Przejdź do głównej zawartości

WARTO UCZYĆ W DOMU

Od czasu do czasu powraca na blogu temat samodzielnej nauki dzieci w domu, czyli edukacji domowej. Naszych czworo dzieci od trzech lat nie uczęszcza do szkoły/przedszkola. Mogę powiedzieć, że jest to najważniejsza część naszej życiowej strategii "na dzisiaj" (i najbliższe "jutro") i najbardziej charakterystyczny rys "dobrowolnej prostoty" w wydaniu naszej rodziny. Na podstawie wielu rozmów z innymi rodzicami, którzy martwią się kondycją polskiej szkoły, dostrzegamy stale rosnące zainteresowanie tematem ED.

O atutach edukacji domowej,  które rekompensują podejmowany przez rodziców trud i ryzyko kształcenia dzieci poza wyspecjalizowaną placówką edukacyjną, przeczytacie w artykule mojej Żony zamieszczonym na blogu Kierunek Rodzina, który serdecznie Wam polecam: Edukacja domowa – rozwija osobowość, uczy samodzielności i odpowiedzialności.

Każda rodzina ma swoje własne podejście do nauczania domowego. W audycji zrealizowanej na antenie Radia Wnet możecie posłuchać m.in. o modelu edukacji domowej w naszej rodzinie. Link do nagrania znajdziecie tutaj: Uczą dzieci w domu i nie żałują.

Decyzję o przejściu na homeschooling trzeba podjąć do końca maja. Informacje o warunkach, jakie trzeba spełnić, znajdziecie we wpisie: Edukacja domowa – na czym to polega?


A gdyby jeszcze było Wam mało - już na naszym blogu- polecam poprzednie posty na temat ED: 

Edukacja domowa (homeschooling) - krótki przewodnik
Edukacja domowa w pytaniach i odpowiedziach

Komentarze

  1. Szczerze Państwa podziwiam. Jak znajdujecie czas na realizację materiału przy pracy zawodowej? Zastanawiam się także, czy jedyny czas, jaki poświęca się dzieciom przy takim modelu ich edukowania, to jest czas spędzony na nauce. Ponieważ typowy model wygląda tak, że rodzice i dzieci jednocześnie przebywają w pracy i w szkole, a po powrocie do domu przynajmniej teoretycznie spędzają wspólne chwile na rozmowie, zabawie albo chociażby wykonywaniu domowych obowiązków. W Państwa przypadku czas po Państwa pracy przeznaczony jest na naukę. Przepraszam, nie mogę w tej chwili odsłuchiwać linkowanych nagrań ani czytać dodanych tekstów (mam nadzieję do nich powrócić), a problem ten nurtuje mnie bardzo. Chyba że Państwo nie musicie pracować zawodowo, ale to już zupełnie inaczej ustawia optykę. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam rodziny, w których obydwoje rodzice pracują zawodowo, ale w ED mają tylko samodzielne, starsze dzieci. U nas pracuje zawodowo (zarobkowo) tylko Mąż, ja zajmuję się zawodowo organizowaniem nauki dzieci "w domu" (wzięłam to w cudzysłów, bo uczą się dużo także poza domem, choć nie w szkole sensu stricto). Utrzymujemy się więc z jednej pensji, która nam wystarcza na zaspokojenie potrzeb (Voluntary Simplicity bardzo nam pomaga, by to się udawało). Magda

      Usuń
    2. Dodam od siebie, że mamy więcej okazji do wspólnego spędzania czasu nie tylko na nauce, gdyż popołudnia my i dzieci mamy tylko dla siebie - dzieci nie wracają ze szkoły i nie siadają po obiedzie do odrabiania lekcji, nad którymi często dzieci "szkolne", zwłaszcza ze starszych klas, siedzą do późnego wieczora i nie mają czasu na rozmowę czy obowiązki domowe inne niż nauka.

      Usuń
  2. Pozwalam sobie na delikatne wtrącenie...
    My nie jesteśmy w ED (przynajmniej na razie, choć ciągnie nas bardzo...).
    Moim zdaniem to nie jest wybór rodzaju szkoły na domową lub nie domową. ED jest elementem wyboru całego sposobu życia rodziny. Wymaga odwagi do wystartowania i dopasowania wielu rzeczy do niej, ale jestem przekonany, że w zamian daje miliony korzyści (czy nie tak Konradzie?). To jest taki model życia rodziny, które jest spójne dla wszystkich jej członków. Dużo razem. Praca zawodowa jest potrzebna, a może inaczej - praca zarobkowa jest potrzebna, ale ją też można dostosowywać do innych priorytetów. Ja nie chciałbym musieć swojego (mojej rodziny) życia dopasowywać do pracy zarobkowej i wierzę, że tak się da. I próbujemy podążać w tym kierunku.
    (Konrad cieszę się, że pytania się przydały ;) ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tomku, trafiłeś w sedno - to wybór, który całkowicie zmienia sposób życia całej rodziny. Cieszę się bardzo z Waszego bloga, piękne zdjęcia! Pozdrawiam Konrad

      Usuń
  3. Mnie zastanawia jeden aspekt sprawy. Jak to będzie potem, po skończeniu edukacje domowej kiedy taki "domowy uczeń" pójdzie na do liceum, studia itd. Czy nie przeżyje pewnego szoku. Do tej pory miła do czynienia z rodzicami, rodzeństwem, dziećmi znajomych rodziców. Wszyscy mili, kulturalni, prawdomówni itp itd jednym słowem życie pod kloszem. Jak będzie wyglądała konfrontacja z realnym światem?

    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że martwisz się, czy dzieci z ED wiedzą, w jakim bezlitosnym i skomplikowanym świecie żyją. Wątpliwości tego typu nigdy nie mieliśmy. Jedyna rzecz, której nasze dzieci nie doświadczają w obecnym czasie, to szkolna codzienność. Ale przecież dziecko ma okazję spotkać drugiego człowieka i jego problemy nie tylko w szkole. Spotyka go w swoim domu (brat, siostra, z którymi trzeba się dogadać), w najbliższym otoczeniu (podwórko, kościół), w harcerstwie, na zajęciach w szkole językowej, w nieformalnych grupach ED, które współtworzymy (regularnie spotyka się w nich ok. 20 dzieci), na treningach judo (trener, koledzy i koleżanki z klubu), na lekcji jazdy konnej czy basenie (instruktorzy - nieraz wybuchowi i chimeryczni), w pociągu, na poczcie itp, itd. Nie wszyscy są tu mili, kulturalni i prawdomówni! Nie raz dziecko usłyszy niemiły, ostry komentarz na swój temat. Nie raz przeżywa chwile niepokoju, bo trudno mu dogadać się z przyjacielem/przyjaciółką. Dowiaduje się o problemach, które nurtują innych, pyta o wskazówki, gdy nie umie czegoś zrozumieć, przegaduje to w swojej grupie rówieśniczej. Realny świat to świat, w którym dzieci budzą się i zasypiają. Magda

      Usuń
    2. Też mam takie wątpliwości. Dopiero za 10 lat okaże się, czy dobrze zrobiliście stawiając na ED. Jak to mówią: okaże się w praniu. Ja się kiedyś interesowałem przedszkolami Montessori - piękna idea, ale potem na studiach lepiej mają i pracę dostają Ci, którzy mieli dryl i których uczono wkuwać do sprawdzianu... Nie lubię wyścigu szczurów, ale tak naprawdę nie wiem, czy ostentacyjne jego unikanie wyjdzie moim dzieciom na dobre.

      Usuń
    3. Oczywiście rodzice zawsze stoją przed niewiadomą, choćby nie wiem, jak bardzo się starali. Badania prowadzone w USA pokazują, że dzieci z ED uzyskują lepsze wyniki w nauce i na studiach, a także są poszukiwanymi pracownikami (opieram się na pracy naukowej Marka Budajczaka "Edukacja domowa", którą polecam zainteresowanym). Uczelnie wyższe "zabiegają o absolwentów ED jako silnie motywowanych, dobrze przysposobionych do kształcenia akademickiego, emocjonalnie i społecznie dojrzałych oraz samodzielnych w myśleniu". Myślę, że to nic dziwnego, skoro umiejętności te dzieci kształtują w ED na każdym poziomie kształcenia. ED rozwija także umiejętności cenione przez pracodawców: kreatywność, odpowiedzialność, elastyczność. Wkuwanie do sprawdzianu pozwala przebrnąć przez szkołę, ale jest mało przydatne w realnym życiu. Zresztą ukończenie studiów to dzisiaj żadna gwarancja powodzenia, liczą się cechy i umiejętności, które pozwolą się "odnaleźć" w zmieniających się szybko warunkach.

      Usuń
    4. Badania amerykańskie to jest jakiś argument (choć z tymi badaniami różnie bywa... ;-)). Pytanie: jak to się ma do warunków polskich? Szkoły i uczelnie amerykańskie stanowią pewien jednorodny system. Przez lata ukształtowały się pewne regulacje prawne, tradycje i zwyczaje, które stanowią spójną całość. Być może ED jest tam wpisana w ten system i uczelnie się do tego dostosowały. Moja wątpliwość dotyczy Waszego pionierskiego podejścia w Polsce - być może nasz system nie będzie potrafił wykorzystać zalet Waszych dzieci i poczyta je za wadę.

      Jeśli jest tak, jak piszesz, to rzeczywiście warto. Ja po prostu boję się być pionierem... Tzn. nie potrafię tak radykalnie wyłamać się z systemu.

      Usuń
    5. Bycie pionierem zawsze wiąże się z dużym ryzykiem. Ale samo życie to ogromne ryzyko :-) I można się przyczaić licząc na wynikające z tego profity, a można tego nie zrobić i pójść własną drogą. Wszystko zależy od osobistych wyborów. Jaką mamy gwarancję, że pozostanie w systemie uchroni dzieci przed złym rozwojem sytuacji? Gdybyś spojrzał na życiorysy osób, które w Twojej ocenie, powiedzmy trochę dramatycznie, "zmarnowały swoje życie", to pewnie zobaczyłbyś, że większość (jeśli nie wszystkie) były uczestnikami systemu. Nie tylko ich to nie ustrzegło przed porażką, ale być może do niej się przyczyniło. Szkoła w PL daje uprzywilejowaną pozycję dzieciom o określonych preferencjach poznawczych (w uproszczeniu powiedzmy - słuchowcom). Trochę miętosi dzieci o innych preferencjach i przeważnie wypluwa dzieci zwane dyslektykami (może obecnie się to zmienia na plus, ale nie jestem pewna). Szkołę jesteśmy skłonni oceniać na podstawie głównie własnych doświadczeń, ale każdy chyba umie sobie przypomnieć swoich kolegów, którzy mimo posiadania niewątpliwych zalet i inteligencji byli spychani na pozycję "klasowych matołków". Jakie to ma skutki psychologiczne, może sobie wyobrazić każdy, nie tylko specjalista. Jeśli prześledzi się ich losy, to często sprawdza się wspomniany wyżej czarny scenariusz. Oczywiście, jak zawsze są wyjątki, ale nie przekreślają istnienia złej tendencji. System niestety nie jest gwarantem powodzenia. Może tylko chroni przed koniecznością podejmowania pewnych wyborów, ale to akurat wcale nie musi oznaczać jakiegoś szczególnego dobra. Dobrze, że jakiś w ogóle istnieje, choć powinien być pozbawiony tak licznych wad. Ale dobrze też, że istnieje alternatywa. Nie można oczekiwać, że wszyscy dopasują się do jednego wzorca. Czy mi się wydaje, czy Einstein został wywalony ze szkoły na swój kędzierzawy łeb? ;-) W każdym razie, szkoła mu nie całkiem służyła.

      Tesia

      Usuń
  4. Lepiej by wypowiedzieli sie "praktycy", ale...
    Sądzę, że ryzyko niewielkie a wręcz żadne... U dzieci kształconych poprzez ED jest dużo wyższe poczucie własnej wartości, mniejsza potrzeba tzw. akceptacji społecznej, co w konsekwencji ma wpływ na większą odpornosć na "świat realny" (tak przynajmniej wynika z badań robionych w Wielkiej Brytanii).
    Z żoną jesteśmy coraz bliżej decyzji by bliźniaki (obecnie 3 letnie) kształcić w domu między innymi z powyższego powodu...
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  5. Marta zapytała o skutki zetknięcia się z otoczeniem, odmiennym od domowego. W sumie nie wiadomo, co bardziej pomaga w odnalezieniu się w życiu, czy większa wiedza o jego ciemniejszych stronach i praktyka w konfrontowaniu się z nimi, czy spójny i silny system wartości (w uproszczeniu tak wygląda przeciwstawienie pewnego kontekstu edukacji szkolnej i ED). Mnie się wydaje, że samo częste stykanie się z problemami nie równa się nabyciu umiejętności ich rozwiązywania. Jednocześnie człowiek dobrze przygotowany do życia przez rodzinę umie rozwiązywać problemy, z którymi wcześniej wcale się nie stykał (i to dopiero jest sztuka). Wydaje się, że edukacja domowa daje większe szanse na poznanie świata takim, jakim on rzeczywiście jest, bo rodzice chyba mają mniejszą skłonność do indoktrynowania swoich dzieci, niż szkoły realizujące przedziwne i niekonieczne spójne z wymaganiami życiowymi cele kształcenia.

    Ja minusów ED dopatrywałabym się w czymś innym. Chodzi o ograniczony kontakt z "uczącymi ekspertami". Gdybym ja miała podejmować decyzję o ED, obawiałabym się, że dziecko straci możliwość kontaktu z wybitnymi nauczycielami (tacy też się zdarzają), którzy zarówno swoją wiedzą jak i osobowością dostarczyliby dziecku dodatkowych bodźców do rozwoju (moje możliwości w tym zakresie są przecież dość ograniczone). Przeczytałam w którymś z Waszych wpisów bardzo fajne zalecenie, że należy dziecko kontaktować z ekspertami z różnych dziedzin. Zwykle jednak kontakt z konkretnym ekspertem miałby pewnie charakter okazjonalny. Wielkim szczęściem niektórych dzieciaków jest spotkanie na swojej drodze nauczyciela - uczącego eksperta, z którym kontakt jest systematyczny i długotrwały. Z drugiej strony, prawdopodobieństwo spotkania przez dziecko takiego nauczyciela w szkole być może jest takie samo, jak spotkania kogoś podobnego na zajęciach dodatkowych, na które uczęszcza dziecko z ED. Nie dążę do zdeprecjonowanie ED, bo szkolna edukacja ma taką ilość wad, że ED wydaje się świetną alternatywą, ale szukam wad, bo każde rozwiązanie je ma i wolę mieć ich świadomość. Bardzo zachwalacie ED i rozumiem jakie są jego zalety, ale ponawiam prośbę o podanie trudności, bo to byłoby pewnie pomocne w wyrobieniu sobie opinii na ten temat i podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących edukacji dzieciaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomina mi się wiersz "Pan od historii" Herberta...
      Na pewno bardzo się staramy, by dzieci miały okazję uczyć się od ekspertów. Organizujemy im sami różne zajęcia, również cykliczne, korzystamy z Webinaru, z zajęć w Domu Kultury, z lekcji muzealnych, z wiedzy i doświadczenia znajomych; są warsztatowe zajęcia w szkole, do której jesteśmy zapisani.
      Porównywanie się ze szkołą może wypaść na korzyść ED, jak i na niekorzyść - to zależy od tak wielu czynników! Dlatego się nie porównujemy. Szukamy swoich sposobów.
      Magda

      Usuń
    2. "Pan od przyrody"? Aaa, bo ja pytając o wady ED nie pytałam wyłącznie o Wasze doświadczenia z Waszymi Dziećmi. Z tego co wyczytałam, to tworzycie społeczność skupioną wokół tego tematu i liczyłam na jakieś "przecieki" :-) Temat mam coraz lepiej przemyślany i choć moja wiedza wciąż nie jest gruntowna, to sporo dzięki Waszym wpisom się dowiedziałam. Widzę z niektórych komentarzy, że próbuje się ocenić który system jest lepszy. To trochę jak napisałaś o porównywaniu. Wartościowanie systemu ma chyba sens w odniesieniu do konkretnych przypadków. Przykładowo: dziecko o bardzo trudniej sytuacji w domu (nie mam na myśli finansów), pochodzące z rodziny o niskim potencjale kulturowym, pozbawione zrozumienia i wsparcia rodziców, z całą pewnością nie powinno uczestniczyć w ED i dla niego chodzenie na zajęcia szkolne, to szansa na odmienienie własnego życia. I odwrotnie: jeśli szkoła nie dostarcza konkretnemu dziecku tego, czego ono potrzebuje i więcej otrzyma w domu, to sprawa jest jasna. Gdy ja wspominam swoją edukację, to najbardziej żałuję przeogromnej straty czasu, jaka wiązała się z chodzeniem do szkoły. Długo by to opisywać, ale gdyby nie kontakty towarzyskie, to te lata uznałabym za w dużej mierze zmarnowane. Chyba żałuję, że nie brałam udziału w ED, bo formy zajęć wymienione przez Ciebie bardzo by do mnie pasowały :-)

      Usuń
    3. Pana od przyrody zabiły łobuzy od historii - wybacz pomyłkę :).
      Zgadzam się z twoim komentarzem całkowicie. Dlatego o "słabościach systemu ED" ode mnie się nie dowiesz - skroiliśmy ten system na nasza miarę i dlatego tak nam pasuje. Mogę co nieco powiedzieć o tym, co DLA MNIE jest pewnym wyzwaniem (trudnością) w ED, ale wiąże się to z tym, jaka jestem ja, jak się dogaduję z dziećmi, jakie one stawiają przed mną wymagania, co mogę/możemy zaoferować dzieciom - inna rodzina w ogóle może się w tym nie odnaleźć, nie znajdując wspólnego ze mną /z nami mianownika.
      Magda

      Usuń
    4. :-) Nie chcę aż tak wypytywać i trochę mi się rozjaśniło po komentarzu E. Sądziłam, że problemem może być niechęć dziecka do obowiązków lub trudności z samodzielnym (w dużej mierze) pozyskiwaniem wiedzy. Jednak widzę, że trudności dotyczą bardziej strony organizacyjnej. Dziękuję za wyjaśnienia i chętnie poczytałabym u Was jeszcze kiedyś na temat ED.

      Usuń
    5. Magda, chętnie przeczytam co dla Ciebie jest wyzwaniem w ED. Kasia

      Usuń
    6. Kasiu, DLA MNIE największą trudnością w prowadzeniu edukacji domowej okazało się przez te trzy lata:

      1. Obciążenie psychiczne – świadomość ciążącej na mnie i na Mężu odpowiedzialności za to, co przekażemy dzieciom jako dominujący (choć nie jedyny oczywiście) kanał przekazywania wiedzy.
      2. Porównywanie się ze szkołą. Chodzi o powracające w gorszych momentach wątpliwości, czy szkoła nie zrobiłaby czegoś lepiej, czy coś nas nie omija.
      3. „Gonienie króliczka” czyli nieustanne poszukiwanie tego idealnego na dany moment stylu pracy dzieci i mojej. Wymaga to dużego zaangażowania, maksimum determinacji, pomysłowości, elastyczności, wymagania od siebie - a czasem brak na to sił.

      Pozdrawiam serdecznie! Magda.

      Usuń
  6. Do jakiego poziomu dziecko może pobierać ED, to znaczy na jakim etapie musi pójść do "normalnej" szkoły. Klasy IV-VI, gimnazjum? Bo właściwie nie wyobrażam sobie edukacji domowej kilkunastolatka bez kontaktu z rówieśnikami na co dzień (poza kontaktami towarzyskimi po lekcjach, bo to to zupełnie coś innego).

    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziecko może uczyć się poza szkołą aż do matury. Egzaminy zewnętrzne (szóstoklasisty, gimnazjalisty, matura) zdaje w placówce, do której jest zapisane.
      Magda

      Usuń
    2. Jakoś dziwny wydaje mi się obraz LICEALISTY siedzącego i uczącego się domu, nie mówię o przypadkach choroby ( fizycznej lub psychicznej)- wtedy uczeń może pobierać nauki indywidualne i nauczyciele przychodzą do domu, a to już zupełnie inna historia. Czy taki młody człowiek, który od wieku przedszkolaka do dorosłości żył w zaciszu domowym, mając ewentualne kontakty ze światem zewnętrznym na jakiś dodatkowych kursach lub spotkaniach towarzyskich ( gdzie atmosfera jest zupełnie inna niż w szkole) nie wyrośnie na jakiegoś dziwoląga. Czy idąc na studia będzie wystarczająco samodzielny i umiejący nawiązać kontakty z osobami, które nie żyły pod takim kloszem? Czy trzymając takiego 18-19 latka w domu przez cały rok nie robimy mu jakieś krzywdy?

      Marta

      Usuń
    3. Akurat o to bym się nie bał. Studia z zasady są dużo luźniejsze niż szkoła. To raczej szkoła jest czymś niecodziennym (dużo osób na raz, ten sam rozkład zajęć, zero indywidualności). Na studiach jednak wybiera się zajęcia, zmienia się budynki, jeździ z 2-3 osobami po mieście, zmienia mieszkania i współlokatorów itd. Dziecko po ED (mające kontakt - załóżmy - z 10 rówieśnikami) jest pod tym względem bardzo podobne do studenta! A potem w pracy też mało kto pracuje dzień w dzień w 30 osobowym zespole w jednym pomieszczeniu, czyż nie? :-)

      Z drugiej strony czytałem ostatnio książkę Sabine Kuegler "Dziecko dźungli". Skrajny przypadek edukacji z dala od problemów cywilizowanego świata. Dzieciństwo - super, dorosłość - mroczna...

      Ja mam tylko wątpliwość co do jakości kształcenia, o czym pisałem wyżej. Choć nie lubię wojskowego drylu, to ma on jednak swoje zalety... Może zniechęcić do nauki jakiegoś przedmiotu, ale może też wykształcić eksperta.

      Usuń
    4. Mimo wszystko taki 19 latek ( zdrowy na ciele i umyśle) siedzący w domu całe dnie jest pewnym dziwolągiem. Mam wrażenie, że w wielu przypadkach maczały w tym paluszki zazdrosne mamusie. Tak!!! Takie mamusie co to nie tolerują żadnej dziewczyny syna, a nawet jeśli biedakowi uda się ożenić to zaborcza teściowa zatruje nawet bardzo udane młode małżeństwo. Czy to nie "piękne" kiedy np niepracująca mama ma przez cały dzień właściwie nieograniczony dostęp do synka, uczy go, podsuwa smakołyki a on zapełnia pustkę w jej życiu. Koooooszmar!

      Marta

      Usuń
    5. Zważywszy na to, że ED wykształca w dziecku między innymi samodzielność (cechę wielce niepożądaną przez "nadopiekuńcze mamuśki"), raczej mało prawdopodobne jest, że będą one zwolenniczkami tego typu kształcenia :)
      Choć wyjątki oczywiście mogą się przytrafić.
      ED nie jest z resztą niczym nowym, czego efekty są nieznane i z tego powodu należałoby mieć obawy...
      To raczej powrót do czegoś co już kiedyś było...
      Szkołą jako instytucja oświatowa to świeży wynalezek na szerszą skalę zastosowany w ledwie drugiej połowie XIX wieku...
      Roman

      Usuń
    6. Wykształca samodzielność ale chyba bardziej w świecie podręczników ( a książka nie stanie się "rywalką" dla matki.
      Taki człowiek ma jednak dużo mniej towarzystwa młodych ludzi niż ci chodzący do zwykłego ogólniaka. Procent czasu jaki młody MĘŻCZYZNA spędzi z "uczącą" go mamusią może niebezpiecznie wzrosnąć a jak się mamusia do tego za bardzo przyzwyczai. Widywałam nieraz w niedzielę takich młodzieńców spacerujących z mamami ( zamiast z dziewczyną lub przyjaciółmi), które zamiast spędzać wolny czas z mężem za nic w świecie nie będą chciały wypuścić ukochanego synka spod swoich skrzydeł.
      Wracając do tradycji "uczenia' się", kiedy sięgniemy jeszcze dale,j to młodych chłopców w wieku wczesno- podstawówkowym, oddawano na służbę do jakiegoś rycerza, którego był giermkiem i tak mógł uczyć się rycerskiego rzemiosła. Nikt go nie trzymał i nie hołubił w domu.

      Marta

      Usuń
    7. A jaki cel miałoby sieganie jeszcze wcześniej?
      To nie miał być konkurs z odpowiedzią na pytanie: "Jak było drzewiej?", tylko stwierdzenie, że ED to nie wymysł "naszych czasów" lecz sporo wcześniejszych :)
      I to wymysł sprawdzony :)
      Towarzystwo rówieśników nie jest niczym szczególnie cennym na tle innych "towarzystw". Ot, kolejna grupa z którą czasami sie przebywa. Głupiemu to nie pomoże, mądremu nie zaszkodzi :)
      Roman

      Usuń
    8. A dlaczego znowu nie sięgać w przeszłość. Skoro sięgacie jak mówisz w czasy przed szkołami czyli przed okres kiedy to "Szkoła jako instytucja oświatowa to świeży wynalezek na szerszą skalę zastosowany w ledwie drugiej połowie XIX wieku", to może sięgnąć jeszcze dalej. Może wtedy było jeszcze "fajniej".
      Nie zmieni to mojego zdania, ze taki 19 latek siedzący w domu, albo kurczowo się tego domu trzymający to jakiś "mydłek", który boi się wyjść " w świat". ED może jest doskonałym sposobem uczenia, nie przeczę ale nie na poziomie licealnym, kiedy to uczniowie są już prawie DOROŚLI (!!!)
      Środowisko szkolne to nie tylko grupa w której się przebywa. Przebywać można w grupie u cioci na imieninach lub na kursie językowym lub karate, gdzie po godzinie wszyscy się rozchodzą w swoją stronę. A po roku można innego uczestnika nie poznać na ulicy. W szkolnej grupie się nie przebywa, w niej się funkcjonuje. Trzeba nauczyć się, że niektórzy nas lubią, niektórzy nienawidzą ( i trzeba ich umieć tolerować). Ze z problemami z ludźmi trzeba sobie jakoś poradzić a nie chować się za drzwiami własnego domu.

      Marta

      Usuń
    9. Nie jest moim zamiarem przekonywać Cie do tego czy owego :) W końcu to Twoje życie, i Twoje zdanie, i nic mi do tego :)
      Funkcjonowania w grupie można sie nauczyć (i w sumie tak sie dzieje) w każdym środowisku, a środowisko szkolne wcale nie jest unikalne pod tym względem :)
      To, że z określonymi ludzmi przebywałem w szkole podstawowej 8 lat, a z innymi w technikum lat 5 nie czyni z nich jakiejś wyjątkowej "grupy społecznej", którą dażyć mam większą estymą...
      Pojawili sie na chwilę w moim życiu, przez chwilę szliśmy tą samą drogą, teraz to zupełnie obcy ludzie (z technikum pamiętam dosłownie 2 nazwiska, a imion wcale)...
      Za to koledzy z podwórka i koleżanki z mojej ulicy (o treningach i klubie żeglarskim nie wspominając) do dzis bliscy choć do zupełnie różnych szkół chodzilismy...
      Roman

      Usuń
    10. To nie sztuka dogadać się z ludźmi, których lubimy, kolegami z podwórka których sobie sami wybieramy, lub z kolegami z klubu żeglarskiego z którymi mamy takie sam zainteresowania.
      Marta

      Usuń
    11. Marto, scenariusz, który naszkicowałaś, jest rzeczywiście potworny! Toksyczna matka, uzależniony od niej syn. Tyle że to się może zdarzyć (i dzieje często) bez kontekstu edukacji domowej.
      Starsze dzieci (i dorosła młodzież) w ED sami organizują sobie edukację. Nie słyszałam o matce ED "uczącej 19-letniego syna" ;). Na tym poziomie dziecko/młody człowiek SAM podejmuje decyzję, co jest dla niego lepsze, co bardziej służy jego rozwojowi: nauka w szkole czy poza szkołą. Syn koleżanki, który w III klasie gimnazjum uczył się poza szkołą, w I liceum chciał do niej wrócić - brakowało mu ruchu (także towarzyskiego), który zapewniała mu szkoła. Więc poszukał sobie liceum "z ludzką twarzą" i wrócił do szkoły. My także pozwalamy naszej starszej córce wybrać i co roku ponawiamy pytanie: czy wracasz do szkoły?. Na razie jednak ma poza szkołą tyle plusów (co ciekawe: właśnie towarzyskich), że jest zdecydowana kontynuować ED.
      Moim zdaniem edukacja domowa jest tak samo ryzykowna jak tradycyjna szkoła. Nigdy się nie dowiem, jak rozwinęłoby by się moje dziecko, gdyby chodziło do szkoły - i muszę się z tym pogodzić (te myśli czasem przychodzą do głowy), ale też rodzice dzieci "szkolnych" nigdy nie dowiedzą się, jak odmieniłaby ich i ich dzieci edukacja domowa (czy jakaś inna alternatywna edukacja np. demokratyczna). Jak napisał gdzieś wyżej Roman: samo życie jest ogromnym ryzykiem :). Magda

      Usuń
    12. Sami sobie organizują to znaczy jak? Jak można sprawdzić jak ta ich nauka wygląda. np czy korzystali z mikroskopu,pracowali z mapą , wiedzą jak wygląda próbówka itp. Czy te egzaminy lub testy które muszą wykonać w macierzystej szkole są w stanie top sprawdzić???
      W podstawówce OK większość rodziców jest stanie dostarczyć "materiały do nauki" ale w liceum?
      Marta

      Usuń
    13. Marto, i na podwórku i w klubie żeglarskim też musiałem dogadywać sie z tymi, których nie lubiłem :)
      Włączając w takich przypadkach "minimalny poziom komunikacji" mogłem mieć pewnosć, że zadziała :)
      Gdziekolwiek bym sie nie znalazł zawsze trafię na tych z którymi dobrze mi się współpracuje, takich z którymi udaje mi sie współpracować i takich, których lepiej unikać :)
      Grupa rówieśnicza w szkole naprawdę (bazuję tu tylko na moim doświadczeniu) nie daje żadnych unikalnych możliwości, których nie dałoby sie znaleźć w innych grupach społecznych...
      Roman
      Roman

      Usuń
    14. @MArta: To znaczy są już na tyle samodzielni i zorientowani, gdzie mogą szukać miejsc i sposobów zdobycia i utrwalenia wiedzy w danym zakresie, że pozostawia się to w ich gestii (rodzic czy jakiś inny zewnętrzny autorytet oczywiście zawsze może podpowiedzieć). Uczniowie zapisani do naszej szkoły jeżdżą na zajęcia warsztatowe z fizyki, matematyki, chemii czy programowania oraz na konsultacje, które odbywają się regularnie w szkole. Dzieci ED mogą korzystać z wszystkich zajęć dodatkowych, jakie oferuje każda szkoła (kółka zainteresowań). Znam dziewczynę, która jeździła na otwarte wykłady uniwersyteckie w dziedzinach, które ją interesowały. W większych miastach nietrudno znaleźć miejsce na pogłębienie swojej wiedzy. W mniejszych nie jest to na pewno tak łatwe, ale rodzice i dzieci ED są bardzo kreatywni i nie są w sytuacji bez wyjścia ( w małej szkole w Beskidzie Żywieckim u Sawickich, która skupia dużą liczbę dzieci ED, są organizowane warsztaty kilkudniowe z noclegami na miejscu - wiele osób z tego korzysta). Sprawdzanie wiedzy może odbywać się na bieżąco, jeśli uczeń tego chce - udaje się na konsultacje do swojego nauczyciela ze szkoły, do której jest zapisane. Być może obawy Twoje wynikają z tego, że Ty sobie wyobrażasz ED jako kompletne odcięcie dziecka od świata i zamknięcie się w czterech ścianach - tak jednak nie jest. Magda

      Usuń
  7. Hej, hej, są jeszcze szkoły demokratyczne! Coś pomiędzy standardową szkołą a edukacją domową. Taka szkoła powstała w zeszłym roku w Poznaniu. :) Poszukajcie info o edukacji demokratycznej. Na TED jest wykład z 11-letnim chłopcem, który opowiada o edukacji domowej (pewny siebie i jak dobrze mówi!). Na YT są dokumenty o edukacji demokratycznej. Pooglądajcie różne materiały związane z Summerhill. Szkoła w Poznaniu powstała, bo rodzice to zorganizowali. Może w innym mieście też się uda? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest także Wolna Szkoła Demokratyczne w Warszawie, organizacyjnie funkcjonująca na bazie ED, ma powstać także w naszej miejscowości (Józefów).

      Usuń

  8. Witam, nasza przygoda z edukacją domową zaczęła się we wrześniu. Córeczka ma za sobą "zerówkę" w szkole. Na dzień dzisiejszy uważamy, że była to bardzo dobra decyzja. Daje to naszej całej rodzinie dużo satysfakcji. Trudności jest sporo, zwłaszcza, że w domu mamy jeszcze dwójkę maluchów w tym zbuntowaną prawie półtoraroczną księżniczkę, która czasami dokłada wszelkich starań, żeby oderwać mamę od nauczania :). Nasz czteroletni syn również od września włączył się w naukę i siada razem ze starszą siostrą i razem z nią literuje słowa z czytanki (a jeszcze nawet go nie zaczęłam tego uczyć). Nie mamy w chwili obecnej trudności, z tym, że córce się nie chce uczyć, czasami słyszę wręcz pretensje, że za mało było zadań, dlaczego nie ma lekcji w sobotę i po co ktoś wymyślił jakieś ferie :). Trudnością dla nas są reakcje środowiska, często kpiny i to od osób, z którymi łączyły nas wcześniej dobre relacje. Czy edukacja domowa jest tylko dla bogatych? Jak najbardziej nie. Żyjemy z jednej skromnej pensji, w niedużym mieszkaniu i odkąd uczymy się w domu odpadły nam wszelkie opłaty związane ze szkołą (kina, wycieczki, mikołajki itp.) Jeśli chodzi o szkolne wyjścia do muzeum, zoo czy innych miejsc, to dzieci niewiele wynoszą z takiego tłumnego w nich uczestnictwa. Czy nie boimy się, że nie spotkają nauczycieli z pasją? Nie, bo można ich spotkać na zajęciach dodatkowych. Po rocznym doświadczeniu w szkole, wiemy, że na pewno w szkole można spotkać nauczycieli, którzy pasję do nauki potrafią zabić już u maluchów i niekoniecznie lubią swój zawód. Dostajemy też sygnały od przyjaciół, którzy mają dzieci w dobrych, prywatnych szkołach w naszym mieście i są bardzo zawiedzeni, bo nie tak miało być... Czy edukacja domowa to chowanie pod kloszem? W naszej rodzinie nie, zwłaszcza jak mama niewyspana i zdenerwowana :) A co z socjalizacją, tu bym mogła długo pisać... :), więc tylko zacytuję pewną panią z placu zabaw: " co my zrobimy jak pani córka we wrześniu pójdzie do szkoły?chyba zatrudnimy kogoś do organizowania zabaw"
    Pozdrawiam E.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Prawa prostoty: Organizuj

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

Dzięki właściwej organizacji więcej sprawia wrażenie mniej.

Chodzi o zarządzanie złożonością, z czym stykamy się przede wszystkim w domach, w których rzeczy wydają się mnożyć.

Maeda wymienia trzy spójne strategie redukcji bałaganu i osiągnięcia prostoty:
1. kupno większego domu,
2. umieszczenie wszystkiego, czego nie potrzebujemy, w miejscu do przechowywania,
3. metodyczne zorganizowanie tego, co posiadamy.

Początkowo większy dom zmniejsza bałagan kosztem większej przestrzeni. Ostatecznie jednak więcej przestrzeni z czasem oznacza więcej bałaganu.
Magazynowanie zwiększa ilość wolnej przestrzeni, ale dość szybko zostaje zapełniona kolejnym rzeczami, które odkładamy.
Wreszcie wdrożenie systemu organizacji tego, co posiadamy w naszej ograniczonej przestrzeni, zmienia chaos przedmiotów w uporządkowaną strukturę.

Wszystkie te trzy metody dynamicznie się rozwijają. …

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Przyjemność prosta

Kolejna część cyklu na podstawie Prostego życia Ryszarda Wagnera  z 1905 r.

Podobnie jak w czasach Wagnera, także i dzisiaj możemy zapytać: czemu utraciliśmy umiejętność dobrej zabawy? Usiłujemy wprawdzie się bawić, ale zwykle chybiamy celu. Od czego to zależy?

Jakże myśleć o zabawie! Uginamy się przecież pod ciężarem niezliczonych kłopotów, z których każdy oddzielnie wystarczyłby do popsucia humoru. Wszędzie spotykamy ludzi rozgorączkowanych, zapracowanych, wyczerpanych. Gdziekolwiek spojrzymy, wszędzie widzimy ludzi niezadowolonych.

Jednak przyczyny naszej obecnej niemocy, tego zaraźliwego złego humoru, który nas opanowuje, zależą w równej mierze od nas, jak od okoliczności zewnętrznych. Radość tkwi bowiem nie w przedmiotach, ale w nas samych!

Wagner zauważa niepokojący upadek naszych sił życiowych, wynikający z nadużywania  przez człowieka wrażeń, które przytępiły zmysły i zmniejszyły zdolność odczuwania szczęścia. Natura upada pod ciężarem narzuconych jej ekscentryczności. Wola ż…

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…