Przejdź do głównej zawartości

Reguła 90%


Perfekcjoniści wyznają niekiedy zasadę, że jeśli nie potrafisz zrobić czegoś na 100%, lepiej nie rób tego wcale. Zmieniając swoje życiowe nawyki często dajemy za wygraną, kierując się podświadomie przekonaniem, że liczy się tylko sukces na poziomie 100%. Nie będę minimalistą, jeżeli nie potrafię żyć z niewielką liczbą przedmiotów. Moje życie nie będzie proste, jeśli nie będę kupował tylko rzeczy używanych. Nie będę oszczędny, jeśli wydając pieniądze na jedzenie nie zmieszczę się w wyznaczonej kwocie. Nie będę zdrowo się odżywiał, jeśli czasami zjem czekoladowy batonik.

Życie z perfekcjonistą nie jest łatwe. Dla mnie na przykład dużym wyzwaniem jest chodzenie z rodziną do restauracji na obiad, chociaż robimy to naprawdę wyjątkowo. Świadomość rachunku, jaki przyniesie kelner (i ile zaoszczędzilibyśmy jedząc w domu), bywa paraliżująca na tyle, że tracę dobry humor. Zdarzyło mi się też wyrzucić o jedną rzecz za wiele, bez uzgodnienia tego z innymi domownikami. 

Innym błędem jest wprowadzanie zbyt wielu zmian naraz, co często niweczy nasze najlepsze nawet starania. Zwłaszcza zmiany w stylu życia, przy całym entuzjazmie do zagadnienia, są trudne do wprowadzenia, bowiem oznaczają zmianę naszych nawyków, a te kształtują się w dłuższym okresie czasu. Próba zmiany wielu rzeczy naraz może napotkać zbyt duży opór ze strony naszego dobrego samopoczucia, nie mówiąc już o naszym najbliższym otoczeniu. Bunt na pokładzie zażegnamy odpowiednio wcześnie, jeśli zmiany będą następować drobnymi kroczkami. Z mojego doświadczenia wynika, że warto pracować nad jedną rzeczą przez 2 tygodnie (jeśli nie dłużej) i następnie dodać kolejną. Dobrze także przekonać do swoich pomysłów osoby najbliższe, aby zapewnić sobie ich wsparcie. Niektóre zmiany, np. przejście na dietę bezmięsną, rezygnacja z telewizora, radykalne oszczędzanie, wymagają rodzinnej narady i wspólnej decyzji (nie pomijałbym także głosu dzieci, zwłaszcza tych starszych).  

Czytając blog Angeli Burton My Year Without Spending natknąłem się na regułę 90%, która głosi, że wielu ludzi robiących różne rzeczy na poziomie 90% daje w efekcie więcej korzyści niż garstka działających na 100% perfekcjonistów. Przez "rzeczy" rozumiem tutaj recycling, ograniczenie konsumpcji, oszczędne życie, kupowanie rzeczy używanych, jedzenie zdrowej, ekologicznej  żywności, suszenie prania na sznurze (zamiast w suszarce), itp. 

Zmiana nawyków życiowych w kierunku prostszej, zrównoważonej i bardziej przyjaznej naszej planecie egzystencji leży w zasięgu naszych możliwości i bez nadmiernego poświęcenia może stać się naszą drugą naturą, a także częścią szerszej kultury. Nie chodzi o powrót do życia bez elektryczności i innych cywilizacyjnych zdobyczy. Chodzi o ukazanie, że nie musimy być bezmyślnymi konsumentami, możemy powtórnie wykorzystywać surowce, żyć w sposób zrównoważony i robić wszystkie te wartościowe i pozytywne rzeczy - krok po kroku.

Przesłanie Angeli Burton, pod którym także się podpisuję, jest takie: Róbmy to, co akurat leży w naszej mocy. Próbujmy na 60, 80 a może i 90%. Jeśli starasz się jeść sezonowo i lokalnie, ale mąż błaga cię o kupienie (przykładowo) jagód w marcu, chyba mu nie odmówisz? Jeśli pada przez 10 dni z rzędu, a ty wysuszysz pranie w suszarce, chyba nie oznacza to, że na zawsze musisz już porzucić suszenie prania na powietrzu? Jeśli nie stać cię na wymianę wszystkich kosmetyków na organiczne, lepiej chyba wymienić je od czasu do czasu lub tylko niektóre, niż porzucać całe to przedsięwzięcie? Żyjecie oszczędnie, ale nie oznacza to, że nie pójdziecie na obiad (bez skrupułów), nie kupicie już czegoś nowego lub nie pojedziecie na wczasy? Odżywiacie się zdrowo, ale przecież można, od czasu do czasu, zjeść białe pieczywo lub nawet parówki? 

Tak więc upraszczajmy życie, oszczędzajmy, kupujmy rzeczy używane, suszmy pranie na powietrzu, uprawiajmy własną żywność, nie używajmy ręczników papierowych, korzystajmy z lokalnej, organicznej żywności, unikajmy chemii i wysoko przetworzonego jedzenia. Róbmy to wszystko na tyle, na ile jest to możliwe - na miarę naszych warunków osobistych, rodzinnych i finansowych. 

Pamiętajmy, że wszyscy od czegoś zaczynaliśmy. Wszyscy robimy to, co potrafimy, szukając u innych wsparcia i inspiracji. Jesteśmy w drodze i -na szczęście- nie jesteśmy na niej sami. 

Komentarze

  1. Gdy czytam blogi minimalistów, odnoszę często wrażenie, ze cierpią oni na coś, co nazwałem "nadmiernym przywiązaniem do nieprzywiązywania się". Wpadają w obsesję "nieposiadania" tak, jak inni wpadają w obsesję "posiadania". Mając wokół siebie mało, w sobie, mentalnie, mają zbyt wiele tego, czego już nie mają fizycznie...

    A drugie co mnie razi to fakt, że często włącza im sie program "zostań minimalistą w weekend" ;)))
    "No heloł" (jakby to powiedziała Gabryśka z kabaretu Para nienormalni"). Kilkanaście lub kilkadziesiąt lat zajmujemy się "zbieractwem" i nagle w 3 dni odwracamy trend?! To tak, jakby jadąc samochodem 100lm/h nagle wrzycić bieg wsteczny... No zadziała bardzo dziwnie...

    Co do robienia czegoś na 100%
    Dziadkowie i rodzice uczyli mnie (a ja tego uczę swoje dzieci), że należy pracować najlepiej jak się potrafi...
    To nic, że ktoś inny uzna, ze to, co Ty zrobiłeś, on wykona 3 razy lepiej. W porządku, niech wykona. Chwała mu za to, szacunek, a może i "medal z ziemniaka" :) Obserwuj go, ucz się, ale zrób to na SWOJE 100%.
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, też mam ten problem z restauracjami:) szczególnie odkąd zrobiłam podsumowanie, ile na takie wyjścia wydaję... Radzę z tym sobie następująco: w przypadku małego głodu ograniczam się do przekąsek, zwykle też zamawiam dania, które są zdrowe, a których nie jestem w stanie przygotować w domu. Jak już wydawać pieniądze, to zgodnie z wartościami (tego nauczyłam się od Ciebie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajnie to podsumowałeś. Lepiej coś robić niż nie robić nic. Stawiać poprzeczkę na odpowiedniej wysokości. Może ktoś zacznie segregowanie śmieci od makulatury, potem przekona się, że nie taki diabeł straszny, i zacznie segregować resztę?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja robiłam tak całe życie... teraz się zmieniłam i postanowiłam że nie ważne ile zrobię czy zrobię coś dobrze czy źle - ważne żeby chociaż zacząć. Zawsze 20 ZROBIONYCH brzuszków jest lepsze niż 100 nie zrobionych ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja nie wiem kiedy ludzie przestaną przyszywać łatkę minimalistom mówiącą o tym, że minimalista to ktoś taki kto wyrzuca/pozbywa się swoich rzeczy. To nie brak rzeczy stanowi o minimaliście, a jego podejście do rzeczy już posiadanych i przyszłych kupionych potem. Są pewne sytuację które pomimo, iż ich nie uznaje na codzień, to jednak od czasu do czasu robię. Na przykład długa podróż 600km, no jak tu nie wpaść do mcdonalda - wifi, przesolone frytki dodające energii, kanapka czy chociażby mocno schłodzona cola :-) Od czasu do czasu opieram się konsumizmowi, ale czy to jest jeszcze konsumizm kiedy jest sporadyczny?

    90% tak!, bo robienie na 100% jest bez sensu, 100% jest już stanem maniakalnym, skrajnym i fanatycznym. Przypuszczalnie przekraczasz 100% i co dalej? Co jest potem. Lepszy jest mały niedosyt :p

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawy wpis. Mam często problem, że wolę wcale nie zacząć niż zacząć i nie zrobić czegoś świetnie. Pracuję nad tym, bo wiem, że to bez sensu, zresztą kto ustala standardy i może ocenić, że coś jest na 100% albo nie na sto. Dzisiaj moja szefowa w związku z moją pomyłką podsumowała: nie myli się ten, kto nic nie robi. A ja dodam coś, co przeczytałam w książce o kaizen (czyli dokonywaniu zmian małymi kroczkami) - "Osobiście wolałbym pójść do domu i pomedytować przez minutę niż nie medytować przez pół godziny:)".
    Romanie, od kiedy zostałam wegetarianką co jakiś czas słyszę od mięsożerców, że chyba mam jakiś problem. Zastanawiam się kto ma problem i kto cierpi - czy ktoś, kto żyje jak uważa za słuszne czy ktoś, kto "diagnozuje" minimalistów, wegetarian, ekologów i przykleja im łatki? Skoro lubisz zbierać, to sobie po prostu zbieraj i bądź szczęśliwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja nie cierpię i nie mam z tym problemów :)
      Ja tylko zauważam (nieśmiało), że "wyścig szczurów" w celu posiadania i "wyścig szczurów" w celu nieposiadania jest de facto takim samym wyścigiem :)))
      Roman

      Usuń
    2. Roman, ja to uparcie porownuje do wagi ciała, czyli " świadomość, że warto być szczupłym" vs. "świadomość, że warto być otyłym". 99% chce być otyła. Czy też jest otyła i marzy o tym, żeby być jeszcze bardziej. To pragnienie jest głęboko zakorzenione w głowach. Mam wrażenie, że nawet minimaliści dopiero próbują (np przez pisanie blogów) odwrócić w swoich głowach tą skłonność do więcej, więcej, więcej. Tak jak to pięknie napisałeś, nie można ze 100km/h wrzucić wsteczny. To wymaga czasu.

      Czyli sprawa wygląda tak, że garstka osób zaczyna sobie uświadamiać, że lepiej być szczupłym. I rzeczywiście pęd do bycia szczupłym, może być tak samo desperacki jak pęd do bycia otyłym. Ale moim zdaniem nie ma tu mowy (i długo nie będzie) o wyścigu szczurów. To jest kroczenie pod prąd wyścigu szczuròw. Myślę, że mało osób zdaje sobie sprawę jak bardzo ten niewinny minimalizm jest "off-streamowy"

      Usuń
    3. Arku, niech każdy sobie będzie jaki chce :) nic mi do tego :)
      Ani mnie ziębi, ani grzeje, ze ktoś jest minimalistą, zakupoholikiem, wegetarianinem, mięsożercą, konformistą, nonkonformistą, anarchistą czy faszystą (długo możnaby wymieniać). Jest to jest.... nic mi do tego do momentu gdy nie zacznie pokazywać swojej "lepszości".

      Rzecz w tym (wracając do minimalizmu), że tak jak niektórzy licytuja sie na ilość posiadanych gadżetów, tak inni licytują sie na ilość nieposiadanych gadżetów. Dwie strony tego samego "przywiązania".
      I równie zabawne dla obserwatora :)))

      Cenię sobie blog Konrada (i kilka innych też), bo on nie przyjmuje, że "proste życie" (jak ja uwielbiam ten zwrot) to posiadanie 100 rzeczy, tylko posiadanie rzeczy potrzebnych, a rezygnowanie z niepotrzebnych nawet jeśli tych potrzebnych jest 1234...
      Tak ja to widzę (starymi oczami więc może i niedowidzę hehehe).
      Roman

      Usuń
  7. Roman zwrócił uwagę na ważną rzecz a mianowicie że kurczowe trzymanie się jakiejś idei lub dążenie do niej jest niefajne po prostu. Dla mnie jest to sytuacja stresująca i dlatego staram się tego unikać. Każdy ortodoksyjny czy minimalizm czy tez konsumpcjonizm dla mnie jest trudny do przyjęcia. Szukam w sobie, która droga jest mi bliższa. I ją wybieram. Najczęściej to minimalizm choć do ortodoksji to mu jeszcze daleko a bywa tez i konsumpcjonizm ale też w bardzo delikatnej postaci.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bycie perfekcjonistą to dręczenie siebie, a czasami innych;)
    Nie przekonam dzieci, że McDonald jest zły, bo one po prostu kochają się tam bawić, a ja się cieszę ich radością. Od czasu do czasu można.
    Jak to mówi mój mąż: "Czasami dzielimy zapałkę na cztery, a stówa idzie na raz";)

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozwodzenie nad minimalistami, krytyka posiadania i nie posiadanie.
    Każdy człowiek możę mieć tyli ile potrzebuje.Nie zbyt dużo nie zbyt mało.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pozytywny wpis.

    Drobiazg językowy: piszemy "z rzędu", nie "pod rząd".
    Ten komentarz można usunąć.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uwagę, już poprawiłem. Komentarz pozostawię w celach edukacyjnych (:

      Usuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Dobrowolna prostota i oszczędność

Jeszcze nie tak dawno pomiędzy prostotą życia i oszczędnością postawiłbym znak równości. Wielokrotnie w tle upraszczania tliła się motywacja życia oszczędnego. Bo mniej wydanych pieniędzy, to mniej pracy i więcej czasu na przyjemniejszą stronę życia. Jednak kilka razy na własnej skórze przekonałem się, że oszczędnie nie zawsze znaczy prosto.

Za ilustrację niech posłuży... deska do prasowania. Gdy nasza baaardzo stara odmówiła współpracy (i nie dało jej się naprawić), zastosowałem metodę "kupuj używane". Deskę znalazłem na OLX, po którą musiałem pojechać dość spory kawałek drogi. Pomroczność jasna, a może chęć zamknięcia tematu, sprawiła, że po krótkich (za krótkich) oględzinach kupiłem deskę, która w domu okazała się okazem wyjątkowo chwiejnym i w dodatku z wklęsłościami, które dyskwalifikowały ją do jakiegokolwiek użytku. Następnie kupiliśmy nową deskę przez internet, bo to wygodniej, szybciej i... taniej. Po kilku dniach otrzymaliśmy przesyłkę. Deska chwiała się, a w stanie…

Weź kartkę i pisz...

No urzekła mnie ta piosenka Sound'n'Grace i Filipa Laty pt. "100"'. Mądry tekst: Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic. Za czym tak gnasz, po co Ci to?

Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze 
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
Za czym tak gnasz, po co Ci to?
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno
Ołówek weź, teraz kartkę i pisz:
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic

Ref.
Swój czas, weź w garść, swój czas
Zanim Ci życie nie powie, że pass
I odholuje, weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć





25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten mod…