Przejdź do głównej zawartości

Finanse - razem czy osobno?

Nawiązując do ostatnich postów o tematyce finansowej (Finansowa nirwana) i małżeńskiej (Lista ulubionych zajęć we dwoje) chciałbym poruszyć pobliski temat, który -pozostawiony sam sobie- z czasem może przypominać Titanica zbliżającego się do góry lodowej. Chodzi mianowicie o pieniądze. Czy traktujemy je jako wspólne terytorium, czy też przebiega przez nie ogrodzenie z tabliczką "teren prywatny"?

Z domu rodzinnego pamiętam jak rodzice razem omawiali, gdzieś w okolicach wypłaty, jak związać koniec z końcem w nadchodzącym miesiącu. W tamtych czasach odbywało się to prosto: bez kont, przelewów, pieniądze leżały na kuchennym stole i trzeba było je rozsądnie, fizycznie podzielić.

Obecnie, chyba częściej w przypadku młodych małżeństw, spotyka się niekiedy model "finansowej niezależności" małżonków. Być może jest on podyktowany przekonaniem, że łączenie sfery uczuć z kwestią tak przyziemną jak pieniędze będzie niepotrzebnie przyczyną konfliktów. A może tym, aby obronić swoją wolność, której zabezpieczeniem ma być właśnie strona finansowa - osobne konto i czytelny podział finansowych obciążeń. W jednym z poradników dla kobiet spotkałem się z poglądem, że wręcz obowiązkiem kobiety jest posiadanie swojego konta, na które odkłada pieniądze po to, aby nie czuć się ekonomicznie przywiązana do mężczyzny, z którym pozostaje w związku. Z kolei -w przypadku mężczyzn- znam sytuacje, w których zatajają przed żonami wysokość swoich zarobków, aby mieć pieniądze na realizowanie swoich zachcianek lub pasji.
Możliwe są zatem różne warianty prowadzenia finansów domowych, będące pochodną "postępowego" lub bardziej tradycyjnego podejścia do związku dwojga ludzi. A może braku podejścia w ogóle.

Na podstawie przykładów znajomych mogę stwierdzić, że model niezależności w sferze finansowej nie jest najlepszym rozwiązaniem. Trzymanie zarobionych pieniędzy na osobnych kontach, utrzymywanie wysokości swoich dochodów w tajemnicy, dzielenie się opłacaniem rachunków (ja za prąd, ty za wodę), finansowanie swoich codziennych jak i nadzwyczajnych potrzeb (typu wakacyjny urlop) tylko z własnych środków, to rozwiązania, które wcześniej czy później mogą doprowadzić do nieporozumień i zarzutów, zwłaszcza gdy jeden z małżonków zacznie uzyskiwać większe dochody, które przeznaczy na swoje hobby, a niekoniecznie na potrzeby rodziny.

Jestem zwolennikiem jednego domowego budżetu, na który składają się dochody obojga małżonków. Obecnie nie ma większych problemów, aby pieniądze wpływały na wspólne konto, do którego każdy z małżonków ma osobną kartę, zachowuje więc samodzielność.
Jestem także za jawnością w tej sferze. To pochodna rozważań o zajęciach we dwoje - dostrzeganie wzajemnych różnic, odmiennych potrzeb, rozmawianie o nich przy planowaniu rodzinnego budżetu chroni przed stereotypami, pomaga zachować świeżość, otwiera na nowe możliwości, także w sferze oszczędzania.
Wspólny budżet domowy jest bardziej elastyczny, buduje jedność (nic tak nie jednoczy jak wspólne pokonywanie problemów, także finansowych), jest bardziej funkcjonalny z punktu widzenia potrzeb całej rodziny.

Nie oznacza to, że wszystkie wydatki mamy robić za rączkę - naturalną rzeczą jest podzielenie się obowiązkami finansowymi: kto pamięta o opłaceniu szkoły językowej dzieci, kto zapłaci za zajęcia sportowe, a kto za bieżące rachunki. Ważne, że odbywa się to wszystko ze "wspólnej kasy". Zgodnie z wynikami listy przyjemności to ja zająłem się opracowaniem systemu finansowego naszej rodziny, który w ogólnych zarysach odpowiada krokom YMYL (tabela dochodów i wydatków, wall chart, stan zadłużenia, itp.). Często szukam także oszczędności, co cierpliwie znoszą pozostali domownicy, a niektóre pomysły zyskują nawet ich uznanie (:  Świadomość zielonego światła ze strony Żony i poczucie wspólnej misji w temacie domowych finansów dodaje skrzydeł, a jednocześnie utrzymuje na ziemi.

No dobrze, a co z prezentami? Drobnymi przyjemnościami? Po pierwsze drobne zakupy z pewnością nie stanowią problemu, jeśli nie przekraczają pewnych granic. W tabeli naszych miesięcznych wydatków (którą prowadzimy wspólnie na komputerze) jest np. kategoria "rozrywka", do której można takie wydatki jak "kawa na mieście" wpisać. Poza tym funkcjonuje u nas tzw. "kieszonkowe". To dość niewielka kwota, z której możemy zapłacić za drobne prezenty dla bliskich, kwiaty lub inne wydatki wychodzące poza nasz miesięczny budżet. Kieszonkowe stanowi bufor, który zapewnia trochę komfortu i prywatności.

W przypadku finansów domowych bardzo ważne jest wspólne podejmowanie poważniejszych -a nawet tych zwyczajnych- decyzji. Spotykane na rynku oferty pożyczek "bez zgody małżonka" to iluzoryczna swoboda. Spłata takich cudownych pożyczek obciąża także współmałżonka, za co niekoniecznie będzie nam wdzięczny. Znam też sytuację, w której mąż za plecami żony naraził rodzinę na poważne tarapaty, wkładając spore pieniądze w inwestycję, która zakończyła się klapą. Warto w podobnej sytuacji poradzić się najpierw drugiej połówki, co sądzi o pomysłach szybkiego wzbogacenia się.

Prowadzenie wspólnego domowego budżetu i jawność w sferze finansów ma także walor oszczędnościowy. Szereg reklam nawołuje do spełnienia indywidualnie wykreowanych zachcianek. Łatwiej je odeprzeć, mając świadomość odpowiedzialności za wspólny budżet, a także konieczności pokrycia danego wydatku ze wspólnego konta.

Finanse - razem czy osobno? Może zechcecie podzielić sie waszym wyborem. Który system finansów domowych jest dla was korzystniejszy? Jakie macie zasady, według których organizujecie domowe finanse?

Komentarze

  1. Hm... Jestem właśnie na etapie analizowania "rozwodu finansowego" z moim małżonkiem....

    Z jednej strony "od rozdzielności majątkowo" podobno szybko do rozdzielności w pozostałych sprawach życiowych.

    Z drugiej strony po kilku latach wspólnego życia i próbie "dogadania się: w kwestii budżetu, niestety, dalej nie funkcjonuje to tak, jak powinno. I mam wyjście albo przestać "prowadzić za rączkę i rzucić na głęboką wodę" - może zrozumie, bo na etapie socjalizacji, ktoś zapomniał o wychowaniu "ekonomicznym", albo zabrać dostęp do konta i pieniędzy, bo inaczej nigdy do niczego nie dojdziemy, a długi będą roooosnąąąąć w zastraszającym tempie.

    I co w takiej sytuacji zrobić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, to trudna sytuacja i niełatwo o dobre rozwiązanie. Na pewno trzeba między sobą rozmawiać zanim podejmie się bardziej zdecydowane działanie. Czasem przydaje się mediacja, spotkanie w poradni rodzinnej, a więc udział osoby trzeciej, która czasem może pomóc znaleźć optymalne rozwiązanie konfliktu. Oczywiście w sytuacji patologii, takich jak uzależnienia –np. od hazardu, alkoholu, itp., skrajnej rozrzutności, popadania w zadłużenie osobne konto, a nawet orzeczenie o rozdzielności majątkowej małżonków może być jedyną szansą za zabezpieczenie dobra rodziny i to jest priorytet. W wypadku bezczynności mogą odezwać się wierzyciele i rodzina traci podstawy funkcjonowania. Pytanie na ile jest to niedojrzałość, z której można wyrosnąć (przy odrobinie dobrej woli), a na ile patologia, która wymaga terapii i często drastycznych (i szybkich) rozwiązań.

      Usuń
  2. Chyba prowadzimy wspólny budżet. Piszę "chyba", bo tak naprawdę nigdy tego z żoną nie ustalaliśmy; samo wyszło ;) Mamy oddzielne konta, ale każde z nas ma dostęp do obu. Większe i nietypowe zakupy ustalamy, te z "zarządu codziennego" po prostu któreś z nas realizuje. A "tajne pieniądze" na prezenty i niespodzianki to każde z nas zawsze ma :), a jak nie ma to wystarczy, że powie: "biorę kilka stówek na coś tam" i na tym koniec.
    Roman

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u nas jest też zbliżony model.Osobne konta, ale budżet wspólny, jawność dochodów i jasno określone kto za co płaci-ustalamy to na początku miesiąca, gdy szacujemy wszelkie płatności.

      Usuń
    2. U mnie przez wiele lat działał podobny system dwa konta ale na jednym rachunku dostęp do obu był wspólny z tym, na konto żony wpływała większa kasa a moje tylko część dochodów reszt miałem wypłacane w gotówce co odkładałem na tak zwaną "kupkę" i te były na bieżące wydatki zaś z kont robiłem przelewy. do jakiegoś czasu, kiedy chcę zrobić przelew a jedno konto znikło okazało się, że zona zlikwidowała go z całą zawartością i do tej pory wpływają na nie jej dochody. Mnie zostawiła z całą listą opłat co ma teraz zrobić ciągle jestem na zero a ona szata sobie "swoimi pieniędzmi. czy ma prawo chować prze de mną dochody, a jeżeli nie to jak mogę ją do tego nakłonić

      Usuń
    3. jeśli macie wspólność majątkową to dochody z pracy małżonków stanowią majątek wspólny - nie można go ukrywać na swój wyłączny użytek, chyba, że tak się umówicie. Cóż, rozmawiajcie, postarajcie się porozumieć, w innym wypadku trzeba się udać do adwokata i założyć sprawę, czego Wam nie życzę, pozdrawiam!

      Usuń
  3. Zdecydowanie osobne konta ale również wspólne konto domowe na które wplacamy kwoty na zaspokojenie potrzeb rodziny( oplaty, żywność, wakacje, zajęcia dzieci,oszczędności'itd ) KaYa

    OdpowiedzUsuń
  4. Ze względu na kredyt hipoteczny razem z mężem musieliśmy założyć drugie konto, dlatego nasze wypłaty wpływają na dwa oddzielne konta. Są one jednak wspólne i oboje mamy do nich taki sam dostęp. Wszystkie decyzje finansowe podejmujemy jednak wspólnie. Nawet takie, czy jest potrzeba zakupu pieczywa. Żadne z nas nie wyobraża sobie sytuacji, aby kupić coś większego lub - nie daj boże -wziąć kredy lub na raty. Podobnie, jak u autra niniejszego bloga, funkcjonuje u nas kieszonkowe. Nasze podejście do finansów jest równie ważne, jak nasze uczucia do tej drugiej osoby. Brak porozumienia prowadzi do nieporozumień, kłótni, rozczarowań i poczucia krzydy. A przecież mamy razem iść przez życie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Razem - nie wiem jak by wyglądał system osobno ;-). Od początku małżeństwa tak zdecydowaliśmy i nie ma potrzeby zmiany. Wad nie widzimy tym bardziej, że zgadzamy się co do podejmowanych decyzji.

    OdpowiedzUsuń
  6. Za pieniędzmi ukryte są marzenia, cele, wartości jakimi kierujemy się w życiu i wg nie z tego to powodu potrafią wzbudzić silne emocje. Dla mnie rozmowa o nich w kwestiach życia codziennego była prosta i podejmowaliśmy wspólne decyzje, ze wspólnej kasy. Jednak gdy dochodziło do wydatków dla mnie ważnych i drogich (podjęcie studiów podyp., zakup nowej pralki) i druga strona nie uważała tych wydatków za sensowne, to doprowadzało to do bardzo trudnych rozmów i prawdę powiedziawszy nie radziłam sobie w nich i z czasem zaczęłam ich unikać, a cele realizować z własnych odłożonych pieniędzy.
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  7. Mamy osobne konta, aczkolwiek istnieje pewna jawność w finansach. Ja wiem ile zarabia mąż, on wie ile ja - nie ukrywamy przed sobą swoich dochodów. Ponieważ on zarabia znacznie więcej, w znacznie większym stopniu pokrywa też wydatki na rodzinę. Z nadwyżkami każde z nas robi to, co uważa za stosowne, ale żadne z nas ich nie przejada. Po prostu każde z nas ma swój własny system oszczędzania. Co nie znaczy, że o tym nie rozmawiamy i nie radzimy się siebie nawzajem. Jakoś to funkcjonuje, mamy do siebie w tej materii zaufanie, może dlatego, że zarabiamy, jak na polskie warunki, całkiem przyzwoite pieniądze i nigdy nie mieliśmy problemów finansowych. Z drugiej strony oboje jesteśmy w rozsądny sposób oszczędni - nie dziadujemy, ale też nie żyjemy ponad stan, nie posiadamy wielu rzeczy, których posiadanie, dla większości ludzi zarabiających tyle co my, jest normą. Może dlatego ta pewna rozdzielność w finansach u nas działa.

    Maga

    OdpowiedzUsuń
  8. Jesteśmy małżeństwem od roku. Pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy po ślubie to założyliśmy wspólne konto i pozamykaliśmy konta indywidualne. Konto jest jedno, każdy z nas ma dostęp do niego przez net, każdy z nas ma swoją własną kartę płatniczą do wspólnego konta.

    Uważam, że jest to najlepsze rozwiązanie. Jest to bardzo wygodne. Biorąc z kimś ślub już nie ma twoje, moje. Jest nasze. "Strzelamy do tej samej bramki", a nie każdy sobie rzepkę skrobie.

    Ponieważ jestem kobietą, mój mąż rozumie, że mam większe potrzeby związane z kosmetykami, ubraniami czy biżuterią. Staram się rozsądnie wydawać kasę, ale nie skubię się. Mąż z resztą też się nie skubie. Trzeba iść do fryzjera - idę. Trzeba mi nowy ciuch - kupuję. Trzeba mężowi nową kosiarkę, szlifierkę itp - kupuje. Trzeba mu buty, spodnie - idzie na zakupy.

    Obawiałam się przed ślubem, że połączenie kont sprawi, że nie będę mogła sama zdecydować co chcę kupić. Na szczęście mam wspaniałego męża. Oboje ufamy sobie nawzajem w kwestii finansów i nie rozliczamy z każdej złotówki. A na początku każdego miesiąca i tak widać wyciąg z konta i wiadomo kto i ile brał.

    Nie wyobrażam sobie życia z oddzielnymi kontami. Mamy znajomych, którzy tak żyją. Mąż pracuje jako kierowca w transporcie międzynarodowym, więc wyjeżdża na 2 tygodnie, potem wraca na 2-3 dni i dalej jedzie. Żona ze swoich zarobków opłaca opłaty (idzie cała jej wypłata na to), a mąż "daje" łaskawie żonie kasę na życie. Czyli jeśli żona chce zrobić zakupy spożywcze, to musi napisać do męża smsa wyjaśniając ile i na co, a on przelewa na jej konto. Jakaś masakra. Nie wyobrażam sobie tego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod powyższym w 100%, jedynie staż nas odrobinkę różni, bo my 4 lata ;-)

      Usuń
    2. Ja ze swoim mężem również mamy wspólne konto, ale każde z nas ma również konto osobiste, takie z którego płaci za swoje rachunku czy choćby kupuje prezent :D

      Usuń
  9. Witam.
    Czytam tego bloga od jakiegoś miesiąca - jak książkę - wszystkie wpisy od początku i zostaję tu na dłużej. Wypowiadam się pierwszy raz bo znam z mojego otoczenia różne postawy. Zdecydowanie uważamy z moją żoną, że jeżeli żyjemy we dwoje - mamy wspólny dom, dzieci, plany i marzenia to nie ma innej opcji jak całkowicie jawne traktowanie finansów jako wspólnego dobra - i to bez względu na to, kto i ile zarabia. Ukrywanie części swoich dochodó, powodowanie proszenia się partnera o pieniądze jest uwłaczające i krzywdzące. Nie ma mowy o partnerstwie w związku w którym trzeba się prosić o pieniądze drugiej osoby. To jest zależność jak podwładny-przełożony czy władca-poddany. Od samego początku mamy wspólne konto i o finansach decydujemy wspólnie. Z niepokojem patrzę jak inne pary stosujące oddzielne konta i portfele potrafią rozwalić swoje związki rodziny i dzieciństwo swoich dzieci z powodu kłótni o to kto ile ma dołożyć do współnego budżetu.
    Dziękuję za bloga i za kształtowanie świadomości.
    Pozdrawiam Azuryt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witamy serdecznie i dziękujemy za dzielenie się przemyśleniami w komentarzach (:

      Usuń
  10. Ja uważam, że powinno być razem. Ze względu na odpowiedzialność.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…

Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten mod…

Jak nie ułatwiać sobie życia

Jestem łowcą cytatów. Poniższy znalazłem w książce "50 maratonów w 50 dni" Deana Karnazesa, ultramaratończyka. W epoce komfortu i wygody coraz częściej potrzebujemy zdrowego, ciężkiego wysiłku!

"Bieganie uczy, że istnieje różnica pomiędzy ciężką pracą a złym samopoczuciem. Kultura konsumpcjonizmu stara się nam wmówić coś wręcz przeciwnego. Ileż reklam porusza kwestię "ułatwienia sobie życia"? Jeśli cała wiedza brałaby się z telewizji, naszym celem byłoby życie możliwie najprostsze, najwygodniejsze i najmniej wymagające. Wierzylibyśmy, że jedyne pozytywne uczucia płyną z dostarczania ciału przyjemności: smaku drinka, satysfakcji z prowadzenia drogiego samochodu i leżenia na plaży.

A to nieprawda. Stawianie sobie wyzwań, testowanie granic możliwości umysłu i ciała nawet na skraju wyczerpania i klęski, może budzić równie pozytywne uczucia jak inne doświadczenia, jakie oferuje nam życie. Przypuszczam, że stan zadowolenia po wysiłku jest bardziej wyuczony niż przyj…