Przejdź do głównej zawartości

Życie bez czterech kółek

Wracam na blog po urlopie. Niewiele okazało się takim, jakie miało być, choćby za sprawą wypadku, jaki miałem dwa tygodnie temu. W ułamku sekundy samochód, który prowadziłem, zamienił się w powyginaną, sprasowaną masę. Auto wzięło na siebie siłę czołowego uderzenia, zadziałały pasy i poduszka powietrzna, dzięki czemu nie odniosłem prawie żadnych obrażeń, a przede wszystkim - przeżyłem. Na szczęście jechałem sam, w drugim samochodzie także nikomu nic się nie stało.

Zostaliśmy więc bez samochodu – ale za to z pożyczką, który wzięliśmy na tenże samochód. Sama pożyczka to duży błąd z czasów, kiedy zaciągnięcie długu wydawało mi się jedynym, a przy tym mało bolesnym rozwiązaniem, o czym chętnie opowiem innym razem (tutaj). Od dwóch lat staramy się ją jak najszybciej spłacić, gdyż czujemy się z nią źle, nie mówiąc już o obciążeniach finansowych.

Dość niezwykłe było to, że niedługo po uczuciu żalu z powodu straty ważnego dla nas sprzętu bardzo szybko oboje poczuliśmy… ulgę! Trochę to dziwne? Otóż od początku posiadania tego samochodu (od 6 lat) mieliśmy świadomość, jak dużą ilość pieniędzy z rodzinnego budżetu, a więc naszej energii życiowej, pochłaniało utrzymanie i użytkowanie samochodu (nie licząc pieniędzy potrzebnych na jego nabycie). Ta świadomość była bolesna, lecz nie widzieliśmy wyjścia: przy naszym trybie życia posiadanie auta wydawało się warunkiem niezbędnym do tego, by żyć i realizować nasze życiowe cele. Teraz, wobec nagłej straty samochodu, zostaliśmy przymusowo postawieni przed koniecznością obycia się bez auta (aktem desperacji byłoby zaciąganie kolejnej pożyczki na następny samochód). Wcześniej takiej opcji nie mieliśmy odwagi rozważyć. Przyzwyczajeni do utartych, komfortowych, szybkich rozwiązań nie czuliśmy chęci, by spróbować czegoś innego, nieznanego, mniej wygodnego.

Gdy wrak naszej Previi stał już bezwładnie na parkingu, w naszych głowach powoli dojrzewały pytania:
  • Czy z posiadania na własność samochodu uzyskaliśmy zadowolenie i satysfakcję proporcjonalnie do wydatkowanej na to energii życiowej?
  • Czy sześcioosobowa rodzina może poradzić sobie bez samochodu? Co z wakacjami, zakupami, koniecznością dotarcia do tych wszystkich miejsc, które regularnie odwiedzamy?
  • Czy możemy –przynajmniej przez pewien czas – zamiast szukać kolejnego samochodu, spróbować obejść się bez czterech kółek? Czy w miejscowości pozbawionej komunikacji publicznej jest to w ogóle możliwe?
  • Czy potrafimy pokonać przyzwyczajenie do komfortu?
  • Czy posiadanie własnego samochodu wynika z realnych potrzeb czy też jest wynikiem oddziaływania presji kultury, w jakiej żyjemy?
  • A może posiadanie własnego auta to już cywilizacyjny standard, od którego nie ma ucieczki? (pamiętam święte oburzenie znajomej sprzed dekady: jak to, nie macie samochodu?)
  • Czy jego brak oznacza narażenie się na utratę społecznego statusu?
  • Czy żeby z czegoś korzystać, trzeba mieć to koniecznie na własność i ponosić wszystkie związane z tym koszty?
  • Czy względy ekonomiczne i zwykła wygoda nie przemawiają za tym, by od czasu do czasu wybrać się gdzieś taksówką czy nawet wypożyczyć samochód na tydzień urlopu niż przez cały rok utrzymywać auto, które pomimo wkładanych w nie pieniędzy szybko traci na wartości?
Odpowiedzi na te pytania mogą być różne – to zależy od indywidualnych okoliczności, obranego stylu i miejsca życia, i osobistych preferencji. Ale na pewno warto je sobie od czasu do czasu zadawać.

Gdy my przebrnęliśmy przez ten zestaw pytań, decyzja jakoś podjęła się sama: przeprowadzimy eksperyment i przez najbliższy rok spróbujemy obejść się bez własnego samochodu. Oszacowaliśmy, że zaoszczędzone pieniądze (i te uzyskane z ubezpieczenia) pozwolą nam na spłatę dręczącej nas pożyczki do maja przyszłego roku. Potem zobaczymy co dalej w temacie samochodowym.

Teraz konkretnie: jak zamierzamy żyć bez własnego auta?

Po pierwsze, przesiądziemy się na rowery (te na szczęście mamy). Po sprawdzeniu odległości do istotnych życiowo punktów okazało się, że większość z nich znajduje się w promieniu ok. 1-1,5 km od naszego mieszkania, a więc w odległości, którą da się pokonać rowerem lub pieszo. Jak pisał Kotarbiński: nie ma złej pogody, jest tylko niewłaściwa odzież. Plus nasze przyzwyczajenia do komfortu. Powinno więc wystarczyć opracowanie stosownego ubrania na niepogodę. Do realizacji wizyt u rodziny mieszkającej nad morzem zaprzęgniemy naszą wyobraźnię połączoną z ekwilibrystyką połączeń komunikacyjnych - kolejowych i autobusowych. Poza drobnymi zakupami w okolicznych sklepikach, te duże (cotygodniowe) będziemy robić przez Internet (akurat w naszej miejscowości mamy taką możliwość). Przyznam się, że dotychczas robienie dużych zakupów było często katorgą: przyjechanie do sklepu, zapakowanie rzeczy do wózka, wypakowanie rzeczy przy kasie, zapakowanie rzeczy do torby, władowanie toreb do samochodu, wyładowanie toreb z samochodu i zaniesienie ich na trzecie piętro (co wymagało kilku kursów, albo ryzyka kontuzji kręgosłupa), rozładowanie zakupów w domu. I tak co tydzień. Dużo czasu, wysiłku i paliwa. Wczoraj zrobiliśmy zakupy (wg naszej listy) przy monitorze, a dzisiaj rano wszystkie dostarczono nam pod drzwi mieszkania!

Przeglądając dyskusję na jednym z forum internetowym na temat wad i zalet życia bez samochodu uderzyło mnie, że nikt nie poruszył kwestii pomocy ze strony innych, nie rozważył tego, że samochód, tak jak każde inne dobro materialne typu mikser czy wiertarka, można czasem pożyczyć. O wartości budowania solidarności i wychodzeniu z kręgu samowystarczalności pisałem niejednokrotnie. Brak auta przerabialiśmy przy okazji różnego rodzaju napraw, najdłuższa trwała ok. miesiąca. Dzięki życzliwości sąsiadów i znajomych użytkowaliśmy przez ten okres –na godzinę, przez pół dnia czy weekend– kilka samochodów. Budowanie poczucia bezpieczeństwa nie na (zawodnych) przedmiotach materialnych, lecz wspólnocie z innymi jest istotnym elementem dobrowolnej prostoty i daje nam nadzieję na pokonanie przejściowych niedogodności życia bez czterech kółek. Ufamy, że nie będzie (jak nie było wcześniej) problemu, aby pojechać do lekarza, dalej położonego sklepu czy w odwiedziny, korzystając z uprzejmości i dobroci innych.

O wynikach naszego eksperymentu będę Was informował (tutaj). Póki co, życzcie nam powodzenia (:

Komentarze

  1. Życie bez samochodu ekstra. Podoba mi się pomysł i wszystko brzmi pięknie dopóki nie wpisałeś frazy która pojawia się we w większości takich deklaracji "zawsze mogę pożyczyć od kogoś lub poprosić kogoś o podwózkę". Czyli ja nie będę ponosił wydatków a sąsiad, kolega, brat tak. Zawsze ktoś pożyczy auto a oddanie za paliwo to jak sam wiesz jest zaledwie ułamkiem opłat. W moim odczuciu jest to nie fair, jest to tak samo jak podjęcie decyzji że sprzedajemy mieszkanie i będziemy mieszkać po tygodniu u każdego ze znajomych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, ale mam inny punkt widzenia. Być może możliwość liczenia na innych w sytuacjach wyjątkowych dodaje nam odwagi do podjęcia wyzwania. Nie zamierzamy nadużywać czyjejś uprzejmości: priorytetem jest poruszanie się przy użyciu własnych środków (głównie nóg), a także korzystanie z taksówki czy autobusu. Z drugiej strony uczmy się przekraczania stereotypów: czasem ktoś pomoże mi, innym razem to ja pomogę komuś innemu. Niekoniecznie muszą to być te same osoby. Inaczej ani innym, ani sobie nie stworzymy okazji do bezinteresownej pomocy. Jak pisałem chodzi mi o świadome przełamywanie bariery samowystarczalności poprzez świadczenie sobie drobnych usług (które czasem nas kosztują) bez wystawiania faktury, tworzenie kręgów wymiany, rozwijanie umiejętności dawania, ale także proszenia i przyjmowania. Dzisiaj dla większości z nas to niewyobrażalnie trudne.

      Usuń
    2. Meritum sprawy jest jednak takie: nie mieć samochodu, ale posiadać do niego dostęp w razie potrzeby ;).
      Jasne, Twoje tłumaczenie jest przekonujące - bałbym się tylko osób, delikatnie ujmując, nawiedzonych, które wykorzystają wyniki eksperymentu do promowania zakazu posiadania auta.
      No i - powodzenia!

      Usuń
  2. Ale tu nie chodzi o korzystanie z czyjegoś auta na zasadzie wykorzystywania, ja rozumiem, że to tylko opcja na wypadek jakiejś kryzysowej sytuacji. Czy to, że pożyczam komuś patelnię i ten ktoś oddaje mi lekko niedomytą oznacza, że mam mu więcej nie pożyczać, bo musiałam ponieść koszty mycia? Nie bądźmy tacy drobiazgowi, samochód to taka sama użytkowa rzecz jak i patelnia, jakkolwiek kuriozalnie to nie brzmi. Ale suma sumarum chodzi o to, że żadnej z tych albo innych rzeczy nie weźmiemy ze sobą na tamten świat. Nie przywiązujmy się do przedmiotów, a będziemy znacznie szczęśliwsi. A przecież o to całe życie zabiegamy.
    Pozdrawiam i trzymam kciuki za eksperyment. Ja też nie mam samochodu i jakoś żyję, na razie nie miałam też sytuacji kryzysowej, wiadomo, że czasem jest ciężko gdzieś dotrzeć, bo albo daleko, albo pogoda daje w kość, ale to nie koniec świata.
    *szczęśliwa nie-posiadaczka samochodu* :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. o, dobrze,że nic złego nie stało się podczas zderzenia! jesteśmy w zbliżonej sytuacji-nasze wiekowe auto padło podczas początku podróży do naszego domu (w którym -póki co-spędzamy wolny czas), też obyło się bez urazów (awaria zaczęła się na autostradzie),auta już nie ma.Mamy nieco inną sytuację na co dzień - bo nie korzystamy z auta w tygodniu, chyba,że istnieje konieczność zrobienia zakupów w sklepie na peryferiach miasta. Mamy komunikację miejską (tramwaje, autobusy), no i mąż ma rower-nim najszybciej dojeżdża do pracy. Tylko (i aż) wyjazdy do naszego domu-ok160 km w jedną stronę-to bolączka plus przywożenie tam w trakcie faz remontowania, różnych materiałów budowlanych i/lub sprzętów. No i komfort dotarcia o każdej porze doby z dziećmi w ciągu 2,5 godziny. Myślimy o zakupie następcy-ale niespiesznie,w oczekiwaniu na tzw okazję. Niestety będzie to się wiązało z kredytowaniem zakupu, nasze wymagania i oczekiwania są dostosowane do naszych możliwości. To było nasze pierwsze auto - kupiliśmy je okazyjne od znajomego, żeby maż przypomniał sobie jazdę samochodem.Wcześniej-nie mieliśmy jeszcze domu w górach-auto było nam zbędne, nie odczuwaliśmy potrzeby jego posiadania.
    Trzymam za Wasz eksperyment kciuki:)!

    OdpowiedzUsuń
  4. ach, dodam jeszcze,że też od jakiegoś czasu zamawiamy zakupy większe przez internet (nie lubimy robienia zakupów, tj chodzenia po sklepie z wózkiem, pakowania wypakowywania,itp plus droga w obie strony, ładowanie dzieci i wyładowywanie oraz ich marudzenie w sklepie)-i bardzo sobie chwalimy. Oszczędność czasu, pieniędzy (nie widzimy "pokus" na stronie internetowej:)) oraz...nerwów:) Dobrze,że jest taka możliwość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodatkową zaletą zakupów przez internet jest także to, że dodając kolejny produkt do "koszyka" od razu widać, ile zapłacimy za całość zakupów. Łatwiej mieć wydatki pod kontrolą. W sklepie dowiadujemy się o tym dopiero po podliczeniu przy kasie, kiedy raczej rzadko z czegoś zrezygnujemy.

      Usuń
  5. Moi rodzice nigdy nie mieli samochodu i jakoś dawało się z tym normalnie żyć, robić zakupy i jeździć pociągami na wakacje (fakt nasza rodzina była mniejsza niż Wasza ;)). Luksusu posiadania samochodu doświadczyłam dopiero po ślubie i cóż ... chyba jeszcze lubię ten luksus. Mamy działkę poza miastem i nie chciałabym wracać do czasów kiedy tarabaniliśmy się z tobołami PKSem. W ciągu tygodnia jednak korzystamy z nóg lub z komunikacji miejskiej.
    Co do pożyczania samochodu: są pewne rzeczy których nie pożyczam i do takich należy właśnie samochód - to co innego niż pożyczenie patelni. Drobiazgi zawsze można odkupić. W przypadku problemu z samochodem nie jest już tak prosto.
    Trzymam jednak kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak czytam o tym, że ktoś się przesiada na rower, to przechodzą mnie ciary. W ostatnich czasach ulice (i przede wszystkim chodniki!) zostały opanowane przez rowerzystów. Rowerzystów, z których 95% to szaleńcy nie znający przepisów i nie liczący się z innymi użytkownikami dróg i chodników. Nie lubię rowerzystów i zdecydowanie wolę samochody (żaden kierowca nie próbował mnie nigdy zabić, a rowerzyści nie raz i nie dwa).
    Wiem, że to nie na temat, ale samo słowo "rower" wywołuje we mnie takie reakcje.
    Mella

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta racja! Ale w drugą stronę też,nie mam roweru,odkąd mi ukradli,nie kupiłam już,za czasów komuny,kiedy dorastałam,mogłam spędzić na rowerze cały dzień,dzisiaj się boję przejechać kawałek:-(

      Usuń
    2. A mnie - jako rowerzystę - wkurzają ludzie, którzy dla rowerzystów domagają się rowerowych ścieżek, ale jak już taka jest, to nawet w jedną stronę się nie obejrzą, jak przez nią przechodzą, albo po prostu sobie idą jej środkiem - mimo tego że obok jest chodnik. No sorry, to może szanujmy się nawzajem? Wtedy jak rowerzysta zwróci uwagę komuś na tej ścieżce, to jest chamem. Jak jedzie po chodniku - też cham. A pieszym wszystko wolno?

      Usuń
  7. Jako kierowca też nie przepadam za rowerzystami na drodze dlatego kiedy jadę rowerem to tylko na ścieżkach dla rowerzystów lub na chodniku wiem jaką katorgą jest wyprzedzanie takiego delikwenta który jedzie środkiem drogi. Co do pożyczania samochodów dla niektórych jest to zbyt osobisty przedmiot by go pożyczać :).

    OdpowiedzUsuń
  8. I tak oto za rowerzystami nie przepadają zarówno piesi, jak i kierowcy samochodów... Dopóki nie będzie sieci dróg rowerowych jesteśmy skazani na siebie nawzajem. Niestety rowerzyści na jezdni traktowani są jako obiekt niepożądany i prawie niedostrzegany (dopóki nie jedzie się środkiem drogi!), co często sprawia wrażenie spychania ich na krawędź jezdni, gdzie często doły, nierówności lub kałuże. Warto o tym pamiętać prowadząc auto. Z kolei jadąc rowerem chodnikiem pieszym należy się szacunek: obserwuję, że sporo rowerów nie ma dobrego dzwonka i mija pieszego dosłownie w ostatniej chwili, co naraża go na potrącenie lub jest po prostu stresujące, zwłaszcza dla osób starszych. W naszej miejscowości sukcesywnie wymienia się i poszerza chodniki, jednakże najczęściej oznakowane są jako wspólne "dla rowerów i pieszych", a więc zakłada się jakąś ich pokojową koegzystencję. Myślę, że jest to możliwe, jeśli jako pieszy będę chodzić po jednej stronie chodnika (a nie jego środkiem), a jako rowerzysta nie będę pobijał kolejnego rekordu prędkości slalomem "przez pieszych" (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, ale używanie przez rowerzystów dzwonka w spotkaniu z pieszymi jest bezczelnością. To rowerzyści mają omijać pieszych i to tak, żeby im nie zrobić żadnej krzywdy, a nie dzwonić żeby piesi im zeszli z drogi.
      Mella

      Usuń
    2. Niekoniecznie, czasem dzwonek pozwala uniknąć niebezpiecznej sytuacji, do której może dojść także z winy pieszego (a nie zawsze tylko rowerzysty). Nie chodzi o schodzenie z drogi. Ja jako pieszy wolę wiedzieć, że np. za plecami mam zbliżający się rower. Dyskretny sygnał z pewnego dystansu nie uznaję za bezczelność. Trzymam się wtedy prawej strony chodnika, aby dać szansę ominięcia mnie przez rower. Oczywiście wymaga to jak zwykle życzliwości. Poza tym pisałem o ciągu rowerowo-pieszym, gdzie piesi i rowery poruszają się wg określonych zasad. Poniżej link do tych znaków, których w mojej miejscowości jest dużo:
      http://wrower.pl/prawo/znak-c-16-c-13-droga-dla-pieszych-i-rowerow,3187.html

      Usuń
    3. Jadąc do pracy rowerem przypomniało mi się, że z zasady mijając pieszego, który ustąpił mi miejsca, mówię mu dziękuję. To słówko -mam nadzieję- jest pozytywnie odbierane przez pieszych i pokazuje, że rowerzysta nie czuje się królem chodnika :)

      Usuń
  9. Na szczęście wakcje dopiero za rok wiec moze do czasu wyjazdu nad moze cos jednak kupicie...
    Nie, nie...
    Nie jestem entuzjastą samochodu, ale dość często podróż nim okazuje się być jedynym w miarę racjonalnym wyborem.
    W połowie sierpnia jakiś bies podkusił mnie by do klienta (300 km) wybrać się nei samochodem a pociągiem i autobusem. Bo pewnie chciałem sobie udowodnić, że można...
    Owszem, można...
    Zamiast 4 godzin w samochodzie spędziłem 8 godzin w jedną i 12 godzin w drugą stronę autobusie i pociągu...
    Nigdy więcej :)
    Roman

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, jesteśmy świadomi, że samochodem jest często najszybciej i najwygodniej. Odkąd weszliśmy w posiadanie samochodu (zwłaszcza, że wtedy wszystkie nasze dzieci były naprawdę małe: od niemowlęcia do siedmiolatki), nie znaleźliśmy dość powodów, by z niego zrezygnować, choć naprawdę korzystanie z auta kosztowało nas bardzo dużo, w dosłownym sensie finansowym. Za tę wygodę po prostu chcieliśmy płacić.
      Ale teraz dzieci już podrosły, póki co nikt nowy nam się nie narodził, więc tę tymczasową rezygnację z samochodu - choć nieplanowaną - podjęliśmy bez jakiegoś rozczulania się nad sobą. Nie ma dramatu, da się żyć. A - jak napisałeś - kolejne wakacje dopiero za rok. Chcielibyśmy do tego czasu pozbyć się już tego męczącego długu. A potem zobaczymy.
      Magda

      Usuń
    2. Macie rację. To nie jest kwestia emocji tylko racjonalnego wyboru. Jeśli okaże sie, ze brak samochodu nie dokłada problemów to tylko sie cieszyć :)
      A jeśłi okaże sie, że jednak samochó jest "niemal niezbędny" wówczas zapewne racjonalniej niż poprzednio podejdziecie do jego zakupu :)
      Wszak to tylko narzędzie, które może być pomocne, ale może i przeszkadzać :)
      Jakby nie było i cokolwiek sie okaże, jedno jest pewne: wygraliście z kolejnym "przydasiem" i kolejnymn "społecznym przekonaniem".
      Roman

      Usuń
  10. Dobrze się żyje bez samochodu jak się mieszka w mieście, jednak są sytuacje w których jest on niezbędny a na wsi nie da się żyć bez samochodu bo wszędzie daleko.

    OdpowiedzUsuń
  11. Urzekła mnie ta historia - zawsze, gdy słyszę o tak niebezpiecznym wypadku, w którym mimo wszystko udało się ocalić to, co najcenniejsze - życie i zdrowie, mam poczucie cudu.
    Co do pożyczania - usłyszałam kiedyś takie zdanie, które zapadło mi w pamięć: "Jeśli nie będziesz potrafiła brać, nie będziesz też umiała dawać" - widzę w nim wielką mądrość. Czasem mam z tym duży kłopot. Czy potrafiłabym poprosić o pożyczenie auta? Czy mogłabym pożyczyć swoje? Chyba zależy komu. Z kulturą pożyczania jest niestety różnie - choćby ten przykład z patelnią - pożyczyć komuś patelnię i dostać niedomytą ... to nie jest miłe doświadczenie. Albo moja ostatnia historia z pożyczaniem - pożyczyliśmy jakiś czas temu dalszej rodzinie krzesełko do karmienia - było w bdb stanie - po trzech latach upomnieliśmy się o zwrot, ponieważ nasz syn zaczął siedzieć - dostaliśmy mebel poodzierany z farby i co gorsza obklejony resztkami jedzenia ...

    OdpowiedzUsuń
  12. Mój tata zawsze mów,że samochodu ani żony się nie pożycza ;D

    Ja sama nie miałam samochodu (ani nawet prawa jazdy) i żyło mi się bardzo dobrze (ale byłam singlem w mieście wojewódzkim, także nie mam porównania do rodziny z dziećmi). Obecnie mieszkam w Stanach, a tu bez samochodu niestety nie da się żyć (przed wyjazdem nie mogłam w to uwierzyć, ale niestety to fakt). Mieszkam w mieście, gdzie odległości są duże i prawie brak komunikacji miejskiej.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja też nie pożyczam: żony, zegarka i auta :)
    Dobrze, że nie jesteśmy sąsiadami ;)
    Kilka lat temu miałem takich sąsiadów (nie mówię, że takich jak Ty z rodziną - ale takich ... pożyczających) i było to bardzo wkurzające ... mimo poczucia, że zrobiłem dobry uczynek - wkurzało mnie to, że często coś pożyczali (zwykle na zawsze), a to sól, a to cukier, a to narzędzia ... a czemu ja wszystko mam mieć, a inni nie?
    Pomoc sąsiedzka jest nieoceniona - nie przeczę. Zwłaszcza zimą sam udzielam się i pomagam ludziom z autami, ale takie "pożyczanie" (dawanie) jest dla mnie strasznie wkurzające ...
    Mam wrażenie, że tacy ludzie zatrzymali się na czasach akademika i bez pomocy sąsiedzkiej ani rusz ...
    Podziwiam dobrowolną prostotę ... naprawdę ... sam chciałbym przestać być chomikiem ;) ale do tej prostoty (niektórym) - przydałaby się i samowystarczalność - przynajmniej w kwestii organizacji swojego życia rodzinnego :)

    Pozdrawiam,
    Tomek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja samochód pożyczam. Dla mnie to tylko narzędzie tak jak taczka i łopata. Różni się jedynie przeznaczeniem, ceną i stopniem skomplikowania od tych ostatnich. Nie mam emocjonalnego podejścia do przedmiotów (pamiątki po bliskich to wyjątek), nie dorabiam do przedmiotów ideologii i staram się by nie grały w moim życiór innych ról niż te do których jes stworzono.
      Ale rozumiem osoby dla których samochód to coś osobistego tak, jak np. szczoteczka do zębów.
      Roman

      Usuń
    2. Porównanie auta do szczoteczki do zębów, to spora przesada.
      Ale ta - dla niektórych (dla mnie) jest to przedmiot osobisty.

      Usuń
  14. Przykład mojej koleżanki, mieszkanki miasta wojewódzkiego, więc z komunikacją publiczną "nie ma żadnych problemów". Odebranie jednego dziecka z przedszkola i drugiego dziecka, ze szkoły, trwa około 3-3,5 godziny. Przedszkole i szkoła katolickie, wybrane z namysłem, ale dojazdy męczące bardzo. Samochodem około 1-1:15 godziny... Młodsze dziecko po tych wojażach nie ma już sił na sensowną aktywność popołudniową (a raczej wczesnowieczorną).

    "Anonimowy"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej sytuacji należałoby rozważyć przeprowadzenie się bliżej wymarzonej szkoły, skoro dla rodziców jest to takie ważne. Sami tak kiedyś zrobiliśmy (wówczas nie mając jeszcze samochodu), przeprowadzając się w takie miejsce, aby do szkoły dojść spacerem w 5 minut.

      Usuń
  15. Znam wiele osób świetnie radzących sobie bez auta - ale faktycznie, większość z nich mieszka w dużych miastach. Jednak osobiście też jestem zwolennikiem braku auta, jeśli nas na to nie stać i nie jest nam niezbędne - często korzystanie z taksówki wychodzi o wiele taniej niż utrzymanie auta przez cały miesiąc.

    OdpowiedzUsuń
  16. Kwestia posiadania lub nieposiadania auta była u mnie na blogach kiedyś przynajmniej w kilku dyskusjach. Doszlismy ze stałymi czytelnikami do pewnego wniosku: Jeśli mieszkasz w dużym/średnim mieście, gdzie jest wszystko niezbedne do życia pod nosem oraz wygodna komunikacja miejsca, PKS, kolej, ściezki rowerowe - można śmiało zrezygnować z auta.

    W przeciwnym wypadku rezygnacja z auta, zwłaszcza posiadając rodzinę, to według mnie bardzo niemądry pomysł. Liczenie na taxi w awaryjnych sytuacjach nie zawsze się sprawdza, a liczne nocne kursy (np. ktoś z rodziny w szpitalu), potrafią momentalnie zrujnować budżet. Liczenie na podwózki sąsiadów i awaryjne pożyczenie samochodu to także fikcja na dluższa metę.

    Osobiście posiadam 8-letni używany, ekonomiczny samochód kombi, palący 5-6 ON/100km. Nie jest to w żaden sposób kluczowy wydatek w gąszczu innych.

    Sasiad kupił stare, ale sprawne i zadbane auto, benzynka,, bez żadnych luksusów, bez klimy, centralnego zamka - 1000 zł.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dzieląc się z Wami naszym doświadczenie, zupełnie nie myśleliśmy odgrzewać przegadanego już na wielu blogach tematu życia bez samochodu. I wcale nie podejmujemy decyzji o trwałej rezygnacji z auta. Chodzi o to, że wypadek i zniszczenie samochodu stały się dla nas pretekstem do podjęcia walki o spłatę męczącego zadłużenia i okazją do tymczasowego wyjścia ze strefy komfortu (o tym też już na kilku minimalistycznych blogach debatowano), co wcześniej nie było możliwe ani pożądane (małe dzieci itd). Ponosimy rzeczywiście konkretny koszt: ryzyko i niepewność w sytuacjach awaryjnych, brak komfortu, rezygnacji z wielu niedostępnych dla niezmotoryzowanych atrakcji etc. Ale spodziewany przez nas zysk jest tak ważny i tak realny (pieniądze do tej pory pożerane przez Toyotę idą na spłatę zadłużenia), że zamiast skupiać się na minusach i narzekaniu nasze mózgi pracują nad wymyśleniem najlepszych rozwiązań na dany moment.
    Pozdrawiam! Magda

    OdpowiedzUsuń
  18. Mam przeczucie, że szybko przekonacie się, że życie bez samochodu jest po prostu frustrujące:)
    -jazda rowerem jest przyjemna tylko przy dobrej pogodzie, a poza tym stan ścieżek, podjazdów jest fatalny, wystarczy pojeździć kilka dni aby mieć dosyć
    -jest takie powiedzenie, że "samochodu się nie pożycza" i wiele w nim prawdy
    -na kogoś, kto nie ma samochodu coraz częściej patrzy się jak na dziwaka-niestety
    -wakacje z polskimi kolejami, autobusami-przerabiałem i nie polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, bo chiałoby się powiedzieć inaczej, przedmówca mówi prawdę

      autobusy i pociągi były dobre "za studenta", dobre, bo nie było niczego innego, wolność jaką daje jakikoliek samochód, przy czym nie koniecznie musi to być nówka kupiona na raty, jest nieporównywalna z niczym

      można jeździć ostrożnie, wolno (ekojazda) tanio... mżna kupić używany samochód z dobrą historią ASO z 3 ręki, nieprestiżowy, obciachowy, tani.... ale jednak wożący rodzinę 10x lepiej niż jakakolwiek komunikacja publiczna

      tak - jestem wielkim miłośnikiem własnego auta ;-)

      Usuń
    2. Ja tam miłością samochodu nie darzę ( domu, kurka z wodą, taczki i łopaty również), ale uczciwie musze przyznać, że jest to w moim przypadku uzyteczne narzędzie (dom, kurek z wodą, taczka i łopata również).
      Roman

      Usuń
    3. Moim antidotum na frustrację jest WDZIĘCZNOŚĆ. I dostrzeganie pogodnej strony dnia. Każde doświadczenie, również ten nasz eksperyment, rodzi wiele okazji do bycia wdzięcznym i zauważania dobroci i życzliwości innych ludzi, nie mówiąc o wdzięczności Bogu za kolejny wrześniowy bezdeszczowy dzień, szelest spadających pod koła roweru liści, zapach grzybów, które zbieram z synem na niedalekiej polanie.
      Magda

      Usuń
  19. ja wolę rowerem do pracy czy na zakupy jednak auto jest potrzebne w nagłych wypadkach i gdy trzeba pojechać do rodziny

    OdpowiedzUsuń
  20. Życie bez auta, gdy się mieszka w małej rozwlekłej topograficznie miejscowości i ma się troje dzieci (przedszkole, szkoła, sklep, przychodnia i apteka oddalone od siebie o kilka km) jest po prostu nieodpowiedzialne !!! i nikt nie przekona mnie, że to jest fajne. Może dla jakiegoś zapalonego minimalisty-ascety (swoją drogą mam wrażenie, że niektórzy są bardziej ortodoksyjni i nadgorliwi niż trzeba), ale nie dla dziecka. Niby jak zimą gdy jest minus 20 rozlokować dzieciaki po szkołach, przedszkolach i jeszcze zdążyć na 8 do pracy????? Trzeba dzieciaki zedrzeć z łóżek o 5 nad ranem iść w śniegu i w mrozie 3 do 5 km z nimi do punktu docelowego (autobusów miejskich nie ma, taksówki nie ma, najbliższy sąsiad sam jedzie z całą rodziną do pracy i szkoły więc nie podwiezie). Później z jęzorek na brodzie trzeba łapać "stopa" albo gonić ma najbliższy przystanek PKS żeby zdążyć do pracy...... Ludzie to już chore. Dajcie spokój. W obecnych czasach wyzbyć się samochodu to dla mnie tak samo jak nosić wodę ze studni po to tylko żeby sobie udowodnić, że da się żyć bez bieżącej z kranu. Da się tylko pytam po co !! głupie i bezsensowne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozwiązanie, o którym napisałem nie jest w naszym zamyśle ani uniwersalne, ani ponadczasowe – to zaledwie nasz prywatny eksperyment realizowany w konkretnym celu i w konkretnym horyzoncie czasowym. Żyjemy w różnych warunkach i czasem posiadanie auta jest koniecznością, jak w powyższym przykładzie. Generalizując możemy dojść do absurdalnych (i nieżyciowych) wniosków. Nie pisałem o braku posiadania auta np. w Afryce, ale w podwarszawskiej miejscowości, w której bardzo wiele rodzin nie posiada auta w ogóle, poruszając się rowerami lub pieszo. Co w naszym przypadku może posłużyć do spłaty kredytu, dla innych może być rozwiązaniem skrajnie nieżyciowym, to oczywiste.
      Ale, z drugiej strony, pisząc miałem nadzieję, że skłonię Czytelników do zastanowienia się. Dzieciństwo spędziłem bez samochodu. Pamiętam, że czasem do przystanku drałowało się z mamą do przedszkola/szkoły bardzo daleko. Teraz problemem staje się pokonanie pieszo jednego kilometra, a czasem drogi do najbliższego kiosku. Wszędzie używamy samochodu i wydaje nam się to koniecznością. Więc jednak cywilizacyjny standard?

      Usuń
    2. Previanin Wambierzycki pozdrawia:)
      Dziękuję za ten wpis.

      Usuń
    3. Ex-previanie pozdrawiają! :) M.

      Usuń
  21. "Dzieciństwo spędziłem bez samochodu. Pamiętam, że czasem do przystanku drałowało się z mamą do przedszkola/szkoły bardzo daleko. Teraz problemem staje się pokonanie pieszo jednego kilometra, a czasem drogi do najbliższego kiosku. Wszędzie używamy samochodu i wydaje nam się to koniecznością. Więc jednak cywilizacyjny standard?"- o, właśnie! ja też dzieciństwo spędziłam bez auta, kościół i skzoła-ok4km (rano do szkoły woził nas gminny autobus), potem dojazdy do miasta do szkoły średniej pks -2 km do przystanku pks od domu, 2 km do najbliższego sklepu, 2km do lasu, itp. I...dało się żyć bez auta.Owszem auto jest często gęsto konieczności ale wydaje mi się,że czasem i li i jedynie standardem (wykreowanym sztucznie), wygodą. Czasami tak jest jak z kupnem większej lodówki, gdy rodzina się powiększa-musisz ją kupić,bo jak-mała lodówka na 4 osoby??to poniżej standardu (czytaj: wykreowanego przez reklamy). Warto realnie oceniać potrzeby i możliwości, we wszystkich dziedzinach życia.

    OdpowiedzUsuń
  22. Z mojego punktu widzenia (i dotychczasowych doświadczeń) posiadanie auta jest czasem konieczne, a czasem po prostu wygodne, ale na pewno nie jest tanie i należy do poważniejszych wydatków w budżecie. Kupowanie starego auta za 1000 zł, jeżeli nie ma się smykałki do mechaniki, a samochód nie ma służyć tylko do poruszania się po najbliższej okolicy, może okazać się dużym rozczarowaniem. W naszym przypadku konieczne było posiadanie auta dużego (konkretnie Toyota Previa) - dla sześciu osób i takiego, którym bez problemów dojedziemy z małymi dziećmi do rodziców mieszkających daleko od nas (i do innych zakątków Polski). Dzięki zapisywaniu wydatków mogliśmy szybo stwierdzić, że naprawy i inne koszty wyniosły nas w ciągu prawie 6 lat (i po przejechaniu 70 tys. km) 25 tys. zł, zaś na paliwo (ON) wydaliśmy 38 tys. zł, czyli razem 63 tys., miesięcznie średnio 875 zł. Być może pechowo trafiliśmy, a być może taka jest cena komfortu i cywilizacyjnego wymogu czy też życiowej konieczności.

    OdpowiedzUsuń
  23. 22 września - Dzień bez Samochodu, w Warszawie i okolicach można korzystać bezpłatnie z komunikacji miejskiej :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Od dwóch dni rano pada deszcz, ochłodziło się (10 st.). Odkryliśmy genialne peleryny rowerowe, które tworzą rodzaj namiotu rozłożonego na rowerzyście. W środku jest nawet przytulnie ;). Jednocześnie już odezwali się sąsiedzi, którzy proponują podwózkę. I znów mamy powody do wdzięczności :).
    Magda

    OdpowiedzUsuń
  25. no ja muszę się przyznać, że sprzedaliśmy dwa auta końcem września 2014 i jakoś nie narzekam na jego brak (rowerów nie posiadam), mąż ma 3kg na minusie odkąd zaczął chodzić pieszo do pracy (ok. 3km) i twierdzi, że się lepiej czuje, dzieci są zadowolone z jazdy pociągami do Dziadków, i raz na jakiś czas autobusami :) ja jakoś też nie odczułam braku auta, za to odkryłam zakupy online, dzięki czemu nie muszę już nosić m.in. 10kg karm dla moich dwóch psów :)
    zakup auta mamy na uwadze, ale się nam specjalnie nie śpieszy ;)
    a Wy dalej bez auta?
    pozdrawiam żona, mama dwóch cudownych synów (4 lata i 1,5 roku), właścicielka dwóch psów, dwóch kotów i królika

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Prawa prostoty: Organizuj

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

Dzięki właściwej organizacji więcej sprawia wrażenie mniej.

Chodzi o zarządzanie złożonością, z czym stykamy się przede wszystkim w domach, w których rzeczy wydają się mnożyć.

Maeda wymienia trzy spójne strategie redukcji bałaganu i osiągnięcia prostoty:
1. kupno większego domu,
2. umieszczenie wszystkiego, czego nie potrzebujemy, w miejscu do przechowywania,
3. metodyczne zorganizowanie tego, co posiadamy.

Początkowo większy dom zmniejsza bałagan kosztem większej przestrzeni. Ostatecznie jednak więcej przestrzeni z czasem oznacza więcej bałaganu.
Magazynowanie zwiększa ilość wolnej przestrzeni, ale dość szybko zostaje zapełniona kolejnym rzeczami, które odkładamy.
Wreszcie wdrożenie systemu organizacji tego, co posiadamy w naszej ograniczonej przestrzeni, zmienia chaos przedmiotów w uporządkowaną strukturę.

Wszystkie te trzy metody dynamicznie się rozwijają. …

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Przyjemność prosta

Kolejna część cyklu na podstawie Prostego życia Ryszarda Wagnera  z 1905 r.

Podobnie jak w czasach Wagnera, także i dzisiaj możemy zapytać: czemu utraciliśmy umiejętność dobrej zabawy? Usiłujemy wprawdzie się bawić, ale zwykle chybiamy celu. Od czego to zależy?

Jakże myśleć o zabawie! Uginamy się przecież pod ciężarem niezliczonych kłopotów, z których każdy oddzielnie wystarczyłby do popsucia humoru. Wszędzie spotykamy ludzi rozgorączkowanych, zapracowanych, wyczerpanych. Gdziekolwiek spojrzymy, wszędzie widzimy ludzi niezadowolonych.

Jednak przyczyny naszej obecnej niemocy, tego zaraźliwego złego humoru, który nas opanowuje, zależą w równej mierze od nas, jak od okoliczności zewnętrznych. Radość tkwi bowiem nie w przedmiotach, ale w nas samych!

Wagner zauważa niepokojący upadek naszych sił życiowych, wynikający z nadużywania  przez człowieka wrażeń, które przytępiły zmysły i zmniejszyły zdolność odczuwania szczęścia. Natura upada pod ciężarem narzuconych jej ekscentryczności. Wola ż…

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…