2 września 2013

Minibwp – zwyczajne cieszenie się naturą

źródło: minibwp
Zapraszam do lektury gościnnego wpisu Dariusza, który prowadzi ciekawy blog o tajemniczo brzmiącej nazwie minibwp. Co oznacza ten skrót dowiecie się poniżej.

Minimalistyczne, nieśpieszne bytowanie w przyrodzie (w skrócie minibwp) to moja pasja. Chociaż słowo pasja nie całkiem tu pasuje. Ja się tym nie pasjonuję, ja po prostu lubię to robić i robię. To nie modny dziś styl czy sposób na życie – takie określenia od razu niosą ze sobą jakąś sztuczność – to niezbywalny rys mojego życia i charakteru, coś, co robię od dziecka, zwyczajnie, ot tak.
Nic w tym oryginalnego, tym bardziej nadzwyczajnego. Minibwp „uprawiają” miliardy istot na tej planecie od zarania dziejów. Nadzwyczajne jest to, że w dzisiejszych czasach takie proste sprawy stają czymś „nadzwyczajnym”, czymś „ekstra”, o czym pisze się artykuły czy blogi. Zapomnieliśmy, że proste życie na łonie przyrody samo w sobie jest przyjemne, dobre i piękne. Dawno temu sławił uroki takiego życia Epikur, ale kto dziś zawraca sobie głowę takim ramotami, skoro rozdzielczość nowego iPhone’a jest tematem dnia we wszystkich mediach. Nowy iPhone za pół roku będzie już przynoszącym wstyd i zażenowanie w towarzystwie „starym” iPhone’m, a myśli Epikura cieszą nasze dusze od ponad 20 wieków. Co ma większą wartość? Oczywiście „wypaśny” iPhone, sądząc po ilości i emocjach zainteresowanych. A może jednak nie? Ja sądzę, że nie i używam z reguły „wiekowych” i „małocomających” komórek, które jednak mają tę zaletę, że nie muszę ich ładować przez tydzień albo i dwa. Bardzo mi się to przydaje na wyprawach w stylu minibwp, gdzie liczy się realna, a nie „reklamowa” użyteczność i niezawodność sprzętu – niska cena też jest mile widziana.
Na czym konkretnie polega minibwp i co je odróżnia od innych plenerowych aktywności? 


Dlaczego minibwp?
Lubię sobie wybywać z domu (miasta) w plener i tam pobyć trochę. Niby wielu to robi i lubi, ale zawsze pod jakimś, mniej lub bardziej ważnym, pretekstem, w mniej lub bardziej określonym celu. Najpopularniejsze z tych pretekstowych aktywności jest chyba wędkarstwo, potem turystyka wszelaka, myślistwo i w końcu tzw. survival. Tak bez wyższego, zbożnego celu jakoś nie uchodzi siedzieć nad wodą lub włóczyć się po lasach, więc mnoży się uzasadnienia dla wybycia z domu. A to idziemy łowić rybki, żeby wyżywić rodzinę, a to do lasu, żeby regulować pogłowie zwierząt, bo w szkodę rolnikom wchodzą, tudzież zdobywać trofea i laury. A to, aby doskonalić się w sztuce przetrwania; nigdy nie wiadomo, kiedy nas zaskoczy apokaliptyczna katastrofa – lepiej być przygotowanym. A w końcu, żeby pokonać przestrzeń, swoje słabości lub poznać kraj tudzież zagranicę.
Z rozmaitych względów te formy plenerowej aktywności nie do końca mi odpowiadają. Przede wszystkim dlatego, że są pretekstem, a nie celem samym w sobie. A ja chcę tak po prostu, bez specjalnych ambicji, roszczeń czy pożytków, po prostu pobyć sobie w przyrodzie, bo sprawia mi to przyjemność – samo w sobie i już.
Żeby pobyć nad jeziorem lub rzeką nie chcę zapisywać się do związku wędkarskiego, wyrabiać legitymacji, płacić składek, kupować wędki i całego wędkarskiego oprzyrządowania. Podobnie, a nawet gorzej, rzecz ma się z myślistwem vel łowiectwem. Survivalowcy chyba najbardziej by mi odpowiadali, gdyby nie ich nieposkromiona rozsądkiem skłonność do dewastacji goszczącej ich przyrody, np. wycinają młode drzewka, aby zbudować jednorazowy szałas, podczas gdy i tak mają ze sobą (albo w domu) namiot albo dwa. Kopią jakieś doły, norki, ziemianki niszcząc przy tym runo leśne. Lubią ot tak sobie powyrywać różne roślinki, pozabijać i upiec zwierzątka w celu wyimaginowanej konsumpcji, a w praktyce zabawy w ich próbowanie, ponieważ realnie żywią się tym, co i tak przynieśli ze sobą w plecakach. Ewentualnie supermarketowymi przysmakami, na które rzucą się wygłodniali po powrocie do domu. Śmieszą mnie także ich niezdrowe fascynacje militariami i gadżetami „przetrwania”, owszem niektóre się przydają, ale po co komu 40 noży? Nie śmiejcie się, znam takich.
Z turystyką w mniej lub bardziej zorganizowanych wersjach mam też nie najlepsze doświadczenia. Otóż prawie wszyscy znani mi turyści z uporem, planowo i punktualnie, bez zbędnego zatrzymywania się, przemieszczają się z punktu A do Z (po drodze może być kilka punktów pośrednich), nie zważając na to, co ciekawego, ładnego, uroczego może ich spotkać po drodze. Chyba że to coś było zaplanowane jako jeden z owych punktów między A i Z.
A jak zaplanowane, to obecne na mapie lub w przewodniku, a mapa przecież, to nie żywy świat, lecz jego antropocentryczne odwzorowanie. Najczęściej przemieszczają się więc szlakami wyznaczonymi nie przez naturę, lecz ludzką historię i kulturę, która z wiekiem coraz mniej mnie interesuje. Zabytki, skanseny, kościoły, zamki, pałace, dworki, cmentarze i inne tzw. obiekty turystyczne jakoś tak mi spowszedniały, że mimo najszczerszych chęci i szacunku dla regionu, którego są dumą i chlubą, nie zachwycają.
I cóż ja na to mogę poradzić? Byle zagajnik, struga czy kwitnąca łąka bardziej mnie pociągają niźli Wawel z toruńską starówką i zamkiem w Malborku razem wzięte. Tak już mam i nic na to nie poradzę. Co począć, ano nic, pogodzić się z tym i ruszyć w przyrodę, najlepiej w towarzystwie podobnych sobie „odszczepieńców”.

Co to znaczy minimalistycznie?
Odróżniam wyraźnie minimalizm od ascezy. Wyprawa w plener ma być przyjemnością, a nie wyrzeczeniem, cierpieniem – moknięciem, marznięciem, głodówką. To zapewne też nam się przydarzy, choćbyśmy się jak najlepiej przygotowali, ale wtedy będzie to element przygody, a nie masochistyczna uciecha :)
Zaplanowany skrajny minimalizm, który nadrabiamy na miejscu, czerpiąc rabunkowo z otaczającej przyrody, tak jak to czynią niektórzy zwolennicy survivalu, tym bardziej mi nie odpowiada. Dość już zdewastowaliśmy świata, aby zapewnić sobie wygodne życie, żeby to czynić jeszcze teraz dla zabawy, a nie w obliczu absolutnej konieczności. Wszelakiego sprzętu i wyposażenia turystycznego wyprodukowano tyle, że każdy może je sobie stosunkowo niewielkim kosztem skompletować, tak, aby po jego bytności w przyrodzie zostały tylko ślady na trawie, piasku, ewentualnie wypalony krąg jakiegoś małego ogniska. Więcej w dzisiejszych czasach naprawdę nie wypada, dajmy pożyć roślinom i zwierzętom, dość już im zabraliśmy.
Co zatem konkretnie biorę ze sobą na dłuższe mnibwp? Wiele zależy od pogody, pory roku i środka lokomocji. Per pedes raczej płachta lub lekki namiot i minimum biwakowego sprzętu (śpiwór, kuchenka, menażka, niezbędnik, ubrania na zmianę w razie zmoknięcia), rowerem, kajakiem można już zabrać nieco więcej, kanu (kanadyjką) lub samochodem, to już pełen luksus, można zabrać większy namiot i pełnowymiarowe wyposażenie.
Minimalistyczne, to nie tylko kwestia takiej czy innej ilości ubrań, bagaży, sprzętów, które ze sobą zabierzemy w plener. Coś pewnie każdy bierze – nawet Aborygeni. To przede wszystkim stan umysłu, ducha czy jak tam zwał to, co w głowie, a może w sercu?
Minimalistyczne mamy zamierzenia, plany, oczekiwania. Taki stan ducha odróżnia minibwp od turystyki, zwłaszcza tej wyczynowej, kwalifikowanej. Odróżnia nie tylko moje minibwp, ale zapewne wielu innych istot, nie mam monopolu, ani patentu na takie podejście do świata natury. Chyba najlepszymi nauczycielami w tej materii są rośliny lub nieco bliższe nam zwierzęta, które pojawiły się na tym świecie na długo przed ludźmi.
Jak odróżnia? Wytrawny turysta przede wszystkim planuje, studiuje mapy, przewodniki, przegląda mapy satelitarne z Googla, sprawdza czy już ktoś tam był i co po drodze jest atrakcyjnego. Szacuje stopień trudności trasy, im dłuższa, droższa, uciążliwsza tym lepiej, splendor w jego środowisku będzie większy. A co chyba najważniejsze, prawie nigdy nie wraca w to samo miejsce, bo już tam był, zaliczył szlaki, szczyty, miejsca, obiekty i zebrał wrażenia. Kolejnym razem podąży zobaczyć coś nowego, im dalej, im bardziej ekstremalnie, egzotycznie tym lepiej. Zwolennik minibwp na pozór robi to samo, zagląda do map, określa początek i cel wędrówki, ale wynika to bardziej z egzystencjalnej niemożności wyjścia poza przestrzeń i czas. Zawsze poruszamy się skądś dokądś i od takiej do innej godziny, daty. Miłośnik minibwp dostosowuje się do tych koordynatów, bo nie ma innego wyjścia, ale nie czyni z nich punktów kardynalnych swojej wędrówki. Planuje, bo musi, ale w minibwp istotniejsze od planowania jest otwarcie na to, co nas spotka na szlaku czy na postoju. Świat przyrody jest pełen niespodzianek, nigdy nie wiadomo, co i kiedy nas zauroczy, zachwyci. Wtedy bez większych rozterek zmieniamy plany, zostajemy gdzieś dłużej albo krócej. Rozwijamy biwak bądź szybciej niż zwykle się ewakuujemy. Nie oznacza to jednak zupełnej anarchii i bałaganu, zwłaszcza gdy wybieramy się nie sami. Uprawianie minibwp w towarzystwie jest z oczywistych względów – jesteśmy istotami społecznymi, każdy ma inną wrażliwość – dużo przyjemniejsze i bogatsze niż samotnicze. Musimy też uszanować potrzeby rodziny, bliskich, przyjaciół, towarzyszy podróży. Jedni na nas czekają w domu, inni liczą na nas. Bycie w przyrodzie jest dość bezpiecznym hobby, zazwyczaj jest przyjazna, ale wszystko może się zdarzyć. Sprawdzony druh jest wtedy cenniejszy niż najnowocześniejszy sprzęt.

Pochwała powtarzalności
Turysta z reguły nie powtarza tras. Minibewupista przeciwnie, często znajduje upodobanie w powtarzalności. Już dawno zauważyłem, że szczególną przyjemność, satysfakcję sprawia odwiedzanie, nawet codzienne (np. spacery z psem) tych samych miejsc i obserwowanie jak się zmieniają w cyklu rocznym i w ogóle. Przyroda to nieustająca, fascynująca przemiana, samoistna dynamika, a zarazem uspokajająca pewność i trwałość, na którą zawsze można liczyć w odróżnieniu od miejskiego świata. Choćby polskie pory roku, które są ucztą dla oczu i innych zmysłów – samą w sobie. Najlepiej sezonowe zmiany obserwować w dobrze znanych i lubianych miejscach i wcale nie muszą być bardzo daleko od domu. Gdzie takich miejsc szukać, piszę na blogu.

Co to znaczy nieśpiesznie?
Jak się zapewne domyślacie, jest to zaprzeczenie śpiesznego, czyli pośpiechu, spieszenia się. Niestety znów wrócę na chwilę do tradycyjnej turystyki, która posłuży do różnicowania mojego minibwp z innymi formami rekreacyjnego wybywania z domu.
Pośpiech to jedna z tych rzeczy, która mi się mocno na tych turystycznych imprezach nie podoba. Jak już jestem na łonie natury, przestawiam się bezwiednie w inny tryb świadomości, starając się nie zaśmiecać umysłu artefaktami z codziennej rzeczywistości. Jednym z takich artefaktów jest właśnie pośpiech. Co innego przed wyprawą, często trzeba gdzieś dojechać, zdążyć na autobus, pociąg, ustalone miejsce zbiórki. Odebrać na czas sprzęt z wypożyczalni. To rozumiem, jesteśmy jeszcze w mieście, uwikłani w cywilizacyjne relacje, wtedy pośpiech jest nawet czasem wskazany. Ale na bogów (jakich kto lubi)! Nie zabierajmy ze sobą tej nadczynności umysłu i ciała do lasu czy na wodę. Nie po to było tyle przygotowań, wydatków, organizowania wolnego dnia, żeby potem, już za miastem, dalej się spieszyć, nie zważając na okoliczności przyrody, których kontemplacja wymaga przecież zupełnie innego stanu umysłu – spokoju i uważności. Tu już nie ma, po co i dokąd pędzić, wszędzie jesteśmy u siebie, w swoim prawdziwym domu. Owszem, będziemy przemierzać jakoś tam z grubsza ustalony szlak, bo jak gdzieś zaczęliśmy, to musimy też skończyć. Wyjść z głuszy, wrócić do codziennych obowiązków, do pracy, ale nie warto o tym bezustannie myśleć, co chwilę spoglądać na zegarek, poganiać siebie i innych. Lepiej skrócić zaplanowaną trasę niż spieszyć się, gubiąc okazję do odczucia piękna, które nas otacza. Minibwp wymaga czasu, ale samo nie jest na czas, bo traci swoją wartość. Ja ten specyficzny rodzaj bycia tu i teraz nazywam – nieśpiesznym.

Dlaczego bwp?
Dlaczego bwp (bytowanie w przyrodzie), a nie np. bwg (bytowanie w garażu), bnf (bytowanie na fejsbuku), bns (bytowanie na stadionie). A dlaczego nie? Przyroda to tak samo dobre miejsce jak inne, a dla mnie nawet lepsze, bo swojskie, przyjazne (raczej trudno znienacka bejsbolem w łeb dostać), cisza, spokój, świeże powietrze (bez spalin i zaduchu), miłe zapachy i wspaniałe widoki.
Bezwiednemu bytowaniu w tych i innych miejscach, w centrum handlowym, w kawiarni, na wyścigach, w kościele, w lokalu typu umcyk-umcyk nikt się specjalnie nie dziwi. Hipotetyczna sensowność, racjonalność przebywania w takich miejscach jest kulturowo usankcjonowana, nikt wybierając się tam nie musi tego dodatkowo uzasadniać ekstra pożytkami czy dodatkową celowością.
Z przyrodą jest inaczej, mało kto może pozwolić sobie na wybranie się w plener dzikszy niż miejski park bez specjalnego, okolicznościowego usensownienia. Nasza kultura tego nie przewiduje. Dlatego wybierający się w przyrodę mnożą rozmaite uzasadnienia, im bardziej utylitarne tym lepiej. Najłatwiej, bo tradycją usankcjonowane, są te związane z traktowaniem przyrody jako źródła dóbr wszelakich (darów lasu) z żywnością na pierwszym miejscu. Dlatego wędkarstwo i myślistwo cieszy się pełną akceptacją, często poważaniem i szacunkiem. Te aktywności mają nawet specjalne przywileje prawnie usankcjonowane. Na kolejnym miejscu jest zbieractwo grzybów, jagód, orzechów, poroży, choćby ziół i kwiatów. Nieprzyzwoicie jest wrócić z lasu z pustymi rękoma, jakoś głupio. Zmarnowało się czas i energię.
Z moich obserwacji wynika, że najbardziej akceptowane kulturowo formy aktywności plenerowej – myślistwo i wędkarstwo, jako te, które „żywią i bronią” przed drapieżnikami i naporem pozostawionej samopas, a zatem „agresywnej i niebezpiecznej” przyrody są w istocie wygodną w pewnych sytuacjach fikcją. Najczęściej maskującą pospolitą męską skłonność do ucieczek od nudy domowych obowiązków, marudzenia żon i dziatek, wygodnym pretekstem do „nienadzorowanych” spotkań z kumplami, często i gęsto zakrapianych alkoholem. Dlaczego nie można robić tego samego bez pretekstu w postaci „wyższych celów” – nie rozumiem? Czy nie można po prostu wyjść z kumplami do knajpy albo i w plener, bo się to lubi i już, bez zbędnego kombinowania?
 
Reasumując – istota minibwp, w odróżnieniu od większości plenerowych aktywności, to względna prostota środków, ubóstwo celów, planów i oczekiwań, elastyczność organizacyjna, a przy tym maksymalizm otwarcia się na otaczającą rzeczywistość.
Jego sednem jest cieszenie się prostymi i łatwo dostępnymi przyjemnościami, które daje obcowanie z naturą, nawet tą najbliższą. To oczywiście rodzaj hedonizmu, ale nie widzę w tym nic zdrożnego, bo to prawdopodobnie najmniej destruktywny dla innych istot rodzaj hedonizmu, na który prawie każdy może sobie pozwolić. Po prostu zwykłe życie na „błękitnej planecie”, która jest pięknem i wartością samą w sobie, aby to ujrzeć i zrozumieć wystarczy otworzyć szeroko oczy i umysł – to nie boli!


Jak Wam się spodobała koncepcja minibwp? Dziękuję, Darku, za podzielnie się swoimi przemyśleniami. Mam nadzieję, że wszyscy jak jeden mąż udamy się na niespieszny spacer w najbliższą, leśną okolicę. Bez szukania uzasadnienia. Przed nami -mniejmy nadzieję- złota jesień.

11 komentarzy:

  1. Jak jeden mąż może lepiej nie, bo zadepczemy. Lepiej osobno, małymi grupkami, w różnych miejscach i o różnych porach. Tak będzie lepiej dla przyrody i dla nas.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba sie, podoba... Sam, jak juz ze światem i sobą wytrzymać nie mogę idę do pobliskiego lasu na dzień lub dwa by tam pomieszkać...
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wpis.
    Tak mi przyszło do głowy na marginesie pierwszej części artykułu: jak to dobrze, że ja wciąż jeszcze mogę sobie pozwolić, by nie wiedzieć, czym różni się taki iPhone od telefonu komórkowego. Są też jeszcze iPady - tego też jeszcze nie znam (tyle tylko, że to pewnie jakieś tam skrzyżowanie telefonu i komputera). Błogosławiona niewiedzy!

    Aha: i proszę mnie przypadkiem nie uświadamiać.

    Jola z Grodu Kraka

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy tekst. W sumie taka postawa jest mi bardzo bliska. Będąc w terenie staram się zawsze zminimalizować ślady i skutki swojej bytności (co nie znaczy, ze nie zdarza mi sie zbierac tego i owego). Surwiwalowo też czasem bywam, zdarza się, ze bez namiotu, ale nie buduję szałasów, wolę korzystac z ekwipunku. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Doświadczam przyrodę, moje myśli stają się przejrzyste, emocje wyciszają, chłonę to co widzę całą sobą, nigdzie się nie śpiesząc, bez słów. Aby to usensownić biorę kijki, bez nich było mi dziwnie samej chodzić, niespotykanie, dla innych zadziwiająco- przecież "normalni" ludzie nie włóczą się po lasach i łąkach. Teraz mam już powód ;)

    Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj włóczą się, włóczą, "od zawsze" się włóczyli :)
      Kijki też czasem biorę, ułatwiają pokonanie dłuższych tras, można na nich płachtę przeciwdeszczową rozpiąć itp. Są lekką, nowoczesną wersją kija/kostura dawnego wędrowca.
      Bardzo fajny i tani wynalazek :)

      Usuń
  6. Panie Darku, z ust mi to Pan wyjąłeś! Jak to dobrze przeczytać, że komuś jeszcze takie myśli się po głowie błąkają. Albo i chodzą w dość zorganizowany kompozycyjnie - i w ogóle językowo - sposób. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to dobrze przeczytać, że moje wypociny przypadły komuś do gustu :)

      Usuń
  7. Artykuł jest wspaniały. Prawda jest taka, że człowiek wymyślił tyle form spędzania wolnego czasu: dyskoteki, pizza, kino, że o rzeczach najprostszych się zapomnia. Prawdopodobnie dlatego, że nikt wiele nie zarobi na tym, że pójdziemy się "poszwędać" po lesie. Najwyżej my wzbogacimy się duchowo i uspokoimy skołatane nerwy. jaki z tego pożytek skoro nie damy zarobić producentom kawy, leków uspokających itp. I tylko przez takie "łażenie" my będziemy szczęśliwsi, spokojniejsi i bogatsi..
    Dominika

    OdpowiedzUsuń
  8. Z jednej strony ciekawy artykuł. Z drugiej autor albo ma jakieś kompleksy, albo lubi szufladkować ludzi na turystów , wędkarzy itd i przypisywać im określone intencje. Może wyrośliśmy w całkiem innych środowiskach, bo ja nie stwierdziłem aby wśród moich znajomych czy w rodzinie trzeba specjalnie uzasadniać np wyjście do lasu. Po prostu idzie się do lasu. Jak jest jesień to można wziąć koszyk, bo może będą grzyby. A może będą kasztany i żołędzie i dzieci będą miały radość. Ale idzie się do lasu i tyle. Dokładnie tak samo jak do kościoła, czy do knajpy.
    "Czy nie można po prostu wyjść z kumplami do knajpy albo i w plener, bo się to lubi i już, bez zbędnego kombinowania" Oczywiście, że można. Ale ludzie są różni. jedni chcą grac w golfa, inni łowić ryby i napić się z kumplami. Jak im się zdarzy przedawkować to zwymiotują gdzieś w krzakach i nie muszą sprzątać. Ja nie pochwalam przedawkowania, ale nie widzę w tym żadnego kombinowania. Dla mnie wypicie piwa w domu a wypicie go przy ognisku i kiełbasce , i jeszcze pośpiewanie przy dźwiękach gitary to dwie zupełnie różne rzeczy.
    Wiele razy odbyłem spływ Wartą, płynęliśmy bez planu, nocowaliśmy tam gdzie udało się dopłynąć. Czasem w nowych miejscach, czasem w znanych z lat poprzednich. I było świetnie. Ale wiele rzeczy zobaczyłem właśnie dzięki przewodnikom do turystyki kwalifikowanej. A to ogromny dąb, a to pustelnia błogosławionego Bogumiła, a to wczesnośredniowieczne grodzisko. Bardzo lubię odwiedzać grodziska. Próbuje sobie wyobrazić jak ci ludzie żyli, gdzie mieli pole, skąd mogli brać wodę. Czy może na pobliskim wzgórzu, gdzie dziś stoi krzyż, chowali swoich zmarłych? Ktoś z zewnątrz może mnie zaszufladkować, że zaliczam grodziska. Mało mnie to obchodzi, lubię to i już. Też jestem hedonistą. I bardzo mnie cieszy, że inni wolą dyskotekę, a na spływ pojadą na zatłoczoną Drawę. Przynajmniej nad moją ulubioną Wartą pusto i cisza. Adam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opis sytuacji i motywacji to jeszcze nie kompleksy, po prostu z ludźmi nakierowanymi na cel, który jest ważniejszy od minibwp mi nie po drodze i blogu zachęcam do tego innych.
      "Po prostu idzie się do lasu. Jak jest jesień to można wziąć koszyk, bo może będą grzyby. A może będą kasztany i żołędzie i dzieci będą miały radość. Ale idzie się do lasu i tyle. Dokładnie tak samo jak do kościoła, czy do knajpy."
      Z cytatu wynika, że idzie się do lasu jak zwykle w jakimś celu - w minibwp samo bycie jest celem. Pustelnie, dęby, grodziska mogą się zdarzyć po drodze, ale bez nich jest w przyrodzie równie fajnie :)

      Usuń

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...