Odłącz się od Matriksa!

To się zrobiło chore, nie mogę spokojnie się spotkać z żadnym ze znajomych. Podczas spotkania co chwilę... bzzzz.... bzzzzz.... Bzzzz... albo ding... dong... dang... znajomy wyciąga smartfona i zerka... tak tak, sorry Remigiusz już słucham ciebie... po chwili to samo... buuuuu.... buuuu.... bzzzzz.... bierze smartfona, coś szybko odpisuje... to Radek na mesendżerze, wiesz, obiecałem, że mu napiszę te kwoty... ok, no wiesz... rozmawiamy sytuacja się powtarza... mój rozmówca zerka ukradkiem na smartfona, o sorry, to bardzo ważne, wychodzi na kilka minut na zewnątrz porozmawiać... dobra Remigiusz już jestem, na czym to skończyliśmy, o co chodziło...

...już o nic, netoholiku!

Skoro Ty (tak, do ciebie mówię) mnie czytasz to zapewne masz net, zapewne też masz smarftona. Po co ci jednak ta smycz i obroża niewolnika na szyi? Jesteś botem do obsługi Fejsbuka, psem łańcuchowym Zuckerberga, cholerną ludzką bateryjką w Matriksie?



Niedawno na grupie minimalizm pytałem jednego Kolegę, po co mu smartfon. No bo on chce być w ciągłym kontakcie ze znajomymi. Po co? Przestaną być znajomymi, jeśli odłączysz się od Matriksa? Jeśli tak to na co Ci tacy „Friends”!?

Wchodzę do szkoły językowej. 

Grupa chłopaków w wieku wczesnonastoletnim czeka przed niemieckim. Ustawili się pod ścianą w rządku, cala grupa. Każdy przed nosem ma smartfona i coś klika. Milczą, co chwilę jakiś uśmiecha się pod nosem. Oczy szkliste jak u nieświeżej ryby, wpatrzone w smartfona.

Chore. Za moich czasów nastoletnich biegaliśmy, ganialiśmy się, rozmawialiśmy o dziewczynach, było wesoło. Teraz widzę żywe mumie ustawione pod rząd jak bateryjki w Matriksie.

Czy Ty tak też robisz?

Odłącz się od Matriksa! Na początek zablokuj wszystkie sieci w Twoim smarftonie, naprawdę nie potrzebujesz tego do życia. Na początek chociaż wyrzuć Mesendżera, to nie tylko program do Fejsa, ale i programistyczny trojan szpiegujący Cię na każdym kroku, program rejestrujący Twoją lokalizację, badający co mówisz,  Twoje kontakty w telefonie i częstotliwość rozmów...

Czy musisz być zawsze on-line na Twoim laptopie? Ja piszę ten artykuł w spokoju, off-line na OpenOffice, odłączony od całego świata, od Fejsa, Gugla, maila, nawet z wyłączoną komórką – zresztą tylko taką prostą komórką, byle z mocnym akumulatorem, jaką mają brygadziści na budowie albo ludzie idący w góry. 

Żyję? Jak widać żyję i mam się dobrze. 

Nie negując dorobku techniki, korzystając z niej kiedy chcę, wytyczam jasną, twardą granicę. STOP! Tu kończy się Matrix... to moja domena i moje życie. Realne życie Remigiusza!

Remigiusz, autor bloga "Oszczędzanie" 



 

Sekret siódmy - wyposażenie duchowe

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Jeśli bym uważał, że poprawność polityczna jest ważniejsza, to tego wpisu nie powinno być......

Sekret siódmy dotyka bardzo istotnego aspektu wychowania naszych dzieci, a zarazem bardzo wrażliwego i może pomijanego - duchowości, przekazywania wiary i jej codziennej realizacji przez postawy, czyny, gesty.
Czy chcemy być odpowiedzialni za religijne wychowanie naszych dzieci? Czy współczesny świat nam pomaga, a może schodzimy z tym do "podziemia"?

A jeśli nie wierzymy w Boga? Przyjmujemy postawę obojętną lub Absolut jest dla nas tym, w co warto wierzyć? Niezależnie od przekonań warto (jako ojciec, mąż, człowiek) stawać się wzorem uczciwego, prawego i pobożnego mężczyzny.

Autor podpowiada:
Aby poradzić sobie z duchowym wyekwipowaniem dzieci, musisz sobie odpowiedzieć na cztery podstawowe pytania:
  1. Jak ważny jest dla ciebie duchowy i religijny rozwój twojego dziecka?
  2. Czy przewodzenie rodzinie jako duchowy przywódca jest dla ciebie priorytetem?
  3. Jakimi cechami Bóg cię obdarzył, abyś nadawał się do pełnienia tej roli?
  4. Gdzie możesz zdobyć odpowiednią wiedzę i formację, aby dobrze wypełniać to zadanie w przyszłości?
Te pytania tak naprawdę prowadzą do jednego kluczowego: 
Jak formować samego siebie, aby dobrze uformować samego siebie?

Podsumowaniem niech będzie to zdanie:
Wychowanie religijne dzieci jest zbyt ważnym zadaniem, aby delegować je na kogoś innego.

Temat pozostawiam otwarty do dyskusji bądź przemyśleń. Można w słowo religijne/duchowe wstawić sobie dobre/etyczne. 


Koncepcja małżeństwa przy filiżance herbaty

W reakcji na wpis Doroty pomyślałem, że podzielę się z Wami pewną praktyką lub też tradycją, która może być dobrym narzędziem wychodzenia z burz i sztormów (a czasem niepokojącej ciszy) w naszych związkach.

 
 


Chyba zaraz po ślubie czytaliśmy gdzieś o koncepcji małżeństwa przy filiżance herbaty. Chodziło właściwie o to, aby znaleźć czas na rozmowę ze sobą. Cóż w tym trudnego, myśleliśmy. O to na początku raczej nietrudno. Z czasem, gdy pojawiają się dzieci i fura obowiązków, okazja na jednoczącą dwoje osób rozmowę może się tak prędko nie nadarzyć. Lepiej nie zostawiać jej na łaskę i niełaskę przypadku.

Nieużywane instrumenty muzyczne rozstrajają się, fałszują i raczej nie zagrają razem melodii miłej dla ucha. Jeżeli nie rozmawiamy ze sobą o sprawach głębszych niż odebranie dzieci z zajęć, zrobienie zakupów lub omawianie planów na weekend, może i staramy się oboje zagrać jakąś melodię jak najlepiej, ale dźwięki nie chcą się składać w harmoniczne brzmienie. My także potrzebujemy co jakiś czas dostroić się do siebie, gdyż zmieniamy się, ulegamy różnym prądom, odpływając często w przeciwnych kierunkach.

Przez kilka dobrych lat staraliśmy się znaleźć raz w miesiącu czas na nasz "dialog małżeński". 

Dialog nie jest: odbijaniem pałeczki, rozrachunkiem małżonka, trybunałem, zebraniem sprawozdawczym.

Dialog jest: chwilą wspólnych odkryć, budowaniem jedności, drogą w głąb wspólnego życia, dopasowaniem dwóch odrębnych spojrzeń na życie i ludzi.

Przede wszystkim należy wziąć kalendarz i takie "spotkanie" zaplanować. Trzeba zarezerwować sobie 2-3 godziny czasu, poprosić o opiekę nad dziećmi. Najlepiej wyjść z domu, znaleźć ciche i spokojne miejsce. Jeżeli nie mamy opieki nad dziećmi, możemy dialog przeprowadzić wieczorem, gdy będą już spały. Robimy sobie dobrej herbaty, zapalamy świecę. Siadamy.

Jednym z plusów praktykowania dialogu jest towarzysząca codziennym napięciom i nieporozumieniom świadomość, że przyjdzie dzień, w którym będziemy mogli się spotkać i spokojnie daną sprawę sobie wytłumaczyć. Zapobiega to robieniu uwag "na gorąco", z kolei sprawy błahe z czasem odchodzą w cień i przestają być warte omówienia. Z mętliku spraw wyłaniają się te zasadnicze, wymagające rozmowy. I to w chwili, gdy jesteśmy pozytywnie do siebie nastawieni. Aby nie zapomnieć tego co kluczowe, warto zapisywać sobie "tematy" na dialog w zeszycie.

 O czym by tu powiedzieć? 


- możecie zapytać. Oczywiście zejście w głąb wymaga czasu i treningu, zwłaszcza, gdy tak naprawdę dawno ze sobą nie rozmawialiśmy.

> życie osobiste: opowiedz o tym, czym aktualnie żyjesz, co ma dla ciebie znaczenie, jakie przeżywasz trudności. Chodzi o prawdziwe odkrycie ciągle "na nowo" tej drugiej osoby, z szacunkiem i czujną uwagą.

> ty i ja: gdzie jesteśmy, jeśli chodzi o naszą jedność pod względem fizycznym, uczuciowym, intelektualnym, duchowym?

> my i nasze dzieci: czy zauważamy jakieś problemy, czy mamy dla nich czas, co chcemy zmienić w życiu naszej rodziny?

> bieżące problemy, które "zebraliśmy" w ostatnim miesiącu.


Zdaję sobie sprawę, że takie umawianie się na rozmowę może spotkać się z zarzutem, zwłaszcza u młodych par, braku spontaniczności. Ale, jak pisałem na początku, dobre okazje rzadko się nadarzają.

Ostatnia uwaga: z pewnością nie należy prowadzić dialogu jako "wyrównania rachunków". Nie płyńmy na fali elokwencji, ale weźmy pod uwagę, że druga osoba nie zawsze jest w stanie wszystkiego wysłuchać, tak jak nie zawsze jest zdolna wszystko wypowiedzieć. Bądźmy dla siebie wyrozumiali i delikatni.


Na koniec chcę Wam powiedzieć, że już dawno nie mieliśmy takiego spotkania przy filiżance herbaty. Wpis Doroty i przypomnienie sobie cennej, choć zarzuconej od dłuższego już czasu, praktyki dialogu uprzytomniły mi, że najwyższy czas umówić się z Żoną na "poważną rozmowę". Nieważne przy tym, kto będzie grał pierwsze skrzypce ;)


Polecam także wpis Lista ulubionych zajęć we dwoje.

O tym co przed nami

Ostatnio jeden z Autorów bloga zapytał mnie jak go sobie dalej wyobrażam ?


Zacząłem się nad tym zastanawiać. Na początku lutego blog obchodzić będzie 4 urodziny. Tak więc okres niemowlęcy, raczkowania i stawiania pierwszych kroków mamy niewątpliwie za sobą. Na blogu mogliście przeczytać bardzo wiele wpisów odnoszących się do idei dobrowolnej prostoty. Wkładam sporo pracy, aby materiał ten systematyzować (stąd pomysł zakładek i archiwum), w miarę możliwości redagować, urozmaicać zdjęciami, czuwać nad poprawnością językową.

Jednocześnie, czego pewnie nie wiecie, staram się chronić blog przed działaniami komercyjnymi  - właściwie stale usuwam linki podszywające się pod komentarze przekierowujące na strony biznesowe, odmawiam prośbom opublikowania tekstów „sponsorowanych”, a także zamieszczania linków do ciekawych stron, ale ociekających reklamami  – już dawno założyłem, że blog jest miejscem, w którym dbamy nawzajem o dobrą, wolną od marketingowych wpływów, atmosferę.


Jedyną korzyścią, jaką czerpię z pisania bloga, jest świadomość, że inspirujemy siebie nawzajem do prostszego, mniej zabieganego i zagmatwanego, a bardziej satysfakcjonującego życia.


Ktoś zapytał mniej jak mogę ciągle pisać o dobrowolnej prostocie, skąd biorę tematy? Mogę odpowiedzieć, że z jednej strony wpisy publikują także inni Autorzy bloga, każdy kolejny jest dla mnie miłą niespodzianką :) Z drugiej - dobrowolna prostota jest bardziej procesem niż punktem docelowym.
Ciągle też uczę się nowych rzeczy, także od strony technicznej, odkrywam możliwości różnych narzędzi, w tym mediów społecznościowych, które chciałbym bardziej wykorzystywać. Nie chcę, abyśmy pisząc lub czytając bloga, wszyscy z czasem posnęli.

Pamiętam radość i entuzjazm, jakie towarzyszyły mi przy okazji odkrywania dobrowolnej prostoty i chciałbym, żeby ta idea była ciągle żywa, rozkwitająca, radosna i lekka. Aby dawała powietrza w płuca, kopa do zmian, poczucie wiatru we włosach i pod skrzydłami oraz chęć do przełamywania schematów.


Dlatego pozwólcie, że będę nieco eksperymentował z formą i treścią, szukał nowych rozwiązań i środków dla propagowania voluntary simplicity. Aby ta idea nie skostniała w dywagacjach, dzieleniu włosa na czworo, ale była przede wszystkim pociągającą, dającą codzienną, pozytywną energię do zmian, inspiracją.

Jedną ze zmian jest inna szata graficzna bloga. W jakiś sposób zdjęcie tytułowe jest symboliczne i od razu przykuło moją uwagę. Chłopiec (mniej więcej w wieku bloga?) z dużym przejęciem pokazuje paluchem na coś, czego sami na razie nie widzimy. Może jakiś niewielki punkt na horyzoncie? A może dalszy kierunek?

Wiele robimy w życiu dla siebie, ale jeszcze więcej potrafimy zrobić dla dzieci. To one, dzięki naszej zmianie, będą mogły, już teraz lub kiedyś, żyć życiem bardziej prostym, zrównoważonym i pięknym.

Niby więc poprzedzamy przyjście naszych dzieci, ale tak naprawdę to one idą przed nami, inspirują nas do lepszej wersji samych siebie, pokazują palcem to, czego czasem -z poziomu swoich „dorosłych” spraw- nie dostrzegamy. One same dają nam siłę do zmian.


Mam nadzieję, że taki będzie także dalej nasz blog...


Wkrótce opiszę kilka nowych pomysłów. Myślę także o wzięciu udziału w konkursie na Blog Roku 2014 r. Co Wy na to? Czego życzylibyście sobie więcej/mniej na blogu? Jakieś prośby do innych Autorów? A może inni Autorzy zabiorą głos?

O inwestycjach bardzo osobiście

Prawie dwa lata nic tu nie publikowałam, witam więc po przerwie:)

Trochę się u mnie zmieniło od tego czasu. Po pierwsze - urodziłam drugie dziecko:) W kwestii światopoglądowej - dużo rozmyślałam o związkach, zwłaszcza o moim małżeństwie, ale też o stałych związkach z mojego otoczenia. Jak się tak rozglądam to niestety nie jest kolorowo - z jednej strony rozwody, rozwody ... Moje miasto w skali całego kraju ma najwyższy procent rozwodów rocznie. W pewnym momencie postanowiłam nawet, że wszystkie moje znajome, koleżanki będę wpisywać do telefonu z nazwiskiem panieńskim, bo przestałam się orientować w tych ciągłych zmianach nazwisk ...

Z drugiej strony - mnóstwo par, które łączy wspólne gospodarstwo domowe, dzieci, kredyt - poza tym zdają się sobie być zupełnie obcy ... to takie smutne. W tym wszystkim znalazło się kilka perełek, u których miłość - dojrzała, przerabiająca kryzysy na swą korzyść, oparta na zaufaniu i podejrzewam ... ciężkiej pracy - wciąż po wielu latach trwa. Jak oni to robią?

Z mojego doświadczenia na pewno podpisać się mogę pod stwierdzeniem Stephena R. Coveya, że "kochać to czasownik". Jestem przekonana, że brak konkretnych działań, rytuałów, wspólnego czasu tylko we dwoje (a nie mam tu na myśli wspólnego oglądania tv:), może zabić z czasem najgłębsze uczucie. Dla nas takimi działaniami stał się np. kurs tańca, wspólne czytanie na głos, wyjścia we dwoje wieczorem, gdy uda nam się zorganizować opiekę do dzieci, masowanie sobie nawzajem stóp.

Jakkolwiek sielankowo to brzmi ... sielanką nie jest:), bo stały związek to nie sielanka (jak dla mnie - może macie inne doświadczenie?). Zaczęło się od tego, że zostawiliśmy nasz związek "samopas" kilka lat temu, zajmując się - on zarabianiem, ja dziećmi i wszystkim innym dookoła - tylko nie sobą nawzajem. To doprowadziło do kryzysu bliskości i bardzo bolesnej pustki między nami. Nie chcieliśmy tak żyć.

Postanowiliśmy spróbować raz jeszcze. Brakowało nam na to czasu (dzieci, praca), siły, a wydanie niemałej kwoty na terapię, mając z tyłu głowy, że mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu, wydawało się takie nierozsądne ... Jednak zainwestowaliśmy nasz czas, energię i pieniądze w to, żeby przekuć ten kryzys w pozytywny zwrot w naszym związku. I jak dotąd jest to moja najlepsza życiowa inwestycja:)

Ostatnio założyłam na fb stronę o nazwie "Bliskość w stałym związku", która ma służyć wymianie doświadczeń, przemyśleń, dzieleniu się inspiracjami na temat pielęgnowania uczucia w związkach - zapraszam do zaglądania i udziału.

Lalka doskonała...

Ciąg dalszy lektury Momo Michaela Ende... (poprzedni wpis znajdziecie tutaj)

Ponieważ Momo, odwiedzając swoich dawnych przyjaciół, weszła w paradę szarym panom, ci podrzucają jej lalkę, która "nie wyglądała jak dziecko, tylko jak elegancka młoda dama lub figura z wystawy sklepowej." Momo kompletnie nie potrafiła bawić się tą lalką, która powtarzała w kółko trzy zdania:

 - Dzień dobry. Jestem Bibigirl, lalka doskonała.

- Należą do ciebie. Wszyscy ci mnie zazdroszczą.

- Chcę mieć jeszcze więcej rzeczy.

"Gdyby lalka nic nie mówiła, wtedy Momo mogłaby odpowiadać zamiast niej i wywiązałaby się całkiem miła pogawędka. A powtarzając ciągle to samo, Bibigirl udaremniała próbę rozmowy." Po chwili ogarnęło Momo nieznane jej uczucie - NUDA. Wkrótce pojawia się szary pan, który próbuje nauczyć Momo zabawy lalką, gdyż "taką fantastyczną lalką nie można się bawić tak jak innymi lalkami, to chyba jasne."

I tu zaczyna się fragment, który być może będzie Wam coś przypominał:
- Po pierwsze - powiedział - potrzebuje wielu ubrań. Jest tu na przykład olśniewająca suknia wieczorowa. 
Wyciągnął ją i rzucił dziewczynce.
- A tu futro z prawdziwych norek. A tu jedwabny szlafrok. A tu strój tenisowy. I kombinezon narciarski. I kostium kąpielowy. I strój do jazdy konnej. Piżama. Koszula nocna. Druga sukienka. I jeszcze jedna. I jeszcze jedna. I jeszcze jedna... Ale po paru dniach też ci się to znudzi, nie uważasz? No cóż, w takim razie musisz mieć dla swojej lalki więcej rzeczy.
- Jest tu na przykład prawdziwa mała torebka z wężowej skóry z małą szminką i puderniczka w środku. Jest tu mały aparat fotograficzny. Jest rakieta tenisowa. Jest telewizor dla lalek, który działa jak prawdziwy. A tu bransoleta, naszyjnik, kolczyki, rewolwer dla lalek, jedwabne pończoszki, kapelusz z piórem...

- Jak widzisz - podjął szary pan - to całkiem proste. Trzeba tylko mieć coraz więcej  i więcej, wtedy człowiek nigdy się nie nudzi. Ale może myślisz, że doskonała Bibigirl pewnego dnia będzie miała WSZYSTKO i że wtedy znowu zrobi się nudno. Nie, moja mała, nie ma obawy! Na tę okoliczność mamy bowiem dla niej odpowiedniego towarzysza. 

Szary pan wyciągnął z bagażnika inną lalkę...
- To jest Bubiboy! Dla niego też jest całe mnóstwo akcesoriów. A jeśli to wszystko, wszystko się znudzi, to jest jeszcze przyjaciółka Bibigirl, która ma własne wyposażenie, pasujące tylko na nią. A do Bubiboya jest jeszcze odpowiedni przyjaciel, który także ma przyjaciół i przyjaciółki. Widzisz więc, że nigdy nie ma miejsca na nudę, bo zabawę można ciągnąć bez końca i zawsze jeszcze pozostaje coś, czego możesz sobie życzyć. 

- Wtedy twoi przyjaciele nie będą ci już w ogóle potrzebni, rozumiesz? Będziesz mieć przecież dość rozrywek, kiedy wszystkie te piękne rzeczy będą należeć do ciebie i będziesz ich dostawać coraz więcej, prawda? Przecież chcesz tego? Chcesz mieć tę fantastyczną lalkę? Koniecznie chcesz ją mieć, prawda?

Jakoś dziwnie łatwo powyższe fragmenty książki (opublikowanej w 1973 r.) odnieść nie tylko do współczesnych zabawek, lecz do produktów oferowanych dorosłym... To przecież całkiem proste: trzeba tylko mieć coraz więcej  i więcej, wtedy człowiek nigdy się nie nudzi. Bo zabawę można ciągnąć bez końca i zawsze jeszcze pozostaje coś, czego możesz sobie życzyć.



Fragmenty Momo w przekładzie Ryszarda Wojnakowskiego

Jak piec bez piekarnika?

Oglądając filmy o niekonwencjonalnych projektach mikromieszkań trafiłam na pomysł zastąpienia piekarnika garnkiem żeliwnym. Nota bene pomysłodawca na zmywarkę już się zdecydował :)
W domu, w którym aktualnie mieszkam, piekarnik z kolei nie działa. Odpowiedź na problem wydaje się być prosta: kupić nowy.


źródło
Poza słynnym modelem MPM (około 400 zł), który pieści stopy i masuje plecy, we wszelkiej maści dyskontach są też dostępne bardziej podstawowe modele (około 130 zł). Niby jest to lepsze rozwiązanie niż kupno wersji pełnowymiarowej, w której trzeba by piec 4 pizze na raz, aby nie marnować energii. Problem polega na tym, że przeprowadzka z takim sprzętem przypomina mi taszczenie telewizora kineskopowego z mieszkania do mieszkania...

Kombiwar halogenowy

źródło
Przeciętny model to wielkie bydlę, tak jak piekarnik wolnostojący. Da się go kupić wprawdzie o pojemności 3,5 litra, ale wymaga to wiele szukania. Najłatwiej chyba nabyć na aliexpress...
Plusy to zdecydowanie szybkość pieczenia (czasem 2 razy szybciej) i energooszczędność porównywalna do mikrofalówki. No i myje się sam...
Minusy? Okrągły kształt powoduje, że zajmuje więcej miejsca w szafce, a światło halogenowe zabija wartości odżywcze (głównie witaminę B2 i D).


A może prodiż?


źródło

Właściciel domu od czasu do czasu pożycza mi prodiż. Działa jak keksówka lub tortownica (w zależności od kształtu), tyle że ma wmontowaną grzałkę. Zakochałam się w tym urządzeniu z miejsca, ponieważ:
-rozgrzewa się migiem, bo jest wykonane z aluminium (chyba żaden inny metal nie nagrzewa się tak szybko), a mi bardzo zależy na szybkim gotowaniu
-jest lekki i mały (szczególnie model a la keksówka), więc w kuchni zajmuje mało miejsca i nie jest uciążliwy przy przeprowadzkach
- to urządzenie "wszystko w jednym" - nie wymaga dokupowania brytfanek lub blach do pieczenia, które również zajmują miejsce, dodatkowo świetnie trzyma wilgoć, dzięki czemu przykładowo kaczka (słynna z tego, że wychodzi sucha) w moim wydaniu jest idealnie delikatna....

Jest jedno "ale": bezpieczeństwo :( Aluminium jest uznawane za przyczynę parkinsona i alzheimera. Na rynku są też dostępne modele pokryte teflonem, ale on też do najbezpieczniejszych nie należy. Wersji z powłoką ceramiczną nie wymyślono, a szkoda...

To może wspomniany żeliwny garnek z angielska zwany francuskim/holenderskim piekarnikiem?

źródło
Oto Pyrex czyli miłość Poznaniaka ;)

Można kupić modele "czysto żeliwne" z powłoką emaliowaną lub ceramiczną. Jak to jest, że żeliwne garnki poleca się anemikom, a w tych z odpryśniętą emalią nie można gotować, bo żelazo przedostaje się do jedzenia? Podobno w takim garnku można też smażyć, czyli mogłabym pozbyć się patelni.
Ten sposób ma jednak tę samą wadę, co piekarniki gazowe, czyli brak przewidywalnej temperatury pieczenia. Należę do osób, które robią jedzenie według przepisu, w związku z totalnym brakiem orientacji w temacie. Coś mi jednak mówi, że pewnie mogłabym z tym jakoś żyć.
Obawiam się też, że pieczenie w nim zajmie dużo czasu, bo żeliwo będzie się wolno nagrzewać (wie ktoś coś o tym?).


Przeszukując Googla znalazłam taki patent:


www.fauziaskitchenfun.com

Jak widać na zdjęciu, chodzi o pieczenie tym razem w zwykłym garnku. Na dno kładziemy kratkę, a na niej stawiamy formę do pieczenia i przykrywamy to wszystko pokrywką. Niby tu też brak przewidywalności temperatury, ale zawsze można użyć pokrywki z termometrem. Boję się jednak, że ciasto nie będzie chciało w takich warunkach rosnąć, a kurczak zrumienić... Kusi mnie to bardzo, bo zwykłe garnki są uniwersalne, a to oznacza mniej naczyń. Wkrótce postaram się spróbować.

Ciekawa jestem, przy czym pozostanę :)

Autor: Amy, minimalizm w praktyce

Pan Fusi oszczędza czas, czyli życzenia na Nowy Rok

Kolejny rok na blogu za nami. Cieszę się z tak wielu wpisów, komentarzy, czasem gorących dyskusji! Czy posunęliśmy się na drodze do prostego życia do przodu? Mam nadzieję, że tak. Może bez spektakularnych dystansów, ale tak zwyczajnie, niespiesznym tempem, krok za krokiem...

Wdzięczny jestem za Waszą obecność, bogatszy o własne i Wasze przemyślenia, cieszę się zwłaszcza z tego, że w księgarniach pojawiły się dwie ważne i ciekawe książki dotyczące prostego życia („Minimalizm po polsku” Anny Mularczyk-Meyer oraz „Mniej” Marty Sapały). Ostatnio miałem także okazję przeczytać jedną z pierwszych prac magisterskich dotyczących minimalizmu. W ten sposób idea prostego życia ma szansę stać się w miarę spójną alternatywą, a także zdobywać coraz szerszy krąg zwolenników.
Dziękuję zwłaszcza Współautorom bloga (starym i nowym), którzy ubogacili go swoimi tekstami. Wiem ile czasem kosztuje zabranie się za pisanie. Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku z nami pozostaniecie!

***

Skoro już wkrótce pożegnamy stary rok i powitamy nowy, będzie trochę o czasie i jego oszczędzaniu.

Podczas wczorajszej lektury z dziećmi wpadła mi w ręce książka Michaela Ende Momo i rozdział, w którym pan Fusi, fryzjer, myśli o rozpoczęciu prawdziwego życia: „Jak miałoby wyglądać to prawdziwe życie, tego pan Fusi za bardzo nie wiedział. Wyobrażał sobie tylko coś znaczącego, coś luksusowego, coś, co widuje się zawsze w magazynach ilustrowanych. Ale na coś takiego, myślał z rozdrażnieniem, nie mam czasu z powodu pracy. Bo na prawdziwe życie trzeba mieć czas. Trzeba być wolnym. Ja natomiast przez całe życie jestem niewolnikiem ciachania nożyczkami, mielenia językiem i namydlania podbródków.”

Skąd wziąć czas? Po prostu trzeba go zaoszczędzić! Pana Fusiego odwiedza szary pan, który proponuje mu otworzenie konta oszczędnościowego. Wylicza ile czasu zostało mu z dotychczasowego życia po odjęciu czasu na sen, czasu poświęconego na pracę, na posiłki, rozmowy ze starą, niesłyszącą matką, zajmowanie się papużką falistą, robienie zakupów, czyszczenie butów i inne uciążliwe obowiązki, chodzenie do kina i restauracji, codzienne odwiedziny u niepełnosprawnej panny Darii, w końcu zwyczaj siedzenia przez kwadrans przy oknie i rozmyślania nad minionym dniem. Ile zatem oszczędności mu zostało? ZERO!
"Gdyby na przykład dwadzieścia lat temu – zabrzmiał przy jego uchu popielaty głos agenta – zaczął pan oszczędzać tylko godzinę dziennie, to stan pańskiego konta wynosiłby teraz dwadzieścia sześć milionów dwieście osiemdziesiąt tysięcy sekund.” 

Pan Fusi decyduje się na założenie konta oszczędnościowego. Co musi zrobić? „Ależ mój drogi – odpowiedział agent, unosząc brwi – na pewno pan wie, jak oszczędzać czas! Na przykład musi pan po prostu szybciej pracować i zaniechać wszystkiego, co zbędne. Zamiast pół godziny proszę poświęcać klientowi tylko kwadrans. Proszę unikać czasochłonnych rozmów. Godzinę przy starej matce niech pan skróci o połowę. A najlepiej proszę ją oddać do dobrego, taniego domu starców, gdzie będą o nią dbać, wtedy zyska pan od razu całą godzinę dziennie. Proszę pozbyć się niepotrzebnej papużki falistej! A pannę Darię odwiedzać tylko raz na dwa tygodnie, jeśli to w ogóle konieczne. Niech pan zrezygnuje z kwadransa, jaki przeznacza pan na podsumowanie minionego dnia, a przede wszystkim niech pan już nie marnotrawi tak często swego cennego czasu na śpiewanie, czytanie, a tym bardziej na spotkania z tak zwanymi przyjaciółmi.”

Od tej pory pan Fusi zaczął oszczędzać czas. Dni stawały się coraz krótsze – najpierw niezauważalnie, lecz potem pan Fusi zaczął to wyraźnie odczuwać. Zanim się zorientował, znów upłynął tydzień, miesiąc, rok i jeszcze jeden rok, i jeszcze jeden.

Gorączka oszczędzania ogarnęła całe miasto. Wyglądało na to, że nikt nie zauważał, iż oszczędzając czas, oszczędza w rzeczywistości coś innego. Nikt nie chciał się przyznać, że jego życie staje się coraz uboższe, coraz bardziej jednostajne i coraz zimniejsze. Nie potrafiono tak naprawdę świętować, ani z okazji radosnych, ani poważnych. Kiedy ktoś miał marzenia, uznawano to niemal za przestępstwo. Nawet wolne godziny musiały być wykorzystywane i dostarczać w pośpiechu tyle przyjemności i odprężenia, ile to tylko możliwe. Nieważne było, czy ktoś lubi swoją pracę i wykonuje ją chętnie – przeciwnie, to zabierało tylko czas. Ważne było jedynie, żeby w możliwie krótkim czasie zrobić możliwie jak najwięcej. A najdotkliwiej odczuły to dzieci, gdyż także dla nich nikt nie miał już teraz czasu.

Jeżeli zatem myślicie o tym, aby zacząć nowe życie, nie oszczędzajcie na to czasu według rad szarego pana. Nie żałujcie go dla siebie i innych: na papużki faliste, rozmyślania pod koniec dnia, rozmowy z przyjaciółmi, czytanie i śpiewanie. Bo - jak pisze Ende- czas to życie, a życie mieszka w sercu. To moje życzenia dla Was na nadchodzący rok!


Na zakończenie Tym, u których miniony rok nie spełnił pokładanych w nim nadziei, oczekiwań i planów, i mniej lub bardziej przywodzi na myśl katastrofę, chciałbym zadedykować scenę jednego z moich ulubionych filmów: 







Fragmenty Momo w przekładzie Ryszarda Wojnakowskiego



Minimalizm - jak to ugryźć?

Minimalizm jest ideologią. Im więcej ma "wyznawców", tym więcej interpretacji.

Ktoś kiedyś wymyślił sobie regułę, że minimaliście do życia wystarczy 100 rzeczy. Każdy, kto zwie się minimalistą, chciał jej sprostać, ale -z różnych przyczyn- nie każdemu to wyszło. I tu dała znać o sobie chęć naginania zasad: tak, oczywiście, że mam tylko 100 rzeczy, a że jedną z nich jest 30 par majtek, to już inna sprawa...Trochę się to robi groteskowe. Ale z drugiej strony, jak tu żyć tylko ze 100-a rzeczami?

Spotkałam się wielokrotnie z opisami, jak to ktoś zrobił sobie detoks od rzeczy, na określony czas, żeby sprawdzić, czy mu z tym dobrze i by ocenić, czy taki sposób na życie mu się spodoba. No cóż, są rewolucje i ewolucje... Wiele jest blogów opisujących te pierwsze. Ja preferuję te drugie.

Co polecam?
Paradoksalnie codzienną refleksję nad życiem :) Codziennie, w miarę sił, rozmyślam o tym, co jest dla mnie ważne, a co nie, co sprawia mi radość, a co ją odbiera...

Piękno w tym sposobie na życie jest w tym, że każdy element jest tak cudownie logiczny i spójny, wszystko się uzupełnia. Przykład? Jeśli mam pokój, w którym prawie nic nie mam, to uprzątnięcie go zajmie mi jakieś 5 minut. To znaczy, że pozostały czas mogę poświęcić na rzeczy ważne lub takie, które sprawiają mi radość.

Minimalizm to prostota. Nie liczę posiadanych przedmiotów. Stawiam raczej na "praktyczną ilość", czyli np. na daną porę roku potrzebuję mieć przynajmniej tyle ubrań, ile mieści standardowej pojemności pralka. Mniej jest nieekologicznie i nieekonomicznie.

Chodzi o to, by odwołać się do generalnej idei: po co mi to wszystko? Co jest mi na co dzień pomocą, a co ciężarem? Na czym chcę się skupić w życiu, a co jest moim złodziejem czasu?

Moja droga...
była długa :) Jak wielu obecnych 30-latków moi rodzice wychowali się w PRL-u, a dziadkowie borykali się z konsekwencjami wojny, tak więc mój radosny żywot poprzedziły dwa pokolenia zbieraczy :) Ogólne poczucie nadmiaru rzeczy towarzyszyło mi od dziecka.

Mieszkania mojej mamy i babci obfitowały w całe mnóstwo pamiątek, ozdóbek, znalezisk, innymi słowy... zbieraczy kurzu. Ich codzienność wypełniona była wiecznym gotowaniem i sprzątaniem. Dorastałam przyglądając się temu i zastanawiając się, w jaki sposób te kobiety się realizują, co wnoszą w życie innych, co po sobie zostawią. Jednocześnie wielokrotnie zdawałam sobie sprawę, że dużo łatwiej jest mi przemyśleć wiele kwestii, zebrać myśli, a także pracować w pomieszczeniach z białymi ścianami, w których znajduje się mało rzeczy.

Jako nastolatka miałam do dyspozycji pokój o wymiarach 2x4m. Wielu gości nie mogło się tam pomieścić. Pozbycie się każdego bezwartościowego dla mnie mebla, to jedna osoba więcej :)

Życie w Polsce z reguły oznacza, że większość czasu spędza się w pracy. Ilu pieniędzy byś nie miał, i jakich pałaców byś nie wybudował, i tak w większości korzystasz z tego, co nosisz przy sobie bądź przechowujesz w szufladzie w biurze. Zakładając jeszcze, że chcesz mieć jakieś życie osobiste i spędzać czas poza domem, całą resztę naszego dobytku spowija kurz.

Oczywiście, jak wspomniałam wcześniej, wychowano mnie w duchu szacunku do rzeczy, tak więc wielu nietrafionych prezentów, w tym głównie ubrań, nie wyrzucałam w imię wszystkim znanego hasła: "może się kiedyś przydać".

Dzień sądu
Nadszedł dzień przeprowadzki międzynarodowej. Oznacza to w praktyce, że za transport każdej z tych rzeczy, których tak naprawdę nie używałam (i nie chciałam), musiałabym zapłacić. I to nie mało. Co to, to nie!

Zakupiłam największą dostępną walizkę, zaprosiłam przyjaciółkę, by pomogła mi w przypadku trudnych decyzji i podtrzymała na duchu, przygotowałam opakowanie dużych worków na śmieci, otworzyłam moją wielką wnękową szafę i spakowałam wszystkie rzeczy, które lubię. O dziwo okazało się, że w walizce zostało jeszcze sporo miejsca...

Co mi pomogło?
Najpierw zabrałam się za rzeczy, na których najmniej mi zależało. W moim przypadku były to ciuchy. Kosmetyki, książki i elektronikę zostawiłam na sam koniec, a właściwie na ostatnią chwilę...

Skorzystałam z genialnego wynalazku, jakim jest instytucja "wieczne nieoddanie". Rzeczy, których nie miałam serca oddawać, przekazałam znajomym, którym mogły się przydać, z zastrzeżeniem, że za jakiś czas mogę się po nie zgłosić, przy czym jest to skrajnie mało prawdopodobne.

Byłam podstawiona pod ścianą. Znajomi nie posiadają swojego mieszkania (rzeczywistość naszych czasów), tak więc przechowywanie przez nich moich gratów, i ciągłe przeprowadzki z nimi, to nie był scenariusz, który chciałam im przedstawić. Musiałam się ze wszystkim rozprawić raz a dobrze. Oczywiście nie wszystkie ubrania oddałam, a ta kategoria rzeczy średnio nadaje się na „wieczne nieoddanie”, dlatego u wspomnianej przyjaciółki zostawiłam ich trochę z zaznaczeniem, że zgłoszę się po nie za rok lub poproszę o oddanie potrzebującym.

Należę do pokolenia, które wynajmuje mieszkania. Można tutaj debatować nad kredytami, etc., ale prawda jest taka, że znam tylko jedną osobę, którą na taki kredyt było stać. Paru znajomym pomogli rodzicie, chociaż nie mam pewności, czy wspomniany przeze mnie wcześniej przypadek nie należy do tej kategorii...

Wieczny wynajem to wieczne przeprowadzki. Każda z nich męczy i pozwala mocno odczuć konsekwencje posiadania dobytku. W pierwszym mieszkaniu miałam jakieś 30 kubków. Teraz mam 3 :)

Do egzekucji dojrzewałam stopniowo. Najpierw pochowałam rzeczy mi niepotrzebne do wielkiej wnękowej szafy. Nie miałam ich na co dzień przed oczami, nie musiałam o nich myśleć, prać ani odkurzać. Zajmowały przestrzeń, która w tym czasie nie była mi w żaden inny sposób użyteczna. Kiedy odczuwałam ich brak, robiłam rekonesans. Ta czynność przypomina wypad na zakupy. Zaletą jest to, że nie trzeba nigdzie jeździć, a część tych rzeczy została już kiedyś przeze mnie wybrana, wiec to tak jakby mieć sklep, który swoją ofertę dostosował specjalnie dla mnie :) Zapomniałam dodać, że nie wymaga to wydawania pieniędzy ;)

Stan obecny
Wszystko, co mam, mogę spakować w moją wielgaśną walizkę i 40-sto litrowy plecak.

No dobrze, prawie wszystko... nie liczę rzeczy, których nie opłaca się przewozić samolotem, czyli np. garnków, aktualnych zapasów kosmetyków, jedzenia... W przypadku kolejnej przeprowadzki międzynarodowej spisuję je na straty.

Nie jest ich wiele: 3 garnki, dwie patelnie, 4 miski, jedna salaterka, komplet sztućcy, jeden tajski nóż. Nie będę teraz wypisywać wszystkiego, ale chciałam, żebyście mieli tak zwany generalny obraz. Każdy, kto się regularnie przeprowadza, wie, jakie rzeczy zostają po poprzednich lokatorach.

Kiedy odwiedza nas właściciel mieszkania poprawia mi nastrój, bo często pyta się, czy nam nie przynieść jakichś garnków czy talerzy, bo tak mało mamy... :)

Amy

Jak bronię się przed świętami

Wpisem na temat Świąt serdecznie witamy na blogu Amy, nowego Autora. Sama o sobie napisała:

Któregoś dnia spakowałam wszystko, co mam, do jednej walizki (no może poza ekspresem do kawy i Mężem ;) i wyruszyłam w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Dalej szukam. Przybyło mi od tego czasu łóżko (w domku mam zimną podłogę), wieszak na ubrania (robi też za suszarkę) i mnóstwo energii. Limity bagażu w samolocie były tylko pretekstem. Ja również od dziecka zrywam etykiety z kosmetyków w łazience (nota bene wszystkie butelki są białe) i zawsze lubowałam się w białym jeleniu ;) Minimalizm zawsze był częścią mnie, a odkąd zdobyłam się na odwagę wprowadzić go w życie, jestem szczęśliwsza. Jestem autorką bloga minimalizm w praktyce.


Każdy pisze o Świętach, to ja też :). Jak co roku większość przeżywa falstart choinkowo-mikołajowy, a ja nic...

Jak to się stało? To nie tylko skutek mojej corocznej zasady pt: "Nie zbliżam się do galerii handlowych w okolicach Świąt", bo w tym czasie nie mogę normalnie zrobić zakupów, tylko wracam stratowana przez tłumy i z bólem głowy od hałasu. Dziękuję, poczekam do stycznia...

Od razu zaznaczam, że osobom potrzebującym, jak tylko mogę, staram się pomagać na co dzień, a prezenty-niespodzianki robimy sobie z Mężem przez cały rok.

Co do ozdób: choinkę co roku mam tę samą. To jak to jest u mnie z budowaniem nastroju? Wspomnianą już choinkę potrafię wystawić szybciej od niejednego sklepu, a i tak o niej zapominam i wiecznie nie podłączam do prądu (taka wersja eco ;)

Pochodzę z rodziny bardzo tradycyjnej. Przez lata obserwowałam to narastające napięcie związane z perfekcyjnym przygotowaniem stołu, a potem wszystko stawało mi w gardle, bo jak jakiegoś dania nie spróbowałam, to mogłam liczyć się z masowymi naciskami ze strony całej rodziny. Ktoś się przecież napracował, a poza tym to TRADYCJA.

W tym czasie ucieczką był mi kościół. Jako jedno z niewielu miejsc był wówczas otwarty... Tam działo się coś, co miało sens, co warto było kontemplować. To "coś", a raczej Ktoś, jest właśnie sednem tych Świąt. Potem wracaliśmy wszyscy do domu, a że Święta to zjazd rodzinny, to przy bogato zastawionym stole czekałam, aż wybuchnie awantura, której echa będą pobrzmiewać jeszcze przez parę miesięcy, jak co roku zresztą... Często też na pasterkę nie chodziliśmy, tylko na mszę następnego dnia, bo po tych wszystkich przygotowaniach nikt już nie miał siły.

To tyle refleksji nad przeszłością, a teraz obiecana kontrowersyjna część: nie jestem tradycjonalistką.

Klimat Świąt w tym roku  narasta we mnie dzięki rekolekcjom ojca Adama Szustaka OP Plaster Miodu.

Zawsze, kiedy spoglądam na szopkę, zastanawiam się: "Jak Oni dali radę?" i staram się wzbudzić w sobie tyle zaufania i odwagi. Boże Narodzenie to święta, gdy rodzi się nadzieja, że nauczę się wreszcie lepiej kochać ludzi i samą siebie. Nie lepię pierogów i nie przystrajam choinki. Podaję jedno danie, które czasami da się zjeść.

Życzę Wam wszystkim Bożego Narodzenia
Amy 


przed ŚWIĄTECZNIE

Jesteśmy z "tych", co choinki ubierają w Wigilię, a obecnie przeżywają czas Adwentu. Te kilka dni do Świąt Bożego Narodzenia będą upływały na większym odłączeniu się od wirtualnego świata, dlatego też chciałbym współautorom, Konradowi - adminowi oraz Czytelnikom złożyć życzenia świąteczne:
 
Rodzinnych, przepełnionych radością narodzin Jezusa Świąt. Niech ten czas będzie momentem na odrobinę refleksji jak niewiele potrzeba, aby móc świętować.


P.S. jako załącznik - nasz wieniec adwentowy (przed odpaleniem pierwszej świeczki). Dzieło ukochanej żony :-).

Myśl prosta

Kolejny wpis na podstawie książki K. Wagnera Proste życie zwraca uwagę na sposób, w jaki myślimy. W naszym myśleniu panuje bałagan nie mniejszy niż w naszych zagraconych mieszkaniach: idziemy mgłą spowici, zatraceni w nieskończonych szczegółach, bez gwiazdy przewodniej i bez kierunku.

Przeciwieństwem prostoty w myśleniu jest "zabawa myślą". Nicholas Carr w książce Płycizny – czyli co internet robi z naszymi mózgami stwierdził, że korzystając z sieci trafiamy do rzeczywistości, która przeładowuje nasz umysł nadmiarem informacji i rozprasza naszą koncentrację. W ten sposób promuje powierzchowną lekturę, błyskawiczne przerzucanie informacji, a przede wszystkim – zniechęca do głębokiego namysłu. Myśl nie może być polem dla ewolucji akrobatycznych - pisze Wagner. Człowiek (…) nie działa z ciekawości oderwanej i jałowej, która pod pozorem widzenia i znania wszystkiego, naraża się na niedoznawanie nigdy zdrowych i głębokich wzruszeń, na niedopełnienie nigdy czynu prawdziwego.

Inne przeciwieństwo dla prostoty w myśleniu wg Wagnera to mania ciągłego badania się i analizowania. Masz, co ci potrzeba do drogi, ruszaj! Strzeż się upadku, oszczędzaj siły.

Zdrowy rozum przeciwstawia on także "przerafinowaniu" - w epoce skrajnego indywidualizmu dużo energii wkładamy w to, aby wyróżniać się od innych. Zamiast postępować jak osoba naturalna dochodzimy do najbardziej zadziwiających odrębności. Lepsze wykolejenie od prostej, utartej drogi! Wagner więcej wartości widzi w tym, co zwyczajne, a nawet banalne, zaś nowości uważa za pozbawione znaczenia. Obecnie nawet naturalność może być zagrożona. Okazuje się, że hipsterzy są już passe, a teraz rządzi normcore, czyli swojsko „normalsi”... Tak więc nawet niemodne rzeczy mogą być modne i -co najważniejsze- można na nich zarobić.

Szczęśliwy, kto umie powrócić do prostoty. Wagner drogę do prostoty w myśleniu buduje na trzech podstawach:

Ufność - Kwiaty, drzewa, zwierzęta żyją z potężnym spokojem, z bezpieczeństwem zupełnym. Wszystko, co istnieje, zdaje się mówić: Jestem, więc powinienem być; jest przyczyna ku temu, nie kłopoczmy się. Pierwszym usiłowaniem naszej myśli powinno być zachowanie tej ufności, niezrażanie jej niczym, uczynienie bardziej osobistą i widoczną. Wszystko, co wzmaga w nas ufność, jest dobrem, bo z tego wyłania się energia spokojna, działalność rozważna i miłość życia. Współczesne kierunki filozoficzne czy też prądy kulturalne często nasiąknięte są pesymizmem. Za radą Wagnera, jeżeli jakiś sposób myślenia odejmuje nam ufność, radość i siłę, należy go odrzucić w przekonaniu, że stanowi nie tylko niesmaczne, lecz szkodliwe pożywienie dla ducha.

Nadzieja - jest ufnością zwróconą ku przyszłości. Zbyt nieśmiałą jest nasza nadzieja; człowiek współczesny tę nieśmiałość posuwa do dziwactwa. Obawa, aby się niebo nie zapadło, opanowała nasze serca. Czy kropla wody wątpi o oceanie, a promień światła o słońcu? Czas wielki, abyśmy stali się znowu dziećmi i uczyli się otwierać oczy wobec tajemnicy, która nas otacza. Ponieważ słońce wschodzi zawsze, ziemia rozkwita, a matka uśmiecha się do dziecka, miejmy odwagę i nie traćmy nadziei.

Dobroć - Biorąc pod uwagę, że to, co nieznane, otacza nas zewsząd, nasz ograniczony rozum, przerażającą a sprzeczną zagadkę przeznaczeń, kłamstwo, nienawiść, zepsucie, ból, cierpienie, śmierć - co myśleć? Co robić? Wagner odpowiada: „Bądź dobrym". Dobroć oczyszcza i upraszcza. Chociaż cząstka, którą obrała, jest bardzo skromna: leczy rany, osusza łzy, uśmierza ból, ratuje nędzę, pociesza zbolałe serca, przebacza, łagodzi, lecz - jak stwierdza Wagner - dobroci potrzebujemy najwięcej.

W aktualnej, złożonej rzeczywistości wybrnięcie z kłopotu przy pomocy kilku prostych zasad wydaje się trudniejsze niż kiedykolwiek. Czy aby na pewno? W gruncie rzeczy Wagner zauważa, że program życia jest strasznie prosty, a jednocześnie nie wolno nam oczekiwać z życiem na zrozumienie życia: Jednodniowi podróżni, wciągnięci jesteśmy do ruchu szerokiego, w którym uczestniczyć musimy, lecz którego nie przeczuwaliśmy, nie objęliśmy całości i nie zgłębiliśmy ostatecznych celów. Trudność nigdy nie jest usunięta, rozum zawsze spotyka przeszkody, jednak nie potrzeba wszystkiego wiedzieć, aby żyć.


Inne wpisy z cyklu Prostota w życiu:
Duch prostoty
Życie utrudnione

List starego diabła do młodego

Dla odprężenia miłośnikom Clive'a Staplesa Lewisa, a zarazem oddania hołdu jego wiekopomnemu dziełku Listy starego diabła do młodego, serdecznie polecam poniższy tekst, w którym -podobnie jak Lewis- próbuję "nagiąć swój umysł do przyjęcia postawy diabolicznej" . Kto nie czytał książki, ten niech szybko sięgnie po lekturę!



Mój drogi Piołunie,

Zaniepokoił mnie przesadnie lekceważący ton Twojego ostatniego sprawozdania, jakoby zainteresowanie Pacjenta ideą prostego życia nie stanowiło realnego zagrożenia dla powodzenia naszej misji.

Napisałeś, że nasze działania zmierzające do wyplenienia (pokutującego już tylko wśród nielicznych) przesądu, jakoby wartość ludzkiego życia wyznaczały przymioty niematerialne (choćby bezużyteczne zainteresowanie losem innych) na progu XXI wieku zdają się nareszcie osiągać pozycje niezagrożone przez siły Nieprzyjaciela, obwieszczając jutrzenkę naszego ostatecznego zwycięstwa. Tak, z pewnością udało nam się skierować pragnienia i energię ludzi, w tym Twojego Pacjenta, w kierunku gromadzenia jak największej liczby rzeczy materialnych i przekonać ich, że sukces i szczęcie ma nierozerwalny związek z jak największym poziomem posiadanego majątku. Wpojenie poglądu, że dostatnie życie należy się każdemu, a przy tym może być osiągnięte natychmiast i za cudze pieniądze, okazało się mistrzowskim i przewidującym pociągnięciem, skutecznie krępującym świadomość Pacjenta. Uniemożliwiło mu to podejmowanie bezinteresownych działań całkowicie wolnych od dręczącej go myśli o kredycie hipotecznym i debecie, o której wszak natychmiast zapomni, gdy będzie chodziło o zaspokojenie jego własnych zachcianek. Spektakularny sukces, polegający na rozbrojeniu wolnej woli (tej jakże niebezpiecznej dla nas broni pozostawionej w ręku ludzi przez Nieprzyjaciela) błahostkami typu kolor obicia nowej sofy w salonie, rodzaj dodatkowego wyposażenia samochodu lub smak płatków śniadaniowych, okazał się jakże miłym zaskoczeniem nawet dla samego kierownictwa.

Wybacz, ale bezzasadne wydają mi się Twoje obawy spowodowane zbliżającą się rocznicą urodzin Syna Nieprzyjaciela. Już dawno ten potencjalnie niesprzyjający okres udało nam się przekształcić w czas największej prosperity. Należy umiejętnie wykorzystać nadarzającą się okazję, aby narastające symptomy zmęczenia Pacjenta nieumiarkowaną konsumpcją, objawiające się myślą o zmianie sposobu życia, okazały się w jego własnym mniemaniu niedorzecznym pomysłem. Sam rozważ, co mogłoby się wydarzyć, gdyby mglisty zarys prostszego życia przybrał w jego dotychczas rozkojarzonym umyśle realny kształt głębszej refleksji nad bezcelowością i jałowością egzystencji sprowadzonej do gonitwy za dobrobytem! Ba, mogłoby to doprowadzić Pacjenta w rejony od dawna nieodwiedzane, w których mógłby liczyć na zgubną pomoc Nieprzyjaciela.

Dlatego niezwłocznie podejmij działania, które nakierują Pacjenta na jego utarte przyzwyczajenia. W tym celu odwołaj się na początku do jego zmysłów. Niech jego oczy w drodze do pracy nieustannie bombardują kolorowe witryny sklepów. Najlepiej, żeby właśnie wtedy zauważył oznaki znoszenia swojej garderoby (odpruty ścieg, zacinający się zamek, etc.), a także dostrzegł jak bardzo jego telefon różni się od komórek innych współpasażerów. Wywołaj w nim dyskretne zadowolenie z tego, że tym razem potrafi zdemaskować przekaz mijanych po drodze krzykliwych reklam, nie zapomnij jednak przy tym, aby widok uśmiechniętych twarzy i produktów oraz zapamiętane hasła nieustannie powracały do niego w myślach.

Następnie odwołaj się do psychiki Pacjenta. Niech zwiedziony obietnicą ogrzania się i wypicia kawy odwiedzi pobliskie centrum handlowe. Dobra nasza! „Ty, który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.” - jak ocenił naszą siedzibę nasz niedościgniony Dante. Niech w jego uszy sączy się melodia kolęd, aż zostaną pozbawione sensu i napełnią go drętwotą. Niech przechadza się po sklepowych alejkach rzekomo tylko po to, aby uświadomić sobie, że wszystkich tych rzeczy nie potrzebuje i jednocześnie niech coraz mniej będzie pewien słuszności tego przekonania. W końcu niech wypełni go poczucie pustki i wyobcowania. Doprowadź go do przekonania, że odmawiając sobie zakupów dobrowolnie wykluczy się z grona uprzywilejowanych. Że jakiekolwiek, choćby najdrobniejsze, ograniczenie konsumpcji pozbawi go całej radości życia, atrybutów atrakcyjności, uznania kolegów i znajomych.

Od czasu do czasu pozwól mu wyobrazić siebie w tej lub innej rzeczy, posiadającego ten lub inny przedmiot ze sklepowych witryn. Dokładaj do pieca jego miłości własnej kolejne obrazy otaczania się tym, czego w najmniejszym stopniu nie potrzebuje (doceniaj dyskretny powab nowości: może nieznana dyscyplina sportu, niebotycznie drogi zegarek lub, czemu nie,  motocykl?), jednocześnie nie obawiaj się tlących się jeszcze oznak zdrowego oporu. Obecność innych osób objuczonych torbami z zakupami będzie tutaj nieoceniona. Umiejętnie i subtelnie prowadząc tę psychologiczną grę niechybnie doprowadzisz Pacjenta do huśtawki nastrojów, niech zniecierpliwi go uczucie rozdrażnienia i niech ten zaplanowany przez marketingowców objaw dyskomfortu przypisze swoim wcześniejszym myślom o prostocie życia. Że też przyszedł mu do głowy ten niedorzeczny minimalizm! Odrzucenie tej idei niech tłumaczy sobie jako wyraz rozsądnego i dojrzałego stosunku do swoich wiecznie (uwielbiam to słowo) niezaspokojonych potrzeb. Ten oczekiwany przez nas bieg wypadków niech szybko przypieczętuje jakimś drogim i niepraktycznym zakupem.  Dopilnuj, aby materialna słodycz długo rozpływa się w jego duszy (nie wymawiaj tylko przy nim tego słowa!), aby znieczulić jego ewentualne wyrzuty sumienia. Pamiętaj, aby opisany przez mnie proces leczenia Pacjenta ze zgubnych idei od czasu do czasu powtórzyć.

Twój kochający stryj,
Krętacz

 

XI. Nie marnuj

Redakcja miesięcznika Znak postanowiła pójść za ciosem i po wakacyjnym Nazywaj rzeczy po imieniu w grudniowym numerze podjęła temat nadmiaru dóbr, z którym boryka się współczesny świat Zachodu. 

Myślę, że to dobry wybór na czas przedświątecznych zakupów i przygotowań, w którym warto zadać sobie pytania: W którym momencie nabywanie i jego odwrotność – wyrzucanie – przybierają postać zbytku i marnotrawstwa? Kto decyduje o tym, co jeszcze przydatne, a co już nie? Gdzie znajduje się granica dla przyzwoitych rozmiarów własności? Czyż wraz z postępującą łatwością gromadzenia dóbr większego namysłu nie domaga się nasz sposób ich użytkowania i wykorzystania?


Numer otwiera tekst Zygmunta Baumana Śmieć. Czym jest śmieć? To rzecz „nie na swoim miejscu”. Śmieć jest wynalazkiem nowoczesnym, skutkiem ubocznym popędu do zastępowania jednego rodzaju ładu innym, gwałtownego wzrostu produkcji odpadów i odrzutów typowego dla nowoczesnego sposobu bycia. Bo też „w sposobie przednowoczesnego życia, nacechowanym wtórnym przerabianiem wszystkiego, co po wykonaniu zamierzonej czynności pozostawało niewykorzystane, pojęcie odpadu czy odrzutu właściwie nie istniało – zarówno w gospodarce materiałami, jak i ludźmi.” Marnotrawstwo jest nieodłącznym elementem społeczeństwa konsumpcyjnego, którego -jak twierdzi autor- nie da się wytrzebić przynajmniej tak długo, jak powodzenie gospodarcze i jakość życia będziemy mierzyć szybkością starzenia się nowości i skracaniem drogi ze sklepu do śmietnika. Istotą tego procesu jest -jak słusznie zauważa Bauman- wytwarzanie wciąż nowych potrzeb, a wraz z nimi także nowych klientów, a także utrzymywanie tych ostatnich w stanie nieustannego niezaspokojenia. Tego rodzaju „tresura konsumenta” ma skutek nie tylko w postaci marnotrawstwa, lecz sprawia, iż wypadają z użytku inne sposoby na życie sensowne, godne i przynoszące zadowolenie.

Artykuł Zmarnowane obiady Marta Dymek, autorka kulinarnego bloga Jadłonomia, rozpoczyna od dających do myślenia statystyk: w Polsce niszczy się prawie 9 mln  ton żywności, a do jej wyrzucenia przyznało się w 2013 r. 39% Polaków. To nie tylko zmarnowana żywność, ale także energia stracona na produkcję i transport oraz surowce wykorzystane na opakowania. Marnowanie jedzenia powoduje wzrost konsumpcji, a poprzez to wzrost cen żywności. Dlaczego wyrzucamy jedzenie? Są to najczęściej: przegapienie terminu przydatności do spożycia, przygotowanie zbyt dużych porcji, zakup złego jakościowo produkt lub nieodpowiednie przechowywanie, ale także brak pomysłów na wykorzystanie konkretnych produktów.
Jako remedium autorka proponuje domowy recykling i nabycie umiejętności gospodarowania żywnością, takie jak robienie listy zakupów, sprawdzanie daty przydatności do spożycia w trakcie zakupu, przygotowywanie zup, wywarów i rosołów z warzyw i owoców, które utraciły pierwszą świeżość, czy robienie domowej bułki tartej. Co ciekawe, wykorzystywać można nawet obierki z marchwi, selera i pietruszki. W jaki sposób? Zainteresowanych odsyłam do artykułu.

Zdzisław Sobierajski w Zaprojektowanej bezużyteczności jako specjalista od projektowania produktów ujawnia mechanizmy rządzące tym, dlaczego i jak kupujemy. Walka o nasze decyzje zakupowe, poddane nie tyle naszemu rozsądkowi, co „emocjonalnym chwilom”, trwa bezustannie. Nawet korzystając z promocyjnych cen nie dostajemy nic za darmo, stając się nośnikiem informacji marketingowej. Na przykładzie rynku samochodowego i AGD autor obnaża „wypaczone zasady ekonomii”, których nośnikiem stały się współczesne produkty. Stopień skomplikowania pojazdów wykluczający jakąkolwiek samodzielną naprawę i wysokie koszty napraw serwisowych miał być lekarstwem na nasycenie rynku motoryzacyjnego lat 90. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w przypadku sprzętu AGD lub urządzeń elektronicznych, którego coraz częściej w ogóle nie można naprawić. Ciekawym przykładem marnotrawstwa dóbr konsumpcyjnych jest rynek telefonii komórkowych. Tutaj zaplanowana bezużyteczność przejawi się najczęściej w tym, że aby mieć możliwość korzystania z nowo wprowadzonych usług, będziemy musieli kupić urządzenie nowszej generacji, odkładając do szuflady sprzęt całkowicie funkcjonalny. Jednak -jak retorycznie pyta autor- czy chcielibyśmy dzisiaj używać aparatów, które pozwalają tylko rozmawiać i wysyłać SMS-y?”

W artykule Archiwomania chorwacka pisarka i eseistka Dubravka Ugresic przygląda się naszemu życiu w archiwistycznej gorączce: „Zmagamy się z naszymi medialnymi bogami i boginiami. To jesteśmy my, każdy z nas ze swoim memory stick na szyi, każdy ze swoją stroną w Internecie, każdy ze swoim wirtualnym archiwum. W miarę jak nasze archiwum jest bogatsze, nas samych jakby zostawało mniej. Nie komunikujemy się ze sobą, nikt z nas nie ma cierpliwości dla cudzych fotoalbumów, cudzych slajdów z podróży i nagrań wideo; dawno cisnęliśmy je do śmieci i staliśmy się nowocześniejsi, teraz wszystko wrzucamy na YouTube i niech ogląda sobie, kto chce. Na początku wysyłaliśmy słabe sygnały, że istniejemy, a teraz ze swojego istnienia robimy fajerwerki.”  

Czytelnicy bloga mogą nabyć aktualny numer miesięcznika po promocyjnej cenie 14,92 zł (cena bez promocji to 19,90 zł). W tym celu do koszyka zakupowego na stronie www.znak.com.pl należy wpisać kod promocyjny "wystarczymniej2" (na stronę promocji można wejść także tutaj). Gratisowa wysyłka obejmuje nie tylko sam numer Znaku, ale także całość zamówienia.

Przedświąteczny pakiet ratunkowy

Przed nami wyciszający lub wyczerpujący okres Adwentu - wybór zależy od nas. Sami możemy zadecydować: bieganie z wywieszonym językiem lub spokój płynący z poskromienia konsumpcyjnych ciągot. Wiem, łatwo napisać, trudniej zrealizować.
Ponieważ to nie pierwszy Adwent na tym blogu, wpis będzie obfitował w linki...

Już w najbliższą sobotę (29 listopada) każdy może zrobić sobie mały trening. Będzie to bowiem Dzień bez zakupów przypadający w Europie w ostatnią sobotę listopada. Zasady są bardzo proste: zostawiamy portfele w domach.
O dniu bez zakupów (w kontekście rozciągnięcia go na każdą... niedzielę) pisałem tutaj.

Wczoraj w Tarabuku odbyło się bardzo ciekawe spotkanie MNIEJ, CZYLI WIĘCEJ? z udziałem Marty Sapały, autorki książki Mniej, intymny portret zakupowy Polaków,  Agnieszki Mocarskiej - współtwórczyni bloga Miastożercy i moim, a które prowadziła Anna Olej-Kobus, dziennikarka, podróżniczka i -jak sama o sobie mówi- intuicyjna minimalistka. Mówiliśmy m.in. o zbliżających się przedświątecznych zakupach, a także o trendach, które szybko i niepostrzeżenie wpadają w komercyjne kleszcze.

Co do pierwszego tematu, dość dużym zainteresowaniem okazała się zaproponowana przez mnie idea wręczenia swoim bliskim certyfikatu zwalniającego z obowiązku dawania prezentów. Pisałem o niej w poście Podaruj sobie prezenty, czyli jak uniknąć przedświątecznej gorączki. Do wpisu załączony jest certyfikat, zanim więc ukaże się w wersji kolekcjonerskiej w sklepach :) możecie go sobie wydrukować za darmo.

Co do komercjalizacji trendów - ta nie omija także prostoty. Ot na stronie Miasto Dzieci otrzymacie darmowy e-book Proste życie z dziećmi, a w nim 50 -moim zdaniem dość prozaicznych- porad, między nimi interaktywna reklama katalogu produktów dla dzieci oraz zaproszenie na internetowy kurs dla kobiet z prostego życia z dostępem za 69 zł. Jednym słowem akcja marketingowa i sposób na budowę listy mailingowej (warunkiem uzyskania ebooka jest zgoda na otrzymywanie newslettera). Szkolenia z prostoty jako kolejny produkt. W sumie czemu nie? Otwiera się szeroka paleta możliwości. Nie tak dawno wpadliśmy z Żoną na (czysto teoretyczny!) pomysł świadczenia minimalistycznych usług odgracania mieszkań potencjalnych klientów zainteresowanych upraszczaniem życia: "Odgracimy Twój dom za Ciebie!".

Wracając do tematu:
Wybierając prezenty pod choinkę warto wziąć pod uwagę to, o czym pisałem w poście Zakupy w szarej strefie:

Jeżeli swoje uczucia wobec osób bliskich, a zwłaszcza dzieci, chcemy wyrażać za pomocą materialnych przedmiotów, to droga do zakupowego szaleństwa otwiera się przed nami na oścież. Bo przecież wartość podarowanych przedmiotów powinna odpowiadać skali naszych uczuć. To całkiem naturalny odruch. Chcielibyśmy przychylić materialnego „nieba” naszym najbliższym. Z drugiej strony, jeśli w poprzednich latach nakręciliśmy spiralę oczekiwań, nie możemy kupić czegoś taniego, bo zostanie to źle odebrane. Jeśli pierścionek, to z brylantem, jeśli naszyjnik, to z pereł.  Prezent dla dziecka – oczywiście ten z górnej półki i najlepiej kilka rzeczy, bo a nuż jedna nie spełni oczekiwań.

O sposobach radzenia sobie z prezentami w naszej rodzinie pisałem z kolei we wpisie Świąteczne postscriptum.

Zaś nasze propozycje na przeżywanie okresu przygotowań do Bożego Narodzenia znajdziecie we wpisie Adwent w rodzinie.

Na koniec nowym Czytelnikom bloga gorąco polecam cykl wpisów (do czytania i wysłuchania) Dobre życie, o którym we wstępie do niego napisałem:

Adwent to czas oczekiwania na „przyjście” (z łac. „adventus”). Pytanie tylko na co czekamy? A może lepiej - czego oczekujemy? To dobry czas, aby zapytać siebie: czy moje życie jest dobre? Co zrobić, żeby było dobre? Czego mi brakuje? Albo czego w nim za dużo? Z czego powinno się składać? Chciałbym przez najbliższe cztery tygodnie Adwentu razem z Żoną opowiedzieć Wam bliżej o naszej wędrówce do dobrego życia, w którym tak duże znaczenie ma jego prostota. 

Link do wpisów z cyklu znajdziecie tutaj.

Życzę Wam wszystkim dobrego Adwentu!

Sekret szósty - aktywne słuchanie

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Czym powinno być aktywne słuchanie? Jak to rozumieć? Przeprowadzono badanie, które dotyczyło poświęcenia pełnej uwagi dziecku, z którym się rozmawia, zgody na wyrażenie przez dziecko odmiennego zdania bez wpadania w złość, stwarzania atmosfery czułości, uważnego wsłuchiwania się w jego problemy.

Czy częściej nie słuchamy wybiórczo? Słyszymy to, co chcemy, co jest dla nas wygodniejsze bądź to, co możemy użyć jako atak słowny: "przecież ty to powiedziałeś", zakładamy filtr na nasze uszy?

Za radą autora oto kilka wskazówek, aby posiąść umiejętność aktywnego słuchania:
  1. Mów szczerze, otwarcie.
  2. Przyjmij otwartą postawę.
  3. Dostosuj się do pozycji, w której przebywa dziecko.
  4. Utrzymuj kontakt wzrokowy.
  5. Zrelaksuj się :-)
  6. Staraj się odczytywać niewerbalne znaki, jakie wysyła dziecko.
  7. Dawaj dziecku niewerbalną informację zwrotną.
  8. Odpowiadaj dziecku poprzez powtórzenia i przekształcanie jego wypowiedzi.
  9. Celem aktywnego słuchania jest zrozumienie.
Na koniec bardzo ciekawa rada - WYCISZ HAŁAS. Ten zewnętrzny - grający telewizor (jeśli go posiadasz i jest włączony), otoczenie (jeśli nie sprzyja rozmowie), ale i ten wewnętrzny, który podpowiada nam jak nie słuchać, używając m.in. takich zwrotów: "jak byłem w twoim wieku"...

Czy potrafimy słuchać? Tak bez dopowiadań, przerywań, za zasadzie "kiedy skończysz"?

Duch prostoty

W drugim rozdziale książki "Prostota w życiu" K. Wagner próbuje określić prostotę w jej podstawowym znaczeniu.

Czasem dobrze jest wracać do fundamentów. Czym właściwie jest prostota?  Czy w każdych warunkach i dla każdego oznacza to samo? Czy da się zamknąć w zgrabnej -aczkolwiek nieużytecznej- formułce? Czy to zestaw „mały minimalista” z instrukcją do samodzielnego montażu, czy raczej subtelne półcienie i niuanse codziennych, osobistych i niepoddających się reprodukcji wyborów, ciągłe balansowanie na linii rozpiętej między dostatkiem a niedoborem, żmudny obrachunek własnych klęsk i sukcesów (jeszcze zwycięzcy czy już zwyciężeni) w obcowaniu z -napędzaną turbokonsumpcją- kulturą materialną XXI wieku?

Kolejny rozdział Wagner zaczyna od ćwiczenia:
Wyobraźmy sobie, że spotkaliśmy na drodze trzech ludzi: jeden jechał powozem, drugi szedł piechotą, trzeci wędrował boso. Według zewnętrznego kryterium największą prostotą odznaczał się ten ostatni. Może się zdarzyć -zauważa Wagner- że jadący powozem jest skromny, pomimo swego stanowiska i bogactwa, idący w trzewikach nie zazdrości jadącemu powozem i nie pogardza bosym nędzarzem, zaś trzeci pod łachmanami żywi nienawiść do prostoty, pracy, wstrzemięźliwości i marzy tylko o życiu łatwym, o uciechach i bezczynności. Tak więc zewnętrzne pozory nie świadczą o prostocie, a tym, co ją buduje, jest nasza postawa wewnętrzna.

Czy o prostocie decydują jej pewne namacalne cechy, po których daje się poznać? Niewyszukane ubranie, mieszkanie bez zbytku, skromność, ubóstwo? Czy żyć prosto to ograniczyć posiadanie, mniej wydawać? Wszystkie te zachowania zdają się iść ze sobą w parze, tworząc określony sposób życia. Często ten minimalistyczny styl fetyszyzujemy, zachwycamy się nim i… utożsamiamy z prostotą. Wagner dostrzega błąd takiego rozumowania, który polega na pomieszaniu treści z formą.

Czasem upraszczanie życia sprowadzamy tylko do pozbywania się przedmiotów materialnych, obywania się bez określonych sprzętów i urządzeń (np. smartfon), usług (fryzjer, restauracje), ograniczamy konsumpcję, starając się żyć możliwie oszczędnie, gospodarnie i skromnie. To z jednej strony dobrze nakładać sobie (lub akceptować) ograniczenia, bo taka dyscyplina pomaga choćby dopiąć domowy budżet, czyni życie mniej skomplikowanym procesem, oczyszcza przestrzeń, pozwala mniej pracować i wygenerować więcej wolnego czasu. Ale sam ostatnio zastanawiałem się nad tym czy można postawić znak równości między prostotą a np. oszczędzaniem? Czy powyżej pewnego poziomu dochodów można jeszcze prowadzić proste życie? Przyszedł mi na myśl przykład człowieka na pewno nie biednego, a doceniającego wartość prostoty – to Ferenc Mate, utrzymujący się z uprawy winnic, o którym pisałem we wpisie Prostota o toskańskim sercu.

Wagner pisze: Żadna klasa nie ma przywileju prostoty, żaden zwyczaj, choćby wydawał się najskromniejszy, nie może być jej niezbitym dowodem. Siedzibą jej nie jest koniecznie poddasze, ani lepianka nędzarza, ani cela ascety, ani łódź najbiedniejszego rybaka. We wszelkich przejawach życia, na wszystkich szczeblach społecznych, u dołu i na wyżynach, widzimy prostotę obok zupełnego jej braku. Nie chcemy przez to powiedzieć, że prostota nie wyraża się żadną zewnętrzną oznaką, że nie ma swych cech szczególnych, swych upodobań własnych, swych obyczajów; nie należy jednak identyfikować jej form z jej istotą i głębokim źródłem.

Co jest zatem istotą prostoty?
Odpowiedź Wagnera może wydać się nieoczywista: Człowiek jest prosty wówczas, kiedy główne jego usiłowanie polega na pragnieniu zostania takim, jakim być powinien, to jest po prostu człowiekiem. To kwestia ustanowienia harmonii między postępowaniem i naszymi dążeniami a czymś, co Wagner nazywa „prawem naszej istoty”, a Mate „prawdziwym życiem”. Wielokrotnie na blogu pisałem, że istotą dobrowolnej prostoty jest  dla mnie uporządkowanie egzystencji i zrobienie miejsca na to, co ma prawdziwą wartość. A to, co wg Wagnera posiada prawdziwą wartość, wydaje się głęboko ludzkie i bardzo uniwersalne: to poświęcenie swojej energii życiowej nie na gromadzenie rzeczy materialnych, lecz na osiągnięcie dóbr wyższych - miłości, prawdy i wolności.

Podeprę się na koniec przemyśleniami Tesi, aktywnej komentatorki bloga, które dotykają istoty zagadnienia. Jak zauważyła (pod wpisem Jak niebezpiecznie jest posiadać zbyt dużo rzeczy): czasem naszą drogą jest rezygnacja z posiadania, a czasem stajemy wobec sytuacji przeciwnej, że wyrasta przed nami posiadanie, od którego chciałoby się uciekać w popłochu, a nie zawsze to jest właściwe... Zarówno nieposiadanie jak i posiadanie może być związane z osobistym powołaniem człowieka. Z tego wynika, że nie sztywne trzymanie się którejś z doktryn jest właściwe, tylko odwaga w odczytywaniu własnego powołania i podążania za nim. Wszystko zasadza się na myśleniu, aktualizowaniu swoich ocen i niezasklepianiu się w jakiejś doktrynie.

Myślę, że o to chodzi w prostym życiu. Jeżeli rzeczy, pieniądze, konsumpcja (lub cokolwiek) stają się przeszkodą w realizowaniu osobistego powołania, to trzeba to odrzucić. Może być też tak, że te same rzeczy, pieniądze, konsumpcja (która sama w sobie nie jest przecież wcielonym złem) jest mi do realizacji powołania potrzebna. Kluczem jest odkrycie, czemu/komu chcę poświęcić swoją życiową energię i odrzucenie tego, co jest w tej drodze niepotrzebnym balastem.


Pierwszy rozdział z książki "Prostota w życiu" pt. Życie utrudnione znajdziecie tutaj.

O weselu pachnącym lawendą... i o nowych drogach

W życiu każdego człowieka nadchodzi czas, gdy zadaje Pytanie: z kim dalej chce iść przez życie. Odpowiedź jest mniej lub bardziej oczywista. Dla mnie nie była oczywista, aż do chwili, gdy poznałem moją obecną żonę. Zanim jednak powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak", były przygotowania do ślubu. Ślubu nietypowego...

Postanowiliśmy bowiem iż ślub nie odbędzie się w Katedrze Wrocławskiej, ani w nowowyremontowanym kościele w Kluczborku, skąd pochodzi moja żona. Na miejsce ślubu wybraliśmy mały kościół w Proślicach k/ Byczyny. In the middle of nowhere.  


Nikt wcześniej nie znał tego miejsca, ale nam się spodobało. Było wiele głosów "na nie", ale nie przejmowaliśmy się tym. 

Kwiaty do dekoracji kościoła pochodziły z lokalnych pól lawendy  - z plantacji zwanej Lawndowe Lisie Pole. Udało się wspaniale, choć znów było wiele głosów "nikt wcześniej tak nie robił, co wy wydziwiacie..." A jednak, usłyszeliśmy słowa uznania od księdza za lawendę, a od dostawczyni lawendy - Hani, za kościół. Jechaliśmy dalej...


Samo wesele także było dość nietypowe - miało miejsce w namiocie weselnym rozstawianym na dziedzińcu repliki średniowiecznego grodu - w Biskupicach k/Byczyny. Pośród pól i łąk...  Tu znów pojawiały się głosy, że "naoglądaliśmy się amerykańskich filmów, będzie zimno...". Nie słuchaliśmy ich jednak, sami ocenialiśmy różne propozycje. Rozmiary, koszty, opcje... Wszystko to kosztowało dużo pracy, czasu, jeżdżenia po okolicy, rozmów, maili, etc. Dużo więcej niż powielanie utrwalonych schematów weselnych. Kiedy robimy "tak jak wszyscy", to "wszyscy" czują się bezpiecznie w swoich utartych schematach postępowania. Gdy zaczynamy coś zmieniać, ci sami "wszyscy" nie mają prawa być pewni, że robią tak jak jest najlepiej.


Choć nie obyło się bez znacznego stresu, niespodzianek, czasami cierpkich ocen - to był najwspanialszy dzień w naszym życiu. Początek czegoś nowego, co warto było zaakcentować.

Szliśmy i idziemy własną drogą. Byliśmy i jesteśmy nieprzemakalni na argumenty "nikt wcześniej tak nie robił...", wprost przeciwnie - dodawało nam to więcej zapału, ale i ostrożności. Zarówno ślub, jak i wesele udało się wspaniale. Mamy nadzieję, że nie straciliśmy pokory wobec samych siebie i świadomości, że nowe drogi to nie autostrady. Nowe drogi to ciągi znaków dostrzegalnych tylko dla czujnych obserwatorów. 

Dziękujemy! 






Mniej - książka Marty Sapały

Polecam Waszej uwadze książkę Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marty Sapały, która już od 5 listopada (nakładem wydawnictwa Relacja) będzie dostępna w księgarniach.

Marta jest dziennikarką i felietonistką magazynu "Voyage", współpracuje m.in. z "Polityką". Niektórzy być może dotarli do jej bloga nie kupuję. obserwuję. Osobiście miałem przyjemność poznać ją przy okazji pracy nad książką, będącą rozwinięciem półrocznego eksperymentu, pierwotnie opisanego na łamach "Polityki", a polegającego na ograniczeniu konsumpcji do tego, co naprawdę niezbędne:

Nie pamiętam już, kiedy i dlaczego przyszło mi do głowy, że kluczem do codzienności może być portfel. Jego zawartość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Być może to wynik mojej nowej życiowej sytuacji, a może – echo ekonomicznego tąpnięcia, które dotarło przecież i do Polski, zmuszając wielu z nas do szukania nowej konsumpcyjnej strategii, nie mam pewności. Chcę jednak to sprawdzić. I napisać o tym, co się dzieje, gdy spróbuje się – na jakiś czas – radykalnie ograniczyć codzienną konsumpcję. Oskubać ją do tego, co naprawdę niezbędne. Tymczasowy zakupowy post, na podjęcie którego zdecyduje się kilkanaście gospodarstw domowych z całej Polski, stanie się też częścią mojej codzienności. Na dwanaście eksperymentalnych miesięcy. Na cały roczny cykl.

Przez ten rok będę zaglądać do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów. Dowiem się wielu rzeczy: ile może kosztować przetrwanie, wykończenie mieszkania, zaproszenie na świat człowieka, ile – jego wyekwipowanie na dalszą drogę. Razem ze wspólnikami w konsumpcyjnym poście przyjrzymy się temu, ile (oraz jak) się obecnie płaci za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój, jaki jest koszt dobrych relacji ze światem, a jaki – samowystarczalności. Jaka jest cena dostępu do zdrowia, wiedzy, czystego powietrza, wody, chlorofilu. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje oraz czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach uskrzydla, a może wręcz przeciwnie – uwiera?

Spróbujemy dowiedzieć się, czy „mniej” w jednej dziedzinie oznacza „więcej” w innej.
I dlaczego bilans między nimi nie zawsze się zgadza.

Książkę nazwałbym reportażem "uczestniczącym" (Marta wraz z mężem i 1,5-rocznym synkiem sama podjęła się udziału w eksperymencie, który opisuje), ale nie tylko: barwny i szczegółowy opis perypetii i dylematów 12 gospodarstw domowych (choć nie wszystkie dotrwały do jego końca) przetykany jest szeroko zakrojonymi rozważaniami na tematy związane z aktualną sytuacją ekonomiczną Polaków. Książka nie usiłuje być lekkim poradnikiem, próbuje dotrzeć do podszewki naszych obaw, lęków, aspiracji, ale także umiejscawia je wśród obiektywnych uwarunkowań socjologicznych, kulturowych, a nawet prawnych, które stoją za codziennymi wyborami życiowymi Polaków, determinowanymi zasobnością ich portfela.

Ciekawie wypada konfrontacja naszego polskiego podwórka z Zachodem, wprawdzie zmęczonym propagandą konsumpcjonizmu, jednak z którego zasobnością nadal ciągle się porównujemy, do którego aspirujemy, a są to „dwa konsumenckie kosmosy” jak pisze Marta przy okazji porównania portali „oddam za darmo”:

Tam zmywarka Boscha, tu lodówka Szron.
Tam sprawny projektor ścienny Pioneera i 32-calowy telewizor LCD, tu kineskop dla konesera. Zepsuty.
Tam sprawny ford fiesta z 2001 r. z ubezpieczeniem do końca miesiąca, tu części karoserii mercedesa 901.
Tam pocięte drewno kominkowe, tu suche świerki na opał – w całości, z korzeniami mocno trzymającymi się ziemi, do samodzielnej wycinki przez beneficjenta.

Dynamika książki układa się sama wraz z cyklem kalendarza, zmianami przyrody, pochodem świąt i uroczystości, przeplatanych szarą, ekonomiczną codziennością. Poszczególne rozdziały to: kwiecień - sprzątanie, maj - gospodarność, czerwiec - dziecko, lipiec - ogród, sierpień - przyjemność, wrzesień - gniazdo, październik - rozczarowania, listopad - podróż, grudzień - dar, styczeń - finanse, luty - społeczność, marzec - wizerunek.

Marta nie daje gotowych odpowiedzi, zostawia miejsce na własne przemyślenia. Bardzo często poszczególne fragmenty kończą się znakiem zapytania:

Czym jest właściwie niezbędność?
Dlaczego potrafimy ekscytować się wyborem mydła, proszku do prania albo mopa?
Czy w amoku redukcji nie pozbywamy się czegoś cennego?
Czy prorocy minimalizmu ściemniają? Czy koncentrując się na pozbyciu się jednej obsesji przypadkiem nie karmi się kolejnej?
Czy gospodarne życie zjada więcej czasu niż konsumpcyjne?
Czy konsumpcyjny reżim obiera codzienność z przyjemności?
Dlaczego dopiero legitymizacja pewnych zjawisk przez zachodnią kulturę zaczyna sprawiać, że doceniamy to, co sami robimy, ot tak, od niechcenia, niemal od zawsze?
Czego brakuje nam w Polsce, że godność i poziom zadowolenia z życia są tak mocno splecione z poczuciem ekonomicznego bezpieczeństwa?
Czy życie konsumpcyjne uważne, wyczyszczone z ekscesów, w którym nie ma miejsca na żaden niepotrzebny wydatek jest jeszcze życiem, czy już tylko przeżyciem?


Czy eksperyment się udał? W czasie przedpremierowej prezentacji książki Marta, zapytana o zmiany, jakie przyniósł on w jej osobistym życiu, stwierdziła, że rozwinęła się w niej większa konsumpcyjna świadomość procesów, jakim podlegają nasze codzienne, najzwyklejsze -bo dotyczące zakupów- decyzje. Jestem jeszcze w trakcie lektury książki, ale już teraz mogę powiedzieć, że od tego rzeczywiście intymnego portretu zakupowego Polaków trudno się oderwać. Może dlatego, że dość szybko można w nim rozpoznać własne podobieństwo?


Książka (z drobnym upustem) jest do nabycia na siostrzanym wydawnictwie Relacji Mamania tutaj.
Wywiad z Martą na temat roku bez zakupów znajdziecie na Ulicy ekologicznej tutaj.