Przejdź do głównej zawartości

Dokąd biegniesz, człowieku?

Nie da się zaprzeczyć, że żyjemy w świecie, gdzie pieniądze są wszystkim dla bardzo wielu z nas. Wartość nominalna, a raczej wyolbrzymianie tejże wartości, jest szczególnie widoczna w naszym narodzie. Lata powojenne i komunizm sprawiły, iż co najmniej dwóm, a nawet i trzem, pokoleniom wpajano obraz „zamożnego”, opływającego w pieniądze świata Zachodu. Świata kolorowego i sztucznie szczęśliwego, gdzie ludzie chodzili uśmiechnięci, bo mieli więcej niż oni wtedy. Z perspektywy czasu może wydawać się to celowym zabiegiem, ponieważ jedynie w ten sposób można było przekonywać ludzi do przepracowywania coraz to większej liczby godzin. W końcu życie współczesnego człowieka klasy średniej i niższej to głównie praca. Każdego dnia spędza on minimum 8 godzin z dala od domu, od rodziny, od własnego życia. Nierzadko latami tkwi w miejscu, w którym tak naprawdę nie chce się znajdować. System wpoił w takie jednostki bierność względem własnego życia i pozbawił wiary we własne możliwości. Wmówił człowiekowi współczesnemu, że to normalne pracować całe życie i czerpać z pracy wyłącznie korzyści majątkowe.

Człowiek z natury chce być pod przewodnictwem kogoś mądrego, kto zapewni mu bezpieczeństwo, lecz w tym wypadku Państwo i rządzący wcale takimi nie są, pokazali jedynie swoją przebiegłość, kształtując naród ignorantów.

Dawno, dawno temu w małych społecznościach silnemu i inteligentnemu wodzowi zależało, aby mieć za sprzymierzeńców silnych i mądrych wojowników, którzy w razie kryzysu mogli pomóc i wesprzeć. Obecnie ci sami mądrzy i silni ludzie są zagrożeniem dla skretyniałych i słabych rządzących i tak długo jak cywilizacja u szczebla władzy zatrudniać będzie ludzi, którzy tak naprawdę nie posiadają żadnych wartości poza "wiarą" w pieniądze, tak długo ten stan rzeczy będzie trwał.

Należy w tym momencie nadmienić, że praca nie jest niczym złym, jeśli nas kształci, jeśli jest motywacją i daje chęć doskonalenia się i osiągnięcia harmonii ze sobą i życiem, i nie odbywa się to kosztem naszych bliskich i nas samych. Należy jednak zaznaczyć, że bardzo ciężko jest wyznaczyć tą granicę, ponieważ często praca, która jest dla nas pasją, staje się obsesją do bycia większym.

Z drugiej strony, tak jak już wspomniałam, bardzo często jedynym powodem pracowania jest zarabianie pieniędzy, aby móc utrzymać swój status społeczny. Pracujemy, aby wydawać, pracujemy aby posiadać rzeczy, pracujemy, by rzeczy posiadały nas. Pracujemy, aby mieć duży dom (z hipoteką), pracujemy, aby nasz samochód mógł nie tylko jeździć, ale również "wyglądać", pracujemy, aby opłacić abonament za nowego smartphone’a. Można teraz powiedzieć, że przecież trzeba z czegoś żyć, jednak czy faktycznie trzeba żyć w biegu za tym na co nas nie stać? Czy nie można jakoś pogodzić życia ze starszymi członkami rodziny, w domach które budowali z myślą o nas? Czy faktycznie do sklepu za rogiem trzeba jechać samochodem i czy faktycznie każdy domownik musi posiadać telefon?

Czasy się zmieniły, starsze pokolenie nie jest tak otwarte na pomysły młodych i na odwrót, jednak czy nie idziemy w kierunku ślepego zaułku, czy nie nadszedł czas, aby zjednoczyć rodzinę?
Człowiek od zarania dziejów, wraz z rozwojem grup myśliwsko-łowieckich, posiadał naturalną predyspozycję do zbierania i kolekcjonowania, taka jest nasza natura. W pewnym momencie dochodzono do wniosku, że to, co jest już w moim bagażu, wystarczy. Kiedyś ludzie wiedzieli, kiedy powiedzieć koniec. Obecnie jesteśmy podjudzani marzeniem o wielkości, o władzy, każdego dnia przez media i otaczających nas, indoktrynowanych w ten sposób, ludzi.

Złudzenie w postaci pensji sprawia, że mit o bogactwie staje się osiągalny, życie staje się obsesją posiadania, podsycaną przez bogatą „normalność” serwowaną każdego dnia w programach telewizyjnych. Przeciętny Kowalski wpaja swoim dzieciom: pracujcie ciężko i zarabiajcie pieniądze, a będzie wam lepiej, będzie łatwiej. Zapominając, że da się żyć inaczej.

Gdyby spytać się przeciętnego Kowalskiego, co myśli o życiu, ten tak naprawdę nie umiałby chyba na to pytanie w pełni odpowiedzieć, lecz zapewne z jego ust wypadłoby beznamiętne „jakoś leci” lub „mogłoby być lepiej”.  Zapatrzeni  w seriale, w prasę chcemy być częścią świata, w którym jedynie pieniędzmi jesteśmy w stanie zapłacić za swoje wspomnienia.

Dokąd biegniesz człowieku z tą całą pracą, co zrobisz z zarobionymi pieniędzmi na łożu śmierci? Gdzie Twoje życie, zabiegany człowieku?

Autor: Ewa Kozioł - Zielony Zagonek

Komentarze

  1. Potrzebuję takich wpisów raz na jakiś czas, by utrzymać zdrowe zmysły. Od pół roku mam nową pracę, która na początku wydawała mi się idealna, ale teraz zaczyna mnie przerastać. Coraz więcej godzin, coraz więcej obowiązków, dwudniowe wyjazdy. Przytłacza mnie. Nie wiem co zrobić, ze swoim życiem zawodowym, jak znaleźć pracę, która będzie dawała satysfakcję i będzie dopełnieniem życia, a nie życiem samym w sobie. Nie wiem co chcę robić w życiu, ani jak to osiągnąć. Ot, dylematy młodego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Coz, nic dodac ,nic ujac-swieta prawda!

    OdpowiedzUsuń
  3. A pani, pani Ewo Kozioł z czego żyje na co dzień. Bo tekst piękny, tylko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z bloga, raz na tydzień wysyłam kilka zamówień i to mi wystarcza nie potrzebuję jak to się mówi ani skóry ani fury ani komóry :) Pozdrawiam

      Usuń
    2. 1. Przepraszam, ale nie wierzę. Albo Autorka kłamie, albo źle definiuje "życie" i nie umie liczyć. Jak byłem studentem, to też mi się wydawało, że kosztuję rodziców 100 zł miesięcznie, bo tyle mi dawali na dojazdy i obiady. Teraz, kiedy mam własną rodzinę, widzę to inaczej. Utrzymanie to nie tylko to, co wydajemy co miesiąc, ale również to, na co ktoś wcześniej zapracował i nam udostępnił (mieszkanie, meble), ale też co wiele razy za swoje pieniądze naprawił (pękniętą rurę, zepsutą lodówkę).

      2. Nie wiem, w jakiej sytuacji rodzinnej jest Autorka, ale nawet jak ktoś nie potrzebuje fury, komóry i skóry, to potrzebuje coraz to większych butów/ciuchów (choćby najgorszych) i bagażnika jedzenia (choćby najbardziej syfiastego) co tydzień dla rosnących w ekspresowym tempie nastolatków. Potrzebuje ciuchów do roboty i do kościoła, do ogrodu i nad wodę, potrzebuje na prąd, żeby dzieci się mogły uczyć przy świetle, a nie w ciemnościach, potrzebuje mydła, proszku do prania, lekarstw, żeby dzieci opieka społeczna nie zabrała. Itd. Przeważnie to nie jest wybór ludzi - tego wymaga od nich system, w którym żyjemy. Mogę sobie ubzdurać, że będę chodził nago i mieszkał w lesie, ale system wtedy odbierze mi prawa rodzicielskie i wtrąci do psychiatryka.

      GUS podaje, że w Polsce na życie trzeba około 1000 zł na osobę (w dużej rodzinie wypada na głowę mniej, ale suma wzrasta), Na kilkuosobową rodzinę trzeba co parę tysięcy co miesiąc, o przypadkach losowych nie wspomnę. I skwitowanie tego stwierdzeniem, że ktoś zasuwa na abonament do nowego smartphone'a jest co najmniej niegrzeczne.

      3. Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że na górze są skretyniali rządzący, którzy wierzą tylko w pieniądze, a na dole sami mądrzy, których nikt nie dopuszcza do władzy. Kult pieniądza jest efektem ubocznym gospodarki wolnorynkowej i naszych cech gatunkowych, a nie jakiegoś spisku.

      Jak ktoś słusznie napisał: ludzie zawsze ciężko pracowali, zawsze mieli coś komuś do spłacenia, do odrobienia. Bywały czasy, że za pieniądze sprzedawano dzieci. Ludzie byli wtrącani do lochów... A poza tym umierali na wszystko, co im się przyplątało. Średnia życia kiedyś to było 20-30 lat!

      Moi rodzice, którzy przeżyli wojnę i pracowali na roli, wspominają, że z głodu jedli lebiodę, a część z ich rodzeństwa nie dożyła wieku dojrzewania. Chyba jednak wolę spłacać kredyt... Z pozoru tylko pracujemy na niepotrzebne rzeczy. Ale tak naprawdę to nam daje dłuższe i zdrowsze życie, zdrowsze i mądrzejsze dzieci itd.

      4. Myślę, że intencją Autorki było zwrócenie uwagi na niepotrzebny luksus, ale wyszło inaczej - niegrzecznie i płytko. Jakbym słuchał Pawlikowskiej... Często jest jednak tak, że albo zasuwasz, albo lądujesz na bruku - nie ma stanów pośrednich, Nie wszyscy mogą się utrzymać z pisania bloga, bo kto będzie niańczył dzieci, hodował ziemniaki i budował domy?

      P.S. Zdenerwowałem się...

      Usuń
    3. P.S.2. Zmierzam do tego, że nie można oceniać ludzi jedną miarką. Jeden zasuwa, bo potrzebuje na rehabilitację dla dziecka, a ktoś inny, żeby zarobić na nowszy model samochodu i wakacje w kolejnym egzotycznym miejscu. A jeszcze inny, żeby jego dzieci po prostu nie musiały zasuwać tak, jak on.

      Usuń
    4. Mam wrażenie, że autorka piętnuje ludzi, którzy chcą w życiu czegoś więcej, niż daje minimalna pensja. Bo tak naprawdę co za różnica czy ktoś zarabia na egzotyczne wczasy czy na rehabilitację dziecka, skoro oba cele mogą spełnić jego marzenia? Nie lubię sprowadzania życia do minimalnych potrzeb. To, że ktoś potrzebuje do szczęścia wielkich pieniędzy nie czyni go od razu człowiekiem pustym i pozbawionym innych wartości. Nie ma w tym nic złego, że niektórzy pragną milinów, a inni małej chatki z ogródkiem na wsi, każdą grupę powinniśmy akceptować i nie piętnować ludzi, którzy mają inne wartości. Mam ostatnio wrażenie, że dobrowolna prostota i minimalizm piętnuje ludzi o innych poglądach i żyjących inaczej, chyba nie na tym to polega.

      Usuń
    5. Oj chyba zbyt dosłownie zrozumieliscie teksty. Obawiam się wręcz, że go nie zrozumieliscie co niektórzy

      Usuń
    6. Oj raczej wszyscy zrozumieli:) tekst jest napisany w takiej formie że interpretować go mozna dowolnie zgodnie ze swoimi uczuciami i widzeniem świata.

      Usuń
    7. hmm, no to cytuję: "Kiedyś ludzie wiedzieli, kiedy powiedzieć koniec.", "Należy w tym momencie nadmienić, że praca nie jest niczym złym, jeśli nas kształci, jeśli jest motywacją i daje chęć doskonalenia się i osiągnięcia harmonii ze sobą i życiem, i nie odbywa się to kosztem naszych bliskich i nas samych. Należy jednak zaznaczyć, że bardzo ciężko jest wyznaczyć tą granicę, ponieważ często praca, która jest dla nas pasją, staje się obsesją do bycia większym." nie wydaje mi się aby, autorka piętnowała, tylko nawoływała do rozsądku, do wyznaczania granic, by się nie zgubić w tym ciągłym biegu, pewnie, że nie u wszystkich się da, bo życie bywa drogie, warunki czasem ciężkie, taki system. Ale jest spora rzesza ludzi, którzy kupują by mieć, harują na większe tv, ładniejszy samochód i zapominają przy tym, co naprawdę jest ważne, znam sporo takich osób.

      Usuń
    8. Witaj Ojcze :) dziękuję za komentarz i widzę dlaczego jesteś poddenerwowany, jednak chyba opacznie mnie zrozumiałeś. Ja nie uważam, że pieniądze są nam niepotrzebne, że każdy ma porzucić pracę i mieszkać w lesie choć są i tacy ludzie. Mam trójkę dzieci, które jedzą jak do grobu, które trzeba ubrać, wykształcić, ale również i takie przy których trzeba i chce się być. Doskonale wiem czym jest zapewnienie im godnych warunków jednak nie uważam, że muszą one posiadać super tablet, że musza mieć markowe buty, czy też chodzić na setki lekcji dodatkowych. Miałam na myśli to, że obecnie ludzie gnają za pieniądzem nie po to, aby żyć w godnych warunkach, ale po to by mieć, posiadać więcej, by pokazać, że mają więcej innym by pokazać swój status. By posiadać dla samej satysfakcji posiadania. Zapominają jednak o tym co naprawdę ważne, choć i tutaj każdy ma inne priorytety. Znam życie i wiele w nim przeszłam, dlatego doszłam do takich wniosków i uważam, że każdy ma prawo do swoich. I jak sam zauważyłeś wspomniane jednostki PRAGNĄ milionów i dobrze niech pragną, niech robią sobie w swoim życiu co chcą, niech śpią na Madejowych Łożach, jeżdżą najnowszym Porshe czy niech mają kibel ze złota. Mnie to nie imponuje i uważam, że nie powinno imponować innym, gdyż to jedynie ostentacyjne manifestowanie własnego ego i „statusu”. Nie chodzi tutaj o skrajny ascetyzm czy socjalizm, uważam, że w społeczeństwie są jednostki i bardziej przedsiębiorcze i mniej. Jednak pieniądze szczęścia nie dają, choć na pewno są jednostki dla których pieniądze to jest szczęście. Gdybyś przeczytał tekst ze zrozumieniem znalazłbyś w nim zdanie, że nie piętnuje pracy gdzie ludzie się spełniają, gdzie motywem nie jest kumulacja pieniądza, a życie i satysfakcja z niego. Nikt nikomu nie zabrania zarabiania dużej ilości pieniędzy, nikt nikomu nie zabrania życia w przepychu o czym mówię, aby ludzie będący na początku drogi się zastanowili czy faktycznie chcą złotego sedesu czy to o to chodzi? Ponieważ później ciężko jest zmienić obraną drogę, późnej nie da się tak o zbudować wspomnień gdyż zostajemy z tym co sami nazbieraliśmy. Dzieci nie będą młodsze, życie nasze się nie wydłuży, czy faktycznie chcemy aby złoty kibel był naszym trofeum z życia? „Albo zasuwasz albo lądujesz na bruku”, zaskoczę Cię ale wpojone przez ustrój doktryny nie koniecznie są takie, można żyć i nie zasuwać ani lądować na bruku. Co do tego” tak naprawdę to nam daje dłuższe i zdrowsze życie, zdrowsze i mądrzejsze dzieci itd.”,.. no tutaj hmm,.. serio myślisz, że współczesne dzieci są zdrowsze i mądrzejsze? Serio myślisz, że nasze dłuższe życie jest zdrowsze i godniejsze?
      Co do umieralności warto poczytać tutaj http://www.livescience.com/10464-truth-longer-life-spans.html Ludzie przymierali z głodu z powodu wojny, komunizmu czy chociażby braku lub zabraniu ziemi. Gdyby w dawnych pokoleniach ludzie tak strasznie głodowali jakim cudem my dalej żyjemy na tej planecie, jakim cudem dawniej karmiąca matka miała wykarmić dziecko w łonie oraz przy piersi?
      Pozdrawiam serdecznie, Ewa

      Usuń
  4. Żeby żyć trzeba jeść, żeby biec trzeba mieć buty, żeby dziecko poszło do szkoły, trzeba mu kupić bilet na autobus za pieniądze, nie za ładny uśmiech... człowiek zawsze musiał ciężko pracować, żeby przeżyć i zapewnić przeżycie rodzinie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek nigdy nie musiał pracować tyle co teraz. Owszem zawsze pracował ale kilka godzin dziennie i to nie przez cały rok, a teraz? Teraz pracujemy NONSTOP, bez przerwy. Pieniądze są nam potrzebne do życia, ale warto postawić sobie jasno priorytety co dla nas jest najważniejsze. Często gubimy ten drogowskaz i wydaje nam się co dla nas jest tak naprawdę ważne.

      Usuń
    2. To jest właśnie mit. Nie było takich czasów, że ludzie pracowali kilka godzin dziennie. Chłopi, których na terenach polskich było najwięcej, pracowali od świtu do zmierzchu, przez cały rok i to z różnym skutkiem. (Podobnie zresztą było w późniejszych czasach z górnikami i pracownikami fabryk.) Różnica była tylko taka, że chłopi pracowali całą rodziną w jednej, niewielkiej miejscowości i przez to praca mieszała się z wypoczynkiem, kulturą (w ich przypadku ze śpiewem), plotkowaniem, uczeniem dzieci, a nawet z seksem i praktykami religijnymi - to wszystko było spójne i przeplatało się nieustannie. Teraz jeden rodzic "idzie do pracy" w jedno miejsce, drugi w drugie, a dzieci do szkoły. I widzą się tylko w nocy.

      Usuń
    3. Kiedyś praca była zintegrowana z życiem, stanowiła jedne z jego spójnych elementów, choć oczywiście zawsze wiązała się z trudem, a niekiedy wyzyskiem. Obecnie praca zawodowa oddziela nas od siebie samych, w tym często dehumanizuje, uprzedmiatawia, o ile nie jest realizowaniem pasji czy życiowego powołania (to raczej wyjątki niż reguła). Oczywiste jest, że musimy pracować na utrzymanie swoich rodzin i nikt tego nie kwestionuje. Ale ważny jest ten moment, kiedy osiągamy poziom, w którym zabezpieczamy potrzeby swojej rodziny, a wtedy często sami stoimy przed decyzją: czy iść dalej w stronę materialnego dostatku, czy też postawić sobie świadomie granicę, właśnie ze względu na dobra niematerialne (jak spędzanie większej ilości czasu z rodziną), których nie doceniamy w pędzie za konsumpcją i koncentrowaniu się na materialnej stronie życia. To jest bardzo ważny moment, który dość łatwo przeoczyć. Bo ogólnie zamożność społeczeństwa rośnie, ale odczuwalna granica komfortu (tzw. inflacja stylu życia) niezauważalnie się podnosi.

      Usuń
  5. Świetny wpis, daje do myślenia. Ja cały czas uczę się odróżniac rzeczywiste potrzeby od tych wmówionych, wcale nie jest to taka prosta sprawa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pracowałam kiedyś w sklepie, z sukienkami, którego właścicielami było małżeństwo,on lat 38,ona 33 . Poza sklepem w którym ja pracowałam posiadali jeszcze kilka innych, a ponad to bodajże firmę budowlaną. Szef swoją postawą udawadniał mi i innym pracownikom każdego dnia że liczą się dla nigo tylko pieniądze,jak najwięcej,nie ważne jakim kosztem. Całe jego życie podporządkowane było właśnie zarabianiu pieniędzy, szefowa opowiadała,że nawet w wigilię czy sylwestra on siedzi z telefonem w gotowości, nad laptopem czy z fakturami. Dziecinie mieli, od dnia ślubu nie byli nigdzie na wakacjach, codzienność stanowiło tylko zarabianie pieniędzy. Ja mimo zarabiania unich najniższej krajowej byłam szczęśliwa,że moje życie wygląda inaczej,że po pracy wracam do domu,gdzie czeka kochający mąż,merdający ogonem pies, ciepły obiad i wspólnie spędzony wieczór. Myślałam wtedy,że nie zamieniłabym tego na te pieniądze,które zarabiali moi pracodawcy. Że mając mniej,mam tak naprawdę dużo więcej. Już tam nie pracuję,ale do tej pory widzę smutne oczy szefowej słuchającej opowieści jak spędzałyśmy z innymi dziewczynami czas wolny od pracy. Teraz też nie zarabiam dużo,ale te doświadczenia pokazały mi,że szczęścia nie kupię żadnymi pieniędzmi.
    A za bloga dziękuję,przeczytałam ostatnio od deski do deski :-)
    Renata.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak trudno powiedzieć sobie: STOP! WYSTARCZY!
    A jeszcze trudniej powiedzieć to innym i to w taki sposób by zrozumieli...
    Jeszcze gdy pracowałem na etacie, mój pracodawca nie potrafił zrozumieć iż wystarczy mi połowa z tego co on proponuje, ale w związku z ty bedę pracował "tylko" 4 godziny dziennie...
    No to sie zwolniłem...
    Dziś pracuję tyle, ile potrzebuję...
    Czasami 14 godzin na dobę, czasami przez miesiąc lub dwa wcale...
    I jakoś świat sie z tego powodu nie zwalił.
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  8. wszyscy to wiedzą,mało kto stosuje

    OdpowiedzUsuń
  9. No dobra... Ale dach nad głową trzeba mieć (nie każdy się zmieści u rodziców czy teściów) i kasę na czynsz, prąd, wodę, ogrzewanie trzeba mieć. Jedzenia też nikt nie rozdaje za darmo. I dzieci trzeba ubrać, bo wciąż ze starych ciuszków wyrastają. I to są te tylko podstawowe potrzeby do zaspokojenia, których bez pieniędzy zaspokoić nie jesteśmy w stanie. I skąd niby na to wziąć kasę jeśli się nie pracuje?
    Mam wrażenie że ten post jest tylko dla tych co już mają kasę (tylko skąd???) i chodzi o to by nie chcieli mieć więcej, a gro ludzi co miesiąc walczy o to by to co zarobi starczyło choć na bierzący miesiąc...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to wszystko "naracniejsza racja" :)
      Tylko, że (stety lub niestety) ci, którzy mogliby sobie odpuszczać i czasami zwolnić, często-gęsto gnają do przodu na oslep...
      Mam firmę, ale pracuję w niej na 1/3 możliwości...
      Bo ta 1/3 daje godne życie mojej rodzinie i jeszcze pozostaje duża górka na przyszłość.
      Po cóż więc więcej?
      Roman

      Usuń
    2. Raz że zazdroszczę sytuacji materialnej.
      Dwa, że nie umiem się wobec tego wczuć w taką perspektywę..
      Trzy że wokół mnie dla odmiany jest wielu ludzi, którzy nsjchętniej nie robili by nic, za to by mieli, mieli, mieli wszystkiego pełno i to najlepiej najnowszy model wszystkiego..
      Cztery, że mam nieodparte wrażenie, że ten cały minimalizm (skąd inąd mentalnie mi bliski) jest taką zabawą dla bogatych. I nie chcę tym nikogo urazić, ale dopiro mając dużo można zacząć z cxegoś rezygnować by mieć mniej...

      Usuń
    3. Minimalizm nie jest tylko dla bogatych. Sami zainteresowaliśmy się nim (a właściwie dobrowolną prostotą) w dość trudnym materialnie momencie, odczuwając z tego powodu frustrację, że nie stać nas na wiele rzeczy, które wydawało nam się, że są nam niezbędne do lepszego samopoczucia. Okazało się, że można zmienić swój sposób myślenia, a wtedy pewien materialny dyskomfort przestaje uwierać, poza tym prostują się priorytety i okazuje się, że także racjonalniej gospodarujemy zasobami czasu, pieniędzy i własnych sił... Choć oczywiście jest i "ścieżka" do minimalizmu/prostoty dla zamożnych, którzy muszą do niego dochodzić nieraz okrężną drogą, poprzez zrozumienia, że pieniądze wszystkiego nie dają, a wiele przy okazji ich zarabiania stracili.

      Usuń
    4. Racja. Za szybko i zbyt ogólnie to ujęłam, choć... Z tego postu tak właśnie wynika. Ten post traktuje pracę jak jakąś fanaberię ludzi, którzy tylko chcą mieć więcej i więcej. Jakby kasa na zaspokojenie podstawowych potrzeb po prostu była, a ten kto pracuje (a przy tym się nie rozwija, a jedynie haruje) był głupkiem oślepionym mamoną... Nie uwzględnia tego, że niejeden haruje by zapewnić rodzinie podstawowe potrzeby i nie w głowie mu fury, komóry i skóry.... Jednym słowem jest to, niestety, źle napisany tekst - bardzo irytujący ludzi biednych (mnie znaczy się). Za pewne intencje przy jego pisaniu były dobre, tylko wyszło źle - obraźliwie i nietaktownie.

      A co do minimalizmu ogólnie, to na szczęście mam pełną świadomość, że chcieć mieć mniej może każdy niezależnie od zasobności portfela :-)

      Usuń
    5. Nie jestem osobą zamożną i też ciężko pracuję, ale tekst wcale nie jest według mnie obraźliwy. Po pracy i wolne dni, mimo zmęczenia, staram się realizować swoje pomysły, żeby móc za jakiś czas mieć więcej czasu i wolności. Pieniądze też oczywiście są potrzebne, ale skupiam się na tym, aby moja przyszła praca dawała mi p.w. szczęście i satysfakcję, a nie wielkie pieniądze. Paradoksalnie jest to najlepszy sposób, żeby mieć pieniądze, nie ogromne, ale satysfakcjonujące.

      Karolina

      Usuń
  10. Myślę, że wiele osób nie zrozumiało tego wpisu. Sądzę, że autorka nie miała zamiaru nikogo urazić, bo nie wytyka ciebie, ciebie i ciebie. Wytka system, w jakim żyjemy, który wymaga od nas takiej właśnie gonitwy. Wszyscy macie rację: trzeba dachu nad głową, trzeba ubrań i jedzenia, ale to wszystko można by zrobić, gdyby za dobrą pracę było godne wynagrodzenie, bez gonitwy. Sa dwie grupy: ci, którzy zasuwają bo im ciągle mało i muszą zmieniać wozy, komóry i szpanować nowymi ciuchami, oraz tacy, którzy zwyczajnie próbują związać koniec z końcem. Często jednak spotykam ludzi, którzy jęczą, że nie mają na to i tamto, ale do pracy dojeżdżają samochodem! Większość naprawdę żyje ponad stan. Tak czy inaczej, są dwie strony tego medalu (jak zresztą każdego). Nie można generalizować, ale autorka ma wiele racji. Pozdrawiam
    Kamila

    OdpowiedzUsuń
  11. Zgadzam sie w 100% z Ojcem .autorka chyba żyje w innym świecie. Ludzkość od zarania dziejów rywalizowała miedzy sobą o lepszy byt. To jest naturalne, tylko granice tego lepszego sie zmieniają. Wiadomo ze ludzie są różni i każdy ma inne priorytety, ale nie znaczy ze sąsiada priorytety są gorsze czy lepsze od moich. Całe życie pędzimy i to jest fajne, bo życie bez celu nie jest spełnieniem naszych marzeń, a wiadomo marzenia uskrzydlają i dają szczęście. Pozdrawiam wszystkich i pędzę zrobic obiad :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem w trakcie trochę "dorywczego" czytania Heretyków G.K. Chestertona.
    W kontekście władzy w ujęciu prezentowanym przez Autorkę fajnie się wpisują słowa:
    "Honor to luksus, na który może sobie pozwolić arystokrata, jest on natomiast koniecznością dla zwykłego portiera"

    Odnośnie rodziny jest w tej ciekawej książce esej zatytułowany:" O pewnych nowoczesnych pisarzach i instytucji rodziny". Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ciekawa jestem czy mąż autorki też ma takie sielskie i anielskie życie i również utrzymuje się z bloga?

    OdpowiedzUsuń
  14. Najgorsze jest to że tak jak piszesz - pracujemy żeby wydawać. Co za tym idzie - pracujemy co raz więcej, tylko po to żeby więcej wydać, zwykle na rzeczy na których używanie i tak nie mamy czasu, z uwagi na pracę.
    _____________
    Natalia, http://www.pieceofsimplicity.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Dobrze mi zrobił ten wpis. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja też się zgadzam z Ojcem. W kraju, gdzie większość ludzi zapieprza na podstawowe potrzeby, ledwo wiążąc koniec z końcem, a jeszcze więcej ludzi nie może znależć pracy, stwierdzenie, że autorka tekstu zarabia na swoje potrzeby klikając kilka razy w tygodniu brzmi co najmniej arogancko... Mam wrażenie autorko, że nie masz kontaktu z szarą rzeczywistością..

    Co do choroby jednostek - pracoholizmu albo chęci posiadania więcej i zatracania się w zarabianiu zgadzam się w pełni. Uważam, że to jednak nie jest trend. Wokół raczej obserwuję jednak próby przezycia od pierwszego do pierwszego.

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo bliski mi wpis. Dziekuję. Należymy do osób żyjących inaczej... Mieszkam na wsi, dookoła same słomiane wdowy (mężowie za granicą lub gdzieś wyjeżdżają do pracy daleko od domu, wracają co 2 tygodnie na 2 dni). Mąż pracuje "na miejscu". Zarabia tyle, że żaden nasz znjomy facet za tyle by nie pracował. Jezdzi do pracy samochodem kupionym za 2 tysiące. Co wieczór spędza czas z nami. Ja jestem na urlopie macierzyńskim. Raczej nie wróce do pracy. Myślimy o trzecim dziecku. Nie brakuje nam niczego. Mamy za dużo. Ciągle pozbywamy się zbędnych rzeczy. A znajomi niestety gnają za kasą. Wolą "mieć" niż "być"... A mieć chcą: super samochody, wakacje za granicą, wille, plazmy, motocykle, chatki w górach, kostkę brukową przed domem, kominki itd., itp. Nie ma czasu na zabawę z dzieckiem, wycieczkę pieszą (trzeba kładem), przeczytanie książki dla relaksu... Przykre... Bardzo lubię Twojego bloga. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Prawa prostoty: Organizuj

Kolejne prawo prostoty, o którym pisze John Maeda, profesor MIT, w książce "The Laws of Simplicity". Prawo to brzmi:

Dzięki właściwej organizacji więcej sprawia wrażenie mniej.

Chodzi o zarządzanie złożonością, z czym stykamy się przede wszystkim w domach, w których rzeczy wydają się mnożyć.

Maeda wymienia trzy spójne strategie redukcji bałaganu i osiągnięcia prostoty:
1. kupno większego domu,
2. umieszczenie wszystkiego, czego nie potrzebujemy, w miejscu do przechowywania,
3. metodyczne zorganizowanie tego, co posiadamy.

Początkowo większy dom zmniejsza bałagan kosztem większej przestrzeni. Ostatecznie jednak więcej przestrzeni z czasem oznacza więcej bałaganu.
Magazynowanie zwiększa ilość wolnej przestrzeni, ale dość szybko zostaje zapełniona kolejnym rzeczami, które odkładamy.
Wreszcie wdrożenie systemu organizacji tego, co posiadamy w naszej ograniczonej przestrzeni, zmienia chaos przedmiotów w uporządkowaną strukturę.

Wszystkie te trzy metody dynamicznie się rozwijają. …

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Przyjemność prosta

Kolejna część cyklu na podstawie Prostego życia Ryszarda Wagnera  z 1905 r.

Podobnie jak w czasach Wagnera, także i dzisiaj możemy zapytać: czemu utraciliśmy umiejętność dobrej zabawy? Usiłujemy wprawdzie się bawić, ale zwykle chybiamy celu. Od czego to zależy?

Jakże myśleć o zabawie! Uginamy się przecież pod ciężarem niezliczonych kłopotów, z których każdy oddzielnie wystarczyłby do popsucia humoru. Wszędzie spotykamy ludzi rozgorączkowanych, zapracowanych, wyczerpanych. Gdziekolwiek spojrzymy, wszędzie widzimy ludzi niezadowolonych.

Jednak przyczyny naszej obecnej niemocy, tego zaraźliwego złego humoru, który nas opanowuje, zależą w równej mierze od nas, jak od okoliczności zewnętrznych. Radość tkwi bowiem nie w przedmiotach, ale w nas samych!

Wagner zauważa niepokojący upadek naszych sił życiowych, wynikający z nadużywania  przez człowieka wrażeń, które przytępiły zmysły i zmniejszyły zdolność odczuwania szczęścia. Natura upada pod ciężarem narzuconych jej ekscentryczności. Wola ż…

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…