Przejdź do głównej zawartości

Ostatnie dziecko lasu

Jakie były najważniejsze okolice Twojego dzieciństwa?

Dla mnie taką szczególną okolicą było wiejskie gospodarstwo moich dziadków na Kujawach, gdzie co roku spędzałem dwa miesiące wakacji. Było to miejsce nieskrępowanej eksploracji świata przyrody i obcowania z ludźmi, którzy swoje życie ściśle związali z jej twardymi prawami. Świata, do którego z każdym rokiem uzyskiwałem coraz szerszy przystęp - przy żniwach (wówczas jeszcze bez kombajnu i traktora) liczyła się każda para rąk, nawet tych miastowo-dziecięcych.
Przewiązywanie krów na pastwisku i zaganianie ich pod wieczór do obory, wywożenie obornika, układanie snopków na drabiniastym wozie i w stodole aż do pułapu, spacery po świeżym rżysku, wirowanie miodu ze złotych plastrów, mleko prosto od krowy, znojne gracowanie haczką buraków i majeranku, zbieranie szumiących makowin, smak zbożówki z kanki pod cieniem akacji, nocne koncerty cykad, asystowanie przy narodzinach prosiąt i cieląt czy zarzynaniu kury na niedzielny obiad. Wszystko to w scenerii złoto-zielonych pól, łąk pełnych ziół i kwiatów, których nazw nigdy nie poznałem, sadu, w którym na orzechowcu zbudowałem swój prymitywny domek, zarośniętego lasu i torów nieczynnej w lato kolejki wąskotorowej - przewodnika samotnych, pieszych i rowerowych, wędrówek. Klimaty rodem z Tomka Sawyera lub "Doliny Issy" Czesława Miłosza.

Chociaż wsi z mojego dzieciństwa, która ostatecznie skapitulowała pod naporem uprzemysłowienia, konsumpcji i przemian obyczajowych, już nie ma, jednak jej wspomnienia są - używając słów Editth Cob, autorki "Ekologii wyobraźni  dziecięcej" - niczym „radioaktywne klejnoty ukryte głęboko w moim wnętrzu, emitujące energię do końca mojego życia”. Z rozmów wiem, że całkiem sporo osób z mojego pokolenia miało podobne doświadczenia.

Obecnie żyjemy w świecie, w którym radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczenia przyrody przez dzieci - są świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Tymczasem dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.

Richard Louv w książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Relacja, przekonuje, że od przywrócenia związków naszych dzieci z przyrodą zależy zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe nas wszystkich, bowiem to one będę w przyszłości kształtować środowisko naszych miast i przedmieść. Czy znajdzie się w nich miejsce na kontakt z przyrodą?  

Autor książki stwierdza, że w dostępie do przyrody coś się zmieniło i nazywa to zjawisko zespołem deficytu przyrody. Zespół ten cechuje się zmniejszeniem użycia zmysłów, niedoborem uwagi, częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Dotyczy zarówno pojedynczych osób, rodzin, jak i całych społeczności.

Lista grzechów i zaniedbań jest długa. Obecnie nie interesujemy się tym, skąd pochodzi nasze pożywienie, rozumienie relacji z innymi istotami żywymi stało się abstrakcyjne, formacje podmiejskie to gęste oponki inwestycyjne - osiedla budowane w równych odstępach, z centrami handlowymi  i sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę. Zakazy swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody stają się regułą na rosnących przedmieściach, a prywatne zarządy osiedli wykazują obsesję na punkcie porządku. Wszystko to sprawie, że nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad.

Richard Louv pisze o „dzieciach z pudełka”, które spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów, wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do oglądania telewizji, umieszczane w wózkach i popychane przez spacerujących lub biegających rodziców. Bezpośredni i osobisty kontakt z przyrodą zastępuje jednodniowa wycieczka z krótkim postojem na kawę czy kanapkę. Biwakowanie ustąpiło miejsca temu, co pracownicy parkowi nazywają "podróżami za szybą samochodu".

Nie tak dawno temu życie młodych ludzi płynęło głównie przy dźwiękach przyrody, dzisiaj doświadczenie zmysłów jest dosłownie pod napięciem za sprawą telewizji i komputerów.
W kulturze zachodu XXI w. wszechobecna technologia sprawia, że jesteśmy zalewani informacją. "Jak wiele z bogactwa życia tracimy na rzecz codziennego zanurzenia w nurcie pośrednich, elektrycznych bodźców?" - pyta Louv, który pisze wręcz o autyzmie kulturowym, przejawiającym się w ograniczeniu zmysłów, poczuciu izolacji i odcięcia, doświadczeniu zawężonym do rozmiarów płaskiego ekranu. Zaczęliśmy tracić zdolność do samodzielnego aktu patrzenia, czucia, smakowania i wąchania.

Co robić? Młodzi ludzie nie potrzebują sportów ekstremalnych ani wakacji w Afryce. Wystarczy im tylko smak, widok, dźwięk, aby odzyskać kontakt z utraconym światem zmysłów. "Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie na rowerze po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?"

Przyroda może stać się antidotum, dzięki niej jesteśmy mniej zestresowani, cieszymy się lepszym zdrowiem fizycznym, rozwijamy się duchowo, jesteśmy bardziej twórczy, chętniej angażujemy się w zabawę. Najlepszy sposób na zbliżenie dziecka z naturą to odbudowanie własnej z nią relacji. Jeśli matki, ojcowie, dziadkowie i opiekunowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, powinni go tam spędzać jeszcze więcej; niech odkrywają w sobie miłośników ptaków, wędkarzy, wędrowców i ogrodników. Wówczas dzieci wyczują prawdziwy entuzjazm i zapragną go naśladować.

Książka dotyczy sytuacji w Stanach Zjednoczonych, niemniej opisany przez Louva zespół deficytu przyrody możemy z pewnością obserwować także u nas. Zamyka ją praktyczny przewodnik terenowy zawierający mnóstwo propozycji dla tych, którzy - korzystając z wiosennej aury - zdecydują się nawiązać, przywrócić, a może tylko utrwalić i pogłębić związek z przyrodą: zarówno swój własny, jak i swoich dzieci. 






Jakie były najważniejsze okolice Waszego dzieciństwa? 
Jakie macie sposoby na rodzinne doświadczanie przyrody?

Komentarze

  1. Mam wrażenie, że dla naszego pokolenia (a może dla wielu moich znajomych, trochę wariatów jak ja) przyroda jest ciągle niezbędna. Własne uprawy, obserwacje ptaków, polowanie - przybiera rozmaite formy, często jest też elementem wykonywanej pracy zawodowej. A dzieciństwo? Wspomnienia mam trochę inne, ale równie przyjemne. Wakacje i weekendy na wsi, z pielęgnacją ogródka, wielką łąką, na której siedziałam z atlasem roślin, hamak, ogniska, chodzenie po mleko z bańką do sąsiadów, przesiadywanie na drzewach, nocne wyprawy "na gwiazdy", zbieranie szyszek do pieca... Myślę, że taki sposób spędzania czasu ukształtował mnie w znacznie większym stopniu niż miasto i szkoła. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje dzieciństwo to też wakacje na wsi u dziadków i biwaki w lesie nad jeziorem. Do dnia dzisiejszego przyroda jest dla mnie niezawodnym lekiem na stres. Mieszkamy w dużym mieście ale świadomie wybraliśmy mieszkanie z dala od centrum w tzw zielonej dzielnicy. Wiosenne i letnie weekendy spędzamy na działce u teściów przy lesie. Na wakacje wywożę dzieci na 2 tygodnie do gospodarstwa agroturystycznego. Ubolewam, że nie mam już rodziny na wsi bo cały czas mam wrażenie, że to wszystko to tylko mała namiastka tego co miałam ja jako dziecko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje dzieciństwo to życie na przedmeściach gdzie sąsiedzi mieli pola uprawne i zwierzęta w tym krowy. Moja babcia hodowała kury i owce. Moi bliscy uprawial też ogród, był sad przy domu. Teraz mi tego brak. Od zeszłego roku postanowiłam niektóre rzeczy wskrzesić. Założyłam warzywnik i mały sad. Myślę o kurach...Mój syn jeszcze trochę wsi zaznał, ale czasy juz sa inne...

    OdpowiedzUsuń
  4. Moje dzieciństwo to życie na peryferiach miasta, gdzie były pola, babcia hodowała zwierzęta gospodarskie, uprawiała pola. Wprawdzie rodzice nie mieli gospodarstwa , ale było to obok mnie. pamiętam:
    wspinanie po drzewach, zabawę w podchody, zdobywanie baz, budowę szałasów i tysiące innych zabaw o których teraz dzieci nawet nie wiedzą. Bardzo brakuje mi takiego beztroskiego dzieciństwa, tego klimatu, obcowania z przyrodą. Marzę o małym drewnianym domku w górach, gdzie o poranku będę mogła zasiąść w ulubionym fotelu z kubkiem kawy i dobrą książką. Przynajmniej w weekend. Nie lubię centrów, nie lubię wielkich miast. Gdy wracam do domu rodzinnego wpadam w zachwyt i tęsknotę. Mam nadzieję, że wrócę tam na stałe w tym roku i będę cieszyć się spokojniejszym życiem niż to, które narzuca mi duże miasto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspinanie na drzewa , podchody , szalasy , zbieranie jagód , grzybów , pierwsze wiosenne kąpiele w lodowatej rzece (oczywiście bez zgody i wiedzy rodziców) , łapanie raków w jeziorze , palenie ognisk , nauka pływania dzieci przez dzieci, jeżdżenie na łyżwach po zamarzniętym stawie i wiele innych zajęć o których dzisiejsze wiejskie dzieci nie mają pojęcia.
      Ale do zielonej krainy dzieciństwa na własny kawałek ziemi wróciłam dopiero przed emeryturą.Nadrabiam życiowe zaległości rolniczo-ogrodnicze.Smakuje to bardzo.
      Trzeba marzyć !

      Usuń
  5. W swoim życiu mieszkałem, i w centrum dużego miasta, i na obrzeżach małego tuż pod lasem.
    Dziś (od bardzo niedawna) mieszkam na wsi, gdzie do najbliższego sąsiada mam 500 m, a za to do lasu 200, a jezioro tuż za stodołą...
    Nie idealizuję, ani nie demonizuję żadnego z tych miejsc, bo każde miało i ma swoje wady i zalety.
    Tak, sarny pod domem oglądane o świcie z tarasu (z kawą w ręku) to niesamowita "wartość dodana"...
    Dziki, które w nocy zryły ci kawał pola na którym tydzień wczesniej w pocie czoła tyrałem to również "wartosć dodana", choć może już nie tak niesamowita :/
    Roman

    OdpowiedzUsuń
  6. Pierwszy akapit - prawie identyczne wspomnienia. Miałem tą możliwość, że obie babcie mieszkały na wsi. U jednej z rodzeństwem i kuzynami większość wakacji spędzanych razem. Co pamiętam to min. miodobranie z dziadkiem, pieczenie chleba (piękny rytuał), spanie na sianie, zabawy w "bazie", strzelanie z procy, czereśnie jedzone prosto z drzewa z zawodami kto dalej wypluje pestki oraz oczywiście praca. U drugiej rzadziej ale tam dziadek pokazał mi życie w lesie (codzienne wyprawy aby przewiązać krowy przez las) - mrowiska, drzewa, ptaki, grzyby. Sianokosy, żniwa, grabienie ściółki jesienią. Coś pięknego. Jedynie ciepłe mleko prosto od krowy nie napawa mnie radością do dziś ;-)

    A teraz: mamy możliwość korzystać z działki rodziców. Dla dzieci super sprawa. Nie mówiąc im o naszej "bazie" sami się w nią bawią :-). Zaczynamy wczesną wiosną od pierwszych prac jak przycinanie drzewek, kopanie, sadzenie, sianie a kończąc jesienią na zbiorach. O wiele cenniejsze niż zieleń w mieście, gdzie musisz uważać na ogrom psich kup.
    Dodatkowo wyjazdy do lasu, spacery wśród pól - 3 min. od naszego bloku mamy taką możliwość.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam podobne wspomnienia z wakacji na wsi - praca przy żniwach, pokłute rżyskiem nogi, grabienie i zapach siana, leżenie w trawie na łące i słuchanie skowronka, spalone słońcem plecy, kompot pity na polu, dojenie krów, pielenie ogródka.
    Niezapomniane wrażenia, poezja doznań, do dziś pamiętam te zapachy i dźwięki!
    Oprócz tego w rodzinnym mieście praca na plantacji truskawek i sprzedawanie ich na targu.
    Ech, żal mi moich dzieci, że tego nie zaznają. Na wsi wszystko robi się teraz maszynowo, w mieście trzeba uważać na psie kupy albo nadgorliwych zarządców osiedli.
    Nie wiem jaka na to rada - na wieś się wyprowadzić, ogród założyć i krowę hodować? Do mormonów dołączyć? :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mieszkam na wsi I nie wyobrażam sobie innego miejsca do mieszkania. Gneralnie robię zdjęcia, coraz częściej również zdjęcia dzieciom I muszę przyznać, że takie sesje w plenerze, najczęściej w lesie lub w parku są o wiele ciekawsze niż we wnętrzach.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane i pojawiają się dopiero po pewnym czasie. Będzie nam miło, gdy się pod nimi podpiszesz :) Nie publikuję wypowiedzi pozornie na temat, a stanowiących formę reklamy, zwł. blogów komercyjnych...

Popularne posty z tego bloga

25 rzeczy, których możesz się pozbyć już dzisiaj

Trafiłem na stosunkowo stary wpis (z sierpnia 2011 roku) na stronie Wise Bread pt. 25 rzeczy do wyrzucenia już dzisiaj. Interesujący wpis, bo chociaż trochę "wiekowy", to jednak nadal prawdziwy. Postanowiłem przetłumaczyć go na polski. Jeżeli ktoś ma ochotę, może przeczytać go w oryginale.

Autor, Paul Michael, rozpoczyna wpis od cytatu z filmu "Podziemny krąg":
"Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie" Dlaczego więc godzimy się na to, aby "posiadały" nas niektóre przedmioty? Nie wyrzucamy ich, ponieważ jesteśmy emocjonalnie do nich przywiązani. Nie ma prostej metody na pozbywanie się przedmiotów, ale uczucie uwolnienia, towarzyszące pozbyciu się niektórych z nich, może być niesamowite.

Jakich zatem rzeczy powinniśmy się -według autora- pozbyć z naszego życia? Będą to:

1. Ubrania i buty, których nie nosiliśmy w przeciągu ostatnich 18 miesięcy
Zasada jest prosta. Jeżeli czegoś nie nosiło się przez dłużej niż 18 miesięcy, czyli -…

Na ile potrafimy się uprościć

"...poczucie samowystarczalności, podróżowania bez nadmiernego bagażu, bez tragarzy dają człowiekowi radość i energię. Prostota to cały sekret dobrego samopoczucia."

"Nie potrafimy się uprościć". 

To fragmenty "Śnieżnej pantery" Petera Matthienssena, która jest zapiskami wyprawy autora w Himalaje.

Nie tak  dawno miałem możliwość doświadczyć podobnych myśli...

Otóż wybrałem się z rodziną na tydzień w Pieniny. Przesunęliśmy wyjazd z wakacji na maj. Urlop przed sezonem to dobry patent na uniknięcie tłumów...

Wybraliśmy się więc. Cały dobytek z konieczności ograniczony do kilku plecaków, prosty sposób odżywiania się wymuszony okolicznościami, czas spędzony bez komputera i codziennych rozpraszaczy, skupiony na wspólnej wędrówce i podziwianiu przyrody ponownie uświadomiły mi po powrocie, że warto to doświadczenie rozciągnąć na naszą codzienność: zmniejszyć liczbę zaangażowań, odgracić ponownie mieszkanie obrastające w przedmioty, których nie potrzebujemy (bezcenne…

Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten mod…

Jak nie ułatwiać sobie życia

Jestem łowcą cytatów. Poniższy znalazłem w książce "50 maratonów w 50 dni" Deana Karnazesa, ultramaratończyka. W epoce komfortu i wygody coraz częściej potrzebujemy zdrowego, ciężkiego wysiłku!

"Bieganie uczy, że istnieje różnica pomiędzy ciężką pracą a złym samopoczuciem. Kultura konsumpcjonizmu stara się nam wmówić coś wręcz przeciwnego. Ileż reklam porusza kwestię "ułatwienia sobie życia"? Jeśli cała wiedza brałaby się z telewizji, naszym celem byłoby życie możliwie najprostsze, najwygodniejsze i najmniej wymagające. Wierzylibyśmy, że jedyne pozytywne uczucia płyną z dostarczania ciału przyjemności: smaku drinka, satysfakcji z prowadzenia drogiego samochodu i leżenia na plaży.

A to nieprawda. Stawianie sobie wyzwań, testowanie granic możliwości umysłu i ciała nawet na skraju wyczerpania i klęski, może budzić równie pozytywne uczucia jak inne doświadczenia, jakie oferuje nam życie. Przypuszczam, że stan zadowolenia po wysiłku jest bardziej wyuczony niż przyj…