Przejdź do głównej zawartości

Czym jest dla Ciebie wolność?

Może nawiedzają Was, w najmniej oczekiwanym momencie, podobne myśli?
Co ja tu robię? Zamiast być w domu ze swoimi dziećmi siedzę w pracy, żeby zarobić na opiekunkę, z którą zostawiam swoje dzieci? 
Pracuję od rana do wieczora, żeby zarobić na spłatę kredytu na mieszkanie, w którym faktycznie nie mieszkam? 
Dzieci widuję tylko w porach, gdy już śpią w łóżkach. 
Biorę kredyt na samochód, który za chwilę będzie wart połowę pożyczonej sumy. 
Siedzę w domu, w którym nie chcę mieszkać, gdyż przypomina IKEA, drżąc o to, by mąż nie stracił pracy, gdyż nie będziemy mieli na raty.
Buduję wielopokoleniowy dom, w którym dzieci i tak nie będą mieszkać, a do sprzątania którego trzeba będzie zatrudnić firmę sprzątającą.
Stojąc w kolejce do kasy w niedzielne popołudnie zastanawiam się, czy jest to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu z rodziną. 
Płacę za studia na uczelni, pracując wieczorami i w weekendy, chociaż po jej ukończeniu zapewne zasilę szeregi dyplomowanych bezrobotnych. 

Szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, studia, magisterka, praca, kredyt, zakupy, więcej pracy, większy kredyt, zakupy i tak przez 30-40 lat, do emerytury. Czy życie ma być jedynie drogą do jak najlepszej zdolności kredytowej? Czy świadomie wybraliśmy ten scenariusz dla swojego życia? Czy o to naprawdę nam chodziło?


W dawnych czasach dłużnik, który nie był w stanie spłacić swoich zobowiązań, tracił -on i jego rodzina- osobistą wolność, stając się niewolnikiem wierzyciela. Czy dzisiaj jest inaczej? Czy jesteś kolekcjonerem długów? Pewnego dnia możemy obudzić się i zauważyć, że żyjemy według cudzego scenariusza, z nogami przykutymi do galery.

Przychodzą mi na myśl słowa Henry'ego Thoreau z Waldena: Zastanawiając się, co stanowi główny cel człowieka i jakie są jego prawdziwe potrzeby i środki życiowe, ma się wrażenie, iż ludzie jak gdyby umyślnie się zdecydowali na jeden wspólny sposób życia, woląc ten właśnie od wszystkich innych. Aczkolwiek ich zdaniem stało się tak z braku wyboru. Czujne i zdrowe natury jednak pamiętają, że słońce wstało jasne. Nigdy nie jest za późno, aby się wyzbyć przesądów. 

Warto zadać sobie pytanie: czym jest dla mnie wolność? Jeśli nie odpowiemy na to pytanie sami, ktoś inny (firma, inna osoba, rząd) odpowie na nie za nas. A chodzi przecież o to, aby -lepiej lub gorzej- pisać swój własny scenariusz samemu.

Zapraszam do obejrzenia krótkiego wystąpienia Adama Bakera, który wraz z żoną zaczął pisać własny scenariusz dla swojego życia. Niezwykle inspirujący przykład!





Komentarze

  1. Bardzo dobry wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Typowy scenariusz.
    Młodzi ludzie uczyli się ciężko. Skończyli szkoły średnie żeby mieć dobrą pracę. Kiedy zaczęli te "wymarzone prace" okazało się że chcą się pokazać znajomym. Zaczęli zakupy na raty, byle pokazać że mają drogi samochód, że mająmodne meble, że mają najlepsze ubrania itp.
    Każdy z nas chce pokazać rodzinie i znajomym że odniósł sukces, dlatego cały czas kupuje i kupuje na kredyt.
    W Polsce jest to tym gorsze, że ludzie mieszkają przez całe życie w jednym miasteczku i wszyscy wszystkich znają. Jeśli chcemy być uważani w takiej społeczności, musimy się pokazać że nas stać na najlepsze rzeczy.
    Dla mnie wolność to właśnie odizolowanie się od ludzi, którym muszę się pokazać co mam.
    Mieszkam od bardzo dawna za granicą. Nie znam sąsiadów, nikomu nie chcę się pokazać bo nie mam komu. To jest dla mnie wolność. Mogę robić co chcę, bo nikt mnie nie zna i nikt nie troszczy się o to co ja mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @do Wild Dog-a: cyt.:"jeśli chcemy być uważani w jakiejś społeczności, musimy się pokazać, że nas stać na najlepsze rzeczy"......
      Oj, mam wrażenie, że to Twoje osobiste spojrzenie na świat. Czy to oznacza, że jeśli mamy "być uważani" przez innego człowieka to MUSIMY się "pokazać". A cóż to za miara!!!??? Chwała Bogu, że mnie to nie dotyczy, uff....
      Dobrze, ze masz możliwość odizolowania się - jak to sam postrzegasz - od ludzi, którym MUSISZ się pokazać co masz. Ale za parę dni, tygodni, miesięcy tam gdzie mieszkasz obecnie poznasz nowych i .... znów stwierdzisz, że MUSISZ pokazać co masz.
      Taki sposób myślenie "siedzi" w Tobie, w Twojej głowie, nie jest miarą społeczeństwa. Na szczęście!
      Pozdrawiam
      Zuzia:)

      Usuń
    2. Zgadzam sie z Zuzią. Problem tkwi nie w tym, że "musisz" ile w tym, ze wydaje ci sie, że "musisz". I dokąd nie przestanie Ci sie wydawać to będziesz "musiał" lub będziesz musiał zaprzeczać swojemu "muszę" :))) Doprawdy, różnica pomiędzy jednym i drugim jest znikoma, gdyż ciagle pozostajesz niewolnikiem własnych wyobrażeń.
      Mieszkam w małej miejscowości od urodzenia z ledwie 10-cio letnią przerwą i naprawdę nic nie muszę, a nawet jeśli, to owo "muszę" mi nie ciąży. Wiem, że mnie inni oceniają, ale to ich prawo niezależnie od tego co zrobię. "Wolność jest w nas", że odniosę sie do pewnego, bardzo dobrego z resztą, filmu. Banalna prawda, ale prawda. Choć trudno osiągalna.
      Roman

      Usuń
    3. My też mieszkamy w małej miejscowości. Mamy sporo znajomych o różnym poziomie zamożności. Utrzymujemy kontakt z tymi, dla których status materialny nie jest głównym magnesem towarzyskim. W takiej miejscowości na pewno znajdzie się grupa średnio- lub mniej majątnych. Mieszkamy w bloku w miejscowości, w której większość mieszka w domach. Staram się otwarcie mówić, że na coś nas nie stać. Przyjmujemy ubrania po dzieciach sąsiadów. Myślę, że to faktycznie kwestia wewnętrznego nastawienia, przełamania tabu. Mamy jednak znajomych, dla których ocena środowiska (zwł. zawodowego)pod kątem stanu posiadania jest bardzo ważna, nobilitująco-deprymująca. Ale można nad tym popracować, choćby przystając z tymi, którzty nie aspirują do bycia śmietanką towarzyską. Okazuje się, że takie kontakty są ciekawsze, mniej męczące, naturalne. Z drugiej strony rozumiem, że mieszkąc od dziecka w miaseczku można się dusić, w dużym mieście łatwiej żyć po swojemu, bez sensacji w skali gminnej(:

      Usuń
    4. "...Staram się otwarcie mówić, że na coś nas nie stać..." poruszyło mnie to stwierdzenie i wydaje mi się, że trzeba dużej odwagi, aby w ten sposób głośno o tym mówić. Opowieści o czyimś stanie posiadania najczęściej mnie nie poruszają, ale z tego powodu, że nie stanowi to dla mnie atrakcji. Nie kuszą mnie ani super samochody, ani zagraniczne wojaże, ani też drogie rzeczy, zwłaszcza po przeczytaniu, że koszt wyprodukowanego ubrania to 1% jego wartości, a reszta to gotowość klienta do wydania własnych pieniędzy. I mimo braku wewnętrznych motywacji i oczywiście środków na podane przykłady, nigdy nie powiedziałam tego w grupie. Hmm ...poćwiczę i poobserwuje. Świetny blog :)
      Anka

      Usuń
    5. Typowy scenariusz dla młodego człowieka zaczyna się wtedy, gdy zamiast żyć za grosze w akademiku, niezbyt przejmując się dobrami materialnymi i czerpiąc "fun" z imprez postanawia zainwestować we własny dom. Stopniowe przejście między bawiącym się studentem a pracującym konsumentem jest chyba najważniejsze dla "typowego scenariusza". Wydaje mi się że ktoś kto wynajmuje dom/pokój/mieszkanie kupuje mniej rzeczy niż ten kto ma je na własność. (własny)Dom stanowi bowiem naszą osobistą, posiadaną na własność przestrzeń w której z satysfakcją składujemy kolejne graty. W wynajętej przestrzeni mamy tylko trochę własnych drobiazgów + cudze przedmioty z których korzystamy. Lodówka, pralka, toster... Nie przywiązuje się do nich wagi, bo to "nie nasze". Zawsze można wrzucić swój dobytek do plecaka i wynająć mieszkanie gdzie indziej. I to jest pewna wolność - wybieramy gdzie żyjemy, nie jesteśmy uwiązani w jednym miejscu. Nie mamy zobowiązań kredytowych, po prostu "czystą kartę". Trochę oszczędności, różnorodne umiejętności i zwyczajna zaradność - a finansowa przyszłość nie będzie spędzać snu z powiek. Do tego nauka języków obcych - i świat staje przed nami otworem.
      D.

      Usuń
  3. Adam rzeczywiście może inspirować, chociaż jego przykład bardziej pasuje do amerykańskich standardów i realiów. Kolejny przykład zadłużonego po uszy konsumenta, który nagle decyduje się na zwrot o 180 stopni i po jakimś czasie wydostaje się z finansowego bagna, a w konsekwencji stwierdza, że prostsze życie daje szczęście. Niby oczywiste, ale tak wiele osób jakoś nie potrafi tego dostrzec.
    Szczerze powiem, mnie to wystąpienie nieco zasmuciło - po raz kolejny zdałem sobie sprawę, jak chora i złudna jest ta 'normalność', standardowy styl życia gloryfikowany naokoło.
    Cytat Nigela (pod koniec prezentacji) genialny - i chyba czuję nadchodzącą wenę do kolejnego wpisu u siebie. Dzięki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten post moim zdaniem również bardziej pasuje do nie-polskich realiów; wszystko prawda, ale jednak w naszym kraju koszt życia jest niewspółmierny do zarobków i wielka rzesza ludzi zapiernicza nie po to, żeby zarobić na jakieś wybujałe wymagania, ale po prostu na jakieś przyzwoite minimum życiowe. Ten kredyt na 30 lat to zwykle jednak nie jest na dom z basenem, a na dwa pokoje w bloku, a jak go nie brac, skoro alternatywą jest płacenie równowartości raty kredytu za wynajem. I tak dalej. Przepraszam, że trochę marudzę, ale nie przemawiają do mnie takie skrajne przykłady. Pewne, ze znam ludzi, którzy i w Polsce odwrócili swoje życie o 180 stopni - sama moze kiedyś tak zrobie - ale nie każdy ma lub będzie miał taką możliwość.
      Lepiej zaczynać od małych kroczków, pozbywając sie drobiazgów, które nam ciążą na co dzień.

      Usuń
    2. @Angua: "Nigdy nie jest za późno, aby się wyzbyć przesądów". Dlaczego daliśmy sobie wmówić, że wynajmowanie mieszkania (i pozostanie wolnym, bez długów) jest gorszą alternatywą niż kupienie mieszkania na kredyt (i zadłużenie się na 30 lat z codziennym niepokojem o to, czy nie stracisz pracy)? Jasne: ludzie w ten sposób realizują marzenie o stabilizacji (wielu dowodzi w ten sposob innym, że się czegoś dorobili), a mnie porusza pytanie, czy przypadkiem nie wybrali scenariusza podobnego do milionów innych dłużników na fali owczego pędu, nie sięgając po inne opcje ze strachu przed opinią ludzi albo z praktykowania najgorszego "grzechu": niesłuchania siebie i nieufania sobie. Gdy nie mamy kontakty z samym sobą, nie dowiemy się, jakiego życia naprawdę pragniemy. Może tak w głębi serca czujemy, że "wystarczy mniej", ale wybieramy "więcej" i "na kredyt", bo nie usłyszeliśmy swoich myśli, które podpowiadały, że jest dla nas inny scenariusz (i to nie jeden). Jestem przekonana, że na odwrot od przesądów nigdy nie jest za późno i że możliwośc zmiany swego życia ma każdy.
      Magda - żona Konrada
      ps. Mężu, gratuluję: poruszający wpis!

      Usuń
    3. @wolnym być: amerykańskie standardy bardzo szybko stają się naszymi standardami, mam tu na myśli konsumpję poprez maksymalne zadłużanie się. Może lekarstwo przyjdzie z tego samego miejsca, co choroba? Amerykanie pierwsi odczuwają skutki życia na kredyt. My jesteśmy 20 lat do tyłu, ale szybko nadrabiamy zaległości. Jak to wygląda w Stanach, opisała mi koleżanka, która mieszka tam już długo. Na ulicy, na której mieszka większość domów jest przejęta przez banki, całe rodziny opuszczają swoje domy po cichu, w nocy, w tajmenicy przez bankami, zabierając co tylko się da i przenosząc się do samochodów. Lepiej zatem wcześniej zastopować ten -jak zauważasz- standardowy styl życia, może niekoniecznie o 180 stopni, ale np. o 90, 45, 30?
      @Angua: W naszych realiach kredyt na mieszkanie to zwykle jedyne wyjście. Ale lepiej na tym jednym kredycie poprzestać. No i żeby rata nie przekraczała jakiejś normalnej części naszych dochodów. Radośnie zakładamy, że będzie coraz lepiej. Potem pojawia się życie w stresie, brak możliwości zaspakajania innych bieżacych potrzeb, stąd często branie innych pożyczek. Niektórzy wolą np. zapłacić za mieszkanie 100% z kredytu (skoro bank daje), zamiast mieć duży wkład własny. Albo biorą mieszkanie większe od aktualnych potrzeb. Pułapek jest wiele... Jak najbardziej zgadzam się z polityką małych kroczków, drobnych codziennych zwycięstw.

      Usuń
    4. Niestety kredyt hipoteczny często jest niemal konieczny dla młodych ludzi, którzy chcą być samodzielni, żyć po swojemu, nie zastanawiać się, która półka w lodówce jest "nasza". Owszem można wynajmować, ale to koszt (i subiektywne poczucie braku stabilizacji) lub mieszkać u rodziny (potrzeba stworzenia DOMU dla swojej rodziny jako schronienia, miejsca, gdzie możemy spokojnie się pokłócić bez skrępowania, że usłyszą rodzice czy teście, miejsca, gdzie my określamy reguły i możemy żyć po swojemu).
      Mierząc siły na zamiary prawdopodobnie damy radę żyć z takim kredytem (najlepiej jak najmniejszym na jak najkrótszy czas :) )
      Problem zaczyna się wtedy, kiedy : na tej ścianie z piękną tapetą trzeba by powiesić TV 46 cali, bo nasz 32 calowy śmiesznie wygląda, starych mebli do nowego mieszkania nie chcemy itd. - a reklamy kuszą (raty 0%, promocja-tylko teraz), weżmy parę złotych więcej i zrobimy parkiet a nie panele, zawsze marzyłam\em o tym czy o tamtym. Dług rośne, raty nas przygniatają..
      O ile własny kąt jest chyba potrzebą pierwotną, o tyle reszta może poczekać, aż np. odłożymy potrzebną kwotę. Tylko zdrowy rozsądek Cię uratuje.
      I wsparcie w postaci takiego fantastycznego bloga- pozdrawiam serdecznie i dziękuję Liwka

      Usuń
  4. Bardzo dobrze się Ciebie czyta :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Amen.
    Wkradles sie do moich mysli i je opisales. Ubrales w slowa to, co juz od dawna kolacze sie w mojej glowie. Dzieki za ten wartosciowy wpis.
    Dzieki za ten cholernie dobry blog, za wszystko co robicie.

    Pozdrawiam,
    Magdalena

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dziękuję za Wasze uznanie. To dodaje skrzydeł (;

    OdpowiedzUsuń
  7. Witajcie,
    bardzo lubię takie posty. Przy okazji tego chciałabym się podzielić moja osobistą sytuacją - jak ja i moja rodzina dążymy do wolności (może to jednak zbyt wielkie słowo, bo na wolność składa się jednak wiele więcej niż niezależność materialna)/ niezależności.
    Zaczęliśmy z mężem od zera, które szybko przekształciło się w minus, gdy pojawiła się moja córka, a ja zrezygnowałam z pracy, by po prostu móc być jej matką, tak jak tego pragnęłam i tak jak uważałam, że będzie najwłaściwiej (wtedy urlop macierzyński był bardzo krótki w porównaniu do dzisiejszego). Brakowało nam na opłatę za wynajem mieszkania, jedzenie, zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do teściów, co nieco poprawiło sytuację materialną, ale miało negatywny wpływ na atmosferę w naszej małej rodzinie. Był to dramatyczny czas - mój mąż - doskonale wykształcony, na odpowiedzialnym stanowisku państwowym nie był w stanie nas utrzymać. Ja dorabiałam w taki sposób, by nie musieć zostawiać dziecka na długo, móc dalej karmić piersią, być matką po prostu, mąż tez brał dodatkowe prace. Dlatego bardzo rozumiem rozgoryczenie ludzi warunkami polskimi i faktycznie zdają się one nie być porównywalne do amerykańskich. W końcu zdecydowaliśmy się dla dobra naszej rodziny na wynajem małego mieszkania, załatwiliśmy debet na naszym koncie, bo ciągłe pożyczanie by przeżyć ostatni tydzień miesiąca było dla nas zbyt krępujące. To był trudny czas, ale zawsze miałam poczucie, że to co najważniejsze i tak już w życiu mamy. Później podjęliśmy decyzję, by mąż zrezygnował ze swej pracy i założył własną działalność (obliczyliśmy, że zarobi w niej conajmniej tyle ile w swej dotychczasowej pracy), oczywiście wiązało się to z ryzykiem i brakiem pewnej wypłaty państwowej - zalet tej zmiany było jednak tak wiele - brak szefa, szansa na rozwój, realizowanie w pracy swej pasji, szansa na wyższe zarobki - że zdecydowaliśmy się na to ryzyko. Była to dobra decyzja, dzięki której 2 lata temu odbiliśmy się od dna - nigdy nie zapomnę ulgi jaką poczułam 1. miesiąca, w którym okazało się, że starczyło na wszystkie opłaty i jedzenie. Z czasem pozbyliśmy się debetu, a później zaczęliśmy odkładać. Dziś żyjemy równie skromnie jak wówczas (na ogół), przestałam jedynie oszczędzać na zdrowej żywności, na czym zawsze bardzo mi zależało (co zresztą też jest formą oszczędzania długofalowego).Cdn

    OdpowiedzUsuń
  8. Nadal wynajmujemy małe mieszkanie 2-pokojowe, w którym mieszka nasza trójka, a wkrótce pojawi się kolejne dziecko:)Poza tym prowadzimy tu 2 działalności gospodarcze - mój mąż swoją, ja pracuję pracuję kilka godzin tygodniowo. Mamą i gospodynią jestem na cały etat, co jest dla mnie najważniejsze. Bywa ciasno, ale panowanie nad przedmiotami bardzo upraszcza sprawę i uwalnia przestrzeń. Kupiliśmy niedawno za oszczędności działkę, spędzamy tam wolny czas, zamierzam tak uprawiać warzywa i owoce. Jeżeli uda się zaoszczędzić wystarczającą kwotę, zbudujemy tam dom. Kredytu nie bierzemy pod uwagę dlatego, że w razie pogorszenia się sytuacji na rynku i załamania naszej firmy bylibyśmy w kiepskiej sytuacji z rata kredytu. Teraz jest ok, gdyż na utrzymanie potrzeba nam niewiele i w razie takiego załamania można tę kwotę zarobić dość łatwo, a w dodatku mamy pewne zabezpieczenie w postaci ziemi, której wartość rośnie. Dzięki temu żyjemy bez stresu. Oczywiście kredyt nie interesuje nas również dlatego, że chcemy mieć dom w cenie domu, a nie w cenie 2 domów. Rozumiem oczywiście osoby, które w konkretnych przypadkach decydują się na kredyt. Ważne by to była świadoma decyzja.
    Na koniec chcę dodać, że cały tryb życia jaki prowadzimy opiera się na wielkim skarbie jakim są ręce mojego męża, które potrafią naprawić i zrobić prawie wszystko. Dzięki temu możemy bez stresu jeździć 20letnim autem, nie musimy wzywać fachowców do różnych spraw itd. Ja też się staram - moja działka to szycie, gotowanie, przetwory, a w przyszłości mam nadzieję uprawa własnych warzyw i owoców.

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje wypowiedzi brzmią tak, jakbyśmy sobie bardzo dobrze radzili. Prawda jest taka, że radzimy sobie różnie, popełniamy wiele błędów jeśli chodzi o życie zgodne z duchem dobrowolnej prostoty, bywa, że brak nam dojrzałości w tej kwestii. Uczymy się, a rezultaty są różne.
    Pozdrawiam wszystkich towarzyszy na tej ścieżce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doroto, dziękuję za podzielenie się Waszą drogą. Wspaniały przykład odwagi, rozwagi i determinacji. Dobrze, że tutaj jesteście. Pozdrawiam, K.

      Usuń
    2. Miło być mile widzianym:)

      Usuń
  10. Wiele naprawdę trafnych obserwacji jest w tym poście. Dorzuciłabym taką uwagę: bardzo ważne jest odróżnianie zachcianek od rzeczywistych potrzeb, a te ostatnie bynajmniej nie są jednoznaczne. Pisałam doktorat nocami w kuchni, bo w każdym pokoju trzypokojowego mieszkania ktoś spał, a nasz dom zaledwie wyłaził ponad fundamenty. Marzyłam o takim miejscu, w którym mogłabym zostawić cały swój bałagan: notatki, książki, kserokopie, wyjść do pracy, wrócić i zastać wszystko na tym samym miejscu. Niestety, nigdy się tak nie dało. Teraz, kiedy mieszkamy w tym domu, każde z nas - mąż i ja - potrzebuje osobnego pokoju do pracy. To nie jest fanaberia, inaczej się nie da. Dwaj synowie, póki byli mali, dzielili pokój, a teraz - każdy ma własny. Kiedyś, kiedy synowie się wyprowadzą (a wszystko na to wskazuje), my zaś przejdziemy na emeryturę, pewnie okaże się, że przestrzeni mamy za dużo, chociaż jeden pokój do pracy na pewno zostanie. Czy sprzedamy dom? Liczymy się z tym.
    Tak więc, przez długi czas naszego życia ilość pokoi (bardziej, niż ich wielkość) będzie wysoko na liście naszych potrzeb. Natomiast ci, którzy nie muszą pracować w domu, mogą inaczej gospodarować przestrzenią i wybierać odmienne priorytety.
    Ważne jest to, żeby elastycznie reagować na potrzeby zmieniające się w miarę upływu czasu i nie dać się zapędzić w ślepy zaułek inwestycyjny pod hasłem: jak już, to na całe życie! Na osiedlu, gdzie mieszkamy, przez kilkanascie lat rozpadło się niejedno małżeństwo, domy zmieniły właścicieli, dzieci dorosły i wyjechały, w sześciu pokojach zostały dwie osoby - bo życie zmienne jest. I to właśnie zmienność warto poważnie brać pod uwagę, planując przyszłość.

    Pzdrawiam
    Rubia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że potrzeby są przeróżne i indywidualne dla każdego. Ja czasem wydaję pieniądze na coś, na co mało który minimalista wydałby pieniądze, ale dla mnie akurat dana sprawa jest osobiście ważna. Nawet jeśli czasem dany wydatek uznam za zbędny to potrzebuję się czasem przekonać o tym osobiście. Żeby potrafić ocenić własne potrzeby potrzeba jest mieć kontakt ze samym sobą, o czym pisała wyżej Magda. W naszych głowach i sercach jest nasza definicja DOBROWOLNEJ prostoty czy wolności.

      Usuń
  11. Wolność to możliwość wyboru niewoli.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nikt tak na prawdę w 100% nie jest wolny. Wolna jest aby jego dusza i umysł.

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam, świetny blog o minimalizmie, lepszego o tej tematyce w Polsce nie znalazłem :) oby tak dalej, często tutaj wchodzę i czekam na więcej. Dobry cytat z Waldena - Thoreau i Emerson wydają się być prekursorami minimalizmu i "prostego" życia - gdzie żyjemy "życiem" i pasją, a nie pieniędzmi i pogonią za, jak się okazuje na łożu śmierci, niczym wartościowym.

    Zapraszam także na mój blog o kreowaniu silniejszej wersji samego siebie: SilniejszyTy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Powiem Wam szczerze, że z racji, iż wychowałem się w bardzo biednej rodzinie, pieniądze zawsze były dla mnie ważne. Miały służyć do życia, ale nie po to aby je zdobywać, dla samego ich posiadania. Na prawdę wolny poczułem się kiedy uzbierałem dosyć pieniędzy pod postacią aktywów, aby do końca życia nie pracować i móc cały czas utrzymać mój obecny poziom bytu. Minimalistyczny, aczkolwiek na wysokim poziomie (chodzi tu głównie o rzeczy niezbędne do egzystencji). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeżeli nie przekładamy rzeczy materialnych przed stosunkami pomiędzy ludźmi jest wszystko w porządku.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wolność zaczyna się wtedy, kiedy sobie uświadomimy, czego tak naprawdę nie potrzebujemy :) Najtrudniejsze w minimalizmie jest to, by przestać nadawać rzeczom etykietkę własności, z której później trudno zrezygnować. Oczywiście, łatwo się mówi ;) Sama mam problemy z pozbyciem się tzw. "pamiątek", które tak de facto są jakimiś gratami, ale jak już zaczęłam, to rzeczywiście czuję różnicę. Nie jesteśmy już aż takimi niewolnikami, chociaż wiele nam jeszcze brakuje do całkowitej wolności ;) (największe marzenie - zrezygnować z pracy na etacie, ale do tego na pewno dojdziemy na innym etapie).

    O tej mojej definicji jako wolności napisałam u siebie na stosunkowo młodym blogu, w wolnym czasie zapraszam: drogadominimalizmu.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę zatem spełnienia tego największego marzenia - małymi kroczkami się uda!- i wytrwałości w pisaniu bloga.

      Usuń
  17. Wolność jest metafizyczna;) dlatego jest tak wspaniała. Pisząc "metafizyczna" bynajmniej nie mam tu na mysli czegokolwiek z gatunku filozofii, ontologii bytu, duchowosci czy religi albi jakiejkolwiek wiary. Metafizyczny znaczy tyle co będący poza fizyką lub ponad nią, niebedacy fizycznoscią, a więc nie majacy charakteru materialnego, fizycznego, dajacego sie zważyć, zmierzyć itd... niemniej jednak jak najbardziej poznawalnego poprzez fizycznośc. Dlatego to takie wspaniałe.

    Owa metafizyczność sugeruje wiec nie to co fizyczne, czyli zewnetrzne, lecz to co niefizyczne, czyli wewnętrzne. Ostateczne chodzi wiec o introspekcję, bo tylko w takim wymiarze możliwa jest niefizyczność. Tak więc wolność jest metafizyczna, introspekcyjna. Dzięki temu, w praktyce, czyli fizyczności możliwe jest jej poznanie i zrozumienie.

    Wolność jest wyborem, elementem świadomości, metafizycznym, introspekcyjnym, gdyż wyboru dokonujemy własnie w tej przestrzeni. dzieki fizycznosci możemy dokładnie sprawdzić czym tak naprawdę jest nasz wybór, w sensie dosłownym doswiadczyć tej metafizycznej wolnosci wyboru poprzez to, ze mozemy jej dotknąć, zobaczyć, powąchać, posmakowac, usłyszeć, poczuć. To własnie tutaj możemy w pełnej krasie zobaczyć zarówno to co wybraliśmy, jak równiez to, co odrzucilismy:

    wybierając stanie w kolejce do kasy w niedzielę, odrzucilismy tym samym spedzenie niedzieli w górach z przyjaciółmi czy rodziną
    wybierajac spłatę kredytu odrzucilismy tym samym własną niezalezność finansową
    wybierajac opiekunkę dla dzieci i pracę po godzinach, zrezygnowaliśmy tym samym ze spedzania czasu z własnymi dzieci...

    Oto tak naprawdę cała wolność w swej metafizycznej krasie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Mocny post. Faktycznie amerykańskie wrzucenie na luz z polskimi realiami na niewiele wspólnego. Ale jak ocenić zachowanie kolegi wojaka, któremu Skarb Państwa dokłada dodatek za brak kwatery: 700 zł co miesiąc - co pokrywa w całości czynsz najmu, a on rezygnuje z tego i sięga po kredyt?
    Fajnie jest być na swoim, coś tworzyć itd: my np wspólnie pod rękę z architektem zaprojektowaliśmy dom, a mąż samodzielnie z pomocą mojego taty teścia i brata do buduje... (mały domeczek - uda się bez kredytu). i rozumiem to... ale moim rodzicom ciężko przychodziło domknięcie budżetu i nie zdecydowałabym się na własny dom kosztem kredytu - pamiętając ten zawiedziony wzrok mamy pod koniec miesiąca, bo przecież nic nie jest pewne na dłużej...
    Ale genialnie jest nauczyć się tej szczerości wobec siebie: na to czy tamto nas nie stać... i już! :) Można się z tym pogodzić o ile nie walczymy z nędzą... Często nie doceniamy tego co mamy, gonimy po więcej...

    OdpowiedzUsuń
  19. Świetny wpis! Dobrze postawione pytania, które zmuszają do zastanowienia się nad własnym spojrzeniem na finanse osobiste i płynący czas (jego wartość!).

    OdpowiedzUsuń
  20. Pewnego zimowego wieczoru wróciłam do domu z pracy, by zasiąść przed komputerem w domu. (Jestem księgową - pracuję na etacie i jeszcze mam swoją firmę, której poświęcam się wieczorami). Zrzuciłam buty i pomaszerowałam do pokoju odpalić komputer. Popracowałam dobrą chwilę i zrzuciłam się na łóżko.
    Rano popatrzyłam na moje buty - pokryte w znacznej części solą. I wtedy "cyk" trybik przeskoczył...
    Przy szybkiej porannej herbatce olśnił mnie bezsens tego wszystkiego. Pracuję żeby zarabiać (ale mogę też powiedzieć że naprawdę lubię swoją pracę - jednak bez przesady - pracujemy dla kasy, inaczej uprawialibyśmy wolontariat), ale wracając, pracuję żeby zarabiać, zarabiam żeby móc kupić na przykład nowe buty na zimę, nie dbam o buty które mam, bo muszę pracować...
    Całe szczęście odkrywam prostotę... i o dziwo zaczęło się od metody GTD - ale niestety nawet najlepsze GTD nie działa w dłuższym okresie czasu jeśli nie włączy się prostego myślenia - "po co coś robię".
    Ki

    OdpowiedzUsuń
  21. Jestem nieszczęśliwy...co jest,przecież jak miałem kilka ,kilkanaście lat to świat był taki beztroski,taki wesoły,jeździłem na rowerze..pływałem z kumplami w rzece...może i w kieszeni były tylko kamyki lub kapsle do gry,lecz ja byłem szczęśliwy.
    Dlaczego jak mam 30-40 lat to nie ma we mnie już tego dziecka?

    Na szczęście odnalazłem sposób aby znów być szczęśliwym jak przed laty....kupiłem sobie rower:)
    Teraz tylko wiatr we włosach,zero kosztów paliwowych no i brzusio zniknął:)

    Kocham minimalizm,moim zdaniem to najlepsza droga do szczęścia.
    Gratuluję autorowi bloga-jest świetny!

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  22. Dziś pierwszy raz odwiedziłam ten blog, i jestem pewna nie ostatni;) zastanawia mnie, czy autor bloga nie myślał o napisaniu książki? na pewno byłaby inspirująca i wiele by wniosła w życie "prostych" ludzi. Blog jest świetny i bardzo życiowy:) Miej rzeczy, a więcej ludzi-ot co! Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy chcą chcieć mniej.
    Dominika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam i zapraszam do odwiedzania bloga! Co do książki- czas pokaże...

      Usuń
  23. Ja bym już kupiła Pańską książkę. Nawet za cenę bycia "mniejszą" minimalistką. a wierzę, że choć jeden pozytywnie podbudowane czytelnik to sukces dla autora. W każdym razie trzymam kciuki bardzo mocno za Pański rozwój literacki i życiowy. Na razie "pożeram" artykuły i komentarze. A może by tak artykuł o minimalizmie w kontaktach z ludźmi? Coś w stylu mniej znajomych, ale za to kilku ważnych? taka tylko luźna sugestia. Owocnej twórczości życzę;)
    Dominika

    OdpowiedzUsuń
  24. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że niektórym to łatwo mówić "jesteś kowalem własnego losu" "chciałbyś to byłoby inaczej", ale dopatrzyłem się drugiej strony tego - osoby, które to mówią nie mają trudnej sytuacji - wiedzie im się dobrze, więc łatwo im mówić. Nie mam złej sytuacji i nigdy nie miałem, ale boli mnie to kiedy ktoś bez doświadczenia złych sytuacji (finansowych, rodzinnych itp.) mówi i szydzi z innych mówiąc SAM JESTEŚ ZA TO ODPOWIEDZIALNY - nie jest to właśnie do końca prawda, bo są naprawdę przeróżne sytuacje w życiu i w niektórych sam nie wiedziałbym co zrobić, przykład z życia: jest sobie mąż i żona i mają dziecko,żona zajmuje się domem i dzieckiem, a mąż pracuje po 10 godzin dziennie za 2tys do ręki i pewna osoba z entuzjazmem, której zawsze się powodziło (dzięki rodzicom, którzy nie dali tej osobie doświadczać biedy, bo mówiąc otwarcie mieli kasę) powiedziała tej osobie, kiedy ona narzekała na swoją złą sytuację "nie podoba ci się to zmień to a nie narzekasz sam jesteś za to odpowiedzialny" na co ta osoba odpowiedziała "mam dziecko i żonę do tego wynajmuję mieszkanie i co myślisz sobie, że rzucę pracę żeby próbować czego innego? A kto przez kilka miesięcy opłaci mieszkanie i utrzyma rodzinę? nie mam takiej dobrej rodziny jak ty, żona także, pochodzimy z ubogich rodzin", no i na tym zakończyła się rozmowa. Powiem Wam, że jest to ciekawy temat do głębszej dyskusji, bo nawet ja sam nie mam pojęcia co taka osoba może zrobić oprócz tego, że może pojawi się cud w ich życiu za co trzymam kciuki.
    Niekoniecznie ten post jest związany z tematem, ale napisałem to, żeby pokazać "dwie strony medalu", że nie zawsze wolnym łatwo być... Zależy od ludzi, od podejścia i jak kto sobie umie poradzić - nie każdy potrafi.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Szczęście a bogactwa

Uznasz za dobro bogactwa: będzie cię dręczyło ubóstwo, co gorzej - ubóstwo fałszywe. Choćbyś bowiem miał wiele, jednakże - ponieważ ktoś inny ma więcej - będzie ci w twym mniemaniu brakowało tyle, o ile tamten cię przewyższa. (Seneka, Listy moralne do Lucyliusza)

Bogactwa są rzeczą niezależną od nas i jako takie powinny być traktowane. Powinniśmy i możemy być równie szczęśliwi niezależnie od tego, czy będziemy biedni, czy bogaci: nasze szczęście nie zależy od bogactw, mieszka bowiem w zupełnie innym rejestrze, w innym wymiarze rzeczywistości.  Są to zmienne w żaden sposób ze sobą niezwiązane. Oczywiście, może nam się wydawać inaczej, a co więcej, całkiem często faktycznie się nam tak - niestety! - wydaje. To jednak właśnie zadanie, jakie stawiają przed sobą stoicy: otworzyć nam oczy na fakt, że szczęście nie jest związane ani ze stanem naszego konta, ani z żadną inną rzeczą od nas niezależną. Naszą rolą jest przyswoić to sobie jako życiową regułę i traktować ją jak kierunkowskaz. (...…

Dobrowolna prostota i oszczędność

Jeszcze nie tak dawno pomiędzy prostotą życia i oszczędnością postawiłbym znak równości. Wielokrotnie w tle upraszczania tliła się motywacja życia oszczędnego. Bo mniej wydanych pieniędzy, to mniej pracy i więcej czasu na przyjemniejszą stronę życia. Jednak kilka razy na własnej skórze przekonałem się, że oszczędnie nie zawsze znaczy prosto.

Za ilustrację niech posłuży... deska do prasowania. Gdy nasza baaardzo stara odmówiła współpracy (i nie dało jej się naprawić), zastosowałem metodę "kupuj używane". Deskę znalazłem na OLX, po którą musiałem pojechać dość spory kawałek drogi. Pomroczność jasna, a może chęć zamknięcia tematu, sprawiła, że po krótkich (za krótkich) oględzinach kupiłem deskę, która w domu okazała się okazem wyjątkowo chwiejnym i w dodatku z wklęsłościami, które dyskwalifikowały ją do jakiegokolwiek użytku. Następnie kupiliśmy nową deskę przez internet, bo to wygodniej, szybciej i... taniej. Po kilku dniach otrzymaliśmy przesyłkę. Deska chwiała się, a w stanie…

Weź kartkę i pisz...

No urzekła mnie ta piosenka Sound'n'Grace i Filipa Laty pt. "100"'. Mądry tekst: Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic. Za czym tak gnasz, po co Ci to?

Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze 
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
Za czym tak gnasz, po co Ci to?
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno
Ołówek weź, teraz kartkę i pisz:
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic

Ref.
Swój czas, weź w garść, swój czas
Zanim Ci życie nie powie, że pass
I odholuje, weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć