Przejdź do głównej zawartości

Czy rzeczywiście nie ma alternatywy dla konsumpcji

Czy zastosowanie zasad życia w dobrowolnej prostocie na skalę masową doprowadziłoby do upadku obecny model gospodarki? To zarzut, który co jakiś czas pojawia się po stronie krytyków prostoty i minimalizmu. Zerwanie z obowiązującym dogmatem, że więcej oznacza lepiej i samoograniczenie w zakresie konsumpcji dóbr i usług ma doprowadzić (a wg niektórych już doprowadziło!) do spadku przychodów, mniejszego PKB i kryzysu określonych gałęzi gospodarki, a może i gospodarki w ogóle. Oszczędne życie po stronie jednych prowadzić będzie do plajty i bezrobocia innych. W imię patriotyzmu, a może i miłości bliźniego, należy zatem kupować na potęgę, nie ważne co i właściwie za czyje pieniądze. Robiąc kanapkę w domu podkopujesz sens prowadzenia małej gastronomii. Dla tej ostatniej lepiej, byś jadł na mieście. Spędzając czas z rodziną w niedzielę i omijając szerokim łukiem centra handlowe spowodujesz masowe zwolnienia zatrudnionych w nich pracowników, którzy nie będą w stanie się utrzymać. W gruncie rzeczy pilnując pieniędzy w portfelu wychodzisz na egoistę i sknerę, który nie pozwala innym na tobie zarobić.
Chciałbym w kilku punktach nie zgodzić się z takim podejściem.

Zacznę od wolności, która wyraża się także w swobodzie decydowania na co przeznaczę swoje, ciężko zarobione, pieniądze. Makroekonomia powinna służyć mikroekonomii, a nie na odwrót. Każdy z nas podejmuje własne decyzje finansowe, które odzwierciedlają to, jacy jesteśmy i co ma dla nas największą wartość. Dobrowolna prostota pomaga odkryć, co tak naprawdę liczy się dla nas i naszych rodzin, pomaga przeciwstawić się utartym i narzuconym schematom konsumpcji. To, co pomaga dobrze funkcjonować bankom, korporacjom i specom od reklamy, niekoniecznie bierze pod uwagę dobro indywidualnego konsumenta. Wydaje mi się zresztą, że nie ma to także nic wspólnego z dobrem naszego kraju. 

Pieniądze to także karty do głosowania za określoną wizją świata i określonymi mechanizmami gospodarczymi. Wydając pieniądze w zgodzie ze swoimi dobrze rozpoznanymi potrzebami promuję to, co uznaję za ważne i słuszne. Prostota życia w pierwszym rzędzie wpływa przede wszystkim na konsumpcję, ustanawiając jej nowe standardy. Gdy powstawał rynek zdrowej żywności zaczynało się od niewielkich sklepików, w których można było kupić żywność ekologiczną po bardzo wysokich cenach. Mimo wszystko wydając pieniądze w takich sklepach dawaliśmy jasny sygnał, że nie interesuje nas śmieciowe jedzenie proponowane przez supermarkety. Z czasem zmieniło się podejście dużych graczy, którzy zauważyli, że na zdrowym jedzeniu można po prostu zarobić. Rynek ekologicznej żywności zaczął się dynamicznie rozwijać i wydaje mi się, że bardzo wiele polskich rolników i małych firm tylko na tym zyskało. Jeżeli za dobrowolną prostotą stoi określona wizja sposobu życia, to gdyby znalazła ona uznanie wśród znacznej części konsumentów, mogłaby przyczynić się do zmiany określonych trendów. Po trochu ten proces ma miejsce, zwłaszcza w zakresie ekologii, oszczędności energii, zdrowego odżywiania, rękodzieła czy zdrowej chemii.

Promowanie oszczędnego i zrównoważonego sposobu życia pomaga znaleźć równowagę finansową nie tylko w życiu osobistym, ale także i życiu makroekonomicznym. Jak pisał Richard Greg (jego tekst możecie przeczytać tutaj) prostota jest niezbędnym i adekwatnym środkiem służącym do naprawy stechnicyzowanego świata. Nasz system ekonomiczny jest wadliwy, gdyż opiera się na chciwości i rywalizacji. Ci, którzy pragną zreformowania istniejącego porządku ekonomicznego, powinni żyć w prostocie i zachęcać innych do tego samego. Jeżeli chcemy wziąć udział w jego transformacji, powinniśmy zacząć zmieniać swoje własne życie w pożądanym kierunku. Pierwszy krok, który mogę uczynić, by zmniejszyć swój udział w nadmiernej eksploatacji, to żyć prosto. Produkcja i konsumpcja bogactwa odrywa pracę i kapitał od zadań, które są bardziej społecznie pożądane. Jeżeli w wymiarze mikroekonomicznym nie zmienimy naszych nawyków dogadzania sobie, kupowania luksusu, objadania się, życia łatwego i przyjemnego, to nie ma szans na rozwiązanie żadnego z obecnych (i przyszłych) społecznych problemów, które wcześniej czy później pojawią się ze zdwojoną siłą – zadłużenia gospodarstw domowych i całego społeczeństwa, nadwagi i chorób cywilizacyjnych, zubożenia i jaskrawych różnic w poziomie życia, dewastacji środowiska, starzenia się społeczeństwa i zapaści systemu emerytalnego. Stanie się tak, ponieważ konsumpcjonizm jest w skrócie promocją egoizmu i schlebiania najniższym instynktom.

Dlatego też w świecie, w którym główną wartością jest materialny wzrost, trzeba promować materialną „wystarczalność” połączoną ze wzrostem osobistym.  Nie ma obawy: osoba żyjąca w duchu prostoty nadal będzie wydawać pieniądze na określone dobra i usługi, ale zrobi to w sposób umiarkowany i zgodny ze swoim autentycznym dobrem. W świecie, w którym człowiek dominuje nad naturą, należy podkreślać, że jesteśmy jego częścią. Rywalizację i skrajny indywidualizm trzeba zastąpić solidarnością i współpracą.

Dobrowolna prostota w miejsce przerostu technologii i tożsamości określonej konsumpcją proponuje technologię „dostosowaną” do człowieka (a nie na odwrót) i tożsamość określoną przez rozwój wewnętrzny i stosunek do drugiego. W miejsce centralizacji, dominacji wielkich i złożonych organizacji nad małymi, w miejsce wyścigu szczurów i zawodowej specjalizacji proponuje ona małe, zintegrowane wspólnoty, spójność ról życiowych i życie bardziej zrelaksowane. Wreszcie w dziedzinie produkcji zamiast masowych, zestandaryzowanych produktów, które podlegaj szybkiej dezaktualizacji, promuje rękodzieło, produkty unikalne i wytrzymałe. Osobiście bliższe mi jest to, co proponuje dobrowolna prostota. Wydaje mi się, że jej wizja świata i stosunków ekonomicznych byłaby bardziej przyjazna człowiekowi i jego najbliższemu środowisku życia.

Na koniec, aby rozwiać wszelkie obawy, trzeba jasno zdać sobie sprawę, że minimalizm czy dobrowolna prostota będą raczej długo stanowiły wciąż wyjątek od reguł masowej konsumpcji. Rezygnacja z nadmiaru rzeczy i bodźców będzie nadal czymś niezrozumiałym dla większości, biegnącej z kartami kredytowymi w ręku w kierunku urwiska z tabliczką „promocja, dziś za darmo”. Wolę obserwować ten trend jako zatroskany obserwator niż jego uczestnik.

Komentarze

  1. Zaczytuję się ostatnio o prostocie i jedno nie daje mi spokoju. Widzę pewną nieścisłość. Czy prostota powinna być odniesiona do obecnej rzeczywistości, do obecnych czasów czy jest jakiś standard prostoty, do którego można się odnosić. Ekstremalny przykład, żeby było jaśniej: jako prostotę uznaję np. ludzi żyjących praktycznie poza cywilizacją - dom zbudowany z tego co natura dała, jedzących to co sami wyhodowali itp. I odnoszę to do współczesnego człowieka, który dla życia w prostocie powinien poświęcić kilka rzeczy dla osiągnięcia takiego stanu? Dlaczego prostota odnoszona jest do życia bez jakiś przedmiotów? Czy to nie jest jakiś stan duchowy a nie zaopatrywanie się na rzeczy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się jak najbardziej z tym, że prostota życia to przede wszystkim pewien „stan duchowy”. Szczerze powiem dla mnie posiadanie rzeczy nie stanowi obecnie większego problemu – o ile dana rzecz jest mi rzeczywiście potrzebna, a potrzeba (zachcianka) jej posiadania nie została sztucznie wykreowana. Żeby normalnie funkcjonować potrzebujemy przedmiotów – dla mnie liczy się ich funkcja, nie szukam w posiadaniu jako takim źródła spełnienia, zabezpieczenia, celu życia, itp. To minimaliści mają czasem problem, gdyż z założenia starają się ograniczyć stan posiadania do minimum. W dobrowolnej prostocie akcent położony jest właśnie na tym, co wewnątrz, na wartościach, rzeczywistych potrzebach, życiu w równowadze. Nie można nie dostrzegać tego, w jakich czasach żyjemy. Dlatego nie jest to nawoływanie do ucieczki od cywilizacji. Z drugiej strony to dostrzeganie niekorzystnych zmian w mentalności i próba ochrony tradycyjnych i niedocenianych wartości takich jak oszczędność, umiarkowanie, samodzielność, zaradność. Czy istniej jakiś obiektywny standard prostoty? Nie wydaje mi się – to rzecz bardzo indywidualna i każdy powinien odnaleźć swój model. Choć z pewnością można szukać pewnej uniwersalnej płaszczyzny i taki jest (lub stara się być) m.in. ten blog. Próbujemy podejść do tematu z różnych stron i perspektyw w nadziei, że każdy znajdzie tę własną drogę do prostoty.

      Usuń
    2. Ok, dzięki. Tak właśnie próbuję sobie to ułożyć w głowie, aby miało sens. Wychodzi na to, że w takim wydaniu prostota będzie zawsze ewoluować wraz z rozwojem świata :-) A to oznacza, że za np. 100 lat aby żyć w prostocie - nie kupię sobie złotego implantu mojego elektronicznego oka, bo uznam że najważniejsze to żyć skromnie w swoim własnym statku kosmicznym ;-) Sorry za taki przykład, ale mój mózg najłatwiej interpretuje na prostych przykładach.
      Z takiego rozumowania wynika, że prostota może ewentualnie tylko opóźnić to co i tak nieuniknione, bo świat będzie parł do przodu. A to doprowadza do wniosku, że życie w prostocie nie ma sensu dla Nas jako ludzi, bo nic nie zmieni tylko opóźni, a chyba nie taki jej sens. Chyba że ten sens prostoty jest czysto egoistyczny? Tak, że wystarczy, że ja sam stosuje się do tego stanu i nie obchodzi mnie reszta - w sensie - co robią inni, jak działa świat, dokąd to wszystko zmierza? Ale jakie wówczas człowiek odnosi korzyści i czy w bilansie korzyści nie wypadnie to zbyt blado w przyrównaniu do życia bez prostoty?
      Sorry, że tak męczę, ale ja tylko próbuję zrozumieć :-)

      Usuń
    3. We współczesnym świecie zdarzają się wspólnoty żyjące prosto. Na przykład Amisze. Z tym, że nie porzucili oni wszystkiego i nie zaczęli nagle tak żyć, tylko kontynuują dawniejsze tradycje. Warto tu podkreślić słowo "wspólnota" i siłę, jaką ona daje. Niestety trudno sobie wyobrazić powstanie tego typu modeli społecznych u nas. ;)

      Usuń
    4. Korku, we wnioskach idziesz chyba za daleko, odmawiając sensu prostocie, która tylko opóźnia to co nieuniknione i która nic nie zmieni. W wymiarze konkretnego życia to często droga do świadomego, pełnego i lepszego jego przeżycia. To także konkretne wychowanie dzieci, które nie wejdą w konsumpcjonizm (mam nadzieję). Zwróć uwagę, że nie choć rozwija się cywilizacja, natura człowieka raczej nie. Pochwała prostego życia towarzyszyła człowiekowi od zarania dziejów, niemal tak długo jak żądza zysku i materializm. Czym innym była ona za Diogenesa, czym innym za Thoreau, czym innym jest w XXI wieku. Cieszą mnie zdobycze cywilizacji, co nie oznacza, że nie mogę żyć prosto. Nie sposób cofnąć się w rozwoju, ale można go dobrze i mądrze używać. Kontynuując moją odpowiedź chcę uniknąć wrażenia, że prostota jest czymś skrajnie subiektywnym. Myślę, że można na przestrzeni dziejów, ale i poszczególnych ludzkich doświadczeń, wyprowadzić przed nawias to, co uniwersalne i wspólne dla idei dobrowolnej prostoty. Nie wiem, jak będzie wyglądał świat za 100 lat. Jestem jednak pewien, że będą tacy, którzy będą z natury nastawieni materialistycznie i tacy, którzy będą szukać szczęścia w tym, co niematerialne, w kontakcie z naturą i drugim człowiekiem. Moim zdaniem mamy udział w tym (każdy we własnej „sferze wpływu”), jaki świat po sobie pozostawimy naszym dzieciom i wnukom. Dlatego indywidualne, codzienne decyzje mają swoje znaczenie, abstrahując akurat od decyzji polityków, bo to inny temat.

      Usuń
  2. Zgadzam się ale czy na pewno? Przecież kocham książki i czasem je kupuję, sama tez piszę. Kocham piękne rzeczy i chociaż sama je na ogół wytwarzam/rękodzieło i obrazy/ to czy to nie są czasem dobra luksusowe? Zakładam wprawdzie warzywnik i sad a nawet myślę o stadku kur ale czy skłonność do przytulnego domu pełnego ozdób nie niweczy mojego wysiłku czyli zmierzania w kierunku prostego życia?....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli czujesz w tym harmonię, tworzenie pięknych rzeczy daje Ci to wewnętrzne zadowolenie bycia na swoim miejscu, zaspokaja Twoje potrzeby, daje poczucie spełnienia i szczęścia, realizujesz swoje pasje, nie widzę tutaj sprzeczności z dążeniem do prostego życia. W tym „sposobie życia”, o którym piszesz, tchnie duchem prostoty, która opiera się właśnie na gospodarności, korzystaniu z własnych uzdolnień i umiejętności. Atmosfera przytulnego domu, domowego ogniska, wymaga z pewnością określonych materialnych przedmiotów. Prostota to dla mnie zasadniczo stan ducha, a nie stan posiadania. Nie chodzi o to, aby mieć w domu gołe ściany. Wiele zależy od tego, w jaki sposób to robimy (mam na myśli te książki i te ozdoby) - co nami kieruje, skąd to się w nas wzięło, w jaki sposób to finansujemy. A z warzywniakiem, sadem i stadkiem kur będziesz w awangardzie dobrowolnej prostoty! (:

      Usuń
    2. Przepraszam, ze wtrącam się w rozmowę, ale właśnie po przeczytaniu komentarza Agaty przypomniał mi się jeden fakt historyczny. Z historii ogólnie jestem słaby, ale historia gospodarcza jest mi znana - a jak wiadomo pieniądz światem rządzi, więc sądzę, ze te najważniejsze fakty z historii poznałem ;-)
      Chodzi o ogródki, hodowanie, uprawianie. Człowiek prehistoryczny żył w stadzie. Zadaniem tej małej społeczności było zatroszczenie się o codzienne przeżycie - czyli coś upolować i zaspokoić swój głód. Każdy pracował na ogół całej grupy. Gdy każdy zaspokoił swoje podstawowe potrzeby dzień się kończył. To jest dla mnie właśnie największy wymiar prostoty, którą potrafię zrozumieć. I taka sielanka skończyła się właśnie gdy ludzie zaczęli się osiedlać i rozpoczęło się rolnictwo, które wytworzyło zapasy żywności. A jak pojawiły się zapasy, to można powiedzieć, że był to początek wymiany gospodarczej w formie zapewne barterowej. Prostota zamarła.
      Czy to zły pomysł jeśli uznam, że te dawniejsze polowania na jedzenie są jak dzisiejsze polowanie na pieniądze? A w takim razie dlaczego człowiek prehistoryczny potrafił żyć w najprostszej z możliwych rodzajów prostoty, a człowiek współczesny tego nie potrafi? Gdzie jest ta różnica?

      Usuń
    3. Czy to nie utożsamienie prostoty z prymitywnym życiem? Jedyną analogię z polowaniem widzę w tym, że faktycznie część populacji jest stale zajęta zarabianiem pieniędzy i nie ma czasu na co innego. Człowiek pierwotny zajęty był z konieczności stałym szukaniem pożywienia, obroną przed zwierzętami i siłami natury. Pewnie zaspakajał jakoś swoje potrzeby i był na swoją miarę szczęśliwy. Ale czy to jest kryterium dla dzisiejszego człowieka? Właśnie rozwój rolnictwa i budowanie osad pozwoliło po raz pierwszy uniezależnić się od ciągłej konieczności zmiany siedziby, a przecież zapewnienie bezpiecznego schronienia i pożywienia to elementarne ludzkie potrzeby. Dzięki podziałowi pracy, zapasom i wymianie towarowej człowiek zyskał czas, który wreszcie mógł przeznaczyć dla siebie i swoich bliskich. Thoreau był krytykiem rewolucji przemysłowej, ale jego projekt Walden (mieszkania w lesie) trwał tylko 2 lata, a potem wrócił do cywilizacji. Chodzi mi o to, że prostota nie zamarła na początku dziejów, tylko jest raczej stałą odpowiedzią (niewielkiej grupy) na rozwój cywilizacji, jej wyzwania i patologie. W ten sposób staje się środkiem, narzędziem dostępnym dla każdego, kto nie chce nieustannie polować na pieniądze.

      Usuń
  3. Bogactwo narodów bierze się z pracy i oszczędzania, a nie z wydawania ponad stan. Minimalistyczne zachowania mogą tylko wyjsć gospodarce na dobre. Patrząc ile np. żywności wyrzucają Polacy, ilu ludzi nad wyraz nieefektywnie dysponuje własnymi dochodami śmiem twierdzić, że w Polsce (uśredniajac rzecz jasna) jest za dobrze i za bogato i trzeba by chyba "ostrego i powszechnego " minimalizmu, by zachwiać obecnymi zasadami gospodarki.
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie prostota to sprzeciw wobec narzuconego jedynego słusznego stylu życia (polegającego na kupowaniu i posiadaniu określonych, modnych rzeczy) przez publicystów, reklamodawców, telenowele itd. Dlatego naturalne jest, że minimalizm oznacza mniej wydawanych pieniędzy i mniej przedmiotów w mieszkaniu. Ale nie do końca, bo nie jest to totalna i bezwzględna redukcja stanu posiadania, ale pewna refleksja nad tym, czego mi tak naprawdę potrzeba, a co mi tylko wmówili inni. Prowadzi ona do wyrwania się z tego owczego pędu, który nakazuje nam kupno domu na kredyt, kompletu sprzętu AGD, najnowszego modelu samochodu, komputera, wszystkomającego telefonu itd. bez zastanowienia, czy tego chcemy, czy nie, a przerzucenie się np. na hobby (żywność ekologiczna, podróże, imprezy kulturalne, edukację itp.) Czyli jakieś pieniądze muszę zarabiać i wydawać, spokojna głowa! Tylko nie bezmyślnie i nie na to, na co wszyscy wydają, i nie tyle, ile wszyscy wydają. Kupię lodówkę i pralkę, ale zmywarki i kuchenki mikrofalowej już być może nie. Gospodarka będzie się rozwijać, ale trochę inaczej, w innym kierunku. Może lepiej...? Może dzięki minimalistom PKP przeżyje renesans? A może splajtują hipermarkety na rzecz sklepików osiedlowych?

    Innymi słowy: nie ma co sprowadzać minimalizmu do cofnięcia się do czasów polowań. Nie o to chodzi! Nasza cywilizacja ma przecież swoje dobre strony: zmniejszona umieralność (lepsza opieka zdrowotna, mniej chorób), internet ;-), kanalizacja, wodociągi, jako taki dach nad głową, mniej nocnych napadów i grabieży na nasze "osady", mniej walk "plemiennych", powszechna edukacja itd. Można sobie marzyć o sielskim życiu na wsi lub w lesie, ale takie nie istnieje. Na dłuższą metę dopadną nas choroby, żywioły, dzikie zwierzęta i ... obcy ludzie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Na jednym z blogów pojawiło się takie kryterium minimalizmu: "żeby coś nie stało się kurzołapem". Genialne, prawda? Można to odnieść praktycznie do każdej sfery naszego życia: do metrów kwadratowych mieszkania, ubrań na wieszaku, płyt CD i książek w regale, jedzenia w lodówce, nawigacji w samochodzie, samego samochodu, adresów w książce adresowej, znajomych... Czyli nie rezygnujemy z czegoś dla zasady, tylko po prostu przyglądamy się dokładniej naszym potrzebom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie zdania komentarza - super. Z takim minimalizmem zgadzam się w pełni (choć kurzołapy też mogą zaspokajać ważne potrzeby, np. być symbolami jakiejś identyfikacji czy zakorzenienia). Dodałabym ważenie potrzeb i możliwości, bo często nie da się zaspokoić wszystkich potrzeb (ważnych). Poza tym we wpisach pojawia się czynnik wolnościowy (mój ulubiony). I tu moim zdaniem leży sedno dobrowolnej prostoty: rozbudować czynnik materialny tak, aby był funkcjonalny, ułatwiał i uprzyjemniał życie w granicach rozsądku i jednocześnie ograniczyć tak, aby nie prowadził do ograniczeń i jakiegoś zniewolenia. Przysłowiowy kredyt - może mieć uzasadnienie ekonomiczne i być rozwiązaniem rozsądnym. Może także sprawić, że staniemy się niewolnikami. Wszystko zależy od potrzeb i możliwości (i dobrze wynegocjowanej oferty ;-)

      Co do plajt i "szkodzenia" gospodarce. Nie mam nic przeciwko bardziej równomiernemu podziałowi dóbr, niż mamy obecnie ;-) Czy wszyscy są "wystarczającymi" beneficjentami postępu, aby on sam był jakimś priorytetem? Tu trzeba się zastanowić, ale skłaniam się ku negatywnej odpowiedzi. Od dawna jestem też zwolenniczką możliwości quasi-autarkicznych (np. rodzin i państw także). Sytuacja na świecie jest tak zmienna, że nie zaszkodzi być elastycznym w tym zakresie :-) Zatem technologia i postęp są OK, gdy są potrzebne w naszym rozwoju. Gdy stają się tylko atrapą albo nadmiernym obciążeniem, albo są narzędziem wyzysku - nie zaszkodzi posiadanie niewielkiego gospodarstwa bez wygód i elektryczności z małym zagonem i chlewikiem ;-)
      Tesia

      Usuń
  6. Nie znoszę, kiedy ktoś próbuje robić z ludzkości (czy choćby „tylko” z Polaków) jedną wielką rodzinę. Nie podoba mi się próba budowania „nowego wspaniałego świata”, w którym równość i braterstwo wszystkich ludzi stałyby się dogmatem. Taka już jestem i... podoba mi się to. Wolałabym, że palące „problemy społeczne” (np. bieda czy analfabetyzm w krajach trzeciego świata) były rozwiązywane po kolei, przy użyciu różnych metod. Raz odgórne regulacje, raz działanie oddolne. Bez prób stworzenia jakiejś parszywej utopii, w której wszyscy by się kochali i szanowali.

    Dlaczego? Po pierwsze – zawsze było i zawsze będzie obecne w relacjach międzyludzkich przynajmniej jedno z zachowań antagonistycznych: rywalizacja. Po drugie – różnorodność celów życiowych, potrzeb i marzeń poszczególnych jednostek. Po trzecie – niechęć jednych ludzi do drugich. Tego się nie da zmienić. Nigdy. Z tych trzech powodów wszelkie dążenia do stworzenia z ludzkości wielkiej (rodzinnej niemal) wspólnoty uważam za niewłaściwe.

    I dlatego właśnie nie podoba mi się idea przekształcenia poczciwego minimalizmu w ogólnoświatowy trend. Nie dlatego, żeby ten „nurt” miał jakieś poważne wady; rozsądnie stosowany, może jedynie ulepszyć życie. Po prostu nie podoba mi się, że filozofia mająca w założeniu pomagać jednostce w osiągnięciu osobistego szczęścia, według Ciebie powinna stać się nową świecką religią. Ot, kolejny przepis na zbawienie całej ludzkości.

    Wierzę, iż minimalizm jest dobry. Zwłaszcza dla nas, mieszkańców rozwiniętych krajów, którym daleko do prawdziwej nędzy. Ale nie wierzę, że minimalizm może uratować świat. Czy że – powinien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minimalizm jako filozofia mająca tylko pomagać w osiągnięciu osobistego szczęścia to nie za mało? Kiro, mam wrażenie, że opatrznie mnie zrozumiałaś. Nie pisałem o stworzeniu „jednej wielkiej rodziny”, nie pada we wpisie słowo „równość” i „braterstwo”. Daleki też jestem od tworzenia „nowej światowej religii” czy utopii. Nie chodzi o zbawienie całej ludzkości, gdzie to napisałem? We wpisie chciałem pokazać, co proponuje obecny żarłoczny konsumpcjonizm, a co proponuje dobrowolna prostota. Jestem realistą i znam skomplikowaną naturę człowieka. Ale jestem przeciwnikiem zamykania się w czterech ścianach.
      W zakładce autorzy napisałem, że urzekł mnie „ruch” dobrowolnej prostoty w Stanach. To jest ruch „społeczny”, który nie ucieka od tematów społecznych, a nawet projektów konkretnych zmian (David Korten, Świat po kapitalizmie, polecam). Chciałbym czegoś więcej, otoczenia bardziej przyjaznego dla człowieka. Czy słowa takie jak solidarność są zakazane? Moim zdaniem można coś zmieniać, nie uciekając do swojego małego świata, polecając innym wartości, które uważam za bliskie prostocie. Sądząc po zainteresowaniu blogiem jest wiele osób, które szuka czegoś więcej – porozumienia, dzielenia podobnej wizji świata? Czy można mówić już o „nurcie” dobrowolnej prostoty? Nie wiem. Ale czy mam się pogodzić z tym, co jest, bez najmniejszej próby zmiany na lepsze? Nie chodzi o aktywizm (nie mam na niego czasu), ale moje własne tak/nie, które –zwielokrotnione- może stanowić jakąś widzialną w makroświecie siłę. W dobrowolnej prostocie jest miejsce na odpowiedzialność za siebie, swoje otoczenie, społeczeństwo, w którym żyjemy. Nie unikałbym tu także niemodnego słowa „Polska”. Udawać, że nie ma tych kręgów współzależności, że nic mnie to nie obchodzi, że nie ma na to miejsca? Na koniec chciałbym podkreślić: pisałem o indywidualnych (konsumenckich) wyborach. Chcę zmieniać agresywny konsumpcjonizm poprzez indywidualne decyzje - swoje i tych, którzy podobnie myślą. Jeżeli ktoś nazwie to ruchem czy prądem dobrowolnej prostoty nie będę miał tego za złe. Ale nie to jest najważniejsze. Nie chodzi wszak o nowa religię (o czym pisałem choćby w Run, Forrest, run!)

      Usuń
    2. Wybacz, jeśli Cię źle zrozumiałam. Nie czytałam Twoich dawnych wpisów, przez co zinterpretowałam Twą wypowiedź po swojemu.

      Można zmieniać świat, nawet trzeba. Pewne sprawy powinny być regulowane odgórnie, inne - przez przymusową (jak to się mówi ;)) edukację najmłodszych (czym skorupka za młodu... ;)), jeszcze inne - przez oddolne inicjatywy. Nie krytykuję więc działaczy, aktywistów jako takich. Chodziło mi o sam minimalizm. Nie chciałabym, żeby wszedł do kanonów zachowań poprawnych, polecanych przez autorytety nie jako sposób na udane życie, a jako najbardziej godziwa moralnie metoda kształtowania świata wokół siebie. Może nie umiem wyjaśnić, o co mi chodzi...

      Usuń
    3. Ok, rozumiem. Ja też wolę, żeby to była przygoda życia i odkrywanie niż narzucona odgórnie polityka. Niech zmiany, także te w świecie, wypływają z naszego wnętrza i głębokiego poczucia, że to ma sens. Jest to zbyt cenne i ważne, żeby stało się czystą ideologią oderwaną od życia. Czy tak?

      Usuń
    4. Myślę, że w dużej mierze uchwyciłeś mój pogląd na minimalizm. :) Wydaje mi się jednak, że i tak - jakże niewinna na razie - filozofia, podobnie jak wiele innych, znajdzie swoich nazbyt gorliwych naśladowców, którzy przesuną "środek ciężkości" z punktu SZCZĘŚCIE do punktu MORALNOŚĆ. :)

      Usuń
    5. Powinno być: i TA ... filozofia

      Usuń
  7. Ten przykład rynku produktów ekologicznych, który podałeś... mam co do tego mieszane uczucia, czytałam jakis czas temu artykuł o tzw. ekościemie na rynku produktów "bio", "eko" itd. i niestety z wieloma z tych tez sie zgadzam; często wysoka cena tych produktów nie jest uzasadniona niczym oprócz faktu, ze jest to modne i ze firmy chcą zarobić na nieświadomych konsumentach, którym się wydaje, ze kupują kawałek lepszego jedzenia, lepszej ideologii i lepszego świata. To tylko przykład, którzy pokazuje, ze wszystkie dobre idee mogą zejść an złą drogę, jeśli się w porę nie zacznie im krytycznie przyglądać.
    Co do teorii, że bogactwo narodów bierze się z pracy i oszczędzania, nie do końca się zgodzę, patrząc na bliższych i dalszych sąsiadów, dochodzę do wniosku, ze ich bogactwo wzięło się głównie z wojen, niekoniecznie wygranych; w USA to nie drastyczne oszczędzanie zażegnało kryzys, ale przygotowania do wojny, które nakręciły gospodarkę; owszem, może teraz USA jako państwo właśnie bankrutuje, lub już to zrobiło,a le z drugiej strony pełnie jest ludzi niesamowicie bogatych. Może ktos to rozumie, bo ja na pewno nie.
    Nie przeczę samej idei minimalizmu, bo w sumie staram sie z nią bliżej zaprzyjaźnić, ale to powinien byc wybór dobrowolny każdego z nas, a nie przymusowy. I szczerze mnie drażni odgórne pieprzenie o "konieczności oszczędzania", o kryzysie, którego nie było, ale już się skończył, i nie uważam, żeby to było w porządku, że ja "wybieram" minimalizm, nie kupuję niepotrzebnie ciuchów, nie wydaję na obiady na mieście, spędzam czas z rodziną zamiast w centrum handlowym - to jest jak najbardziej OK, ale potem, to co zaoszczędzę, zżeraja mi rachunki za gaz, który drożeje szybciej, niz rośnie moja wypłata, a ogrzać mieszkanie muszę. I chciałabym też czasem pójść z dzieckiem to tego cholernego centrum handlowego, kupić mu lego czy inną plastikową pierdółkę i zabrać na pizzę, bo to też są życiowe drobne przyjemności. Można z nich zrezygnować, ale to powinno być wyborem,a nie koniecznością.
    Przepraszam, jeśli się komuś moja wypowiedź wydała pełna sprzeczności, zapewne taka jest, bo ja tez czuję się rozdarta miedzy wieloma sprzecznościami, i jedno, co mam na pewno, to uczucie, że ktoś nas robi w konia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dlatego napisałem "zpracy i oszczędzania", a nie "z pracy albo oszczędzania" :)
      Konieczne jest zastosowanie obu elementów :)
      Vide Twój przykład USA z czasu przed woją i Chin obecnie...
      Roman

      Usuń
  8. Dobrze rozumiem to rozdarcie i chaos. Dlatego trzeba kierować się wewnętrznym głosem. Oszczędność narzucona lub wynikająca z konieczności będzie zawsze uwierała. Wybieramy prostotę czy minimalizm dla niej samej, bo ma wartość, bo czujemy, że tak piękniej i lepiej. Niestety nikt nam za to nie podziękuje, a karawana pójdzie dalej. Drobne przyjemności od czasu do czasu jak najbardziej.
    Co do produktów ekologicznych to oczywiście racja - nie wszystko z etykietką eko, bio jest ekologiczne, to czasem tylko 1% składu produktu. Oszustwa na każdym kroku i trzeba być czujnym. Z drugiej strony w naszym warzywniaku ceny warzyw organicznych zbliżają się do cen tych zwykłych. Jest też mimo wszystko więcej produktów (chemia domowa, kosmetyki) niezawierających tylu szkodliwych substancji. Rzeczywiście w dzisiejszym rozregulowanym systemie oszczędność, a tym bardziej praca zostały wykpione - liczy się siła, spryt, gra interesów i układów. Dodrukuje się lub pożyczy pieniądze, chociaż - kiedyś - pewnie w skali globalnej zapłacimy za to słony rachunek.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…

Prawa prostoty: Organizuj

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

Dzięki właściwej organizacji więcej sprawia wrażenie mniej.

Chodzi o zarządzanie złożonością, z czym stykamy się przede wszystkim w domach, w których rzeczy wydają się mnożyć.

Maeda wymienia trzy spójne strategie redukcji bałaganu i osiągnięcia prostoty:
1. kupno większego domu,
2. umieszczenie wszystkiego, czego nie potrzebujemy, w miejscu do przechowywania,
3. metodyczne zorganizowanie tego, co posiadamy.

Początkowo większy dom zmniejsza bałagan kosztem większej przestrzeni. Ostatecznie jednak więcej przestrzeni z czasem oznacza więcej bałaganu.
Magazynowanie zwiększa ilość wolnej przestrzeni, ale dość szybko zostaje zapełniona kolejnym rzeczami, które odkładamy.
Wreszcie wdrożenie systemu organizacji tego, co posiadamy w naszej ograniczonej przestrzeni, zmienia chaos przedmiotów w uporządkowaną strukturę.

Wszystkie te trzy metody dynamicznie się rozwijają. …

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Uwolnij swoje stopy

Przed nami okres wakacyjnych wyjazdów, weekendów na działce, wycieczek. Dlatego gorąco zachęcam Was do jak najczęstszego chodzenia boso.

Warto dać odpocząć stopom, poczuć nie tylko naturalny kontakt z ziemią, ale także otworzyć się na nowe doznania. Stopy to "szósty zmysł": można poczuć różne faktury i twardość nawierzchni, temperaturę, wilgotność. Chodząc boso prostuje się nasza sylwetka, odpoczywa całe ciało. Zwalniamy tempo, bo nie da się spieszyć na bosaka. Stajemy się bardziej skoncentrowani i uważni. I trochę, przyznajmy, przełamujemy codzienną, obutą rutynę...

Chwile, w których chodzimy boso, pamiętamy szczególnie intensywnie. To taka "pamięć stóp".

Zalet chodzenia boso jest naprawdę sporo, bez zaglądania w rejony akupresury. To darmowy masaż, relaks, peeling, hartowanie całego organizmu w jednym.

Warto także odnotować, że chodzić boso można także po śniegu.



Na stronach angielskojęzycznych natknąłem się nawet na stowarzyszenie chodzących boso (tutaj). Oto i…