Przejdź do głównej zawartości

Moja historia: ŻYJĘ PO SWOJEMU, CZYLI MINIMALIZM MIMOCHODEM

Kolejna odsłona naszego cyklu "Moja historia". Tym razem o swojej drodze do minimalizmu opowiada Iwona (autorka wpisu Przyjemności życia "po polsku"). Zapraszam!
 
Słowo „droga” zawsze oznaczało dla mnie jasno wyznaczoną trasę, coś bezpiecznego i określonego, ale ilekroć podejmowałam się wprowadzenia trwałej zmiany, to najpierw odczuwałam wielki entuzjazm, a potem kończyło się równią pochyłą. Dlatego w pewnym momencie mojego życia przestałam się już oszukiwać, że jakakolwiek zmiana, która miała zadatki na "trwałą", jest w moim przypadku możliwa. ALE zanim to nastąpiło…

Kocham naturę. Dlatego zmiana szamponu z „toksycznego”, czyli nienaturalnego, na wręcz przeciwny, była równie naturalnym wyborem. Przekonując samą siebie, że przecież nasze matki i babki nie znały żadnych >elsewów< i tym podobnych specyfików, każdy do innego włosa, zakupiłam szampon z pokrzywy. W tak prymitywnej butelce jak się tylko da. Pachniał pięknie. Umyłam włosy raz, drugi, trzeci, czując się wybawiona przynajmniej w tej jednej kwestii. Jednak za kolejnym i kolejnym myciem okazało się, że włosy niemiłosiernie mi się przesuszają - nie byłam w stanie w ogóle ich rozczesać. Trzeba było zatem sięgnąć do odżywki. Postanowiłam to jakoś przecierpieć, ale w końcu poddałam się. Kupiłam szampon dla dzieci. Tym razem włosy wręcz przetłuszczały mi się w oczach. Na nic to. Wróciłam do „normalnego” szamponu.

Pewnej niedzieli -a dzień pamiętam dokładnie tylko dlatego, że byłam na obiedzie u teściów- oglądałam zupełnie przypadkiem (jako że w domu nie posiadam) telewizję. A tam… naturalne kosmetyki! Znów urzeczona zieloną propagandą zabrałam się do wykonania pudru do twarzy z mąki ziemniaczanej i różu do policzków z kakao. Wszystko było świetnie przez dobę, kiedy to okazało się, że osypujące się kakao brudzi całą umywalkę i jasne ciuchy, a puder, który miał wchłaniać nadmiar tłuszczu i utrzymywać makijaż, zupełnie nie spełnia swojej roli. Wróciłam na stare „śmieci”.

Ponieważ minimalizm kojarzył mi się z ograniczeniem wszystkiego, zaczęłam od rzeczy najbardziej praktycznej dla mnie: jedzenia. Tak -postanowiłam- od dziś jem tylko wtedy, kiedy naprawdę będę głodna i małe porcje. Jedno z drugim niestety wykluczało się i tak siedząc nad talerzem, z kupką niemrawo patrzących na mnie warzyw i głodową porcją ryżu, z niejaką nienawiścią patrzyłam na chudego męża pochłaniającego pełen talerz. Przetrwałam tak dwa dni.

Na Zielonym Zagonku przeczytałam zdanie, które szalenie mi się spodobało. Nie pamiętam dokładnie całego, ale sens był taki, że mój dom jest nastawiony na wytwarzanie, nie na konsumpcję. Z tą myślą przetworzyliśmy z mężem z tonę jabłek „na zimę”. Po tej kilkugodzinnej harówie patrzyliśmy z zadowoleniem na litrowe słoje pełne startych jabłek, robiąc soczyste plany. Z chwilą, gdy chcieliśmy wcielić je w życie, okazało się, że jabłka w słoikach sfermentowały. Wszystkie. Wściekli, wyrzuciliśmy zawartość kurom. Jedyną pociechą był fakt, że jabłkami nacieszą się inne stworzenia.

Wytwarzanie własnych, zdrowych słodyczy -  to był kolejny punkt. Słodycze są moją wielką słabością – muszę wręcz stosować autosugestie, by o nich nie myśleć. No, ale i tu jest wyjście: zaczęliśmy robić ciasteczka - owsiane zlepki z rodzynkami, żurawiną i orzechami. Na szczęście i tym razem kury okazały się mało wybredne.

Dla kobiety nic nie odbija się tak minimalistycznym echem jak puste wnętrze szafy. Idąc nowym nurtem, a posiadając już trochę doświadczenia, postanowiłam zrobić eksperyment: zostawiłam sobie dokładnie tyle ubrań, ile radziła lata temu jakaś chrześcijanka z Kalifornii. Stwierdziła, że wszystkiego ma tylko po dwie sztuki i każdemu powinno to wystarczyć. Czyli: 2 podkoszulki, 2 bluzki z długim rękawem, 2 pary spodni, 1 sweter. Najwięcej czasu zajęło mi wybieranie co zostawić, a co spakować i tymczasowo schować do walizki. Trudno było mi wybrać jakiekolwiek ubranie. Kiedy to nastąpiło, zaczęłam funkcjonować w tym rytmie. Niestety, szybko przyszło otrzeźwienie, że południe Polski z południem USA ma niewiele wspólnego.

Zarzuciłam wszystkie te pomysły, zastanawiając się jak ten minimalizm ma niby wyglądać? W międzyczasie żyłam sobie po swojemu, wszędzie, lato czy zima, przemieszczając się na rowerze. Siałam kiełki rzodkiewki i rzeżuchy, dodając je do niemal każdej potrawy. Po 15 maja wysiewaliśmy do ziemi przyszłe plony. Od samego początku nie posiadaliśmy w domu firanek, zasłon, obrusów, serwetek, dywanów. Latem i jesienią żyliśmy głównie wegetariańsko, sukcesywnie spożywając warzywa i owoce z naszego ogrodu. Na bieżąco je również mroziłam. Nie marnowało się nic, bo albo zostawało na drugi dzień, albo korzystały wspomniane kury. Plonami dzieliliśmy się też w ramach wymiany z teściami, a babci zanosiliśmy to, czego nie miała. Wieczorami grywaliśmy często w gry planszowe, godzinami rozmawialiśmy albo godzinami milczeliśmy, siedząc w zupełnym mroku przy lesie na leżakach i obserwując nocny świat.

Z czasem, gdy otworzyłam tę samą szafę pełną ubrań, doszłam do wniosku, że chodzę w zaledwie kilku ulubionych ciuchach - połowę oddałam potrzebującym, zużyte wyrzuciłam, resztę schowałam. Da się żyć.

Mój największy i początkowo nieuświadomiony minimalizm nastąpił w sferze….informacyjnej. Odkąd nie mam telewizora, to jest od roku 2007, połowa problemu rozwiązała się sama. Plotki kompletnie mnie nie interesują, więc odpadła druga połowa z przeładowaniem informacjami. Mimo, że nie nazwałabym mojego stylu życia minimalistycznym, to ilekroć przychodzi ktoś „cywilizowany” i odkrywa, że nie mamy telewizji, mówi : Żyjecie tu jak w buszu!

Na hasło, że nie mamy kredytu hipotecznego i że NAPRAWDĘ wolimy mieszkać w jednym domu z teściami, ludzie nadziwić się nie mogą, sugerując tylko, żebyśmy mieli się na baczności, bo z teściami (teściową zwłaszcza) to różnie bywa.

Nie dążąc do wypełniania społecznych schematów (jak choćby ten z osobnym mieszkaniem, czyli kredytem, czy też byciem na bieżąco ze wszystkimi możliwymi informacjami) okazało się, że mam święty spokój :) Można to nazwać efektem ubocznym, a jednocześnie największym "dobrem", jakie zyskałam (a może wytworzyło się samo?) na mojej drodze do "minimalizmu".




 

Iwona

 

Więcej tekstów Iwony znajdziecie na jej blogu Motyw kobiety.
Inne teksty z tego cyklu:
Moja historia: POTRZEBUJĘ ŚWIADKÓW
Moja historia: ZIARNO MINIMALIZMU

Komentarze

  1. Heh.. jakbym czyteł o swoich przygodach kilka-kilkanaście lat temu :)
    Też żyjemy w domu wielopokoleniowym (no, akurat jest tak,że mój ojciec mieszka u nas), też j"akoś tak sami z siebie" idziemy pod prąd współczesnym "tryndom i modom" i też na tej drodze co rusz nasze ideały zderzają się (bywa, że i boleśnie) z praktyką...
    Ale to dobrze, bo takie okresowe "łubudu" otrzeźwia i praktycznie koryguje teorię...
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale zazdroszczę, też tak bym chciała, staram się zmieniać swoje życie małymi kroczkami, jednak czasem jest ciężko. Telewizor już dawno bym wyrzuciła, ale mąż ogląda mecze i czasami wiadomości. Ja prawie wogóle nie korzystam z "pudła". Najciężej rozstać jest mi się z ciuchami, ale powoli robię porzadki w szafie, niedługo wiosna może uda mi się pozbyć niektórych ciuchów które trzymam z sentymentu.
    pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję teściów i zazdroszczę kurom (chyba im nie poszkodziło?) :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

Dobrowolna prostota i oszczędność

Jeszcze nie tak dawno pomiędzy prostotą życia i oszczędnością postawiłbym znak równości. Wielokrotnie w tle upraszczania tliła się motywacja życia oszczędnego. Bo mniej wydanych pieniędzy, to mniej pracy i więcej czasu na przyjemniejszą stronę życia. Jednak kilka razy na własnej skórze przekonałem się, że oszczędnie nie zawsze znaczy prosto.

Za ilustrację niech posłuży... deska do prasowania. Gdy nasza baaardzo stara odmówiła współpracy (i nie dało jej się naprawić), zastosowałem metodę "kupuj używane". Deskę znalazłem na OLX, po którą musiałem pojechać dość spory kawałek drogi. Pomroczność jasna, a może chęć zamknięcia tematu, sprawiła, że po krótkich (za krótkich) oględzinach kupiłem deskę, która w domu okazała się okazem wyjątkowo chwiejnym i w dodatku z wklęsłościami, które dyskwalifikowały ją do jakiegokolwiek użytku. Następnie kupiliśmy nową deskę przez internet, bo to wygodniej, szybciej i... taniej. Po kilku dniach otrzymaliśmy przesyłkę. Deska chwiała się, a w stanie…

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Weź kartkę i pisz...

No urzekła mnie ta piosenka Sound'n'Grace i Filipa Laty pt. "100"'. Mądry tekst: Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic. Za czym tak gnasz, po co Ci to?

Będzie to, co ma być, nie inaczej
Rozpromieni się ktoś, ktoś zapłacze 
Nie dowiesz się wcześniej, chyba że we śnie
Ale czy chcesz?
Nie wiedzieć dobrze jest
Za czym tak gnasz, po co Ci to?
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno
Ołówek weź, teraz kartkę i pisz:
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic

Ref.
Swój czas, weź w garść, swój czas
Zanim Ci życie nie powie, że pass
I odholuje, weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć





Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten mod…