3 października 2013

Postanawiam nie postanawiać

Nie będę czegoś robił lub -przeciwnie- zrobię coś nowego. Przestanę pić kawę, wyplenię lenistwo, objadanie się słodyczami, przestanę warczeć na dzieci, tracić czas, spieszyć się. Zacznę biegać, zdrowo się odżywiać, więcej czytać, nie będę zawalać terminów, poprawię pamięć, będę chodzić na siłownię, osiągnę jakieś sprawności (np. szybkiego czytania), nauczę się nowego języka, przeczytam Ulissesa. Każdy może stworzyć własną listę "dobrych postanowień" (wersja nr 1256).

Najpierw zapytajmy, skąd bierze się w nas tyle niezadowolenia z nas samych? Kiedy z przyjaciela samego siebie stałeś się własnym surowym cenzorem albo belfrem wpisującym uwagę do dzienniczka (Jasiu znowu wypił poranną kawę)? Jak to się stało, że w miejsce radości życia wkradły się perfekcjonizm, pedantyczność, ambicje zawodowe lub inne? Dla równowagi warto zrobić proste ćwiczenie: co we mnie mi się podoba, czego nie chcę zmienić, jakie są moje mocne strony? Spróbujcie, nie będzie łatwo.

Po drugie kto nadaje kierunek naszym pragnieniom zmieniania siebie? Czy nie jest to jakieś „obce ciało” wszczepione przez kulturę, komercję, wychowawców? Zgrabna sylwetka, nieprzeciętne IQ, stylizowana spontaniczność i zbiorowy indywidualizm, towarzyskie obycie, sukces zawodowy, bycie przywódcą stada, skuteczność, przebojowość i witalizm. W tym świecie nie ma miejsca na przeciętnych i niedoskonałych, a my tak bardzo chcemy zająć w nim pierwsze miejsca. Czasem źródła (pragnień i niezadowolenia) sięgają głęboko w przeszłość, dzieciństwo, a czasem znajdują się blisko – może to ostatni artykuł z gazety, zdjęcie z magazynu, rozmowa, reklama na ulicy, obejrzany film. Czy potrafimy żyć tak, by ciągle nie wymyślać, jak chcemy żyć? Dojść do tej prostoty, żeby zwyczajnie żyć swoim życiem, a nie życiem podyktowanym z podręcznika, magazynu, TV, reklamy? Inaczej skazujemy się na wieczne niezadowolenie ze swojej „przeciętności”, która może być -i jest- piękna.

A jeżeli już naprawdę chcemy coś zmienić metoda postanowień wydaje się mocno zawodna. Postanawiamy coś, czerpiąc krótką satysfakcję z samego postanawiania. Przez chwilę zaklinamy rzeczywistość – do następnej gorzkiej pigułki i kolejnego pakietu ratunkowego. Poza jednostkami wyjątkowo zdeterminowanymi na ogół widzimy, że z „dobrych postanowień” niewiele zostaje. Możemy powtarzać w głowie jak mantrę "od dziś nie piję kawy, odchudzam się, rozsądnie zarządzam czasem, kocham żonę i dzieci, itp.", ale będą to jedynie nasze deklaracje.

Zamiast tego może lepiej przyjąć metodę DZIAŁANIA: patrzmy na to, co dzisiaj zrobiliśmy i co możemy zrobić TERAZ – nie zjadłem pączka, nie podniosłem głosu, nie wypiłem kawy, nie zapaliłem papierosa, poszedłem pobiegać, wyłączyłem telewizor i przeczytałem kawałek Ulissesa. A więc bez postanowień – liczy się dzisiejszy dzień, to, co zrobiłeś, a nie to, co będziesz robił jutro, w polukrowanej rzeczywistości.

To nie wymaga wiele wysiłku, systemów i podręczników motywacyjnych. Metoda jest nadzwyczaj prosta. Trzymajmy się rzeczywistości, a nie słownych deklaracji. Czego nie zrobisz TU i TERAZ -dobrego czy złego- tego nie ma i nigdy nie było.
Postanawiam nie postanawiać, a może inaczej: zmieniam życie czynami, nie słowami. Nie myśl o tym, że postanowisz nie pić kawy, właśnie wciskając przycisk ON na ekspresie. Zamiast tego zapytaj się, czego naprawdę chcesz (ty, a nie "obce ciało"), wciśnij OFF i przestań wreszcie ją pić. Właśnie TU i TERAZ. Czy mi się ta sztuka uda potem, jutro, to już jest inna bajka. Ale dzisiaj możesz zbudować podstawy do jutrzejszego "udało mi się".

Żyjąc teraźniejszością i wybierając świadomie (a więc zgodnie z wewnętrznym przekonaniem) to, co czynię, nie musiałbyś podejmować postanowień. Nie musiałbyś dźwigać tych wszystkich wyimaginowanych ciężarów. Liczą się nasze DECYZJE – robię to i tamto, bo tak zdecydowałem, a nie POSTANOWIENIA zrobienia czegoś, które wysyłają to "coś" w kosmos, jakim jest jakaś tam, bliższa lub dalsza, nieokreślona i niepewna, a często zapożyczona, wizja przyszłości.

Na marginesie - wszystkich kawoszy z góry przepraszam. Ostatnio szkodliwość tego napoju jest mocno dyskutowana i dyskusyjna. Ale to inny temat.

Czy realizujecie wasze postanowienia? Jakie macie doświadczenia z postanawianiem? Czy opieranie się na decyzjach i czynach a nie postanowieniach może coś zmienić?