5 lutego 2015

Mamy problem

Spójrzmy na problem jako następującą definicję:
"Nieakceptowalna różnica pomiędzy stanem obecnym a pożądanym".  
Kilka przykładów:

  • ważę 75 kg, a powinienem 68 kg (uwzględniając indeks BMI)
  • dojazd do pracy zajmuje mi 60 min., a zakładałem podczas zmiany pracy 35 min.
  • na rozrywkę średnio w miesiącu wydajemy 100 zł, a budżet przewidywał 85 zł
  • itp...
Co taka formuła nam daje? Przede wszystkim "ucina" wszelkie "oczywiste oczywistości" i "smutne życiowe konieczności", którymi codziennie tłumaczymy nasze problemy, takie jak pogoda (znów pada), kurs franka (wysoka rata), korki (znów się spóźniłem). Na powyższe nie mamy wpływu - chyba, że zmienimy strefę klimatyczną, przewalutujemy kredyt ....

Wyrażenie problemu jako coś, co możemy zrobić, na co mamy wpływ, pozwala nam wziąć sprawy w swoje ręce, chyba że narzekaniem usprawiedliwiamy naszą niechęć do zmiany.
Stwierdzenie "jestem gruby" nic nie wnosi tak długo, jak nam z tym dobrze/niedobrze, jednak jak podamy stan obecny - ważę 75 kg - oraz stan pożądany - 68 kg, dajemy sobie automatycznie pole do poprawy, rozwiązania mojego problemu.  

Nie wrzucajmy wszystkiego do jednego worka, łatwo usprawiedliwiając otaczającą nas rzeczywistość. Oczywiście, że czasami musi wygrać serce, a nie rozum, ale jasne postawienie sprawy, co chcę zmienić, zaczynając od wyznaczenia stanu obecnego (dziś jestem tutaj) oraz przyszłego (chcę być tam za miesiąc), pozwoli nam działać, a nie trwać w letargu.

Co sądzicie o takim podejściu? Czy warto definiować problemy?
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...