Przejdź do głównej zawartości

Dzieci w sieci




Ten wpis stanowi drugą, zamykającą, część postu Rodzice w sieci. Zacząłem od rodziców, gdyż dobry przykład jest wart dwa razy tyle, co dobra rada (: Jeśli dzieci widzą, że rodzice nie mogą odkleić się od komputera, niewielkie szanse, że nie pójdą w ich ślady.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy (np. akcja „laptop dla każdego ucznia”), nasze dzieci do prawidłowego rozwoju czy też edukacji potrzebują dostępu do komputerów (co jest praktycznie tożsame z dostępem do internetu), a nie "szerokopasmowego" dostępu do swoich rodziców czy ciekawej, dobrze zaopatrzonej biblioteczki. Nie łudźmy się - dzieci wchodząc do sieci nawet z dobrych pobudek zazwyczaj ulegną (= polegną) fascynacji tym, co kolorowe i krzykliwe, i bardzo szybko ich uwaga zjedzie w kierunku -dość płytkiej- rozrywki. Nie mają także rozeznania, gdzie może to ich zaprowadzić: spam z pewnego portalu randkowego przysłany z mailami od koleżanek Córki rozprzestrzeniał się błyskawicznie (chodziło o rozwiązanie testu psychologicznego, a wynik otrzymywało się po podaniu adresu i hasła, oczywiście po to, by opanować skrzynkę pocztową).
Wchodząc do internetu odczuwam coraz większe zniechęcenie, jeśli chodzi o treść, a także obawę, iż coraz trudniej chronić dziecięcą wrażliwość i niewinność.

Co do komputera warto, aby dzieci logowały się na specjalny profil chroniony programem kontroli rodzicielskiej. Nasze młodsze dzieci sporadycznie korzystają z komputera (nie korzystają przy tym same z internetu), zaś najstarsza Córka (13 lat) korzysta z komputera (w tym z internetu) maksymalnie przez 1 godzinę dziennie (zarówno na potrzeby naukowe, jak „prywatne” typu sprawdzenie poczty). Dzieci nie korzystają z komputera po kolacji.

Kupowanie dziecku własnego komputera nie jest -moim zdaniem- dobrym pomysłem: traktuje go i jego zawartość jako swoją strefę prywatności, a wydaje mi się to błędem - przynajmniej do pewnego wieku. Warto pamiętać, że dzieci często są technologicznie bardziej rozwinięte od rodziców: syn znajomych „nie miał dostępu do sieci” w domu, ale logował się poprzez wi-fi od sąsiada, który nie zabezpieczył dostępu hasłem.

Podobno 60 procent rodziców nie zagląda do komputerów i telefonów swoich dzieci. Czy to efekt zaufania czy braku czasu? Czy i kiedy ostatnio przeglądałeś zawartość maili czy dysku na komputerze Twojego dziecka? To samo pytanie dotyczy jego telefonu, który –w przypadku smartfonu- niczym nie różni się od komputera.

Poniżej przedstawiam niektóre z naszych z@s@d internetu. Może zainspirują Was do stworzenia własnych reguł dostępu do sieci?

Ograniczone zaufanie do internetu – wejście do internetu to jak wyjście z domu do wielkiego miasta: nie wchodzę do miejsc, które mogą przynieść mi szkodę.
Tak jak nie puszczamy małego dziecka samego do miasta, tak nie powinniśmy go zostawiać przed monitorem z nieograniczonym dostępem do wszystkich miejsc w sieci. Córka nieświadomie weszła kiedyś na strony poświęcone rysunkom baśniowych postaci, a na końcu (po przewinięciu strony) pojawiły się rysunki satanistyczne i nieprzyzwoite.

Zaufanie do rodziców – nie robię czegoś „po kryjomu” przed rodzicami.
Warto trzymać komputer w ogólnie dostępnym miejscu, aby od czasu do czasu zerknąć na to, co robi nasza pociecha, a i dobrze, gdy dziecko ma tego świadomość. Komputer w pokoju dziecka, to utrata kontroli nad tym, gdzie ono surfuje, a często próbę sprawdzenia tego, co ogląda, będzie odbierało jako ingerencję w jego prywatny świat. Dobrze, jeśli dziecko nie traktuje rodzica jako intruza, lecz opiekuna: gdy nasza Córka znajdzie jakąś interesującą ją stronę przeważnie pyta się nas czy nie mamy zastrzeżeń do umieszczonych na niej treści. Pytanie co robisz/co oglądasz? nie powinno budzić zaskoczenia.

Jawność - wprawdzie staramy się szanować prywatność naszych dzieci, jednak nie może to być zasada, która nie doznaje żadnych ograniczeń. Jako rodzice powinniśmy zachować prawo do kontroli miejsc, które w internecie odwiedzają nasze dzieci, a także przeglądania ich korespondencji mailowej lub portali społecznościowych (FB, Google+). Na ile respektować prywatność, to już kwestia zaufania do dziecka (i jego wieku), jednakże według mnie dobrze, jeśli rodzice znają hasło do skrzynki pocztowej swoich dzieci. Ta zasada może być dla niektórych kontrowersyjna, jakie jest wasze zdanie?
Oczywiście im dziecko starsze, tym rodzicielski nadzór powinien być bardziej dyskretny. Dużo zależy od naszego zaufania do dziecka i jego dojrzałości...

Poniżej jeszcze kilka uwag, które warto uświadomić dzieciom w trakcie korzystania z Internetu, co być może zaoszczędzi nam rozczarowań :

W Internecie utrzymuję kontakt wyłącznie z osobami znajomymi.


Nie udostępniam swoich danych i danych domowników, a także nie podaję nikomu adresu e-mail, ani tym bardziej hasła do konta pocztowego.

Nie loguję się do stron, które żądają rejestracji użytkownika lub akceptacji regulaminu – korzystam z tego, co jest ogólnodostępne – jeśli chcę się gdzieś zarejestrować pytam o zgodę rodziców i robimy to wspólnie.

Nie wchodzę na strony, które zawierają pytanie czy jestem osobą, która ukończyła 18 lat lub zawierają ostrzeżenie o treści dla osób pełnoletnich.

Nie instaluję aplikacji, programów, nie klikam w jakiekolwiek strzałki lub inne aktywne miejsca, jeśli nie wiem, dokąd prowadzą i jaki będzie tego efekt.

Nie wchodzę w maile od nieznanych użytkowników lub wysłanych anonimowo, nie wchodzę do nieznanych załączników (zwł. oferujących jaką rozrywkę, quiz, ankietę lub „coś” za darmo), jeśli otrzymuję niechcianą pocztę informuję o tym rodziców.

Jeśli jestem u koleżanki/kolegi, który ma dostęp do internetu bez ograniczeń, staram się przestrzegać ustalonych zasad i nie zgadzam się na wchodzenie w mojej obecności na strony, które kłócą się z moją wrażliwością. Do różnych polecanych „super miejsc” podchodzę z ostrożnością.



Moją refleksja po przeglądzie wpisów koleżanek Córki na Google+ jest dosyć gorzka. Wynajdują i wrzucają rzeczy naprawdę pozbawione gustu i jakiejkolwiek wartości. Portale społecznościowe na pewno nie są do niczego potrzebne dzieciom. Obecnie posiadanie konta pocztowego jest raczej nieuniknione, jednak nie wprowadzajmy ich przedwcześnie w świat portali oferujących najczęściej prymitywną, tabloidową rozrywkę. Bądźmy dobrymi przewodnikami swoich dzieci po internetowych witrynach: na pewno zdarzają się perełki, dlatego można co jakiś czas wspólnie z dzieckiem obejrzeć w sieci rzeczy, które wydają nam się naprawdę godne i warte obejrzenia. Niech to będzie jednak z naszej strony poddane wstępnej i krytycznej selekcji.

Nie chciałbym dawać gotowych rozwiązań, ale warto określić pewne zasady i ich przestrzegać. Niezależnie od tego, najważniejsze to rozmawiać z dzieckiem, jakie miejsca odwiedza. A przede wszystkim: spędzać z nim jak najwięcej wolnego czasu. Z dala od komputera!

Polecam także:
O komórce dla dziecka
Dzieciństwo w stanie oblężenia

Komentarze

  1. Witaj Konradzie, witajcie serdecznie! Dziekuje za swietny wpis,temat jest dla mnie bardzo wazny i aktualny, moja dziesieciolatka tak jak jej kolezanki bardzo chce zaistniec w sieci, do czego podchodze z wielkim sceptycyzmem. W naszej rodzinie najlepiej na ciagoty komputerowe naszego dziecka najlepiej dziala taka organizacja zajec, aby ten wirtualny swiat nie byl tak atrakcyjny. Zdarza sie, ze corka raz w tygodniu prosi o dostep.Smutne jest dla mnie tylko to, ze szkolne lekcje informatyki to zazwyczaj bezproduktywne stukanie wgry. Pozdrawiam- Marta

    OdpowiedzUsuń
  2. Akcja laptop dla każdego ucznia to świetna inicjatywa, chociaż nigdy wcześniej o tym nie słyszałam. Jak najbardziej internet pomaga w edukacji, szczególnie w późniejszej. Nie da się studiować nie mając internetu, większość notatek jest publikowana na facebooku, wykładowcy wysyłają materiały na ogólną pocztę danego roku. Wszystko czego potrzebuję do edukacji mam w internecie. Poza tym to głupota żeby szukać przykładowo słówek z angielskiego w słownikach, czy jakiś informacji w encyklopedia mając internet. W internecie znajdziesz potrzebne informacje w kilka sekund, sprawdzanie każdego słówka w słowniku to katorga. Technologia jest po to żeby z niej korzystać, korzystać mądrze, ale jednak korzystać wykorzystując jej możliwości do naszych celów. 13 letnie dziecko, które ma ograniczony internet do godziny dziennie... nie wyobrażam sobie tego. Teraz może to nie problem, ale w przyszłości córka na pewno będzie odstawała od koleżanek, będzie żyła w innej rzeczywistości. Nie będzie śmiała się z rzeczy zamieszczonych w necie, durnych kwejków, hitów internetu itp. Wiadomo, że nie jest to niezbędne, ale jednak spowoduje pewne wykluczenie. Nie powinno się ograniczać, aż tak diametralnie dostępu internetu młodszym pokoleniom, bo to jest ich rzeczywistość i ich życie, internet jest i będzie jego nieodłącznym elementem, wiele sfer życia już teraz przechodzi do internetu i to się pogłębi. Po co wychowywać dzieci według swoich przestarzałych racji, ograniczając im rozwój jaki daje aktualna epoka? Każdy ma swoją epokę, swój czas, swoje rozrywki. Ty pewnie całe dnie spędzałeś na dworze, grałeś w planszówki, czytałeś książki. Czasy się zmieniły i nie ma co odgradzać dzieci od tego co daje im dzisiejszy świat. Nie wspominając o zerowym zaufaniu i kontrolowaniu poczty.... w wieku 13 lat ma się już swoje sprawy, dotyczące chłopaków, znajomych, nawet związanych ze sferą seksu i chce się o tym swobodnie rozmawiać, lub korespondować nie pod okiem taty czy mamy.
    P.S Niektóre teksty na blogu macie naprawdę fajne, dlatego tu wchodzę ale coraz częściej to wszystko wydaje mi się fanatyczne i ograniczające normalnego współczesnego człowieka w wielu sferach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, każdy ma prawo do swojego zdania i je szanuję. Starsza Córka nie zaczęła jeszcze gimnazjum, więc co tu mówić o studiowaniu. Godzina komputera dziennie to wg mnie bardzo dużo. Technologicznie jest zaawansowana: prowadziła swój blog, świetnie porusza się po internecie, ma swoje konto. To są wpisy z punktu widzenia rodzica, który zachowuje sobie (jeszcze) "przestarzałe" prawo do wychowania dzieci. Wydaje mi się, że Autorka powyższego wpisu nie jest jeszcze rodzicem. No i chyba rzeczywiście widzę sporo dobrego w stawianiu sobie (i dzieciom) granic. Według mnie rozrost technologii i brak granic w korzystaniu z niej prowadzi właśnie do ograniczenia w rozwoju człowieka, zwłaszcza niedojrzałego nastolatka - właśnie chodzi mi o ten czas spędzony na dworze, grę w planszówki i czytanie książek. Odnoszę wrażenie, że młodzi ludzie są coraz bardziej ograniczeni do swojego smartfona. Faktycznie, wolę, żeby moje dzieci żyły w innej rzeczywistości niż wirtualna. Pozdrawiam Konrad

      Usuń
    2. To chyba nie chodzi o to żeby nie korzystać, tylko, żeby nie musieć korzystać :)
      Osoba nie mogąca żyć bez dostępu do netu jest tak samo "kaleka" jak ktoś, kto od tego netu radykalnie sie odcina...
      Przykład uzależneinia sie nastolatka od sieci miałem w minione wakacje, gdy ze znajomymi zrobiliśmy krótki spływ No dzieciory (akurat moja córka nie, potrafi żyć bez "kabelka") nie potrafiły funkcojnować 3 dni bez dostępu do komputera i smartfonu. Znaczy dostęp był tylko ani zasiegu, ani prądu :)
      Dobrze, że jeszcze są w Polsce takie miejsca.
      Roman

      Usuń
  3. Biedne te dzieci moje, bo pracuję w domu przy kompie, w dodatku wtedy, gdy ich tata wróci do domu i one same też, czyli popołudniami, czyli widzą mnie przeważnie przy kompie. Ale co zrobić. Takie życie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, dobry wpis i porusza ważną sprawę i jedyne co mnie niepokoi to inwigilacja dziecka - strasznie to się kłóci z moją percepcją wolności oraz nieznośnego dla mnie uczucia bycia cały czas pod nadzorem (z tego powodu np rzuciłem robotę w jednej korporacji...). Czy trzeba aż tak radykalnych środków? Czy nie oznacza to dla dziecka braku zaufania ze strony rodzica?
    Sam mam 5 letniego chłopaka. Problem dostępu do internetu jeszcze go nie dotyczy, ale ciągle męczy mnie o granie na smartfonie. Z jednej strony nie chcę żeby siedział cały czas z nosem przy szkiełku, ale z drugiej widzę jak duże znaczenie ma to czy dziecko "zna się". Aktualnie "zna się" na Angry Birds - całymi dniami rozmawia o tym z kolegami jak nie w przedszkolu to w piaskownicy, rysuje angry birds, wycina, robi z modeliny i oczywiście gra w Angry Birds. Przez to jest w grupie akceptowany, wszyscy koledzy siedzą w temacie i nie jest outsiderem. Ogólnie daję radę zapanować nad młodym - gra tylko w weekendy godzinę dzienne, chyba że jakoś zasłuży (jako nagroda) również w tygodniu. Nie ma więc przesady, ale nie jest też zupełnie odcięty.

    Moim zdaniem nadmierny radykalizm w dostępie do komputera/internetu/smartfona i nawet gier w jakiś sposób ogranicza socjalnie.
    Pozdrawiam, Tomek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. Najpierw odnośnie kontroli dzieci przy korzystaniu z internetu. Uważam, że jako rodzice mamy prawo (a nawet obowiązek) czuwać nad swoimi dziećmi. Jako dorośli nie lubimy kontroli i nadzoru, to oczywiste. Ale moim zdaniem dzieci do pełnej wolności muszą dorastać pod opieką rodziców. Tak jak dziecko puszczamy stopniowo coraz dalej od domu (najpierw podwórko, potem sklep osiedlowy, wizyta u kolegi czy koleżanki, potem samodzielny dojazd do szkoły czy do centrum, wreszcie samodzielny wyjazd do innego miasta czy na obóz, itd.), tak samo jest z dostępem do internetu. To, że dziecko jest w pokoju, nie oznacza, że nie dzieje mu się –za sprawą sieci- krzywda. Według Stowarzyszenia Twoja Sprawa we wrześniu ubiegłego roku dzieci w wieku od 7 do 14 lat weszły na portale pornograficzne ponad 720 tys. razy. Odwiedziny na tego typu stronach często nie kończą się na jednym kliknięciu. Z badań Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej wynika, że aż 66 proc. chłopców i 20 proc. dziewcząt w wieku gimnazjalnym zadeklarowało, że w ciągu miesiąca poprzedzającego sondaż celowo wchodziło na portale pornograficzne. Co siódmy chłopiec w Polsce przynajmniej raz dziennie ogląda pornografię! Oczywiście to tylko jedno z zagrożeń. Wg badań Bitdefender dzieci rozpoczynają oglądanie pornografii nawet w wieku 6 lat i flirtują w Internecie od wieku 8 lat.

      Wychowanie i piecza nad dzieckiem zakłada elementy kontroli (czyż nie?). Nie oznacza to, że rodzice cały czas stoją nad dzieckiem. W naszym komputerze mamy program Norton Family, który informuje użytkownika, że dostęp do Internetu jest nadzorowany. Rodzice mogą określić parametry filtru (np. odwiedzania jakich witryn sobie nie życzą), rodzic ma prawo zobaczyć, jakie strony odwiedzało dziecko, z kolei dziecko odwiedzając blokowaną witrynę może wysłać rodzicom komunikat, że prosi o jej odblokowanie (oczywiście może też zwyczajnie zapytać). Ponieważ internet przypomina dzisiaj śmietnik takie rozwiązanie wg mnie uwzględnia dobro dziecka, choć oczywiście nie jest to pełna wolność ludzi dorosłych. Po co ograniczać wolność dzieci? Właśnie po to, żeby ich wolność powoli dojrzewała i nie zderzyła się z czymś, z czym sobie nie poradzi.

      Co do inwigilacji – to nie chodzi o zaglądanie dziecku przez ramię i czytanie jego maili, ale o samo prawo rodziców do sprawowania tej kontroli. Napisałem, że znamy hasło do skrzynki pocztowej Córki, ale nie oznacza to, że czytamy jej korespondencję. Córka ma po prostu świadomość, że moglibyśmy to zrobić, szczególnie wtedy, gdyby coś nas zaniepokoiło. Ekstremalny przykład, ale załóżmy, że ktoś porywa nasze dziecko lub znajdujemy u niego narkotyki. Chyba warto mieć dostęp do jego poczty. Hasło do konta nie może służyć dzieciom do tworzenia strefy eksterytorialnej względem rodziców, którzy są ich opiekunami. Rzeczywistość wirtualna nie może być jakimś wyjątkiem od zasady w imię wolności, która jest wartościowa, ale niesie pewne zagrożenia, z których nasze dzieci nie do końca jeszcze zdają sobie sprawę. Według mnie nie kłóci się to z budowaniem zaufania do siebie nawzajem, ale o określenie granic przestrzeni, w której dziecko może poruszać się samodzielnie, ale także bezpiecznie.

      Usuń
    2. Kwestia gier i socjalizacji naszych dzieci. Wiele dzieje się za sprawą presji rówieśników. Dzisiaj są Angry Birds, wcześniej lalki Barbie, pokemony, koniki pony, jakieś karteczki, witch, monster high, pet shopy… Pisałem o tym we wpisie Jak wychować konsumpcjonistę (http://wystarczy-mniej.blogspot.com/2012/09/jak-wychowac-konsumpcjoniste.html).
      Nie o to chodzi, żeby wszystkiego zabronić, ale znaleźć rozsądne granice. Gra godzinę dziennie w weekend to dobre rozwiązanie, zwłaszcza dla pięciolatka. Unikałbym robienia z gier formy nagrody, bo dziecko zaczyna traktować gry jako coś naprawdę wyjątkowego i przyjemnego. Warto tworzyć ciekawe, atrakcyjne alternatywy dla obowiązującej mody, no i trochę tłumaczyć dziecku, że nie musimy mieć tego samego, co wszyscy koledzy. Zamiast angry birds może to być sterowany samochód, kolekcja żołnierzyków - można zapoczątkować nowy trend (:

      Nasi znajomi zamiast gier zaproponowali synowi kółko informatyczne. Jeżeli chce zagrać w grę, to musi najpierw ją sam stworzyć (: Programowanie jest dla niego znacznie ciekawsze.
      U nas dzieci w zasadzie nie grają w gry, ale nie są społecznie zacofane. To można negocjować – zaproponowaliśmy Córce, że zamiast gry o koniach, sfinansujemy jej lekcje jazdy konnej w realnym świecie. Grę sprzedaliśmy na Allego, a Córka realizuje swoje marzenia i naprawdę świetnie już jeździ.
      Czasem odnoszę wrażenie, że gry dają nam satysfakcję (przejście na kolejny poziom), której tak brakuje nam w realnym życiu, ale odciągają nas od możliwości zrobienia w realu czegoś, co przyniosłoby nam znacznie więcej zadowolenia. Temat gier jest sam w sobie ciekawy i pewnie mocno dyskusyjny. Czasem dla rodziców to rodzaj pokusy – łatwiej posadzić dziecko przed komputerem niż zrobić coś wspólnie razem...
      Przepraszam, że tak się rozpisałem (:

      Usuń
  5. Nie mam dzieci i jakoś mi się z tym nie spieszy, jednak chciałbym wypowiedzieć się jako młody człowiek, dla którego komputery i sieć, którą tworzą, są bardzo ważnym elementem życia. Przy czym nie zależy mi na jakiejkolwiek uniwersalności, a jedynie chcę przedstawić ogólny zarys konkretnego - mojego - przypadku.

    Tło:
    Nie pamiętam, ile miałem lat, gdy dostałem pierwszy komputer. Sieć towarzyszy mi gdzieś od 10 roku życia. Nikt mnie nie kontrolował. Mając jakieś 12 lat umiałem w grze komputerowej odrąbać przeciwnikowi głowę łopatą, a potem oddać mocz na jego zwłoki. Umiałem też bez problemu postawić Slackware, sprytnie oskryptować sobie środowisko i napisać prosty komunikator sieciowy (dzisiaj wiem, jaki to był potworek, ale jednak był). W gimnazjum, chcąc zaimponować starszej (poznanej w sieci) dziewczynie, która mi się podobała, pisałem jej programy na zaliczenia na studiach (informatyka). Wydawałem sporą część kieszonkowego na czasopisma. Potrafiłem spędzić cały dzień przed komputerem, przepisując listingi. Czasami nawet działały. :) Zbyt wolne łącze sprawiało, że kolejna, dołączona do czasopisma, płytka z nową dystrybucją linuksa była przeze mnie wyczekiwana niczym dobranocka parę lat wcześniej. Rodzice chyba widzieli tylko parę razy, jak biegam (w grze) z łopatą za ludźmi. Komputery stały się moją największą pasją i profesją zarazem. Gdyby nie one, byłbym teraz na pewno zupełnie innym człowiekiem. Gdybanie, czy byłbym lepszy, czy gorszy, nie ma sensu. Równie dobrze można by spytać, kim byłbym, gdybym był kobietą.

    Główna historia:
    Na pewno nie miałbym teraz umiejętności, które mam, gdybym nie miał zapewnionej tej ogromnej swobody i możliwości spędzenia przy komputerze czasu dłuższego, niż jedna godzina. Nigdy nie uczęszczałem na żadne zajęcia dla dzieci, więc nie wiem, jak to wygląda. Na pewno może być fajne i ciekawe, ale jednak nie tak bogate, jak zasoby internetu. Nauka programowania w szkole dla mnie była na śmiesznie niskim poziomie, bo dużo więcej nauczyli mnie wcześniej ludzie w sieci.

    Mając kilkanaście lat (bliżej 14 niż 18), spotykałem się z ludźmi, których poznałem w internecie. Nie byli gorsi od znajomych ze szkoły czy ze skateparku.

    Bez wątpienia negatywnie zareagowałbym, gdyby moi rodzice przeglądali moją korespondencję. To by było dla mnie jak wchodzenie komuś do łazienki.

    Oczywiście sporo czasu w sieci po prostu zmarnowałem. Ciągle mi się to zdarza. W tym akurat różni nas od dzieci mniej, niż może się nam wydawać. ;)


    Podsumowanie:
    Bycie rodzicem to musi być trudna sprawa. Mało brakowało, a moja pasja mogłaby zostać zabita. Nic mi nie wiadomo o tym, by w okolicy istniały kółka zainteresowań, które byłyby prowadzone na wystarczająco wysokim poziomie. Ograniczony dostęp do sieci oznaczałby więc dla mnie ograniczoną możliwość rozwoju. Książki są dobre, ale jako jedyne źródło wiedzy się nie sprawdzają (teraz, 30 lat temu świat komputerów był inny). Mój przyjaciel, będąc dzieckiem, tak samo jak ja, chciał zająć się programowaniem. Ja miałem internet i się zająłem, on nie miał i się nie zajął. Z drugiej strony świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że sieć nie jest magicznym źródełkiem pasji. I jak tu rodzic ma się zorientować, czy pozwolić dziecku na nieco więcej swobody, czy nie? Szczególnie, że nie każdy człowiek ze starszego pokolenia biegle orientuje się w tych nowinkach.

    Ludzi takich, jak ja, jest cała masa. Jak ten, w moich oczach niesłychanie ciężki, temat kontroli rodzicielskiej widać przez pryzmat takiej historii?

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie jako nie-ojciec na pewne rzeczy trudniej jest ci spojrzeć.

      Usuń
    2. Masz rację, Łukaszu, bycie rodzicem to jest trudna sprawa. Prawdopodobnie będąc w Twoim wieku (masz dwadzieścia parę lat?) w ogóle się na ten temat nie zastanawiałam. Jednak Twoja historia jest historią o Tobie – Twoich wyborach, możliwościach, talentach, emocjach, upodobaniach, sytuacji rodzinnej, materialnej, życiowej etc. Sądzę, że są setki małych i wielkich czynników, które wpłynęły na to, kim dziś jesteś, nie tylko w relacji do komputerów czy sieci internetowej. Swoboda, którą zostawili Ci rodzice i za którą tak jesteś wdzięczny, równie dobrze mogła skończyć się dla Ciebie niedobrze lub być przez Ciebie źle wspominana. Ale kto z nas mógłby przewidzieć jakikolwiek z życiowych scenariuszy? Masz zapewne niejedną pasję – gdybyś urodził się 20 lat wcześniej, z braku komputerów prawdopodobnie znalazłbyś inną drogę do rozwoju i satysfakcji zawodowej.
      Uczymy się podejmować decyzję, podejmując je – ja na sucho nie umiem, pewnych problematycznych tematów po prostu sobie wcześniej nie wyobrażam, dopiero gdy staną za drzwiami, zdaję sobie sprawę, że tam są i trzeba je jakoś rozwiązać, coś postanowić. Na pewno pomaga mi w tym kontakt ze sobą, kontakt z Mężem, kontakt z Dzieckiem. Czyli bycie w kontakcie. Słuchanie, co mają do powiedzenia, dostrzeganie, co sygnalizują, a czego powiedzieć nie umieją, czego potrzebują.
      Komputery czy Internet, nie istniejące jako „problem wychowawczy” trzydzieści lat temu, dziś zmieniają rzeczywistość, relacje między ludźmi, sposób spędzania czasu przez ludzi w każdym wieku, no i narażają na kontakt z treściami, które w nieodwracalny, zły sposób mogą wpłynąć na człowieka. Dla nas to rzecz, która jest pewnym „problemem”, której nie przyjmujemy bezrefleksyjnie czy bezkrytycznie. Można zapytać, czy dlatego, że sami w ograniczony sposób korzystamy z atrakcji Internetu? (np. nie gramy w gry sieciowe, bo uważamy, że szkoda na nie czasu;) A może też dlatego, że zauważamy, że nasze dzieci mają inne „ciągoty”? Chcą i potrzebują więcej czasu na inne rodzaje aktywności, co nam sygnalizują?
      Ciągle obserwujemy nasze dzieci i zastanawiamy się, jakie są ich mocne strony, którą furtkę im otworzyć, co umożliwić, by miały szansę się sprawdzić, rozwinąć w tej dziedzinie, która ich pociąga. Jako rodzic muszę ciągle mieć świadomość , że nie mogę dążyć do tego, by zrealizowały moje własne ambicje ani by nie postawić ograniczeń, które uniemożliwią rozwinięcie jakiegoś bezcennego, danego im talentu. Ja sama przeczytałam Władcę Pierścienia na studiach. Nasza starsza córka przeczytała go w wieku 12 lat – potem był Silmarillion, zachwyt językami elfickimi, historią Śródziemia. Teraz pisze wielozwrotkową balladę o Earendilu, tłumaczy teksty na język Quendi, założyła klub dla koleżanek o tematyce Śródziemia. Zasoby sieci na pewno pomagają jej rozwijać te zainteresowania, więc jeśli chce i potrzebuje – korzysta z niej. Ale nikt nas nie zwolni z odpowiedzialności za przekazanie jej czytelnych wskazówek, jak bezpiecznie poruszać się po wirtualnej rzeczywistości, która jest słodko-gorzka. I nasze domowe zasady korzystania z komputera i sieci temu właśnie służą.
      Jestem zdania, że będąc rodzicem dziecka mam wobec niego pewne powinności, które nie ograniczają się do opłacenia edukacji, wykarmienia czy ubrania. Mam interesować się tym, co jest dla dziecka ważne, wyrażać zgodę lub nie zgadzać się na pewne aktywności, słuchać o jego potrzebach. Na tym moim zdaniem polega bycie w relacji rodzic-dziecko.
      Przydługi ten mój komentarz, ale zbyt to skomplikowane, bym mogła Ci zdawkowo odpowiedzieć. Pozdrawiam serdecznie, Magda – żona Konrada

      Usuń
    3. To ja w kontrze do Łukasza pozwolę przedstawić sobie swoją historie.

      Moi rodzice też nigdy specjalnie mnie nie kontrolowali i jak na swój wiek miałem dużo swobody. Powiedziałbym, że bardzo dużo.
      W wielu kwestiach niewątpliwie mnie to ukształtowało i sprawiło, że jestem tym kim jestem. Niestety każdy medal ma dwie strony.
      Widzę je szczególnie teraz w dorosłym życiu. Ja swoją aktywnością w wirtualnym świecie nie pokierowałem w taki sposób, że mogła przynieść mi wymierne korzyści np. zawodowe. Zawalałem szkołę, własne hobby, pracę, zdrowie, życie rodzinne. Mimo, że sam już jestem dorosłym facetem, mam wspaniałą żonę i dwójkę uroczych dzieciaków, to to w jaki sposób sam kierowałem swoją aktywnością w internecie rzutuje na mnie i na moją rodzinę do teraz. Cały czas odczuwam skutki tego w jaki sposób spędzałem czas przy komputerze. Patrząc z perspektywy czasu żałuję, że rodzice przynajmniej w jakimś niewielkim stopniu nie pokierowali mnie wtedy kiedy tego potrzebowałem. Możliwe, że nie byli wtedy na to jeszcze przygotowani, bo cyfryzacja, internet, komputery dopiero wkraczały małymi krokami do polskich domów. Mam świadomość swoich problemów związanych z korzystaniem z sieci i staram się pracować nad sobą. Kosztuje to bardzo wiele wysiłku. Szczególnie, że w obecnych czasach nie można od tego uciec, odciąć się, tylko trzeba nauczyć się korzystać ze wszystkich tych dobrodziejstw w sposób mądry.

      Usuń
  6. Co do tego lekkiego "fanatyzmu" na tym blogu to mam podobne odczucie jak ktoś kilka komentarzy wstecz.. Miało być o prostocie a nie o komplikowaniu sobie życia...

    Mi się wydaje, że takie zakazy działają tylko do pewnego momentu. Prędzej czy później córka uzna, że tatuś i mamusia wtykają nosa w nie swoje sprawy i będzie mieć rację. Jak będzie chciała coś ukryć to usunie sms-y, wyczyści historię. Ja zawsze miałam swobodny dostęp do komputera i internetu, własny telefon. I nikt mi nie sprawdzał poczty ani sms-ów i nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej. I jestem normalna osobą.

    W internecie nie ma nic czego nie byłoby w normalnym życiu. Jest za to bardzo wygodnym i przydatnym narzędziem.

    A czytanie cudzych wiadomości zawsze przynosi tylko kłopoty, bo wydaje nam się, że rozmowa jest o jednym a chodziło o coś zupełnie innego. I zawsze kończy się to awanturą.

    Poza tym czytając korespondencję swoich dzieci bez ich zgody łamiesz prawo, które nazywa się TAJEMNICĄ KORESPONDENCJI zawarte w konstytucji, które dotyczy również dzieci. Art 49 konstytucji mówi: Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.
    Ponadto z Konwencji o prawach dziecka: Art. 16.1. Żadne dziecko nie będzie podlegało arbitralnej lub bezprawnej ingerencji w sferę jego życia prywatnego, rodzinnego lub domowego czy w korespondencję ani bezprawnym zamachom na jego honor i reputację.2. Dziecko ma prawo do ochrony prawnej przeciwko tego rodzaju ingerencji lub zamachom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Panią Bąk. Moje dziecko ma 10 lat i widziało już niejedno w internecie. Pytała mnie co to jest gej itp. Interesuje się tym bo to wiek kiedy się zaczyna interesować takimi rzeczami, nie zamierzam zabierać jej internetu po to żeby nie mignął jej gdzieś w wyszukiwarce jakiś penis itp. Ponieważ dałam jej swobodę ale czasem dręczy mnie niepewność czy ona jej jednak nie nadużywa, czasem kiedy korzystam z jej komputera zajrzę na historię przeglądania. Stwierdzam wtedy z uśmiechem, że nie nadużywa. Raz wpisała w wyszukiwarce "sex", raz czytała o narkotykach. Najpierw się zszokowałam że jak to, ale po chwili się opamiętałam, to normalka, też bym tak robiła, też bym szukała informacji na tematy związane z dojrzewaniem. A jeśli spróbuje narkotyków? Jeśli spróbuje, to na pewno nie dlatego że przeczytała o tym artykuł w internecie lub że słuchała kabaretowej piosenki o narkotykach chichrając się ze swoją koleżanką.

      Usuń
  7. Zawsze jestem otwarty na zdrową krytykę (: ...tak, jest to blog o prostym życiu, myślę, że świadczy o tym spora liczba wpisów o dobrowolnej prostocie w archiwum, do których zawsze można wrócić. Jest to także miejsce, w którym dzielę się tym, jak radzimy sobie, jako rodzice, z różnymi aspektami wychowania. Myślę, że po pierwsze są to wpisy dla rodziców (nie-rodzice zwykle inaczej widzą opisywany problem i to jest całkiem naturalne), po drugie reprezentujemy pewien niemodny dzisiaj kierunek wychowania opartego o zasady. Dzisiaj jest tendencja do podkreślania co dziecku wolno, a czego rodzicom nie wypada robić. Ma być swobodnie, bez wymagań, wszystko "dla dobra" dzieci, ew. dla dobra rodziców, którzy wolą zajmować się sobą. Nam zależy na dobru dzieci. Tak, w internecie nie ma nic, czego nie ma w normalnym życiu i dlatego, tak jak w życiu, roztaczamy dzieci opieką, adekwatnie do ich wieku i dojrzałości. Cóż, wpisy rodzicielskie -lub inne dotyczące aktualnej kultury, w której się nie odnajduję- dla niektórych -tych bardziej liberalnych- będą anachroniczne, a także, jak piszesz, lekko "fanatyczne". To także może lekkie nieporozumienie spowodowane samymi wpisami - próba ujęcia pewnej bogatej i zmieniającej się z dnia na dzień rzeczywistości w jakieś "sztywne" zasady prowadzi do wrażenia zbytniego skomplikowania. Chcę podkreślić, że jest to wszystko w praktyce o wiele bardziej elastyczne, oparte na wyczuciu, akceptacji i zaufaniu do siebie. Jednakże zakończę z lekką nutką fanatyzmu: nakładanie pewnych ograniczeń w życiu sześcioosobowej rodziny, sprawiających wrażenie komplikowania sobie życia, w praktyce prowadzi do tego, że wytycza dość spokojną (prostą?) drogę, a może także (mam nadzieję) pomóc w tym, żeby życie nie było tak skomplikowane później...

    OdpowiedzUsuń
  8. Wracając do tematu komputera/tabletu itp. W sobotę wybrałem się z najmłodszą Córką na zawody judo. Było mnóstwo zawodników, pięć mat na których rozgrywały się walki, rodzice i rodzeństwo na trybunach. Świetna sportowa impreza. Obok mnie siedział chłopiec może sześcioletni, którego starszy brat brał udział w zawodach. Dosłownie przez trzy godziny chłopiec ten cały czas grał w gry na tablecie pod okiem rodziców, ani razu nie zainteresował się walkami, średnio zareagował na informację, że jego brat awansował do finałów. Nie jadł nawet leżących obok niego ciastek. Został przeniesiony do wirtualnego świata. Doprawdy przykry był to widok.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Szczęście a bogactwa

Uznasz za dobro bogactwa: będzie cię dręczyło ubóstwo, co gorzej - ubóstwo fałszywe. Choćbyś bowiem miał wiele, jednakże - ponieważ ktoś inny ma więcej - będzie ci w twym mniemaniu brakowało tyle, o ile tamten cię przewyższa. (Seneka, Listy moralne do Lucyliusza)

Bogactwa są rzeczą niezależną od nas i jako takie powinny być traktowane. Powinniśmy i możemy być równie szczęśliwi niezależnie od tego, czy będziemy biedni, czy bogaci: nasze szczęście nie zależy od bogactw, mieszka bowiem w zupełnie innym rejestrze, w innym wymiarze rzeczywistości.  Są to zmienne w żaden sposób ze sobą niezwiązane. Oczywiście, może nam się wydawać inaczej, a co więcej, całkiem często faktycznie się nam tak - niestety! - wydaje. To jednak właśnie zadanie, jakie stawiają przed sobą stoicy: otworzyć nam oczy na fakt, że szczęście nie jest związane ani ze stanem naszego konta, ani z żadną inną rzeczą od nas niezależną. Naszą rolą jest przyswoić to sobie jako życiową regułę i traktować ją jak kierunkowskaz. (...…

Dobrowolna prostota i oszczędność

Jeszcze nie tak dawno pomiędzy prostotą życia i oszczędnością postawiłbym znak równości. Wielokrotnie w tle upraszczania tliła się motywacja życia oszczędnego. Bo mniej wydanych pieniędzy, to mniej pracy i więcej czasu na przyjemniejszą stronę życia. Jednak kilka razy na własnej skórze przekonałem się, że oszczędnie nie zawsze znaczy prosto.

Za ilustrację niech posłuży... deska do prasowania. Gdy nasza baaardzo stara odmówiła współpracy (i nie dało jej się naprawić), zastosowałem metodę "kupuj używane". Deskę znalazłem na OLX, po którą musiałem pojechać dość spory kawałek drogi. Pomroczność jasna, a może chęć zamknięcia tematu, sprawiła, że po krótkich (za krótkich) oględzinach kupiłem deskę, która w domu okazała się okazem wyjątkowo chwiejnym i w dodatku z wklęsłościami, które dyskwalifikowały ją do jakiegokolwiek użytku. Następnie kupiliśmy nową deskę przez internet, bo to wygodniej, szybciej i... taniej. Po kilku dniach otrzymaliśmy przesyłkę. Deska chwiała się, a w stanie…

Weź kartkę i pisz...

No urzekła mnie ta piosenka Sound'n'Grace i Filipa Laty pt. "100"'. Mądry tekst: Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic. Za czym tak gnasz, po co Ci to?

Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze 
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
Za czym tak gnasz, po co Ci to?
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno
Ołówek weź, teraz kartkę i pisz:
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic

Ref.
Swój czas, weź w garść, swój czas
Zanim Ci życie nie powie, że pass
I odholuje, weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć