Czym jest dla Ciebie wolność?

Może nawiedzają Was, w najmniej oczekiwanym momencie, podobne myśli?
Co ja tu robię? Zamiast być w domu ze swoimi dziećmi siedzę w pracy, żeby zarobić na opiekunkę, z którą zostawiam swoje dzieci? 
Pracuję od rana do wieczora, żeby zarobić na spłatę kredytu na mieszkanie, w którym faktycznie nie mieszkam? 
Dzieci widuję tylko w porach, gdy już śpią w łóżkach. 
Biorę kredyt na samochód, który za chwilę będzie wart połowę pożyczonej sumy. 
Siedzę w domu, w którym nie chcę mieszkać, gdyż przypomina IKEA, drżąc o to, by mąż nie stracił pracy, gdyż nie będziemy mieli na raty.
Buduję wielopokoleniowy dom, w którym dzieci i tak nie będą mieszkać, a do sprzątania którego trzeba będzie zatrudnić firmę sprzątającą.
Stojąc w kolejce do kasy w niedzielne popołudnie zastanawiam się, czy jest to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu z rodziną. 
Płacę za studia na uczelni, pracując wieczorami i w weekendy, chociaż po jej ukończeniu zapewne zasilę szeregi dyplomowanych bezrobotnych. 

Szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, studia, magisterka, praca, kredyt, zakupy, więcej pracy, większy kredyt, zakupy i tak przez 30-40 lat, do emerytury. Czy życie ma być jedynie drogą do jak najlepszej zdolności kredytowej? Czy świadomie wybraliśmy ten scenariusz dla swojego życia? Czy o to naprawdę nam chodziło?


W dawnych czasach dłużnik, który nie był w stanie spłacić swoich zobowiązań, tracił -on i jego rodzina- osobistą wolność, stając się niewolnikiem wierzyciela. Czy dzisiaj jest inaczej? Czy jesteś kolekcjonerem długów? Pewnego dnia możemy obudzić się i zauważyć, że żyjemy według cudzego scenariusza, z nogami przykutymi do galery.

Przychodzą mi na myśl słowa Henry'ego Thoreau z Waldena: Zastanawiając się, co stanowi główny cel człowieka i jakie są jego prawdziwe potrzeby i środki życiowe, ma się wrażenie, iż ludzie jak gdyby umyślnie się zdecydowali na jeden wspólny sposób życia, woląc ten właśnie od wszystkich innych. Aczkolwiek ich zdaniem stało się tak z braku wyboru. Czujne i zdrowe natury jednak pamiętają, że słońce wstało jasne. Nigdy nie jest za późno, aby się wyzbyć przesądów. 

Warto zadać sobie pytanie: czym jest dla mnie wolność? Jeśli nie odpowiemy na to pytanie sami, ktoś inny (firma, inna osoba, rząd) odpowie na nie za nas. A chodzi przecież o to, aby -lepiej lub gorzej- pisać swój własny scenariusz samemu.

Zapraszam do obejrzenia krótkiego wystąpienia Adama Bakera, który wraz z żoną zaczął pisać własny scenariusz dla swojego życia. Niezwykle inspirujący przykład!





Edukacja domowa w pytaniach i odpowiedziach

Trochę tytułem podsumowania z racji wakacji, trochę dla przybliżenia tematu edukacji domowej, o której pisałem w poście Edukacja domowa (homeschooling) - krótki przewodnik, zamieszczam rozmowę, którą –w formie wymiany maili- przeprowadził ze mną Tomasz z Krakowa, zainteresowany tematyką uczenia dzieci w domu. Myślę, że ten swoisty wywiad zaspokoi ciekawość niektórych rodziców, a może także zachęci do zastanowienia się nad drogą edukacji domowej dla własnych dzieci. Dodam, że od września zaczniemy trzeci rok ED, dzieci będą w klasach szóstej, trzeciej i pierwszej szkoły podstawowej.

Jak w Państwa ocenie wygląda temat ED po szkole podstawowej, na etapie gimnazjum i szkoły średniej?

Na razie nas to nie dotyczy. Mamy znajomych ze starszymi dziećmi w gimnazjum i liceum. Starsze dzieci uczą się dużo samodzielnie (obserwujemy to już u naszych dzieci), z inną motywacją niż oceny. Funkcjonują też nieformalne grupy, które mają wspólne zajęcia (np. z chemii/fizyki), lekcje muzealne, rozwiązaniem są też spotkania ze specjalistą z danej dziedziny (coś w rodzaju korepetytora, niekoniecznie odpłatnie). Powoli rozwija się sieć kontaktów w internecie (wideokonferencje, webinar). W każdym razie zdajemy sobie sprawę, że na poziomie gimnazjum lub liceum nie będziemy raczej już na tyle kompetentni, aby samodzielnie uczyć dzieci. Będziemy wtedy szukać rozwiązań z wyżej wspomnianych lub jeszcze innych. Formalnie edukacja domowa trwać może aż do matury (znamy takich zeszłorocznych maturzystów, choć w ED przeważają dzieci w szkole podstawowej).

Wystarcza własnych sił do odpowiedniego poziomu ED?

Z doświadczenia mogę powiedzieć, że na etapie szkoły podstawowej (a myślę, że i na początku gimnazjum) bez większego problemu -chociaż nie bez wysiłku- rodzice mogą samodzielnie edukować swoje dzieci. Podstawa programowa jest niezbyt wymagająca.

Jadłospis - planowanie tygodnia

Źródło fotografii
Chciałbym podzielić się jednym z tematów, jakie podjęliśmy z Żoną, a mianowicie planowaniem jadłospisu na kolejny tydzień. Planowanie dotyczy obiadów.

Dlaczego?
Prozaiczny powód: Żona wracała do pracy z początkiem roku i chcieliśmy uniknąć sytuacji, kiedy wracamy do domu i zastawiamy się co na obiad?
Dodatkowo (kolejność przypadkowa):
1. Wiemy, co jemy - mamy plan z wyprzedzeniem :-)
2. Robimy główne, skumulowane zakupy brakujących produktów/półproduktów na cały tydzień.
3. Wykorzystujemy na bieżąco przetwory i okresowo dostępne produkty (głównie warzywa).
4. Unikamy stresu, że dzieci głodne, a makaron/ziemniaki jeszcze się gotują.
5. Mamy kontrolę nad zapasami w lodówce, szafkach.

Jak?
Bardzo prosto - w piątek wieczorem, najczęściej z kubkiem herbaty, siadamy i na kartce piszemy co, na który dzień. Kartka jest dzielona na pół (dwie kolumny) - lewa - dni tygodnia i dania, które byśmy chcieli zjeść, prawa - co potrzebujemy kupić, przygotować. Powstaje lista zakupów, którą najczęściej realizuję w sobotę rano.
Tutaj jest pierwszy "-" zakupy w sobotę rano. Z tej racji, że robię je głównie w małych sklepach z żywnością z okolic (zieleniak + nabiał, mięso), jestem "skazany" na dość długi czas zakupów (dla mnie to powyżej 20min ;-)).
Wszystkie inne, brakujące produkty najczęściej kupujemy w jakimś markecie nie częściej niż dwa razy na tydzień.

Obserwacje:
1. Program "jadłospis na cały tydzień" działa prawie 6 miesięcy i możemy napisać, że się sprawdza.
2. Na razie nie obejmuje okresu wakacji z racji niepełnego składu osobowo-dzieciowego :-). Co nie znaczy, że nic nie jemy ;-)
3. Jest modyfikowany na bieżąco, jak mamy jakieś zmiany np. coś dobrego od dziadków, pizza w sobotę, itp.
4. Chcielibyśmy zaangażować najstarsze latorośle do współudziału.
5. Chciałbym popracować nad lepszym rotowaniem dań i ich zmiennością.
6. Czasami chciałoby się trochę spontaniczności lub fantazji zrobienia coś, na co ma się ochotę - ma to miejsce jak jest tylko ochota i czas, np. smażymy naleśniki.

Na pewno metodę polecamy tym, którzy z jakiś względów (dzieci, praca, dodatkowe obowiązki) chcą mieć jedną czynność pod kontrolą, zaplanowaną i przygotowaną.
Rozwiązań, jak można inaczej bądź jak można usprawnić, jest wiele. Jeśli macie jakieś pomysły, zapraszam do dzielenia się doświadczeniami w tej materii.

Run, Forrest! Run!

Pamiętacie sympatycznego Forresta Gumpa, którego życie było pasmem mimowolnych sukcesów? Bardzo lubię ten film, z jego ocierającymi się o banał mądrościami typu "życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi".

Jednym z epizodów w filmie jest bieganie.
Tego dnia, tak bez przyczyny, postanowiłem trochę pobiegać. Pobiegłem do końca drogi, a kiedy tam dotarłem, pomyślałem, że pobiegnę na koniec miasta. A kiedy tam dotarłem, pomyślałem sobie, że przebiegnę przez hrabstwo Greenbow. A skoro dotarłem aż tak daleko, dlaczego miałbym nie przebiec przez cały stan Alabama? Tak właśnie zrobiłem. Przebiegłem przez Alabamę. Bez żadnego powodu. Po prostu biegłem dalej. Dobiegłem do oceanu. Pomyślałem, że skoro przebiegłem taki szmat drogi, to równie dobrze mógłbym zawrócić i biec dalej. Kiedy dotarłem do drugiego oceanu pomyślałem, że skoro jestem aż tutaj, to mógłbym równie dobrze zawrócić i biec z powrotem. Kiedy się zmęczyłem, szedłem spać. Kiedy zgłodniałem, jadłem. Kiedy musiałem pójść do... no wie pani... to szedłem.

Wkrótce do Forresta dołączyła grupa biegaczy-naśladowców, którzy doszukują się w tej prostej, niemal czysto fizjologicznej, czynności jakiejś głębszej i ukrytej filozofii życiowej. To dobra satyra na wszelkiego rodzaju masowe ruchy. Czy minimalizm lub voluntary simplicity jest jednym z nich?

No access i kod dostępu

Jesteśmy bombardowani nieprzerwanym strumieniem „informacji” przez różnego rodzaju kanały dostępu: internet, prasę, telewizję, radio, ogólnie rzecz ujmując: przez media tradycyjne i elektroniczne, które prześcigają się w zabieganiu o naszą uwagę. To warunek ich przetrwania.
„Kanał” dostępu to odpowiednia nazwa. Informacyjna zupa to nasze środowisko życia, w którym poruszamy się jak ryby w stęchłej i mętnej wodzie. Przejrzyste jezioro mądrości i wiedzy z czasem zaczęło przypominać wątpliwej jakości zawiesinę, by nie powiedzieć ściek, w którym bezwładnie płyniemy z prądem newsów z „pierwszej (pierwszej lepszej) ręki”, nie wiedząc dokąd i właściwie po co.

Kilkudniowy brak dostępu (mediów do mojej uwagi i odwrotnie) wywołuje u mnie uczucie spokoju, równowagi, odprężenia, większego panowania nad własnymi sprawami. Powrót ze świata ciszy i wyobcowania do środowiska zdominowanego medialnym przekazem przypomina zatrucie organizmu: początkowo powoduje chaos, dezorientację, natłok i przesycenie, zanim informacyjne toksyny nie stępią odzyskanej wrażliwości, nie nakierują na bierność, przyzwolenie na bylejakość, tandetę i wtórność, płynięcie z prądem.

Jeszcze raz o reklamie - post w mp3.

Kolejny raz wypowiadam się o reklamie - audycja jest do posłuchania, lub bezpośredniego ściągnięcia na: http://www.supershare.pl/?d=F7D271E92


- o przenosinach mojego bloga oszczędnościowego oraz o tym jak nasze dyskusje tutaj wpłynęły na moje podejście do reklam (Oszczędzanie)

- o alternatywnej wyszukiwarce bez reklam i śledzenia Twojej tożsamości i dlaczego warto jej używać:  (DuckDuckGo.com)

- o reklamie etycznej i akcjach charytatywnych na rzecz Justyny: (Aukcja dla Justyny na Korzystnych Zakupach)

Autor: Remigiusz

Powrót do przeszłości, czyli spotkania klasowe po latach


Niniejszy post ma formę dialogu, z której -od czasu do czasu-  będziemy korzystali. Mamy nadzieję, że ten rodzaj wymiany poglądów przypadnie Wam do gustu.

Tomasz: Temat, nad którym rozmyślam i który próbuję "ugryźć", to zasadność spotkań klasowych po kilkunastu latach. Czy i jaka jest jeszcze więź z ludźmi „z przeszłości”? Czy warto zostawić teraźniejszość (żonę, dzieci) na jeden dzień, aby spotkać przeszłość (dawno niewidzianych kolegów)? Nadmienię, że według "etykiety sieciowej" nie ma mnie, bo nie mam konta na portalach społecznościowych ;-).

Konrad: Właśnie, czy zainteresowanie szkolnymi latami i odgrzewanie starych znajomości (a stąd tylko krok do klasowych spotkań) to nie „znak czasów” ściśle związany z rozwojem sieci, a zwłaszcza portali typu Nasza Klasa (która powstała w 2006 r.) czy Facebook? Ja akurat mam konto na FB i dochodzę do wniosku, że słowo "znajomy" przestało już chyba cokolwiek oznaczać. Poważniejsza sprawa, to na ile wpuszczać do aktualnego życia kliknięciem "dodaj do znajomych" te wszystkie osoby, z którymi łączy mnie obecnie tak niewiele, żeby nie powiedzieć nic? Może dlatego moje konto na FB (poza stroną bloga) jest praktycznie nieużywane. Wracając do tematu…

Tomasz: Pomimo wielu nalegań nie wybrałem się na ostatni zjazd absolwentów szkoły średniej (oprócz spotkania klasowego dodatkowo było to połączone z 50-leciem powstania szkoły). Wytłumaczenie miałem proste, gdyż akurat mieliśmy "inwazję" wirusa bostońskiego wśród dzieci. Ale zmierzam do pytania: co takie spotkania (raz na kilka lat czy regularne z kolegami przy piwie) wnoszą do naszej codzienności? Co łączy mnie z osobami, które na pytanie co u ciebie nadal utożsamiają się z odpowiedzią: po staremu, bez zmian, jakoś leci?

Czego o prostocie nauczyły mnie owoce?

Poniżej zapraszam do lektury gościnnego "owocowego" wpisu Lesława. Być może kiedyś doczekamy się kolejnych...

Jesienią przechadzałem się z Żoną po okolicznych działkach. Synek w wózku grzecznie spał, a my delektowaliśmy się świeżym, nieco już chłodnym powietrzem, ciszą i z wolna zapadającą w zimowy sen przyrodą. W dłoni miałem jabłko - soczyste, zimne, zdrowe. Bardzo smaczne, w sam raz na przekąskę podczas spaceru.

Rozmawialiśmy z Żoną o wielu sprawach, choć o niczym szczególnie istotnym, o niczym pilnym. Ot, raczej przyjemna pogawędka o rzeczach miłych, o marzeniach, o życiu, o tym, że nam dobrze.

Wtem moją uwagę przyciągnęły fioletowe winogrona, oplatające ogrodzenie jednej z działek. Znacie na pewno ten typ działkowych winogron - kwaśne, niewielkie, bardzo pestkowe, ale nieziemsko smaczne. Zwłaszcza na chłodnym, jesiennym powietrzu. Nie do kupienia w sklepie - takie cuda to tylko z działeczki lub z własnego ogródka.

Skubnąłem jedną, wierząc, że właściciel działki nie zauważy tej niewielkiej straty.

Wraz ze smakiem winogrona w mojej głowie pojawiło się miłe skojarzenie. Dokładnie takie same winogrona uprawia moja babcia. Do dziś dostaję od niej pyszne soki z tych owoców. Pomyślałem, że chciałbym być w jej ogrodzie, zrywać garściami winogrona i nie pytać nikogo o pozwolenie. A może zjem jeszcze jedno winogrono? I jeszcze jedno, i jeszcze...

Na szczęście poskromiłem swoje "wewnętrzne dziecko", wszak nie była to moja działka. Odczułem jednak smutek. To nie jest sprawiedliwe, że mieszkam w bloku i nie mogę mieć własnego ogrodu, skąd mógłbym garściami zrywać winogrona ile dusza zapragnie. W tym momencie byłem już gotowy. Wystarczyło zrobić mentalny kroczek, aby myśli popłynęły szerokim strumieniem - o obecnej sytuacji zawodowej, o planach na rozwój, możliwości awansu, zarabianiu, budowanie domu, itd itp... Oczywiście wszystko to w "słusznej sprawie" - aby kiedyś wygrać prostotę, kiedyś mieć naturalność, aby kiedyś jeść winogrona z własnego ogrodu...

Myśli te przetaczały się przez moją głowę przez dobrych kilka minut (warto podkreślić, że "na powierzchni" oczywiście wciąż zachowałem "poker face" - uśmiech, błogość, spacer z żoną...), systematycznie psując mi nastrój i kierując moją uwagę z "tu i teraz" na "kiedyś, gdzieś, coś".

Jest jednak na koniec tej smutnej historii o nieuchwytnym popadaniu w materializm akcent pozytywny.

Przez te kilka minut rozważań zdążyłem zapomnieć, że w dłoni trzymam niedojedzone, soczyste, pyszne jabłko. Ugryzłem. Na chwilę zostawiłem wszystkie dylematy na bok, skupiłem się na tym smaku, na tej chwili, na jesiennym powietrzu w moich nozdrzach. Na ukochanej kobiecie obok mnie, na wspaniałym synku, braku pośpiechu, promieniach słońca. Wróciłem z dalekiej podróży, chociaż przecież fizycznie nie oddaliłem się nawet na krok. Kolejne małe zwycięstwo na drodze do dobrowolnej prostoty.

Prostota jest w nas. Albo jej w nas nie ma.

Dla mnie jest to sztuka ciągłego łapania swojej uwagi na "tu i teraz".



W imieniu autora wpisu zapraszam do odwiedzenia strony Stowarzyszenia Twoja Sprawa (http://www.twojasprawa.org.pl/), którego pracami kieruje. STS organizuje akcje konsumenckie, by promować marketing oparty na wartościach i chronić przestrzeń publiczną przed obscenicznością, seksualizacją kobiet, brakiem kultury i naruszeniami dobrych obyczajów w reklamie i szeroko rozumianym marketingu.

Kompleks Biedronki?

Krótki wpis, dzięki czujności Patrycjusza, który podesłał mi kontrowersyjny (by nie powiedzieć idiotyczny) tekst w Na temat (cały przeczytacie tutaj). Teza artykułu sprowadza się do tego, że jako konsumenci wstydzimy się robić drobne, ograniczone do 2-3 produktów, zakupy lub płacić bilonem. Czy konsumpcyjny styl życia, szerzej neoliberalizm, rzeczywiście wpędza nas w kompleks, nazwany w tekście "kompleksem Biedronki"?

Doświadczenie mam akurat odwrotne. Po pierwsze Biedronki stały się często sklepami osiedlowymi, w których robi się codzienne, drobne zakupy. W sklepie tym płaci się wyłącznie gotówką. Za 2-3 produkty na pewno lepiej zapłacić bilonem niż "grubym" banknotem. Zwykle wysypanie bilonu łączy się z wdzięcznością pracownika przy kasie. Naturalnie większe zakupy robi się raz/dwa razy na tydzień. (O zaletach planowania posiłków i jednorazowych dużych zakupach będzie w innym poście.)
Co do Biedronki, to początkowo ten dyskont spożywczy faktycznie oferował niewielki wybór, ale za to tanich, produktów. Obecnie można w nim znaleźć sporo dobrej jakości towarów, aczkolwiek osobiście mam do tego sklepu za daleko.
W niektórych dużych supermarketach stworzono specjalne kasy do płacenia za niewielką liczbę produktów, chyba nie po to, aby publicznie napiętnować kupujących bułkę i butelkę wody?
Szczerze mówiąc, u mnie zażenowanie (i współczucie) wywołuje widok sklepowego wózka wypełnionego po brzegi niezdrowym, wysokokalorycznym i śmieciowym (tzw. junk food) jedzeniem. Jest to marnotrawstwo własnych pieniędzy i zdrowia.

Jak usunąć niechciane reklamy z internetu - część #1

Witam serdecznie. Dziś zapraszam na nagranie o tym jak pozbyć się reklam z internetu.


http://w643.wrzuta.pl/audio/4yDxkR7yeM5/glos-0030
(nie jestem zadowolony z kompresji/jakości tego nagrania na wrzucie, jeśli macie pomysły na lepszy hosting dla mp3, dajcie znać)

Omawiane narzędzia:
- AdBlock Plus,
- polskie filtry do AdBlocka,
- NoScript,
- FlashBlock,

Autor: nSeika, Licencja Creative Commons

Autorem audycji jest Remigiusz (admin: Realny Minimalizm)
P.S. Nie chcę zaśmiecać bloga toną linków aktywnych. Wspomniane narzędzia z łatwością znajdziecie sami w dowolnej wyszukiwarce.

Przycisk przerwy

Dzisiejszy wpis zacznę od końca. Chciałbym bowiem zachęcić Was do lektury książki Stephena R. Coveya "7 nawyków szczęśliwej rodziny".
Zanim jednak osoby bezdzietne stwierdzą, że guzik je to obchodzi, chciałbym skoncentrować się na "guziku" właśnie, nazwanym we wspomnianej książce "przyciskiem przerwy".

Przycisk przerwy jest obrazem pierwszego z 7 nawyków: Bądź proaktywny. Wiele lat temu Covey na zapleczu biblioteki uniwersyteckiej natknął się na cytat:
Pomiędzy bodźcem a reakcją jest chwila przerwy.
Ta chwila daje nam możliwość wyboru naszej reakcji.
Od tej reakcji zależy nasz rozwój i wolność.

Tak łatwo reagować impulsywnie. Dajemy się ponieść emocjom. Mówimy lub robimy coś, czego potem żałujemy. Dlatego wszystkim przydałby się "przycisk przerwy" - coś, co pomogłoby nam zatrzymać się na chwilę pomiędzy tym, co nas spotyka, a naszą reakcją - tak żeby móc wybrać reakcję właściwą.
Chodzi o umiejętność powstrzymania się od impulsywnych reakcji pod wpływem uczuć lub okoliczności. Dzięki tej przerwie możemy nauczyć się działać, a nie reagować.

Czy umieszczać reklamy na blogach poświęconych minimalizmowi i prostocie?

Niniejszy post to dwugłos autorów: Konrada i Remigiusza. Zapraszamy do lektury i wysłuchania krótkiego nagrania.

Konrad: Mieszkam w małej miejscowości, w której większość ulic jest wolna od reklam. Jak wielka to zaleta przekonuję się codziennie, ilekroć wysiadam z podmiejskiego pociągu w centrum Warszawy, w której wielkoformatowe bilbordy osaczają z każdego możliwego miejsca, wdzierając się bezgłośnym krzykiem (musisz to mieć!) w podświadomość. Nic dziwnego - "reclamo" to po łacinie "krzyczeć". Dlaczego nie znoszę reklam? Przede wszystkim za owo zaśmiecanie przestrzeni publicznej naszych miast i pstrokaciznę. Za to, że narzucają treści, nie pozostawiając mi wolnego wyboru. Przede wszystkim za to, że nami manipulują. Jak to się stało, że pozwolono na taką dewastację miejskiej przestrzeni? Okazuje się, że dopiero w tym roku ma trafić do sejmu projekt o ochronie krajobrazu, który ma zaprowadzić trochę ładu (czy i na ile skutecznie, zobaczymy).
Tymczasem są miasta, w których wydano całkowity zakaz umieszczania reklam w przestrzeni publicznej. Kilka lat temu władze Sao Paulo uznały, że muszą walczyć nie tylko z zanieczyszczeniem powietrza, ale też z zanieczyszczeniem wizualnym. W tej największej aglomeracji Brazylii usunięto ponad pół miliona szyldów, billboardów i tablic reklamowych. W Europie Zachodniej regulacje dotyczące reklamy funkcjonują od lat (więcej na ten temat tutaj). Według informacji jednego z czytelników bloga na FB, rok temu w Warszawie miała miejsce wystawa "Miasto na sprzedaż", w której wskazano kilka innych miast walczących o zmniejszenie szumu informacyjnego dochodzącego z reklam. Przykładem San Francisco, które, dzięki sprzeciwom mieszkańców, zmniejszyło liczbę reklam kilkukrotnie. Według podanych na wystawie informacji w Paryżu -z uwagi na bardzo wysokie opłaty- jest tylko około 2 tys. reklam, podczas gdy w Warszawie podobno 90 tys. (wliczając to reklamy nierejestrowane). 
Innym zagadnieniem są reklamy w przestrzeni wirtualnej, którymi upstrzone są blogi i portale informacyjne, zmuszające czytelnika do walki z wyskakującymi okienkami (gdzie jest ten krzyżyk?), migającymi banerami (wygrałeś nagrodę, wystarczy kliknąć), tworząc wybuchową dla percepcji mieszankę tekstu i treści wizualnych. 
Starsi Czytelnicy bloga pamiętają zapewne moje własne eksperymenty z reklamami, zanim doszedłem do wniosku, że na blogu o dobrowolnej prostocie ich nie będzie. Zdecydowałem, że ma to być miejsce, w którym można odpocząć od narzucanych, komercyjnych treści. Ale czy jest to rzeczywiście słuszne rozwiązanie? Czy i gdzie jest miejsce na rzetelnie podaną informację handlową? Skąd mamy dowiadywać się o ciekawych książkach,miejscach, wydarzeniach? Może zatem nie wrzucać wszystkiego do jednego worka (na śmieci) z napisem "reklama"?

O średniowiecznych miastach i dylematach związanych z reklamami na blogach poświęconych minimalizmowi i prostocie możecie posłuchać w kolejnym nagraniu audio Remigiusza, który ma nieco inne spojrzenie na ten temat. Zapraszam do jego wysłuchania:



http://w234.wrzuta.pl/audio/a1fYqQcsub4/glos-0029



Droga do... spokoju ...bez reklam? 
(Licencja Creative Commons)


Autor audycji: Remigiusz
(blog: Realny Minimalizm)

A co Ty myślisz na temat wszechobecnej reklamy? Co myślisz o reklamie na blogach? Jakie reklamy w przestrzeni miejskiej byłyby pożądane? Podziel się z nami w komentarzach.

TORT

Urodziny w moim domu były dla mnie dylematem typu co z tortem. Ja z mężem nie mamy problemu, by zrezygnować z tego świątecznego wypieku na rzecz ciasta domowej roboty z wysokowartościowych produktów, ale dzieci -wiadomo- dzięki tortowi ze świeczkami czują się naprawdę wyjątkowo. Do tej pory zamawiałam tort w cukierni na urodziny córki. Cukiernie mają w ofercie torty przepiękne, niesamowicie  fantazyjne, ale ich jakość jako produktu spożywczego jest bardzo niska, niestety coraz niższa. Bita śmietana np. nie jest już ze śmietany tylko z jakiegoś proszku... Torty z cukierni to cała masa spulchniaczy, chemii, mąki najniższej jakości i cukru. Z góry przepraszam, jeśli wrzuciłam do jednego wora jakąś uroczą cukiernię z tradycjami i zasadami, bo takie jeszcze przecież też muszą istnieć. Ja takiej nie znam, więc wykorzystując urodziny męża postanowiłam upiec swój pierwszy w życiu tort. Tort ten piekłam w oparciu o przepis jednej z klientek sklepu ze zdrową żywnością, który regularnie odwiedzam, pani Barbary Szymura.  Przepis zmodyfikowałam nieco. W porównaniu do innych przepisów publikowanych przeze mnie na blogu ten może wydać się skomplikowany, ale tak naprawdę okazał się dość łatwy w wykonaniu. Produkty potrzebne do upieczenia tortu są w większości do zdobycia jedynie w sklepie ze zdrową żywnością. Koszt tego wypieku szacowany jest na około 60 zł, łącznie z energią elektryczną. 

BISZKOPT:
- 5 jaj eko
- 100 g cukru brzozowego
- 150 g mąki orkiszowej razowej
- 1/3 łyżki proszku do pieczenia eko
Mieszamy wszystko, pieczemy 30 min. w 175 stopniach. Później przekrajamy całość i mamy 2 warstwy. Ja zaszalałam i powtórzyłam całą czynność jeszcze raz, co cało mi 4 warstwy.

KREM:
- 0,5l mleka owsianego 
- 6 łyżek grysiku orkiszowego
- 3 łyżki mąki z kasztanów
- 4 łyżki mąki z migdałów
- 4 łyżki mleka w proszku z kasztanów
Zagotować ciągle mieszając, aż powstanie gęsta masa. Po zdjęciu z ognia zagęściłam jeszcze kilkoma łyżkami mąki z kasztanów i dodałam 2 łyżki cukru brzozowego. 

Wszystkie warstwy smarujemy najpierw dżemem truskawkowym bez cukru, następnie kremem, następnie układamy plastry truskawek. Na samej górze zamiast plasterków lepsze będą połówki. I gotowe! Tort rozkroimy dopiero po południu i wtedy opiszę wrażenia smakowe.


11.06.2013.

W sobotę odbyły się urodziny mojej córki. Postanowiłam wykorzystać tę okazję, żeby uprościć mój tort, który wielu użytkowników, ale również moje proste serce uznało za zbyt skomplikowany, wieloskładnikowy  i drogi.
Zmiana polegała na tym, że krem zastąpiłam śmietaną, którą ubiłam ręcznie z odrobiną cukru brzozowego. Zamiast 4 pięter zrobiłam 2. Tort mimo to nadal był wystarczająco duży, aby rozkroić go na 12 porcji. Cena wypieku spadła do ok. 38 zł. Lubię upraszczać :)

Jak edukować dziecko zgodnie z duchem prostoty i minimalizmu?

Witajcie, to jest mój debiutancki post na tym blogu. Nazywam się Remigiusz i jestem autorem zaprzyjaźnionego bloga pt. Realny Minimalizm. Mam nadzieję także zagościć na stałe tutaj.

http://www.flickr.com/photos/mcfinlow/4038133722/sizes/m/in/photostream/
Licencja: Creative Commons

Dziś przygotowałem dla was post w formie nagrania audio, który mam nadzieję, będzie dla was miłą alternatywą.


http://w704.wrzuta.pl/audio/7DxHzLurkCB/glos-0028

Zapraszam do dyskusji, mam nadzieje, że pomożecie mi w przemyśleniach na temat harmonijnej edukacji dziecka w zgodzie z wyznawaną przeze mnie filozofią.

Pozdrawiam :)

Lodowe szaleństwo

źródło
Mam nadzieję, że nie ubiegnę Doroty, której posty kulinarne są tak inspirujące. Wiele się ostatnio mówiło o kręceniu lodów. Tym razem, korzystając z merytorycznego wsparcia mojej Żony, chciałbym zaproponować Wam kilka przepisów na Lody domowej roboty.
Wprawdzie za oknem leje, ale myślę, że sezon lodowego szaleństwa mamy jeszcze przed sobą. Apetyt na zimną, białą lub kolorową, masę wzrasta proporcjonalnie do słupka rtęci na termometrze, a producenci -jak co roku- zacierają ręce. Nic dziwnego. Niezależnie od tego, czy kupimy najtańszy wyrób lodopodobny w osiedlowym sklepiku za 1,50 zł, czy też udamy się do cukierni, w której jedna gałka potrafi kosztować 3,50 zł - wniosek jest jeden: ochładzanie się od środka może nas sporo kosztować. W przypadku większej liczby dzieci lodowy budżet jest podobno tylko trochę mniejszy od ceny niewielkiej działki na Antarktydzie.
Latem nic nie topnieje tak szybko jak pieniądze wydane na lody. Gdybyśmy od czerwca do sierpnia kupowali co drugi dzień czwórce naszych dzieci lody za 2 zł/szt., wyniosłoby nas to 368 zł. I to pod warunkiem (co raczej mało realne), że sami nie tkniemy lodów i będziemy z dala omijać cukiernie i stoiska z nieco lepszymi (=droższymi) lodami. Jako rodzice musielibyśmy także pogodzić się z tym, że nasze dzieci będą faszerowane mlekiem, cukrem i różnego rodzaju chemią.

Pieniądze albo życie - Krok 8. Inwestuj oszczędności w celu zdobycia niezależności finansowej

A oto kolejny post na temat drogi do niezależności finansowej proponowanej przez autorów Your Money or Your Life. Istotą kroku 8 jest zasadnicza zmiana podejścia do naszych oszczędności. Nie są to bowiem pieniądze odłożone na przyszłość, lecz środki, które mogą przynieść nam dochód. Przestajemy myśleć w kategorii, jak wiele pieniędzy zaoszczędziliśmy (i na co je wydamy), lecz ile dochodu możemy wygenerować poprzez ich inwestowanie.
Dzięki krokom od 1 do 7 możemy uzyskać zdrowszy, pozbawiony emocji i przesądów, stosunek do pieniędzy. Odkryć, ile ich mamy, ile wydajemy i ile energii życiowej pochłania wybrany przez nas styl życia. Autorzy YMYL tę zdobytą wiedzę nazywają inteligencją finansową (Financial Intelligence). Jednocześnie wskazują, że pierwsze siedem kroków pozwala osiągnąć większą integralność finansową (Financial Integrity) - sfera dotycząca pieniędzy będzie coraz bardziej zintegrowana z innymi aspektami życia oraz zgodna z naszymi najgłębszymi wartościami. Droga dziewięciu kroków pomaga, wraz ze zmniejszeniem wydatków i wzrostem dochodów, całkowicie spłacić zadłużenie, a także systematycznie odkładać oszczędności. Pojawia się -coraz szersza- przestrzeń wolności, nazwana przez autorów YMYL niezależnością finansową (Financial Independence). Ostatecznym celem 9 kroków jest sytuacja, w której w ogóle nie musimy (jeżeli nie chcemy) pracować na swoje utrzymanie.

Co nam może pomóc cz.4 - TPM

Rozwinięcie punktu trzeciego z wpisu:

TPM - Total Productivity Maintenance. Jedno z tłumaczeń to całościowe/globalne zarządzanie utrzymaniem ruchu. Zapewnienie, aby mój park maszynowy był sprawny, dążenie do stanu zero awarii oraz bezpieczeństwo pracowników/użytkowników.

Odniesiemy to do przykładu gospodarstwa domowego. Nasz park maszynowy to urządzenia, które posiadamy (małe & duże agd, armatura, sprzęt, meble, itp). Dodatkowo do utrzymania ruchu zaliczyłbym również wszystkie czynności, które przyczyniają się do utrzymania/przedłużenia używalności np. butów.
Większość informacji, co i jak robić, znajdziemy w każdej instrukcji dołączonej do zakupionego dobra - producent "dba o nas", tylko często nie starcza nam czasu lub chęci, aby to wykonać.
Istotą jest tak zarządzać, planować i wykonywać pewne czynności, by cieszyć się bezawaryjnością, długim okresem użytkowania posiadanego sprzętu. Nie wyeliminujemy wszystkich problemów (np. celowo zaplanowany czas życia urządzenia, po upływie którego pozostaje jedynie wymiana), ale na pewno unikniemy problemów wynikających z zaniedbania, lenistwa. Nie wspominając o oszczędnościach czasu i pieniędzy. Dodatkowo sami poszerzamy wiedzę nt. prostych czynności naprawczych, planowanych przeglądów, itp. - dobry przykład DIY (do it yourself).

Przykłady:


1. Armatura - wszystkie krany posiadają sitka, które z czasem (szybciej bądź wolniej w zależności od właściwości wody) "zachodzą" kamieniem. Tak jak długo woda leci jest ok, ale w pewnym momencie sitko jest już tak zapchane, że wydajność spada, a my przystępujemy do działania - najczęściej sitko jest już do wymiany. Prosta akcja to okresowe (w zależności od parametrów wody oraz intensywności używania) czyszczenie sitek przy użyciu np. octu (nic tańszego i bardziej skutecznego nie znajdziemy).

2. Pralka - okresowe czyszczenie filtra. Kto choć raz to robił, z pewnością znalazł bardzo ciekawe przedmioty - guziki, spinki itp :-). Czas poświęcony na takie czyszczenie to 5-7 min. a pozwoli to nam na spokoje użytkowanie pralki. Awaria z tego powodu to prawie murowana wizyta "fachowca", za którą będziemy musieli zapłacić min.70-100zł.

3. Lodówka (jeśli nie ma funkcji samorozmrażania) - spada jej wydajność, jeśli lodu jest coraz więcej (koszty prądu). Okresowe rozmrażanie - akcja prosta i skuteczna.

4. Obuwie - warto cyklicznie czyścić buty oraz je pastować, szczególnie jeśli kończymy sezon zimowy i chowamy je "do szafy". Obuwie skórzane bardzo "lubi" nawilżoną powierzchnię.

5. Rowery - chyba nie trzeba każdego praktykującego cyklisty przekonywać, że łańcuch nie powinien głośno chodzić :-). Kto na koniec sezonu konserwuje rower?


Powyższe przypadki (a to tylko kilka) generalnie pokazują, jak prosto i łatwo możemy przedłużyć czas użytkowania naszego otaczającego nas sprzętu.


Oczywiście od nas zależy, czy podejmiemy trud i wysiłek, aby coś zrobić zanim wystąpi problem/awaria (prewencja), czy też czekamy aż się "mleko rozleje" i wtedy dopiero sprzątamy.


TPM sam w sobie nie jest trudny, ale jest wymagający, jeśli chodzi o systematyczność, planowanie i prewencyjne podejście do pracy - a to dla nas, Polaków, jest trudne do wdrożenia. Jednak małymi krokami (wg. Kaizen) do przodu :-).


Jak oszczędzić w 30 minut

źródło
Moją pasją -obok wyrzucania zbędnych rzeczy- jest wyszukiwanie oszczędności. Niczym finansowy detektyw oglądam dowody "zbrodni" polegających na nieprzemyślanych, powielanych w codziennej rutynie, wydatkach. Ostatnio olśniło mnie, że w kleju w sztyfcie (mechanizmem przypominającym szminkę) znajduje się jedynie od 7 do 20 gram (!) tego -cennego z punktu widzenia frontu prac plastycznych moich dzieci- produktu. Reszta to opakowanie i -przyznaję pomysłowy- mechanizm. Tymczasem klasyczny (biały) klej biurowy w tubce zawiera ok. 50 gram, a kosztuje dwu-/trzykrotnie taniej. Za cenę jednego kleju w sztyfcie mogę kupić dwa/trzy kleje biurowe i mieć kilkakrotnie więcej właściwej substancji. Oszczędność niewielka? W domu w różnych miejscach naliczyłem około tuzina klejów w sztyfcie!

Efekt skali jest przez niektórych mało doceniany. Jeśli już zaoszczędzić, to spektakularnie. Praktyka codziennego życia nie przynosi często takich okazji, obfituje zaś w sytuacje, w których można zaoszczędzić drobne kwoty. Nie warto ich lekceważyć. Kto ma wątpliwości, niech każdy najmniejszy wydatek przemnoży powiedzmy przez 10 lat życia. W zależności od częstotliwości wydatków na określony produkt lub usługę, możemy zaoszczędzić od kilkudziesięciu do kilku tysięcy złotych. I to na jednej danej rzeczy. A wydatków (i sposobów na oszczędności) mamy dziesiątki, jeśli nie setki.

Co nam może pomóc cz.3 - Kaizen

Rozwinięcie punktu drugiego z wpisu:

Kaizen - jedno z tłumaczeń "dobra zmiana". Filozofia (czasami określana techniką) przywędrowała do nas z Japonii przez korporacje, a ma zastosowanie do eliminacji strat (z j. japońskiego muda) i doskonalenia procesów produkcyjnych, usługowych.

"Długa podróż zaczyna się od pierwszego kroku". Metoda małych kroków, małych zmian jest najczęściej nisko kosztowa i wymaga jedynie własnej determinacji. W przeciwieństwie do dużych, przełomowych projektów/decyzji, gdzie potrzebujemy najczęściej większych pieniędzy, zaangażowania innych ludzi, itp..

To teoria, a co z praktyką?

Przykładów jest bardzo dużo:
  1. Chcę przebiec maraton - nie zaczynam od zapisania się na starcie po kilkuletniej przerwie w bieganiu po skończeniu w-fu w szkole ;-), ale od małych dystansów.  Systematyczne treningi trwające określony czas doprowadzą nas do celu.
  2. Zaczynam oszczędzać - od małych kwot, regularnie przelewam na konto określone pieniądze. Nie zgromadzę od razu 100 000 zł, ale po kilku latach/miesiącach zapewne tak. Jeśli dołączymy zasadę najpierw płać sobie (polecam ten tekst) to jest to wymarzony Kaizen :-)
  3. Wdrożyłem wraz z synami takie usprawnienie:  porządkowanie i przechowywanie klocków lego po rozpakowaniu - używamy woreczków strunowych do segregacji.
    A propos - jedyna wada klocków lego to to, że wszystkie małe elementy w górę od duplo dość łatwo się gubią ;-(
  4. Kaizen w lodówce - stosujemy zasadę FIFO (First-in, First-out - pierwsze weszło, pierwsze wyszło), opisujemy z datami nasze mrożonki. Unikamy marnowania/wyrzucania żywności.

W praktyce w domu nie znając tej filozofii- jest to zdrowy rozsądek, oszczędzanie, świadomość nt. zagrożeń i ich eliminacja (o ile sami tego chcemy ;-)).

Większość z nas nie wiedząc, że to Kaizen, stosuje pewnie takie podejście do życia, prac w domu czy realizowania własnych celów.
Najpierw musimy sami zrobić pierwszy krok, przemóc się wewnętrznie i pozwolić wdrożyć lub choćby spróbować zmienić coś w naszym życiu, zachowaniu, otoczeni, a efekty będą widoczne.


O zmywaniu naczyń, czyli lekcje z teraźniejszości

Choć mamy zmywarkę do naczyń (w przypadku sześcioosobowej rodziny to całkiem pomocne urządzenie) lubię czasem umyć je własnoręcznie. Wykonywanie tej prostej czynności działa na mnie odprężająco. Pod warunkiem, że nigdzie się nie spieszę...
Czy umiecie zmywać naczynia? Okazuje się, że są dwa sposoby zmywania. Pierwszy - to zmywanie naczyń, po to by je umyć i drugi - by je zmywać.
Przeczytałem niegdyś książkę Cud uważności. Jej autorem jest Thich Nhat Hanh, mistrz zen, działacz na rzecz pokoju na świecie, autor 35 książek, który był przedstawiony przez Martina Luthera Kinga jako kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla. Kwintesencją rozważań autora jest wskazówka: "Jest tylko jeden najważniejszy czas, a ten czas - to teraz. Chwila teraźniejsza jest jedynym czasem, jaki mamy. Najważniejszą osobą jest zawsze ta, z którą właśnie przebywamy, która stoi przed nami, bo kto wie, czy jeszcze z kimkolwiek będziemy mogli się spotkać. Najważniejszym zajęciem jest czynienie szczęśliwym tego, kto znajduje się obok nas, albowiem samo to stanowi cel życia".

Życie w prostocie wymaga umiejętności bycia tu i teraz. W tym, a nie w innym, momencie naszego życia. Często traktujemy teraźniejszość po macoszemu, nie doceniamy jej wartości. A przecież nie mamy nic bardziej cennego. Zbyt wiele rozpamiętujemy, za dużo myślimy o tym, co przed nami. Biegnąc pośpiesznie i powierzchownie przez życie myślimy, że dojdziemy do jakiegoś mitycznego miejsca, w którym wreszcie odpoczniemy, osiągając upragnione szczęście. Jeszcze tylko ta sprawa do załatwienia, kilka brakujących przedmiotów, upragniony dom, spłata kredytu, trochę -a może całkiem sporo- oszczędności na  koncie. Wszyscy mamy jakieś "jeszcze tylko"..., a kraina szczęśliwości - owa Shangri-La - ciągle przesuwa się gdzieś za horyzont.