Mała przerwa na oddech...

Drodzy Czytelnicy,
przez najbliższy miesiąc nie będę aktywny na blogu. Wyjeżdżam z rodziną na wakacje, bez komputera. Ale nie bez dobrowolnej prostoty - bez niej nie potrafię się obyć.
Dzięki Wam ostatnie 5 miesięcy spędziłem bardzo pracowicie, dzieląc się swoimi przemyśleniami w kolejnych postach. Dziękuję tym, którzy życzliwie zachęcali mnie do pisania, zamieszczali swoje komentarze. Dziękuję także za listy. Dobrze wiedzieć, że wartość prostego, oszczędnego życia jest bliska tak wielu osobom.
A już od września będziecie mogli przeczytać na blogu nowe, mam nadzieję, że ciekawe, wpisy. Już teraz zapraszam!!!

  


Wolny czas, to więcej miejsca na marzenia i snucie planów.  Żegnając się, chciałbym zaproponować Wam proste ćwiczenie polegające na spisaniu wizji dotyczącej przyszłego życia.

Reguła 90%


Perfekcjoniści wyznają niekiedy zasadę, że jeśli nie potrafisz zrobić czegoś na 100%, lepiej nie rób tego wcale. Zmieniając swoje życiowe nawyki często dajemy za wygraną, kierując się podświadomie przekonaniem, że liczy się tylko sukces na poziomie 100%. Nie będę minimalistą, jeżeli nie potrafię żyć z niewielką liczbą przedmiotów. Moje życie nie będzie proste, jeśli nie będę kupował tylko rzeczy używanych. Nie będę oszczędny, jeśli wydając pieniądze na jedzenie nie zmieszczę się w wyznaczonej kwocie. Nie będę zdrowo się odżywiał, jeśli czasami zjem czekoladowy batonik.

Życie z perfekcjonistą nie jest łatwe. Dla mnie na przykład dużym wyzwaniem jest chodzenie z rodziną do restauracji na obiad, chociaż robimy to naprawdę wyjątkowo. Świadomość rachunku, jaki przyniesie kelner (i ile zaoszczędzilibyśmy jedząc w domu), bywa paraliżująca na tyle, że tracę dobry humor. Zdarzyło mi się też wyrzucić o jedną rzecz za wiele, bez uzgodnienia tego z innymi domownikami. 

Innym błędem jest wprowadzanie zbyt wielu zmian naraz, co często niweczy nasze najlepsze nawet starania. Zwłaszcza zmiany w stylu życia, przy całym entuzjazmie do zagadnienia, są trudne do wprowadzenia, bowiem oznaczają zmianę naszych nawyków, a te kształtują się w dłuższym okresie czasu. Próba zmiany wielu rzeczy naraz może napotkać zbyt duży opór ze strony naszego dobrego samopoczucia, nie mówiąc już o naszym najbliższym otoczeniu. Bunt na pokładzie zażegnamy odpowiednio wcześnie, jeśli zmiany będą następować drobnymi kroczkami. Z mojego doświadczenia wynika, że warto pracować nad jedną rzeczą przez 2 tygodnie (jeśli nie dłużej) i następnie dodać kolejną. Dobrze także przekonać do swoich pomysłów osoby najbliższe, aby zapewnić sobie ich wsparcie. Niektóre zmiany, np. przejście na dietę bezmięsną, rezygnacja z telewizora, radykalne oszczędzanie, wymagają rodzinnej narady i wspólnej decyzji (nie pomijałbym także głosu dzieci, zwłaszcza tych starszych).  

Czytając blog Angeli Burton My Year Without Spending natknąłem się na regułę 90%, która głosi, że wielu ludzi robiących różne rzeczy na poziomie 90% daje w efekcie więcej korzyści niż garstka działających na 100% perfekcjonistów. Przez "rzeczy" rozumiem tutaj recycling, ograniczenie konsumpcji, oszczędne życie, kupowanie rzeczy używanych, jedzenie zdrowej, ekologicznej  żywności, suszenie prania na sznurze (zamiast w suszarce), itp. 

Zmiana nawyków życiowych w kierunku prostszej, zrównoważonej i bardziej przyjaznej naszej planecie egzystencji leży w zasięgu naszych możliwości i bez nadmiernego poświęcenia może stać się naszą drugą naturą, a także częścią szerszej kultury. Nie chodzi o powrót do życia bez elektryczności i innych cywilizacyjnych zdobyczy. Chodzi o ukazanie, że nie musimy być bezmyślnymi konsumentami, możemy powtórnie wykorzystywać surowce, żyć w sposób zrównoważony i robić wszystkie te wartościowe i pozytywne rzeczy - krok po kroku.

Przesłanie Angeli Burton, pod którym także się podpisuję, jest takie: Róbmy to, co akurat leży w naszej mocy. Próbujmy na 60, 80 a może i 90%. Jeśli starasz się jeść sezonowo i lokalnie, ale mąż błaga cię o kupienie (przykładowo) jagód w marcu, chyba mu nie odmówisz? Jeśli pada przez 10 dni z rzędu, a ty wysuszysz pranie w suszarce, chyba nie oznacza to, że na zawsze musisz już porzucić suszenie prania na powietrzu? Jeśli nie stać cię na wymianę wszystkich kosmetyków na organiczne, lepiej chyba wymienić je od czasu do czasu lub tylko niektóre, niż porzucać całe to przedsięwzięcie? Żyjecie oszczędnie, ale nie oznacza to, że nie pójdziecie na obiad (bez skrupułów), nie kupicie już czegoś nowego lub nie pojedziecie na wczasy? Odżywiacie się zdrowo, ale przecież można, od czasu do czasu, zjeść białe pieczywo lub nawet parówki? 

Tak więc upraszczajmy życie, oszczędzajmy, kupujmy rzeczy używane, suszmy pranie na powietrzu, uprawiajmy własną żywność, nie używajmy ręczników papierowych, korzystajmy z lokalnej, organicznej żywności, unikajmy chemii i wysoko przetworzonego jedzenia. Róbmy to wszystko na tyle, na ile jest to możliwe - na miarę naszych warunków osobistych, rodzinnych i finansowych. 

Pamiętajmy, że wszyscy od czegoś zaczynaliśmy. Wszyscy robimy to, co potrafimy, szukając u innych wsparcia i inspiracji. Jesteśmy w drodze i -na szczęście- nie jesteśmy na niej sami. 

W poszukiwaniu (straconego?) czasu

Współczesna kultura, w której człowiek żyje w rozdarciu pomiędzy pracą zawodową i tak zwanym czasem wolnym, spowodowała, że często jesteśmy niekonsekwentni: z jednej strony w pogoni za efektywnością wypełniamy po brzegi godziny w kalendarzu, w innych momentach marnujemy je, pozwalając, by przepływały bezczynnie.

Jak korzystamy z własnego, niepowtarzalnego czasu? Czy jesteśmy rozrzutni w gospodarowaniu nim, czy też traktujemy go jako najcenniejsze dobro, którego używamy roztropnie?

Wiele spraw i ludzi domaga się naszej obecności, uwagi, zainteresowania, jednym słowem: naszego czasu, próbując zawładnąć nim kosztem nas samych i naszych bliskich. Od nas zależy, czy na to pozwolimy.

Oto kilka wskazówek, do których nierzadko dochodziłem ucząc się na własnych błędach. Mam nadzieję, że będą pomocne w unikaniu pułapek "straconego czasu":

1. Rozsądnie wybieraj nowe aplikacje i programy komputerowe dostępne w internecie. Mnie samemu nie raz zdarzyło się poświęcić kilka godzin na instalację i zgłębianie obsługi programów, które w praktyce okazywały się zupełnie nieprzydatne. Może warto czasem w dziedzinie software zatrzymać się na tym, co aktualnie całkiem dobrze nam służy?
2. Myślę, że nie warto poświęcać swojego czasu na gry komputerowe, które potrafią (zwłaszcza młodym ludziom) ukraść spory kawałek życia. Czytałem, że rekordziści poświęcają  na grę od kilku do kilkunastu godzin dziennie. 
3. Dzwonią do ciebie z banku lub od teleoperatora z nową ofertą? Nie wahaj się: naciśnij czerwoną słuchawkę, bez tłumaczenia się, że nie masz akurat czasu, bez umawiania się na rozmowę w innym terminie. W wersji soft - krótko i stanowczo daj do zrozumienia, że  nie jesteś zainteresowany. 
4. Z założenia nie biorę udziału w różnego rodzaju ankietach, których wypełnienie ma zająć "tylko kilka minut". 
5. Unikam czytania ulotek i folderów reklamowych. Jeśli już życzliwie biorę je do ręki, wędrują do najbliższego kosza. A te ze skrzynki pocztowej wędrują na makulaturę. 
6. Czytając książki popularyzujące wiedzę na jakiś temat zauważyłem, że ich autorzy mają tendencję do nadmiernego rozwodzenia się nad zagadnieniem, które często można by streścić w krótkim artykule lub wypunktować na 2,3 stronach. Osobiście ujmują mnie książki, które szanują mój czas i zwięźle przedstawiają temat. Myślę, że warto opanować sztukę wybiórczego czytania tego rodzaju obszernych publikacji i wyłapywania istotnych dla siebie faktów. Nie warto czytać ich "od deski do deski".
7. W przypadku beletrystyki dobra lektura to często kwestia gustu. Jeśli czytasz i po kilku stronach fabuła cię nie porwała, daruj sobie i nie czytaj dalej. Ja sam brnąłem wielokrotnie przez książki "dla zasady", nie czerpiąc z tego żadnej satysfakcji. Ostatecznie było to dla mnie stratą czasu.
8. Osobiście wystrzegam się wyjazdów na szkolenia i wyjazdy integracyjne. Moje doświadczenia były takie, że nowych informacji było jak na lekarstwo, wynudziłem się jak mops, czekając na kolejną przerwę na kawę. Dla niektórych taki wyjazd to jedynie okazja do "dobrej zabawy", co też mnie akurat nie interesuje. Wolę ten czas spędzić w domu, z bliskimi, a wiedzę zawodową czerpię z książek i internetu. 
9. Nie czytaj tygodników i miesięczników "branżowych" poświęconych danej dziedzinie np. wychowaniu dzieci, zdrowiu, remontom i wyposażeniu mieszkania. Zwykle po kilkunastu numerach tematy wracają jak bumerang. 
10. Nie oglądaj telewizji. Skakanie po kanałach w poszukiwaniu czegoś ciekawego doczekało się fachowej nazwy (tzw. zapping).  Wszystkie najświeższe informacje znajdziesz w internecie.
11. Nie czytaj wszystkich przychodzących maili. Rozsądnie zapisuj się na newslettery. Ja mam specjalne (śmieciowe) konto, czasem wymagane przez niektóre witryny internetowe, na które przychodzą "wiadomości" niewarte mojej uwagi. Przeglądam je tylko pobieżnie raz na jakiś czas. 
12. Panuj nad swoją przestrzenią informacyjną - czytaj, oglądaj tylko to, co rzeczywiście jest zgodne z twoimi zainteresowaniami i priorytetami. Nie surfuj po internecie bez celu, z nudów. Znajdź kilka wartościowych witryn dostarczających umiarkowaną porcję wiedzy i informacji. 
13. Rozsądnie wybieraj zaangażowania, nowe obowiązki, zainteresowania, którym przecież trzeba będzie poświęcić dodatkowy, specjalny czas. 
14. Miej zawsze pod ręką ciekawą książkę. Nie będziesz tracił czasu w kolejce na poczcie, w banku, sklepie, przychodni czy w czasie dojazdów z/do pracy. 
15. Rozsądnie podchodź do wyprzedaży i okazji. Może dla kilkunastu złotych nie warto tracić godziny na dojechanie do sklepu.
16. Wahając się przy podejmowaniu decyzji (zwłaszcza tych błahych, np. przy wyborze płatków lub dezodorantu) zamiast mnożyć argumenty za i przeciw - rzuć monetą. Proste i szybkie.
17. Nie spędzaj czasu w centrach handlowych. 
18. Przed wyjściem z domu zastanów się, co chcesz zrobić, kupić. Sprawdź zawczasu rozkład jazdy. Zadzwoń do sklepu, czy mają to, czego potrzebujesz. Wiele rzeczy można zrobić nie wychodząc z domu. 
19. Pozwól rosnąć sprawom, które nie zawsze wymagają naszej aktywności. Odrobina lenistwa i odkładania spraw na potem pozwala wybierać to, co naprawdę ważne, choć niekoniecznie pilne. 
20. Naucz się zawężać pole wyboru - nie wszystko da się (i trzeba) obejrzeć, przeczytać... 

Balansując na drabinie - o priorytetach

"You can't see the forest for the trees" - zobaczenie lasu (szerszej perspektywy) często utrudniają drzewa (nadmierna koncentracja na szczegółach). Zajmowanie się bieżącymi i naglącymi sprawami nierzadko staje się wymówką przed śmielszym wychyleniem w przyszłość, poza czubek własnego nosa utkwiony w terminarzu. Bolączką (ale modną) naszych czasów jest wielozadaniowość (multitasking), a więc robienie kilku rzeczy naraz. Nasze życie rozbiega się w wielu kierunkach. Gdzieś po głowie tłuką się myśli, że o czymś zapomnieliśmy. Jest w nas nieumiarkowanie w rzucaniu się w wir nowych zadań i tematów. Wiele rzeczy zaczynamy, mało doprowadzamy do końca. Jesteśmy pełni sprzecznych dążeń, często gubimy kierunek. Zajmujemy się gaszeniem codziennych pożarów, brakuje nam natomiast jasnej wizji tego, dokąd chcemy dojść. 

Pieniądze albo życie - Krok 6. Szanuj energię życiową - zmniejszanie wydatków

W kolejnym poście dotyczącym drogi do niezależności finansowej według książki Your Money or Your Life omówię sposoby minimalizowania naszych wydatków.
Przypomnę, że poprzedni post Pieniądze albo życie - Krok 5. Jak uczynić energię życiową widzialną dotyczył wykresu dochodów i wydatków, który umożliwia poznanie długofalowych trendów nawyków finansowych. Z pewnością samo stworzenie takiego wykresu działa motywująco i powoduje, że racjonalniej wydajemy swoje pieniądze.  W kroku 6 autorzy YMYL udzielają praktycznych wskazówek, jak zmniejszyć poziom miesięcznych rachunków. Zmiana stylu życia dzięki dostosowaniu wydatków do naszych najgłębszych wartości i zastosowanie często prostych, lecz skutecznych, metod oszczędzania pozwala systematycznie redukować poziom wydatkowania cennej energii życiowej.

Radykalne gospodarstwa domowe


Mamy w słowniku pojęcie "gospodarstwo domowe". Rzeczywiście, kiedyś domy były "gospodarstwami", w których większość rzeczy niezbędnych do życia wytwarzało się samemu. W sklepie kupowało się jedynie podstawowe artykuły. W tej chwili jesteśmy konsumentami, czytaj wtórnymi analfabetami. Nie mamy wiedzy ani doświadczenia, jeśli chodzi o zaspokojenie naszych podstawowych potrzeb. Myślę, że warto przywrócić gospodarstwu domowemu jego pierwotną rolę i znaczenie.

W konsumpcyjnym, "nowoczesnym" społeczeństwie prowadzenie domu zyskało reputację niepełnowartościowego zajęcia. Shannon Hayes, założycielka ruchu Radical Homemakers ("Radykalnych Gospodarzy Domowych"), doszła do wniosku, że znaczący udział w ratowaniu świata odegra właśnie prowadzenie gospodarstwa domowego. Im więcej rozumiała znaczenie małych gospodarstw i ekologicznej, lokalnej żywności, tym bardziej podawała w wątpliwość wartość pracy w biurze od 9 do 5. Porzuciła z mężem rynek pracy, zamieszkując na niewielkiej farmie rodziców i została gospodynią domową, propagując powrót do tradycyjnie pojętych gospodarstw domowych. W artykule dla YES! Magazine Meet the Radical Homemakers streściła doświadczenia innych gospodarstw domowych, które odwiedziła, aby zobaczyć, jak może wyglądać prowadzenie domu, gdy mężczyźni i kobiety dzielą wspólnie kompetencje i obowiązki.

Początki gospodarstw domowych: powołanie dla obydwu płci 
Aż do rewolucji przemysłowej prowadzenie gospodarstwa domowego nie było wyłączną domeną kobiet. Naturalnemu podziałowi pracy między płciami, towarzyszył również równy podział prac domowych. Po rewolucji przemysłowej wszystko się zmieniło. Mężczyźni opuścili gospodarstwo i udali się do pracy za wynagrodzeniem, wykorzystywanym następnie do zakupu towarów i usług, które nie były już zapewnione w domu. Mężczyźni byli pierwszymi osobami, które utraciły domowe umiejętności. Mężczyźni i kobiety przestali działać razem, aby utrzymać gospodarstwo domowe. Stworzyli swoje odrębne sfery - mężczyzna w fabryce, kobieta w domu. Im więcej mężczyzna pracował poza domem, tym bardziej gospodarstwo domowe musiało kupować, aby zaspokoić swoje potrzeby. Wkrótce fabryki były w stanie wytwarzać produkty wypierające także obowiązki gospodyń domowych. Podstawową funkcją kobiety w domu pozostała rola szofera i konsumenta. Gospodarstwo domowe przestało być jednostką produkcji, stając się wyłącznie jednostką konsumpcji. 

Syndrom gospodyni domowej
Wpływ tych przemian na amerykańskie gospodynie domowe był katastrofalny. Niezliczone kobiety cierpiały na depresję, stawiając czoła niekończącym się, bezsensownym zadaniom, jak zakupy i dowożenie dzieci tu i tam. Nie miały możliwości zrealizowania swojego potencjału, poczuć, że naprawdę przyczyniają się do rozwoju społeczeństwa poza dzierżeniem karty kredytowej. Zatem wysłano kobiety do pracy w stadzie. Korporacje podchwyciły szansę na uzyskanie taniej siły roboczej i możliwość oferowania niezliczonej ilości produktów służących wykorzystaniu dodatkowych zarobków. Wkrótce drugi dochód w rodzinie przestał być dodatkową opcją, dla wielu stając się koniecznością.

Poznaj radykalnych gospodarzy domowych
Radykalni gospodarze, których spotkała Shannon Hayes, zdecydowali uczynić rodzinę, lokalną społeczność, sprawiedliwość społeczną i zdrowie naszej planety zasadami rządzącymi ich życiem. Odrzucili wszelkie formy pracy lub wydatków, które nie honorują tych założeń. Przez około 5000 lat nasza kultura była zakładnikiem narzuconej formy organizacji, w której "ten, kto posiada złoto, ustala zasady". Radykalni gospodarze wykorzystują umiejętności życiowe i relacje z innymi jako zamienniki dla "złota", opierając się na założeniu, że ten, kto nie potrzebuje "złota", może zmienić zasady. Im większe ktoś posiada umiejętności domowe, czy będzie to zasadzenie ogrodu, uprawa pomidorów na balkonie, naprawa koszuli czy urządzenia, zapewnienie sobie samemu rozrywki, gotowanie i konserwacja zbiorów, opieka nad dziećmi i bliskimi, tym mniej jest zależny od pieniędzy. Podczas gdy wszystkie rodziny miały jakiś rodzaj dochodu, żadna z nich nie była pod tym względem szczególnie uprzywilejowana. Z kolei osoby o najniższych dochodach opanowały najlepiej różne umiejętności i rozwinęły najbardziej innowacyjne podejście do życia.

Przemyśleć niemożliwe
Radykalni gospodarze dochodzili do wniosku, że nikogo (kto się liczy) nie obchodzi, czym jeździsz, zapewnienie mieszkania nie musi kosztować więcej niż jeden umiarkowany dochód, jest w porządku przyjąć pomoc od rodziny i przyjaciół, porzucić złudny ideał niezależności i dążyć zamiast tego do współzależności, zdrowie można osiągnąć bez dokonywania miesięcznych płatności na rzecz firmy ubezpieczeniowej, opieka nad dzieckiem to nie stały koszt, edukację można nabyć za darmo, a przejście na emeryturę jest możliwe niezależnie od dochodów.
Jeśli chodzi o domowe umiejętności, zakres talentów posiadanych przez gospodarstwa był bardzo różny. Wiele utrzymywało ogrody, ale nie wszystkie. Niektóre posiadały ogródki na dachach, na wsi lub na terenach podmiejskich. Niektórzy byli mistrzami, jeśli chodzi o naprawę samochodów i urządzeń. Inni umieli szyć. Niektórzy umieli zbudować i remontować domy, inni hodować zwierzęta. Jeszcze inni robili meble, grali na instrumentach lub pisali. Wszyscy potrafili gotować. Żaden z nich nie umiał zrobić wszystkiego. Nikt nie był całkowicie samowystarczalną, niezależną wyspą oddzieloną od reszty świata. Aby robić to, co robili jako gospodarze domowi, musieli pielęgnować relacje i rozwijać współpracę z rodziną i społecznością. Potrzebowali głębokiej wiedzy na temat gospodarki służącej życiu, gdzie wypłata nie jest wymieniana na wszystkie możliwe usługi. Musieli być własnymi nauczycielami, kontynuując kształcenie przez całe życie, zawsze ucząc się nowych sposobów, aby robić więcej, tworzyć więcej, dawać więcej.
Ponadto najszczęśliwszym wśród nich udało się ustalić realistyczne oczekiwania wobec siebie. Nie żyli oni w nienagannie czystych domach na zadbanych osiedlach. Widzieli swoje domy jako żyjące systemy, akceptując strumień, przepływ, brud i chaos, które są ich naturalną częścią. Byli mistrzami w redefinicji przyjemności nie jako czegoś, co należy kupić na rynku konsumenta, ale jako coś, co może zostać stworzone, nieważne jak dużo lub jak mało pieniędzy mieli w kieszeniach. Jednak przede wszystkim byli nieustraszeni. Nie dali się zastraszyć przez obowiązujące ideały wymagające pieniędzy, statusu i dóbr materialnych. Rodziny te nie widziały swoich domów jako schronienia przed światem. Przeciwnie, każdy dom był ośrodkiem zmiany, punktem startowym, od którego lepsze życie zaczynało tętnić dla każdego.

Praktyka czyni mistrza
Sprowadzając teorię do praktyki, warto już teraz nabyć (odświeżyć) umiejętności samodzielnego zaspakajania potrzeb we własnym gospodarstwie domowym. Zamiast przyzwyczajać się do kupowania wszystkiego w supermarkecie, możemy spróbować poradzić sobie domowymi sposobami. Wykorzystajmy własne umiejętności, zdolności, wiedzę, zasoby internetu lub doświadczenie rodziców albo dziadków. 
Na dobry początek polecam:
- jogurt naturalny (przepis znajdziecie np. tutaj)
- masło (link tutaj)
- chleb na zakwasie (link tutaj); uwaga: zakwas dostaniemy w piekarni po prośbie, ewentualnie od znajomych. Nie trzeba mieć maszyny do pieczenia, wystarczą foremki, piekarnik i trochę wprawy. (My pieczemy dwa bochenki raz w tygodniu)
- własne piwo lub wino. (Nie próbowałem, więc nie polecam żadnej strony)
- zamiast słodyczy własne wypieki - ciasta, karmelowe lizaki, wafle
- własne zaprawy: ogórki kiszone, musy, dżemy, powidła
- własne środki czystości - zdrowe i ekologiczne; polecam broszurkę Ekosztuczki dostępną tutaj. (uwaga: warto kupić większą ilość sody oczyszczonej, np. na Allegro. Kupując małą torebkę w sklepie spożywczym zdecydowanie przepłacamy.)
- własne mydło (link tutaj)
- robienie posiłków w domu
- samodzilene domowe naprawy, np. wymiana gniazdka, zepsutej uszczelki, przepchanie rury, malowanie, naprawa odzieży
- szycie, robienie na drutach, szydełkowanie........


Jak twierdzi Shannon Hayes, dom jest tam, gdzie zaczyna się wielka zmiana. Gdy poczujemy się wystarczająco biegli w naszych domowych umiejętnościach, niewielu z nas będzie zadowolonych ze zwykłego praktykowania ich do końca naszych dni. Wielu będzie dążyć do czegoś większego, aby przynieść więcej piękna w świecie, uczynić życie lepszym dla naszych sąsiadów, przyczynić się do budowy nowej, jaśniejszej, bardziej zrównoważonej przyszłości. Jeśli zaczniemy koncentrować nasze wysiłki na życiu domowym, zrobimy znacznie więcej niż zmniejszenie naszego niekorzystnego wpływu na środowisko i pomoc w stworzeniu lepszego życia dla wszystkich. Stworzymy bezpieczne, otoczone troską miejsce, w którym ta wielka, twórcza praca może się rozpocząć.

Zainteresowanym polecam stronę Shannon Hayes i jej artykuły w YES Magazine tutaj

Tonąc w rzeczach

źródło
Przeczytałem właśnie krótki wywiad z antropologiem Anthony P. Graeschem The Way We Live: Drowning in Stuff, który uczestniczył w ciekawym badaniu obejmującym 32 rodziny z klasy średniej zamieszkałe w Los Angeles. Celem (przeprowadzonego w latach 2001-2005) badania, była próba odpowiedzi na pytanie, jak ludzie obchodzą się z tym, co antropologowie nazywają kulturą materialną, a co my nazywamy rzeczami. W badaniu uczestniczyły gospodarstwa domowe, w których oboje rodzice pracują, z co najmniej dwojgiem dzieci w wieku od 7 do 12 lat. Wyniki badania zostaną opisane w książce "Życie w domu w 21 wieku."

Jak można się spodziewać, rodziny posiadają dosłownie tysiące rzeczy, zaś wiele z nich to dziecięce zabawki. Okazuje się, że poziom hormonu stresu u kobiet podnosi się w zderzeniu z rodzinnym bałaganem, podczas gdy u mężczyzn nie tak bardzo. Wreszcie istnieje bezpośredni związek między liczbą magnesów na lodówkach a ilością rzeczy w gospodarstwie domowym.

Czy także wy toniecie w rzeczach? Dlaczego jako rodziny nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z napływem kultury materialnej? Autorzy badania wskazują, że rodziny starają się obniżyć liczbę wypraw do sklepu, kupując hurtowe ilości rzeczy. Kupują więcej, a potem zapominają o tym, co kupili. W konsekwencji kończy się to podwójnymi zakupami. Niekiedy zdarza nam się kupić coś, co dawno zalega w czeluści naszych szuflad i szafek.

Ciekawe jest dostrzeżenie związku pomiędzy przerostem stanu posiadania a obecną strukturą rodziny. Dominuje, także w naszym społeczeństwie, tzw. rodzina nuklearna, a więc rodzina mała, dwupokoleniowa, składająca się z rodziców i ich dzieci. Rzadko spotykane są gospodarstwa wielopokoleniowe. Jesteśmy oddaleni od naszych krewnych. Idziemy do pracy, wracamy do domu, a tam mamy tylko cztery godziny czasu na spędzenie ich razem. Czujemy się z tego powodu winni i często kupujemy naszym dzieciom prezenty. W niemałym stopniu do wzrostu stanu posiadania przyczyniają się stęsknieni dziadkowie. Nadchodzi Boże Narodzenie, przychodzą urodziny...

Napływ rzeczy jest nieustanny. Brak jest natomiast ich odpływu. Brak nam rytuałów, mechanizmów pozbywania się rzeczy. Może warto takie wprowadzić? Dobrą zasadą jest opcja one in/one out: kupienie jednej nowej rzeczy oznacza, że pozbywamy się jednej starej. Co do zabawek, warto przeglądać je z dziećmi i uczyć je pozbywania się tych, których dawno nie miały w ręku. Dobrym rytuałem byłoby przygotowanie paczki z zabawkami dla dzieci z domu dziecka. Można także rozejrzeć się, czy obok nas nie żyją osoby potrzebujące pomocy materialnej.

Za nadmiar rzeczy odpowiedzialny jest również nieustanny rozwój nowych technologii. Monitor, komputer kupiony kilka lat temu kosztował nas sporo pieniędzy. Wiemy, ile wydaliśmy na te urządzenia, ale -jak zauważają autorzy badania- jesteśmy zdezorientowani, jeśli chodzi o ich aktualną wartość. Przykładowo, chociaż kupiliśmy unowocześniony wentylator,  nie chcemy dzielić się tym starym, bo nie wiem jak odzyskać jego wartość. Myślimy, że może go "kiedyś" sprzedamy. Dane urządzenie wędruje więc do garażu i tam pozostaje, ponieważ jesteśmy zbyt zajęci innymi sprawami. Warto więc z wdziękiem rozstawać się ze starymi urządzeniami, aby nie zalegały w naszych piwnicach, garażach i szafach.

Ważna informacja dla kobiet. Okazuje się, że sposób, w jaki matki opowiadały o swoich domach, był jakościowo różny od tego, jak robili to ojcowie. Było jasne, że matki w konfrontacji z nadmiarem przedmiotów doświadczają większej ilości stresu. Kobiety odczuwały natomiast mniejszy stres, kiedy rozmawiały o swoim dniu z mężami. Jaki z tego wniosek? Na pewno taki, że warto więcej rozmawiać, dyskutować, ale także bardziej świadomie dzielić się domowymi obowiązkami, z których niemała część związana jest z utrzymaniem stanu posiadania w jako takim porządku,  tak aby kobiety nie czuły się przytłoczone ich nadmiarem.

A teraz małe ćwiczenie: udajcie się do kuchni i zbadajcie stan waszej lodówki. Ile macie na niej magnesów i innych rzeczy? Średnio rodziny uczestniczące w badaniu miały 55 obiektów na lodówce. Podobno istnieje ścisły związek między bałaganem a zagęszczeniem rzeczy na lodówce. Niestety, nie działa to odwrotnie: usunięcie magnesów nie rozwiąże problemów z nadmiernym posiadaniem. Ale może być tym pierwszym krokiem!


Jak wypadło ćwiczenie? Może podzielicie się wynikiem...

Wakacje minimalisty, czyli czy urlop trzeba "spędzać"?

Dzisiaj przypada koniec roku szkolnego. Może niektórych to osobiście nie dotyczy, ale i tak w zbiorowej świadomości nastaje czas wakacji. Pora więc krótko zastanowić się nad tym, dość specyficznym, okresem, kiedy zamykamy swoje domy i udajemy się na "wypoczynek". 

Sama koncepcja zorganizowanego wypoczynku, z dala od własnego domostwa, pojawiła się dość późno i związana jest z epoką rewolucji przemysłowej. Kilkanaście dni wolnego ma nam wynagrodzić niewolnictwo na etacie w pozostałe dni w roku. Zamiast oddychać pełną piersią odzyskaną swobodą, z niewiadomych przyczyn często poddajemy się turystycznym torturom. 

Zagadnienie to ujął -jak zwykle trafnie- Henry Thoreau: "Ze zrozpaczonego miasta, człowiek udaje się na zrozpaczoną wieś i pociesza się dzielnością norek i piżmoszczurów. Nawet w tym, co zwie się zabawami i rozrywkami ludzkości, kryje się stereotypowa, lecz nieświadoma rozpacz. Nie ma w nich elementu zabawy, albowiem rozrywką zajmują się ludzie po pracy. " Co nam zatem zostało? Przede wszystkim nie ulegajmy trendom i modzie, które narzucają określony sposób spędzania wakacji tudzież urlopu. Zastanówmy się dobrze nad sposobem spożytkowania tego krótkiego, a jakże cennego, czasu. 

Poniżej kilka -mniej lub bardziej pomocnych- wskazówek: 

1. Nie wyjeżdżaj.
Zastanów się nad urlopem na miejscu. Brzmi niedorzecznie? Sam pamiętam, jak wziąłem urlop, były to wprawdzie ferie zimowe, i spędziliśmy go w domu, z dziećmi. Był to doskonały wypoczynek. Może mieszkasz w ciekawym krajoznawczo i turystycznie miejscu? Po co zwiedzać te obce, kiedy nie dość dobrze poznało się swoje własne miasto i jego okolice? Alternatywa została trafnie przedstawiona przez Alexandra von Schonburga w książce Piękne życie bez pieniędzy: "Dwa tygodnie opychania się łykowatymi żeberkami w hotelu w Alicante czy raczej urlop w rodzinnym mieście z długimi spacerami po parku i wypadami nad pobliskie jezioro?". Oczywiście decyzja należy do odważnych. Niewyjeżdżanie na kosztowne wczasy graniczy z towarzyskim samobójstwem. Rozejrzyj się po okolicy, co można zobaczyć, zwiedzić? Może zorganizujesz spływ kajakowy, pieszą wycieczkę, po której zmęczony wrócisz nie do hotelu lub kwatery, lecz... w zacisze własnego domu? Może zamiast wyjeżdżać, tracąc połowę czasu na dojazdy i aprowizację, wykorzystać urlop na refleksję, przemyślenie ważnych spraw, ustalenie życiowych priorytetów? 

2. Żyj tak, abyś nie musiał uciekać na urlop.

Jak pisałem, gloryfikacja urlopu wypoczynkowego to pokłosie bezwzględnego i siermiężnego systemu pracy na etacie. Wpadamy ze skrajności (pracoholizm, często na własne życzenie) w skrajność (katowanie się zaplanowanym do bólu zwiedzaniem lub bezczynnością w kilkugwiazdkowym getcie dla bogatych). Codzienne, zwykłe życie w dobrowolnej prostocie, we własnym rytmie, w kontakcie z osobami bliskimi i przyrodą, w wolności od masowej kultury, medialnego szumu, bez pogodni za dobrami materialnymi, powoduje, że odzyskujemy utraconą przestrzeń nazywaną DOMEM, w której jest miejsce na wspólne radości i odpoczynek. Mniej zabiegani w codzienności, tracimy motywację do uciekania z miejsc, w których żyjemy. Jeśli tylko przywrócimy tej codzienności ludzki, naturalny wymiar okaże się, że wcale nie mamy ochoty (i nie musimy) jechać na drugi koniec świata, aby wreszcie sobie "odpocząć".


3. Odśwież rodzinne kontakty. 
Kiedyś czymś naturalnym były dłuższe, kilkudniowe odwiedziny u bliskiej lub dalszej rodziny, połączone z wakacyjnym odpoczynkiem. Osobiście jesteśmy szczęściarzami, gdyż rodziców mamy nad Bałtykiem. Ale być może macie kuzynów, wujków i ciocie, którzy chętnie was ugoszczą?

4. Uprawiaj "retroturystykę".
Niektóre formy wakacyjnego odpoczynku odeszły do lamusa. Czemu do nich nie wrócić? Biwaki pod namiotem, rajdy piesze lub rowerowe, spanie w schroniskach PTSM (ostatnio testowałem całą rodziną i było świetnie: pusto, ceny za nocleg dwa razy niższe niż prywatne kwatery).

5. Teraz Polska!
Mieszkamy w przepięknym kraju, w którym tak wiele jest do zobaczenia, zarówno jeśli chodzi o historię, jak i przyrodę. Przyjeżdżają do nas z Europy, czemu nie mielibyśmy spędzić wakacji w kraju? Jeśli o mnie chodzi, ciągle mam niedosyt podróżowania po Polsce. Poza tym nie płacisz w EURO.

6. Wypróbuj alternatywne formy podróżowania i noclegów.
Kiedyś w modzie był autostop. Teraz możecie spróbować tzw. carpoolingu, a więc podróżowania polegającego na udostępnianiu wolnego miejsca we własnym samochodzie lub korzystania z wolnego miejsca w samochodzie kogoś innego. Można też skorzystać z taniego noclegu oferowanego w systemie couchsurfing. Strona CouchSurfing, założona w 2002 przez Amerykanina Caseya Fentona, dzięki której można zaoferować darmowe zakwaterowanie lub znaleźć osoby oferujące nocleg we własnym domu czy mieszkaniu w wielu zakątkach świata, liczy 2 miliony użytkowników z 238 krajów, a sama organizacja działa non-profit.
A może masz znajomego, który mieszka np. po drugiej stronie miasta, i wymienicie się mieszkaniami? To może być ciekawe, a przy tym nie wymaga wielkiego podróżowania. Z kolei wyjeżdżając możesz zaprosić do siebie kogoś z rodziny lub ze znajomych, może ma ochotę pomieszkać u ciebie, podlewać ci kwiaty, a przy okazji spędzić kilka dni wolnego w ciekawej okolicy?

7. Wypróbuj minimalizm!
Wakacje i urlop to doskonała okazja do sprawdzenia, czy odpowiada ci minimalistyczne podejście do życia. Spróbuj zapakować swoje rzeczy do małego plecaka, ogranicz stan wakacyjnego posiadania do kilkunastu niezbędnych przedmiotów, aby walizki i torby nie były kulą u twojej nogi. Zobacz, jak niewiele wystarczy do życia. Może po powrocie skłoni cię to do zrobienia remanentu w mieszkaniu?

8. Nie kupuj pamiątek.
Ogranicz zbieractwo do minimum. Kolekcjonuj piękne wspomnienia, zamiast -często wątpliwej jakości- gadżetów. Rób mało zdjęć. Te kilka, które zrobisz, będą najlepszą pamiątką, która uruchomi pamięć. Resztę wspomnień przechowuj w swojej głowie. Nie pozwól, aby przeżywanie chwili zostało zastąpione polowaniem na świetne ujęcie.

9. Podróżuj z głową.
Jak pisałem w poście Rodzice na wolnych obrotach: unikaj miejsc, w których roi się od rozrywek, które „rozrywają” głównie portfel i przyprawiają nas o ból głowy. Często po takim wakacyjnym odpoczynku potrzebujemy… odpocząć. Przykład: wyjeżdżamy nad Bałtyk. Można wpaść w oko turystycznego cyklonu z dziecięcą mantrą „wata-cukrowa-hotdog-lody-hamburger-wata-cukrowa…” Zewsząd atakują nas „atrakcje” w postaci plastikowej, tandetnej rozrywki, po którą ustawiamy się w kolejce, aby zabić czas „dobrą zabawą”. Można też znaleźć miejsca odosobnione, z pustą plażą, sklepem oddalonym o 15 minut, gdzie główną atrakcją jest -choć trudno w to uwierzyć- po prostu morze, piasek i wspólna zabawa. Lepiej wybrać szlaki mało uczęszczane, bogate w ciekawe historie, a nie w punkty gastronomiczne. Warto mieć ze sobą własny prowiant: kanapki, owoce, zawekowaną zupę, kuchenkę gazową i wodę w dużym baniaku. A zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na przewodnika.

10. Liczy się atmosfera.
Dużo ważniejszą rzeczą od zobaczenia ciekawych miejsc jest, moim zdaniem, zadbanie o dobrą, wakacyjną atmosferę. Radość, luz, wolność. Trzeba być gotowym na to, że plany są po to, aby je zmieniać. To nic, że nie zaliczyliśym kilku punktów w grafiku zwiedzania. Ważny jest dystans do samego siebie, poczucie humoru, także w obliczu niepowodzeń.

Jak mówił Kotarbiński: Nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiedni ubiór. Zatem, niezależnie od warunków pogodowych, życzę wszystkim (i sobie) udanych wakacji i urlopów.


A jak wy spędzicie wakacje?

W okowach złudnych zabezpieczeń

Współczesny człowiek coraz częściej musi samotnie borykać się ze swoimi problemami. Pozbawiony został korzeni, jakie dawała mu wielopokoleniowa (i zwykle liczna) rodzina, tworząca w dorosłym życiu sieć wzajemnych powiązań i zależności. W dobie skrajnego indywidualizmu, rywalizacji i pośpiechu zanika wspólny kod kulturowy, odruchy ludzkiej solidarności i dobrosąsiedzkie relacje. Miejsce obywatelskiej aktywności zastępuje udział w "społeczeństwie spektaklu" za pośrednictwem telewizyjnego ekranu. Posiadamy dużo znajomych na Facebooku, lecz mało przyjaciół "w realu", którzy w razie potrzeby pomogą zmierzyć się z codziennymi wyzwaniami. Po całym dniu pracy chowamy się do mieszkań i domów strzeżonych wysokimi murami i chłodnym okiem kamer. 

Gromadzenie dóbr.
W tej sytuacji człowiek, szukając zabezpieczeń przed trawiącym go lękiem o przyszłość, zwraca się w kierunku gromadzenia pieniędzy i rzeczy materialnych. Kieruje się przy tym złudnym przeświadczeniem, że majątek i bogactwo stanowią źródło bezpieczeństwa. Złudnym, gdyż w określonych warunkach pieniądze, których wartość jest tylko społeczną konwencją, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. W sytuacji prawdziwych wstrząsów, rewolucji, wojen, plag i kataklizmów pieniądze stają się bezwartościowymi świstkami papieru.

Oszczędność o smaku pomarańczy


Świnka skarbonka jest pusta? Pora ponownie postawić na piedestale cnotę oszczędności!
W skali makro wiele mówi się ostatnio o konieczności zaciskania pasa, choć niektórym gospodarkom brakuje już dziurek. Nie lepiej jest z perspektywy naszego osobistego portfela. Coś najwyraźniej poszło nie tak.
Myślę, że genezy obecnego problemu należy szukać w mentalnej przemianie, która przypada mniej więcej na 2 połowę XX w., gdy uwierzono, w skali narodów i poszczególnych gospodarstw domowych, że droga do dobrobytu i bogactwa może prowadzić przez finansowe skróty. Kultura pracowitości i oszczędności została wyparta przez obyczaj natychmiastowego zaspakajania każdej zachcianki i megakonsumpcji finansowanej kredytem. Uwierzyliśmy, bo chcieliśmy uwierzyć, że -parafrazując pewną reklamę- "jesteśmy tego warci". Na uwagę jednego z moich znajomych, że wszyscy jego koledzy mieszkają już w domach, a on ciągle w bloku, stwierdziłem, że nie uwzględnił kosztów w postaci horendalnych kredytów, przepracowania i zawału serca. W zasadzie dostatnie życie na kredyt stało się należnym nam, obywatelom Zachodu, przywilejem.

Jak osiągnąć prostotę

Zastanawiałem się, jak zwięźle przedstawić komuś, kto nie słyszał o ruchu dobrowolnej prostoty (voluntary simplicity), najważniejsze -moim zdaniem- kroki, bez podjęcia których trudno byłoby osiągnąć prostotę życia. Wprawdzie Henry Thoreau dał na to krótką odpowiedź:  "Należy upraszczać, upraszczać!", ja jednak spróbuję nieco rozwinąć temat:

1. Nie szukaj szczęścia w gromadzeniu pieniędzy i materialnych przedmiotów. 
Bądź bogaty, ale w dobre relacje - z  żoną, dziećmi, bliskimi ci osobami, a także z Bogiem i z samym sobą. Zamiast wyjazdu do centrum handlowego wybierzcie się rodziną na wycieczkę do lasu albo zróbcie sobie piknik. Zamiast oglądania telewizji, zagrajcie w grę. Zaplanuj jeden wieczór w tygodniu na wyjście we dwoje. Napisz list do przyjaciela. Znajdź pół godziny na zapisywanie własnych przemyśleń (może na temat prostoty?). Codziennie znajduj czas na rozmowę, modlitwę i refleksję.

Pieniądze albo życie - Krok 5. Jak uczynić energię życiową widzialną



Pora na kolejny post na temat drogi do niezależności finansowej proponowanej przez książkę Your Money or Your Life. Krok 5 dotyczy graficznego przedstawienia rezultatów działań podjętych w poprzednich krokach, dzięki czemu otrzymujemy przejrzysty i prosty obraz naszej bieżącej sytuacji finansowej i jej perspektyw. Pośrednio uzyskujemy także wgląd w ukryty za liczbami nasz stosunek do pieniędzy (a więc naszej energii życiowej).
Przypomnę, że poprzedni post poświęcony YMYL Pieniądze albo życie - Krok 4. Trzy pytania, które zmienią twoje nawyki finansowe dotyczył analizy miesięcznych wydatków pod kątem uzyskanego dzięki nim poziomu zadowolenia, a także ich zgodności z naszymi najgłębszymi wartościami i celami. Jak już mówiłem, droga do niezależności finansowej nie sprowadza się do tworzenia budżetowego gorsetu, lecz polega na zmianie stylu życia dzięki dostosowaniu wydatków do naszych najgłębszych wartości. W tym celu potrzebujemy informacji zwrotnej. Krok 5 daje nam narzędzie, dzięki któremu śledzimy poczynione w tym kierunku postępy w perspektywie poszczególnych miesiący i lat.

100 rzeczy do szczęścia?

Dzisiaj na stronach Onetu opublikowano artykuł na temat minimalizmu odwołujący się m.in. do mojego postu Sztuka prostoty - między skrajnościami. Zainteresowanych lekturą odsyłam tutaj. Zapraszam!



Najlepsza inwestycja i jej potencjalne koszty

Jak donosiła ostatnio prasa, eksperci Centrum im. Adama Smitha policzyli szacunkowe koszty wychowania dzieci. I tak na utrzymanie i wychowanie dziecka do 20 roku życia trzeba wysupłać 176 tys. zł. Posiadanie dwojga dzieci to koszt 317 tys. zł, trojga - 422 tys. zł, czworga - 528 tys. zł. Dodatkowo wykształcenie dzieci w wieku 20-25 lat (jak rozumiem przy założeniu płatnych studiów i oporu latorośli przed podjęciem jakiegokolwiek zatrudnienia) to kolejne 55 tys. zł na każde dziecko. 

Pewnie dla rządzących warto robić takie raporty, potencjalnych rodziców przestrzegam jednak przed wpadaniem w panikę. Po pierwsze z pewnością koszty utrzymania dzieci kształtują się bardzo różnie w zależności od poziomu zamożności danej rodziny i mogą znacznie odbiegać (zwłaszcza w przypadku wyboru życia w dobrowolnej prostocie) od podanych wyliczeń. Poza tym należy mieć świadomość magii wielkich liczb. Jeżeli na chleb wydamy przez 25 lat około 24-27 tys. zł nie znaczy to, że powinniśmy wykluczyć go z diety. Opierając się na podanych wyliczeniach, po krótkim dzieleniu otrzymujemy dzienne wydatki na jedno dziecko - 24 zł, a na dwójkę dzieci - 43 zł. Nie jest tak źle.
 
Moim zdaniem wpływ potencjalnych kosztów wychowania dzieci na decyzję o ich posiadaniu jest w rzeczywistości niewielki. Weźmy pod uwagę okres PRL-u, kiedy mimo ciężkiej sytuacji finansowej dominowały rodziny wielodzietne. Brak dzieci to nie efekt kalkulacji kosztów, lecz wpływ hedonistycznego podejścia do życia, lansowanego przez media, marketing i reklamę. Ograniczające swobodę rodzicielstwo odkładane jest na ostatnią chwilę.

Często słyszy się, że na dzieci musi nas stać. Ciekawe, że tego rodzaju cierpliwości nie spotykamy w przypadku nabywania dóbr materialnych (jeśli już porównywać je z dziećmi). W społeczeństwie konsumpcyjnym obowiązującą mantrą jest „mieć to natychmiast”. Nie czekamy, aż będzie nas stać, tylko kupujemy, zaciągając kredyty, których łączne koszty z odsetkami znacznie przewyższają koszty utrzymania dzieci. (Swoją drogą ciekawe, czy możliwe byłoby zaciągnięcie kredytu na dzieci). Za takim oczekiwaniem na sytuację, gdy będzie nas stać na posiadanie dzieci, kryje się często wybór wygodnego stylu życia. Z tego względu wątpię, czy ewentualne ulgi i dofinansowanie dla rodzin wpłyną na wzrost dzietności i zatrzymają ujemny przyrost naturalny.

Dlatego kto jest niezdecydowany, kto liczy z kalkulatorem, czy już nadszedł czas, zapewniam: będzie was stać na jedno, dwoje, troje i czworo dzieci. Może nie kupicie tego i owego (kina domowego, nowego samochodu, domu), nie pojedziecie na drogie wczasy... Zawsze będzie nas stać na dzieci, jeśli mamy wizję życia w rodzinie. A na jesieni życia, biorąc pod uwagę kondycję państwa, może się okazać, że podjęta decyzja, pomimo określonych kosztów, była najlepszą "inwestycją" w waszą i ich -dzieci- przyszłość.
Raport Centrum im. Adama Smitha na temat kosztów wychowania dzieci w Polsce 2012 dostępny jest tutaj

Rodzice na wolnych obrotach

Jakiś czas temu zainspirował nas, jako rodziców, krótki manifest zamieszczony na stronie The Idler prowadzonej przez Toma Hodgkinsona, autora książki Jak być leniwym (o której pisałem tutaj).

Słowo "idle" przetłumaczone na język polski może mieć negatywny wydźwięk, znaczy bowiem tyle co "leniwy, bezczynny, próżniaczy". Ale oznacza także "bycie nieaktywnym, spędzanie czasu bez robienia czegoś konkretnego".

Czynności związane z pracą zawodową zajmują w życiu współczesnego człowieka tak dużą ilość czasu, że mało zostaje go dla rodziny i korzystania ze zdobyczy cywilizacji.  The Idler prowadzi kampanię przeciwko etyce pracy ukształtowanej w dobie rewolucji przemysłowej, propagując osobistą wolność, autonomię i odpowiedzialność.

"The idle parent" to styl rodzicielstwa, który pomaga rodzicom zwolnić, rozluźnić się, cieszyć się czasem spędzanym z dziećmi, zachować zdrową równowagę pomiędzy pracą i domem, wychowaniem i zabawą.

Poniżej wybrane punkty „manifestu” w moim tłumaczeniu, opatrzone krótkim komentarzem. Wiele z nich dotyka nie tylko kwestii właściwego podejścia do dzieci, ale również bezpośrednio przekłada się na grubość naszego portfela.


Odrzucamy przekonanie, że rodzicielstwo wymaga ciężkiej pracy


Stereotyp, że rodzicielstwo to harówka, pokutuje w dzisiejszym społeczeństwie, w którym na dzieci decydujemy się dość rzadko, późno i w małej ilości. To często kwestia naszego nastawienia i mentalnego treningu. Nie chodzi o napinanie rodzicielskich muskułów, bo szybko dostaniemy zakwasów. Będziesz wykończony spędzając czas z dzieckiem, o ile osobiście nie zaangażujesz się w zabawę. Nie oznacza to braku naturalnego zmęczenia. Chcę jedynie podkreślić, że bycie rodzicem to bieg długodystansowca - lepiej rozluźnić się, biec spokojnie, we własnym tempie i rytmie, niż spinać się pod wpływem narzuconych "rodzic powinien ..."

W książce Cud uważności. Zen w sztuce codziennego życia Thich Nhat Hanh cytuje słowa pewnego ojca dwojga dzieci: „W przeszłości zwykłem patrzeć na czas, jak gdyby był podzielony na części. Jedna część była zarezerwowane dla Joeya, inna - dla Sue, jeszcze inna – na różne prace domowe. Dopiero pozostały czas traktowałem jako swój - mogłem czytać, pisać, zajmować się pracą badawczą, pójść na spacer. Teraz staram się już nie dzielić czasu na części. Uważam czas Joeya i Sue za swój czas. Kiedy pomagam Joeyowi w lekcjach, szukam sposobów, by traktować jego czas jako swój. Gdy wspólnie z nim rozwiązuję zadania, dzielę z nim chwilę i staram się wzbudzić w sobie zainteresowanie tym, co w danym momencie robimy. Czas poświęcony synowi staje się moim czasem. To samo dzieje się w stosunku do Sue. Muszę powiedzieć, że teraz mam nieograniczoną ilość czasu dla siebie!"


Odrzucamy nieokiełznany konsumpcjonizm, który atakuje dzieci od momentu narodzin


Dzieciństwo bez najnowszych zabawek, stosu lalek, samochodów, petshopów, itp. gadżetów nie oznacza bynajmniej dzieciństwa zmarnowanego. Nie zabierajmy dzieci do centrów handlowych, marketów, z zasady nie kupujmy drogich zabawek. Dziecko do zabawy wykorzystuje przede wszystkim wyobraźnię, wystarczy mu to co ma pod ręką, patyki, kartka papieru, sznurek, stare materiały, karton, kartki, kredki i farby. Najważniejsze: wyłączmy, lepiej - wyrzućmy!, telewizor. Dzieci nie mają żadnej bariery ochronnej przed światem reklamy (a my ją mamy?), nie pakujmy do ich serca i głowy wszystkich tych śmieci.


Czytamy im poezję i opowiadania bez morałów


Czytaj dzieciom - rano, w południe i wieczorem. Zamiast bajki w telewizji, gry na komputerze. Czytaj we dwoje, czytaj całą rodziną. Tutaj jest miejsce na przesadę. Mniejsza o morały, liczy się dobrze opowiedziana i adekwatna do wieku historia.


Nie tracimy pieniędzy na rodzinne jednodniowe wycieczki i wakacje


Nie mam nic przeciwko wyjazdom. Chodzi o podróżowanie z głową. Niekoniecznie w miejsca, gdzie roi się od rozrywek, które „rozrywają” głównie portfel i przyprawiają nas  o ból głowy. Często po takim wakacyjnym odpoczynku potrzebujemy… odpocząć. Przykład: wyjeżdżamy nad Bałtyk. Można wpaść w oko turystycznego cyklonu z dziecięcą mantrą „wata-cukrowa-hotdog-lody-hamburger-wata-cukrowa…” Zewsząd atakują nas „atrakcje” w postaci plastikowej, tandetnej rozrywki, po którą ustawiamy się w kolejce, aby zabić czas „dobrą zabawą”. Można też znaleźć miejsca odosobnione (których nie zdradzę), z pustą plażą, sklepem oddalonym o 15 minut, gdzie główną atrakcją jest -choć trudno w to uwierzyć- po prostu morze, piasek i wspólna zabawa. Co do jednodniówek unikajmy miejsc zatłoczonych, spędów, zlotów, obchodów, przemarszy, pokazów. Nie wiem jak wy, ale nie umiem odpoczywać w tłumie, a ceny lodów tylko podgrzewają atmosferę. Lepiej wybrać szlaki mało uczęszczane, w dni powszednie, bogate w ciekawe historie, a nie w punkty gastronomiczne. Dodam, że warto mieć ze sobą własny prowiant: kanapki, owoce, zawekowaną zupę, kuchenkę gazową i wodę w dużym baniaku. A zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na ciekawego przewodnika.


Leniwy rodzic to oszczędny rodzic


Oszczędny rodzic to nie skąpiec i sknera. To rodzic gospodarny, który potrafi odróżnić potrzebę od zachcianki, który nie spełnia -niczym bezkrytyczna złota rybka-natychmiast dziecięcych żądań. Im mniej wydatków, tym mniej pracy, aby zarobić na wszystkie te rzeczy, bez których doskonale możemy się –my i nasze dzieci – obejść.


Leniwy rodzic to twórczy rodzic


Każdy przedmiot może być inspiracją do zabawy, w rękach dziecka znajdzie dziesiątki zastosowań. Lornetka z kubków po jogurcie, łódka z kartonu, gra planszowa z kapsli. Mam teorię, że najlepsze są zabawy i zabawki wykonane w ciągu maksimum 15 minut z tego, co akurat my i dzieci mamy pod ręką.


Leżymy w łóżku jak najdłużej


Co prawda nie stosujemy tej zasady, gdyż lubimy poranki, zwłaszcza te napełnione słońcem i śpiewem ptaków, ale przytaczam ją dla tych, którzy szukają wymówki do wylegiwania się. Myślę, że chodzi także o brak pośpiechu, atmosferę spokoju, harmonii, nonszalancji, z jaką można zaczynać dzień.


Bawimy się na polach i w lasach


Nie parki rozrywki, nie sale zabaw, lecz pola i lasy (wiem, że czasami do nich daleko). To najlepsze miejsca do twórczej i nieskrępowanej dziecięcej zabawy. Zarośla, kwiaty, drzewa dobre do wspinania. Bogactwo przyrody, którą można odkrywać i podziwiać razem z dziećmi.


Oboje pracujemy najmniej jak to możliwe, szczególnie gdy dzieci są małe


Często stoimy wobec wyboru pomiędzy własnymi ambicjami, potrzebą uznania, prestiżu, a własną rodziną i dziećmi. Niby wybór powinien być oczywisty. W rzeczywistości jest zazwyczaj odwrotnie. Rezygnacja z kariery to droga pod prąd społecznych oczekiwań i wzorców. Dzieci duża zniosą, ale pozostanie w nich emocjonalna dziura, którą wypełnią inni – koledzy i media. Nie czyńmy krzywdy dzieciom, robiąc karierę zawodową czy naukową. Podeprę się cytatem z przemówienia Barbary Bush zamieszczonym we wstępie Siedmiu nawyków szczęśliwej rodziny Stephena Coveya (warto przeczytać!) : "Pod koniec życia nigdy nie będziecie żałować, że nie zdaliście jeszcze jednego egzaminu, nie wygraliście jeszcze jednej sprawy czy nie podpisaliście jeszcze jednej umowy. Natomiast żal Wam będzie chwil nie spędzonych z mężem (żoną), dzieckiem, przyjacielem czy rodzicami."


Czas jest ważniejszy niż pieniądze


Być albo mieć. Zwykle mniej mieć, to więcej być. Czy nowy telewizor na pół ściany sprawi, że będziemy bliżej siebie, czy też okaże się złodziejem naszego rodzinnego czasu, rozmów o ważnych sprawach, wspólnych lektur. Podobno współcześni rodzice rozmawiają średnio z dziećmi 15 minut dziennie, z czego 12 minut to wydawanie poleceń.


Radosny bałagan jest lepszy niż smutny porządek


Wdrażając dziecko do codziennych obowiązków łatwo przysłowiowo wylać je z kąpielą. Porządek (i inne zasady) jest ważny, ale ważny jest też luz, miejsce na spontaniczną zabawę, twórczy nieład (choć to duże wyzwanie dla pedantów), które budują dobre relacje. Warto z góry ograniczyć liczbę przedmiotów, a także zabezpieczyć się w duże pudła, które pomogą opanować rozgardiasz. Wyprzedzajmy bieg wypadków. Zakładajmy dzieciom ubranie, które mogą ubrudzić, pozwólmy im na kuchenne lub łazienkowe eksperymenty, a może nawet wspólne ugotowanie jakiejś potrawy. Przez pierwsze dziesięć lat (: unikajmy kosztownego wystroju mieszkania, drogiej zastawy. Lepiej z góry założyć spore ubytki w wyposażeniu. Okazanie rodzicielskiego spokoju wobec stłuczonej szklanki lub rozbitego talerza, to dla dziecka balsam dla duszy i najlepsza lekcja na temat właściwego stosunku do rzeczy materialnych.


Bierzemy odpowiedzialność


Mam nadzieję, że kilka powyższych punktów manifestu „leniwych” (w dobrym znaczeniu tego słowa) rodziców pomoże innym zdobyć się na odwagę budowania prostej, oszczędnej, spokojnej i -przede wszystkim- autentycznej kultury rodzinnej.


Rodzicom polecam inne wpisy:

10 powodów, dla których wybieram dobrowolną prostotę:



1. Aby zmniejszyć balast otaczających mnie przedmiotów, rzeczy do zrobienia, spraw do załatwienia.

2. Aby odrzucić konsumpcyjny styl życia lansowany jako szczyt ludzkich (moich?) aspiracji.

3. Aby żyć dla innych celów niż osiągnięcie materialnej stabilizacji i dorobienie się.

4. Aby czerpać radość z relacji z bliskimi i obcowania z naturą.  

5. Aby mieć więcej czasu na to, co rzeczywiście ważne, dobre i piękne. 

6. Aby nie chodzić na kompromisy za cenę marzeń i osobistej wolności.

7. Aby pokazać, że do dobrego życia wystarczy mniej.

8. Aby zostawić po sobie planetę w lepszym stanie niż ją zastałem.

9. Aby odmówić udziału w wyścigu szczurów w świecie, w którym normalny oznacza noszenie kosztownych ubrań, które kupuje się dzięki ciężkiej pracy, przepychanie się przez korki kupionym na raty samochodem, by dojechać do pracy, którą musisz wykonywać, żeby płacić za ubrania, samochód i dom, który zostawiasz pusty na cały dzień, aby zarobić na jego utrzymanie.

10. Aby żyć pełnią życia, to jest w sposób, o którym Henry Thoreau napisał:

"Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawać w życiu wyłącznie
przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie życie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem. Nie chciałbym prowadzić życia, które nim nie jest, wszak życie to taki skarb; nie chciałem też rezygnować z niczego, chyba że było to absolutnie konieczne. Pragnąłem żyć pełnią życia i wysysać z niego kwintesencję, żyć tak śmiało i po spartańsku, aby wykorzenić wszystko, co nie jest życiem, aby zbierać bogaty plon i dosięgać sedna, aby zapędzić życie w kozi róg i uprościć je do najskromniejszych potrzeb.