnego czasu, zapewnienie sobie i innym rozrywki, wychowanie dzieci. Jak pisałem w poście Radykalne gospodarstwa domowe przez około 5000 lat nasza kultura była zakładnikiem narzuconej formy organizacji, w której "ten, kto posiada złoto, ustala zasady". Dobrowolna prostota pozwala wykorzystywać umiejętności życiowe i relacje z innymi jako zamienniki dla "złota" i w ten sposób zmienić zasady. Im większe ktoś posiada umiejętności domowe, czy będzie to zasadzenie ogrodu, uprawa pomidorów na balkonie, naprawa koszuli czy urządzenia, gotowanie i konserwacja zbiorów, opieka nad dziećmi i bliskimi, tym mniej jest zależny od pieniędzy.

Mnie ta wizja urzekła. A was?


Malowanie z dziećmi - czemu nie?

Komentarze

  1. Wiedza i umiejętności to potęga...
    A wyobraźnia to dynamit ;)))
    Razem potrafią dać poczucie wolności oparte na własnych siłach i możliwościach, a nie na "banku" ;)))
    A już tak ze ściśle mojego podwórka...
    Najlepsze godziny z moją córką-nastolatką spędzam w kuchni, gdy razem gotujemy lub w warsztacie gdy razem pracujemy...
    Ileż wówczas pięknych "rozmów o życiu" się toczy ;))
    Ostanio powiedziała: "wiesz tatuś, to ze mogę z Tobą szyć żagle lub naprawiać motory to super sprawa. Wszyscy koledzy mi zazdroszczą" :)
    No, lepszego bonusu z "robienia czegoś samemu" nie mógłbym sobie zyczyć :)
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem umiejętności, by coś zrobić - nawet są. Ale problem rozbija się o dobre narzędzie. Można szukać po znajomych, pożyczać, ale to nie zawsze się udaje. Inwestować w narzędzie - przy jednorazowej, rzadkiej naprawie - też nie warto.
    Ogólnie jednak jak najbardziej jestem za tym, żeby doskonalić umiejętności w pracach ręcznych i domowych i uczyć się nowych rzeczy. Pomimo, że jestem kobietą i znam się na tych różnych tradycyjnie damskich pracach (tekstylnych, kulinarnych...), to jednak nie stronię od narzędzi. Zrobiłam trochę mebli, kładłam w życiu wiele metrów glazury i terakoty i to nie tylko u nas w domu, robiłam lampy itp. Okazuje się, że to wcale nie jest trudne (a przy siłowych elementach lub niebezpiecznych, jak cięcie krajzegą, wystarczy poprosić o pomoc). Przykładowo: układanie terakoty to głównie "praca plastyczna" czyli równe rozsmarowanie kleju, równe ułożenie płytek, zwłaszcza gdy powierzchnia jest duża, a docinania niewiele. Zrobiliśmy to w ten sposób, że na każdy dzień klejenia Marcin przygotowywał mi docięte płytki brzegowe i szedł do pracy, a ja kleiłam sobie spokojne metr za metrem. Tym samym chciałabym zachęcić grono Czytelniczek do próbowania, bo często jest tak, że dajemy sobie wmówić, że coś nie jest dla nas.
    Umiejętności to generalnie lepsza jakość życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje uznanie! Może zbyt radykalnie rozdzielam prace "typowo męskie" od "typowo kobiecych", co nie znaczy, że nie warto spróbować jednych i drugich. Ja sam od jakiegoś czasu przechodzę szkołę kulinarną, aby czasem odciążyć żonę w kuchni. Nie mówiąc o praniu, prasowaniu i naprawach odzieży... Bywały i bywają okresy, że dziećmi i domem zajmuję się sam. Teraz coraz więcej prac domowych wykonują córki, zwłaszcza odkąd nie chodzą do szkoły. To takie "lekcje" prawdziwego życia...

      Usuń
    2. Mój mąż nauczył mnie gotować wiele dań... na przykład zupy. I prasuje dużo lepiej ode mnie. Igłę z nitką - umie użyć, choć tu się rozleniwił. Jednak zawsze go przekonuję, że polarnik musi umieć takie rzeczy. ;)

      Usuń
    3. Tak na marginesie dodam jeszcze taką uwagę. Był czas, kiedy z powodu tego robienia wszystkiego samemu czułam się gorsza od koleżanek, które idą do sklepu i wszystko kupują albo biorą fachowców nawet do pomalowania ściany albo skoszenia trawy. Mimo tego poczucia "bycia gorszym" (w domyśle: nie stać mnie na to czy tamto), jakoś czułam wewnątrz, że robienie tych zwyczajnych prac jest strasznie przyjemne i daje mnóstwo satysfakcji. Zresztą do dziś mam znajomych, którzy zarabiają kokosy, a nie mają czasu posprzątać sobie w domu. Ja jednak lubię taką zwykłą krzątaninę, majsterkowanie albo szycie i przeróbki ubrań. Poczucie bycia gorszym dawno zresztą zniknęło, było dość dziecinne.

      Usuń
    4. Przychylam się do prośby o nierozdzielanie na prace damskie i męskie, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci. Córka też może przecież pomóc naprawić toster, prawda? Myślę, że posiadanie umiejętności "typowych" dla przeciwnej płci dodaje wręcz pewności siebie. Żeby wykorzystać różne praktyczne czynności wcale nie trzeba czekać na żaden Armageddon. Wystarczy przeprowadzka do innego kraju i już człowiek może się poczuć zagubiony: inne zwyczaje, inne zaopatrzenie. Mieszkam w Indiach i gdy najdzie mnie ochota na zupę ogórkową, nie mogę sobie po prostu kupić słoiczka kiszonych ogórków, tylko muszę je kisić sama. To jeden z wielu przykładów.Aha, toster okazał się tu kompletnie nieprzydatny ze względu na zbierające się w nim okruszki. Karaluchy tylko by na to czekały ;) Patelnia sprawdza się znakomicie i nie wiem, dlaczego tak późno doszłam do tego wniosku :)

      Usuń
    5. A propos: http://www.daysoftheyear.com/days/introduce-a-girl-to-engineering-day/
      Ciekawa idea!

      Usuń
  3. tym się właśnie kieruję, wiekszość rzeczy robię sama:przetwory,ogród,pieczenie chleba, domowe kosmetyki, rzeczy do domu,remonty... gdzie się tylko da, wolę zrobić własnymi rękami

    OdpowiedzUsuń
  4. We własnym domu wybudowanym przez "fachowców" sama położyłam gres i panele na podłodze, gładź na ścianach a ściany wymalowałam. Popełniłam wiele błędów, płytki nie zawsze wyszły równo ale mnie to nie denerwuje, bo kosztował mnie w zasadzie tylko klej.
    Gdyby takie błędy popełnił fachowiec, to byłby powód do nerwów, bo przecież człowiek musiał wydac tyle pieniędzy, a tu taka fuszera.
    Generalnie większość prac wykonywałam sama, dlatego mam ten dom. Z pomoca fachowców pewno by nie powstał, z racji braku kasy.
    Umiem posługiwać sie piłą łańcuchową, wiertarka i szlifierką kontową. Wszystkiego nauczyłam sie sama i dobrze mi z tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę przyjaźni z piłą łańcuchową i szlifierką, to dla mnie wyższy level. Ja jestem na etapie wiertarki i wyrzynarki.

      Usuń
  5. Jeśli mogę dorzucić swoje dwa grosze, to ostatnio miałem sytuację, że spadła mi podkładka chłodząca pod laptopa (taka z wiatrakiem) i trochę się połamała i pokruszyła. Odruchowo pomyślałem "pójdę jutro i kupię nową, przecież to tylko 30-40zł"...a potem się zastanowiłem, że po to czytałem tyle blogów o minimalizmie, że przecież ta filozofia mnie urzekła i powinienem ją wprowadzać w życie.
    Wziąłem więc klej do ręki i pokleiłem tę podkładkę i proszę - działa do dziś, wiatrak radośnie huczy w czasie gdy piszę te słowa :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Wyrosłem na Adamie Słodowym, a mój Tato to Złota Rączka. Nie widzę innej możliwości:)
    Nigdy nic nie wyrzucam zanim nie przekonam się czy można to naprawić czy nie.
    I nawet jak kupuję coś nowego, to zwracam uwagę na ewentualną możliwość samodzielnego reperowania.

    Aż normalnie zacznę o tym znowu pisać:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gospodarka rynkowa a społeczeństwo konsumcyjne to dwie różne rzeczy. To tak jakby zestawić "zdrowy rozsądek" ze "zdrowo się napić" - niby jest element wspólny ale... :)

    Pozdrawiam
    Janusz

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Prawa prostoty: Organizuj

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

Dzięki właściwej organizacji więcej sprawia wrażenie mniej.

Chodzi o zarządzanie złożonością, z czym stykamy się przede wszystkim w domach, w których rzeczy wydają się mnożyć.

Maeda wymienia trzy spójne strategie redukcji bałaganu i osiągnięcia prostoty:
1. kupno większego domu,
2. umieszczenie wszystkiego, czego nie potrzebujemy, w miejscu do przechowywania,
3. metodyczne zorganizowanie tego, co posiadamy.

Początkowo większy dom zmniejsza bałagan kosztem większej przestrzeni. Ostatecznie jednak więcej przestrzeni z czasem oznacza więcej bałaganu.
Magazynowanie zwiększa ilość wolnej przestrzeni, ale dość szybko zostaje zapełniona kolejnym rzeczami, które odkładamy.
Wreszcie wdrożenie systemu organizacji tego, co posiadamy w naszej ograniczonej przestrzeni, zmienia chaos przedmiotów w uporządkowaną strukturę.

Wszystkie te trzy metody dynamicznie się rozwijają. …

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Przyjemność prosta

Kolejna część cyklu na podstawie Prostego życia Ryszarda Wagnera  z 1905 r.

Podobnie jak w czasach Wagnera, także i dzisiaj możemy zapytać: czemu utraciliśmy umiejętność dobrej zabawy? Usiłujemy wprawdzie się bawić, ale zwykle chybiamy celu. Od czego to zależy?

Jakże myśleć o zabawie! Uginamy się przecież pod ciężarem niezliczonych kłopotów, z których każdy oddzielnie wystarczyłby do popsucia humoru. Wszędzie spotykamy ludzi rozgorączkowanych, zapracowanych, wyczerpanych. Gdziekolwiek spojrzymy, wszędzie widzimy ludzi niezadowolonych.

Jednak przyczyny naszej obecnej niemocy, tego zaraźliwego złego humoru, który nas opanowuje, zależą w równej mierze od nas, jak od okoliczności zewnętrznych. Radość tkwi bowiem nie w przedmiotach, ale w nas samych!

Wagner zauważa niepokojący upadek naszych sił życiowych, wynikający z nadużywania  przez człowieka wrażeń, które przytępiły zmysły i zmniejszyły zdolność odczuwania szczęścia. Natura upada pod ciężarem narzuconych jej ekscentryczności. Wola ż…

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…