Kochani,
Wszyscy kochamy naturę i to, co ma do zaoferowania. Dzięki niej żyjemy, a ja codziennie poza wdzięcznością, odczuwam na nowo radość z przebywania wśród niej i czerpania z jej zasobów. Myślę, że mam pomysł na współpracę z nią :-)
Jednak potrzebuję Waszej opinii w tym temacie. Będę wdzięczna, jeśli odpowiecie w komentarzach na moje pytania:
1. Czy macie możliwość hodowania ziół we własnym zakresie?
2. Jeśli tak, czy suszycie je, by mieć je również poza sezonem?
3. Jakich ziół używacie najczęściej?
4. Jeśli nie macie możliwości hodowania swoich ziół, czy zaopatrujecie się w nie? (jeśli tak, to gdzie?)
5. Na co zwracacie uwagę przy wyborze suszonych ziół?
6. Czy w przyszłości bylibyście gotowi nabywać suszone zioła?
Raz jeszcze wdzięczna,
Iwona
Więcej przestrzeni w domu? To możliwe!
Ostatnio przeczytałam, że trend na minimalistyczne wnętrza z
powodzeniem dominuje w młodym pokoleniu urządzającym właśnie pierwsze
mieszkanie. Powód? Wnętrza wydają się większe, schludniejsze, bardziej
luksusowe, łatwiej utrzymać w nich porządek. A ja… mogę jedynie to potwierdzić.
Sukcesywnie staram się dążyć do posiadania takiego domu, w którym z przyjemnością się wypoczywa, pracuje i nie atakuje ono zbyt wieloma bodźcami. Te ostatnie dwie cechy są dla mnie szczególnie ważne jeśli chodzi o moją „pracownię” zwaną Santorynem. Spędzam w niej sporo czasu, stale coś piszę, przygotowuję materiały do pracy.
Czemu Santoryn? No tak to się u nas składa, że każde pomieszczenie jakoś się nazywa. Zamiast mówić „salon” mówimy „Grecja”, zamiast „sypialni” mamy „Afrykę”, a obecnie zamiast „pokoju roboczego/pracowni” mamy „Santoryn”. Wcześniej, zamiast Santorynu była „oliwka”. Skąd to się bierze? Ano stąd, że każdy z nich jest urządzony w danym charakterze. Dzisiaj otworzę przed Wami drzwi do mojego Santorynu.
Pięć lat temu, gdy urządzaliśmy „oliwkę”, mieliśmy jasną wizję: ściany mają mieć kolor… oliwek, meble proste, jasne (wygrała, rzecz jasna, IKEA). Z czasem doszło kilka gadżetów mojej babci i tak „oliwka” stała się pokojem nieco babcinym: z wieloma sentymentalnymi bibelotami. „Oliwka” była wspaniała, gdy była posprzątana, a zajmowało to zawsze trochę czasu i wiele nerwów. Ponieważ mam pracę związaną z posiadaniem mnóstwa książek i stert kserówek, trudno było to utrzymać w szyku. Nauczyłam się więc siedzieć przy biurku zewsząd obłożona książkami, nie mając zbytnio nawet miejsca na napisanie czegoś. Z czasem doszło jeszcze jedno, duże biurko dla mojego męża. Dwa biurka, dwa komputery, mnóstwo szpargałów. I oddech radości po wielkim sprzątaniu, z obietnicą „Niech już zawsze tak będzie!” – niestety nigdy się to nie udało. Porządek był najwyżej przez dzień.
Aż do czerwca 2015 r. Poszliśmy do klubokawiarni w Bielsku-Białej, gdzie sączyliśmy kawę, siedząc na barowych krzesłach przy wysokim blacie rozciągniętym wzdłuż ogromnego okna. To był impuls: Fajnie byłoby mieć tak w „oliwce”! Moją ulubioną inspiracją dotyczącą wnętrz jest Grecja; wszystko, co możliwe, na biało, niewiele rzeczy i nierówne ściany. Prostota całkowita. Tak, nie pragnę ścian od linijki. O to już na wstępnie w „oliwce” trudno nie było: nasze ściany są naturalnie nierówne. Kolor oliwkowy zamalowaliśmy na biały i …. w pokoju rozjaśniało!
Najważniejszą sprawą było miejsce pracy. Popatrzcie, jak udało mi się rozwiązać wiele problemów:
Sukcesywnie staram się dążyć do posiadania takiego domu, w którym z przyjemnością się wypoczywa, pracuje i nie atakuje ono zbyt wieloma bodźcami. Te ostatnie dwie cechy są dla mnie szczególnie ważne jeśli chodzi o moją „pracownię” zwaną Santorynem. Spędzam w niej sporo czasu, stale coś piszę, przygotowuję materiały do pracy.
Czemu Santoryn? No tak to się u nas składa, że każde pomieszczenie jakoś się nazywa. Zamiast mówić „salon” mówimy „Grecja”, zamiast „sypialni” mamy „Afrykę”, a obecnie zamiast „pokoju roboczego/pracowni” mamy „Santoryn”. Wcześniej, zamiast Santorynu była „oliwka”. Skąd to się bierze? Ano stąd, że każdy z nich jest urządzony w danym charakterze. Dzisiaj otworzę przed Wami drzwi do mojego Santorynu.
Pięć lat temu, gdy urządzaliśmy „oliwkę”, mieliśmy jasną wizję: ściany mają mieć kolor… oliwek, meble proste, jasne (wygrała, rzecz jasna, IKEA). Z czasem doszło kilka gadżetów mojej babci i tak „oliwka” stała się pokojem nieco babcinym: z wieloma sentymentalnymi bibelotami. „Oliwka” była wspaniała, gdy była posprzątana, a zajmowało to zawsze trochę czasu i wiele nerwów. Ponieważ mam pracę związaną z posiadaniem mnóstwa książek i stert kserówek, trudno było to utrzymać w szyku. Nauczyłam się więc siedzieć przy biurku zewsząd obłożona książkami, nie mając zbytnio nawet miejsca na napisanie czegoś. Z czasem doszło jeszcze jedno, duże biurko dla mojego męża. Dwa biurka, dwa komputery, mnóstwo szpargałów. I oddech radości po wielkim sprzątaniu, z obietnicą „Niech już zawsze tak będzie!” – niestety nigdy się to nie udało. Porządek był najwyżej przez dzień.
Aż do czerwca 2015 r. Poszliśmy do klubokawiarni w Bielsku-Białej, gdzie sączyliśmy kawę, siedząc na barowych krzesłach przy wysokim blacie rozciągniętym wzdłuż ogromnego okna. To był impuls: Fajnie byłoby mieć tak w „oliwce”! Moją ulubioną inspiracją dotyczącą wnętrz jest Grecja; wszystko, co możliwe, na biało, niewiele rzeczy i nierówne ściany. Prostota całkowita. Tak, nie pragnę ścian od linijki. O to już na wstępnie w „oliwce” trudno nie było: nasze ściany są naturalnie nierówne. Kolor oliwkowy zamalowaliśmy na biały i …. w pokoju rozjaśniało!
Najważniejszą sprawą było miejsce pracy. Popatrzcie, jak udało mi się rozwiązać wiele problemów:
Kulinarnie - kiszona sałata
Bardzo prosty przepis na małosolną bądź kiszoną sałatę. Sałatę pod taką postacią przyrządza się u mojej żony w domu, nie znałem jej wcześniej i byłem bardzo zdziwiony, że można sałatę kisić :-). Najlepiej smakuje jako dodatek do kanapek.
Składniki:
1. Sałata (lodowa, masłowa)
2. Chrzan - korzeń i liście do przykrycia całości w słoiku
3. Czosnek
4. Koper
5. Słona woda
Całość układamy w słoiku i zalewamy wodą. Sałata jest już dobra po dwóch dniach a potem wedle upodobań można ją trzymać w lodówce (wolniej kiśnie) bądź w temp. pokojowej.
Czas przyrządzania: ok. 10 min.
Smacznego!
Składniki:
1. Sałata (lodowa, masłowa)
2. Chrzan - korzeń i liście do przykrycia całości w słoiku
3. Czosnek
4. Koper
5. Słona woda
Całość układamy w słoiku i zalewamy wodą. Sałata jest już dobra po dwóch dniach a potem wedle upodobań można ją trzymać w lodówce (wolniej kiśnie) bądź w temp. pokojowej.
Czas przyrządzania: ok. 10 min.
Smacznego!
AKCJA „SZAFA”
Mniej
znaczy więcej. Ta myśl jest we mnie od dawna. Kupujemy. Gromadzimy.
Wyrzucamy na śmieci. Mamy więcej niż jesteśmy w stanie
skonsumować. Obrastamy w rzeczy, które stają się naszymi
uzurpatorami. Czasem zastanawiam się kto kogo posiada. Czy ja
posiadam rzecz, czy ona posiada mnie? Nie chcę być niewolnikiem
nieprawdziwych potrzeb. Chcę prostego życia. I prostego szczęścia.
By
marzenia stały się realne postanawiam zmienić prawie wszystko.
Porzucam miasto na rzecz maleńkiej wioski. Bezpieczną pracę na
rzecz pasji. Wygodne mieszkanie na rzecz stuletniego domu, który
będę zmieniać własnymi rękami. Tam zamieszkają moje dzieci. Tam
będę pisać kolejne książki. Tam będę piekła chleb i wspinała
się w górę Dzikiego Wąwozu. Będzie ciężko i … pięknie. Będę
chodzić na bosaka albo w gumiakach. Będę jadła proste, swojskie
jedzenie. Będę się dzielić i korzystać z pomocy innych. Będę
pokonywać swój strach. Wielu rzeczy przestanę potrzebować.
Dlatego właśnie postanawiam uruchomić akcję „Szafa”.
Zdecydowałam się wypruć flaki swojej garderobie. Chcę mieć mniej. Ale może ktoś
chciałby mieć to, czego ja już nie potrzebuję... Przez lata byłam
uzależniona od lumpeksów. Kupowałam rzeczy dobrej jakości,
oryginalne, prawie nowe i najczęściej... zupełnie mi niepotrzebne.
Teraz potrzebuję ekologicznego szamba i pieca rakietowego z gliny.
Dlatego postanowiłam sprzedać zawartość mojej szafy. Akcję
opisałam na fb tutaj. Zamieściłam tam album zawierający proste zdjęcia z zawartością mojej szafy w roli głównej
i modelem w mojej postaci. Zdecydowałam się jednak nie określać
ceny ubrań. Niech i tym razem będzie inaczej. Niech wartość tych
ubrań ustali kupujący.
(Mam nadzieję, że zaoszczędzone mi będą złośliwe uwagi, model wie, że nie jest idealny. Wie o tym doskonale i nie zamierza się tym przejmować).
(Mam nadzieję, że zaoszczędzone mi będą złośliwe uwagi, model wie, że nie jest idealny. Wie o tym doskonale i nie zamierza się tym przejmować).
Minimalizm po grecku
O Grecji ostatnio głośno. Ale ja nie o tym całym kryzysie.
Zanim w ogóle ktokolwiek o nim usłyszał zaczęłam poznawać Grecję „od kuchni” –
dosłownie i w przenośni. I dziś będzie o jedzeniu.
Jeśli chodzi o kulinaria Grecy do szczęścia nie potrzebują wiele. Mają dużo wszystkiego za czym tęskni nasze podniebienie: wypieszczone słońcem warzywa i owoce, i oliwę, z której zrobić można wszystko: mydło, kosmetyki do każdej części ciała, świeczki. Na Krecie dochodzi miód (kosmetyki, świeczki, słodycze…). Zaczęłam z tego korzystać. Podłapałam kilka pomysłów kulinarnych, które są do zastosowania i tutaj, w sezonie. Przekonałam się do kupowania na małych straganach owoców i warzyw, niekoniecznie pięknych i błyszczących, ale o niesamowitym, dojrzałym smaku. Nauczyłam się korzystać ze wszystkiego, co przynoszą polskie plony – podobnie jak Grecy wykorzystuję całe ich dobrodziejstwo. W Grecji do sałatki często wrzucałam zerwany z przydrożnego drzewa owoc granatu. Kilka dni temu w tym celu użyłam czerwonych porzeczek z krzaka w ogrodzie. W Polsce raczej nie kupię mojej ukochanej okry, ale mam wspaniałą fasolkę szparagową. Kilka lat temu podchwyciłam pomysł z oliwą z oliwek i namiętnie używam jej niemalże do wszystkiego.
Zatem tak: podróże kształcą… również kubki smakowe :- )
Macie takie podróże za sobą, z których przywieźliście kulinarne idee?
A oto kilka migawek z mojej kulinarnej Grecji :)
Kiedy 9 lat temu przyjechałam na Kretę z zamiarem spędzenia
tam pół roku zdarzyło mi się przejść przez szok kulturowy. Denerwowało mnie na
przykład to, że sałatka grecka była, według mnie, zrobiona niedbale. Bo co to ma
być? Kilka krzywo pokrojonych pomidorów, ogórków, cztery oliwki na krzyż i
plaster fety na górze, wszystko podlane oliwą z oliwek i posypane oregano? W
Polsce robiłam znacznie lepszą sałatkę grecką! A grecka kawa mrożona? Łyżeczka kawy rozpuszczalnej wrzucona do szklanki,
wymieszana z wodą, kostkami lodu, cukrem… A gdzie gałka lodów waniliowych?
Z czasem zaczęłam doceniać tę prostotę. Wcale nie miałam takiej potrzeby, nie szukałam jej, nie byłam na tym etapie. Ale z niechęcią odkryłam, że smak greckiego pomidora nie ma sobie równych. I że zioła zebrane na Krecie są wyjątkowo aromatyczne. No i feta… W Polsce co jakiś czas pojawiają się trendy jedzeniowe; to modne jest sushi, to szparagi, serki pleśniowe, to rukola dodawana do wszystkiego. I ja nigdy nie „nadążam" za tą modą, ale widzę, że wiele osób nie potrafi się przełamać, by podać gościom coś „zwyczajnego”, dostępnego w Polsce, sezonowego. Pewnie nigdy bym o tym nie rozmyślała, gdyby nie Grecja…
Z czasem zaczęłam doceniać tę prostotę. Wcale nie miałam takiej potrzeby, nie szukałam jej, nie byłam na tym etapie. Ale z niechęcią odkryłam, że smak greckiego pomidora nie ma sobie równych. I że zioła zebrane na Krecie są wyjątkowo aromatyczne. No i feta… W Polsce co jakiś czas pojawiają się trendy jedzeniowe; to modne jest sushi, to szparagi, serki pleśniowe, to rukola dodawana do wszystkiego. I ja nigdy nie „nadążam" za tą modą, ale widzę, że wiele osób nie potrafi się przełamać, by podać gościom coś „zwyczajnego”, dostępnego w Polsce, sezonowego. Pewnie nigdy bym o tym nie rozmyślała, gdyby nie Grecja…
Jeśli chodzi o kulinaria Grecy do szczęścia nie potrzebują wiele. Mają dużo wszystkiego za czym tęskni nasze podniebienie: wypieszczone słońcem warzywa i owoce, i oliwę, z której zrobić można wszystko: mydło, kosmetyki do każdej części ciała, świeczki. Na Krecie dochodzi miód (kosmetyki, świeczki, słodycze…). Zaczęłam z tego korzystać. Podłapałam kilka pomysłów kulinarnych, które są do zastosowania i tutaj, w sezonie. Przekonałam się do kupowania na małych straganach owoców i warzyw, niekoniecznie pięknych i błyszczących, ale o niesamowitym, dojrzałym smaku. Nauczyłam się korzystać ze wszystkiego, co przynoszą polskie plony – podobnie jak Grecy wykorzystuję całe ich dobrodziejstwo. W Grecji do sałatki często wrzucałam zerwany z przydrożnego drzewa owoc granatu. Kilka dni temu w tym celu użyłam czerwonych porzeczek z krzaka w ogrodzie. W Polsce raczej nie kupię mojej ukochanej okry, ale mam wspaniałą fasolkę szparagową. Kilka lat temu podchwyciłam pomysł z oliwą z oliwek i namiętnie używam jej niemalże do wszystkiego.
Zatem tak: podróże kształcą… również kubki smakowe :- )
Macie takie podróże za sobą, z których przywieźliście kulinarne idee?
A oto kilka migawek z mojej kulinarnej Grecji :)
Niejedna forma minimalizmu
Czytając nie tylko Wasze wpisy, ale i komentarze ludzi,
którzy z minimalistycznym podejściem do spraw nigdy się nie zetknęli, można
wysnuć wniosek, że minimalista to nowy twór przejedzonego konsumenta, który dla
odmiany postanawia odmówić sobie tabliczki czekolady, którą przeciętny
zjadacz…czekolady by nie pogardził. I że z czasem odkrywa, że ani czekolada mu
nie jest potrzebna do szczęścia, ani nowy samochód, ani szafa na ubrania. I że
właściwie biel to jego ulubiony kolor, więc namiętnie maluje wszystko na biało. Tymczasem jestem przekonana, że każdego osobnika, który tu wylądował, co
innego tutaj przywiodło. Każdy z nas ma inne potrzeby, jest na innym etapie
życia, chce i jest gotów co innego zmienić.
Bardzo chciałabym napisać, że potrafię ograniczyć się do posiadania 100 rzeczy. Pewnie potrafię, ale to nie będzie moje – nie odczuwam takiej potrzeby. Odczuwam za to potrzebę skierowania się ku rozwojowi osobistemu, wewnętrznemu, duchowemu i przebywania jak najbliżej przyrody. Dla Ciebie to może być uwolnienie się od zbędnych wydatków na rzecz oszczędności albo podjęcie walki z kompulsywnym objadaniem się.
Jak kiedyś pisałam, doświadczyłam momentu, w którym znajdując się w pustym pokoju poczułam błogie odprężenie i uznałam, że…tak byłoby najlepiej. Dobrze mi bez nadmiaru, w którym mimowolnie żyłam latami, czyli wszelakich ozdób i firanek. Lata później, po pracy odprężałam się słuchając dźwięków natury lub prostej muzyki ludowej. W takiej prostocie znajdywałam ukojenie i uciekałam przed nadmiarem informacji. Ba! W takiej prostocie dopiero odkryłam, że otacza mnie nadmiar informacji! Ty z kolei możesz nie wiedzieć, o czym mówię; być może pracujesz w domu i to z dala od Internetu. Świat wirtualny nie towarzyszy Ci tak bardzo jak mnie, ale możliwe, że jesteś na etapie szukania samego siebie, pomysłu na siebie i celu życia. I bardzo potrzebna jest Ci przestrzeń do tego wewnętrznego monologu.
Obecnie ważnym stało się dla mnie uzyskania balansu w wielu aspektach życia i swój minimalizm postrzegam jako równowagę między szeroko pojętym dawaniem i braniem. W życiu osoby dojrzałej i chcącej żyć świadomie ważne jest ustalenie priorytetów. Mam z tym niebywały problem, bo wszystko wydaje mi się tak samo ważne: i moje zdrowie, i praca, i rozwój osobisty, i dom, i związek. Wszystko jest tak samo ważne, w zależności od potrzeb. Jestem w dodatku człowiekiem wielozadaniowym, mającym tysiące pomysłów dziennie. Żeby nie zwariować odkryłam i z ulgą przyjęłam jeden odnośnik, jeden mianownik, główny priorytet. Dla mnie to jest Bóg. Tutaj mój minimalizm się kończy; chcę coraz więcej w życiu duchowym, chcę doskonalej. Chcę brać, by dawać.
Cała reszta pomału zajmuje właściwe sobie miejsca…
Czym dla Was jest minimalizm na dzień dzisiejszy?
Bardzo chciałabym napisać, że potrafię ograniczyć się do posiadania 100 rzeczy. Pewnie potrafię, ale to nie będzie moje – nie odczuwam takiej potrzeby. Odczuwam za to potrzebę skierowania się ku rozwojowi osobistemu, wewnętrznemu, duchowemu i przebywania jak najbliżej przyrody. Dla Ciebie to może być uwolnienie się od zbędnych wydatków na rzecz oszczędności albo podjęcie walki z kompulsywnym objadaniem się.
Jak kiedyś pisałam, doświadczyłam momentu, w którym znajdując się w pustym pokoju poczułam błogie odprężenie i uznałam, że…tak byłoby najlepiej. Dobrze mi bez nadmiaru, w którym mimowolnie żyłam latami, czyli wszelakich ozdób i firanek. Lata później, po pracy odprężałam się słuchając dźwięków natury lub prostej muzyki ludowej. W takiej prostocie znajdywałam ukojenie i uciekałam przed nadmiarem informacji. Ba! W takiej prostocie dopiero odkryłam, że otacza mnie nadmiar informacji! Ty z kolei możesz nie wiedzieć, o czym mówię; być może pracujesz w domu i to z dala od Internetu. Świat wirtualny nie towarzyszy Ci tak bardzo jak mnie, ale możliwe, że jesteś na etapie szukania samego siebie, pomysłu na siebie i celu życia. I bardzo potrzebna jest Ci przestrzeń do tego wewnętrznego monologu.
Obecnie ważnym stało się dla mnie uzyskania balansu w wielu aspektach życia i swój minimalizm postrzegam jako równowagę między szeroko pojętym dawaniem i braniem. W życiu osoby dojrzałej i chcącej żyć świadomie ważne jest ustalenie priorytetów. Mam z tym niebywały problem, bo wszystko wydaje mi się tak samo ważne: i moje zdrowie, i praca, i rozwój osobisty, i dom, i związek. Wszystko jest tak samo ważne, w zależności od potrzeb. Jestem w dodatku człowiekiem wielozadaniowym, mającym tysiące pomysłów dziennie. Żeby nie zwariować odkryłam i z ulgą przyjęłam jeden odnośnik, jeden mianownik, główny priorytet. Dla mnie to jest Bóg. Tutaj mój minimalizm się kończy; chcę coraz więcej w życiu duchowym, chcę doskonalej. Chcę brać, by dawać.
Cała reszta pomału zajmuje właściwe sobie miejsca…
Czym dla Was jest minimalizm na dzień dzisiejszy?
Iwona
Motyw Kobiety
Motyw Kobiety
Spieniężone życie
Dlaczego wzajemne powinności można dziś określić mianem transakcji?Jaką wartość ma życie bez pieniędzy?
Czy logika długu porządkuje jedynie ekonomiczny wymiar życia, czy też buduje podstawy naszej etyki?
Czy wielkość długu określa granice naszej wolności i naszego sprawstwa?
Czy i jak możemy uwolnić się od długu?
Próbę znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania podejmuje czerwcowy numer Znaku. Dużym atutem nowego zbioru tekstów jest spojrzenie na rzeczywistość długu i jego konsekwencji w różnych obszarach życia z wielu perspektyw: historycznej, społecznej, filozoficznej i teologicznej. Uwikłani w kredyty i zadłużenie poniekąd, i nie do końca świadomie, uczestniczymy w procesach, których przyspieszenie - za sprawą rynków finansowych - głęboko przeobraża dzisiejszą rzeczywistość.
Jak historycznie ewoluowało pojęcie kredytu i -szerzej-
długu, o jego związkach z życiem religijnym i społecznym możemy przeczytać w
rozmowie Jakuba Muchowskiego z historykiem prof. Krzysztofem Zamorskim Historyczne układy dłużne. Z
kolei reportaż Życie pod kreską
Beaty Chomątowskiej opisuje życiowe
perypetie blisko 3/4 Polaków, którzy nie mają żadnych nadwyżek finansowych. Skutkuje to
zapożyczaniem się po to, by przetrać do chwili, gdy otrzymamy zapłatę. Zwykle jednak
nie otrzymujemy jej w umówionym terminie, bowiem powszechną praktyką jest, często
założona z góry, nieterminowość. Ta ostatnia jest być może elementem szerszego procesu, o którym możemy przeczytać w tekście Zjawisko finansjalizacji prof. Wiesława
Gumuły.
Ma ono wiele aspektów. Jednym z nich jest "ubankowienie" społeczeństwa, będące wynikiem wzrostu zewnętrznego finansowania gospodarstw
domowych, przedsiębiorstw i państw przez instytucje finansowe, które w
rezultacie przejmują nad nimi kontrolę. W przypadku gospodarstw domowych coraz częściej skutkuje to utratą wolności finansowej, powoduje uzależnienie od pracodawców, miejsca zamieszkania i innych ludzi, rodzi gotowość do różnych kompromisów moralnych oraz zachowań nieakceptowanych w innych okolicznościach. "Rynki finansowe sprzyjają wypieraniu interakcji, czyli wzajemnych oddziaływań ludzkich podmiotów, poprzez zależności jednostronne. Ktoś wywiera wpływ na innych, a ci drudzy nie mają szansy na jakąkolwiek reakcję skierowaną przeciw niemu, gdyż działa on pod osłoną instytucji finansowych, będąc odgrodzonym licznymi organizacjami
<śluzami> i wyposażonym w instrumenty finansowe o dalekosiężnym oddziaływaniu. Wyjątkowo trudne staje się zidentyfikowanie sprawców ewentualnych
krzywd oraz skuteczne im się przeciwstawianie." - pisze prof. Gumuła.
Pośrednie, jednostronne więzi społeczne sprzyjają moralnemu tchórzostwu: zaufanie, lojalność, solidarność i wzajemność zastępowane są kulturą cynizmu,
podejrzliwości, manipulacji, gotowość do zdrady, kulturą zachłanności,
cwaniactwa i niewdzięczności. Akcjonariusz korporacji z siedzibą w
Londynie, Berlinie lub Nowym Jorku akceptuje fakt, że spółka - córka w Birmie
wykorzystuje dzieci do pracy niewolniczej, ale wmawiamy sobie, że przecież bezpośrednio
nie odpowiadamy za los tych dzieci. To jednak nie tylko świat giełdy lub dużych koncernów - to także codzienna rzeczywistość zapewnienia sobie płynności finansowej poprzez opóźnienie realizacji faktury - ze względu na zapośredniczenie transakcji nie odczuwamy, że za wspomnianą już nieterminowością kryje się odmowa zapłaty konkretnemu człowiekowi. Coraz częściej jedynym kryterium postępowania stają się reguły prakseologiczne i wzory prawne, zapewniające skuteczne, ekonomiczne i legalne powiększanie swoich
zasobów finansowych.
Czy jednak dług należy postrzegać wyłącznie od strony ekonomicznej? Równie ważna, a może i daleko bardziej brzemienna w skutkach, jest
rzeczywistość długu pojmowanego metafizycznie, o czym możemy przeczytać w
rozmowie Mateusza Burzyka z Ireneuszem Kanią, tłumaczem, poliglotą i specjalistą
w dziedzinie buddyzmu. Czy w jakiś sposób wszyscy nie jesteśmy dłużnikami? Skąd
tak wiele w religii odniesień do długu, odkupienia? "Całe dzieje święte to
próby naprawy błędu pierwszych rodziców, zwrotu zaciągniętego przez nich długu"- twierdzi Kania.
Niezależnie od religii, wszyscy dzielimy egzystencjalne doświadczenie
ułomności i braku, czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku
czegoś nam brakuje. Co, a może raczej kto, może nas od tego metafizycznego długu uwolnić?
Temat numeru chyba nieprzypadkowo zamyka rozmowa Dominiki
Kozłowskiej i Mateusza Burzyka z bp. Grzegorzem Rysiem Nic innego się nie
liczy. Rozwiązaniem naszych codziennych trosk i
niepokojów w obszarze zadłużenia jest przede wszystkim zyskanie
świadomości tego, co tak naprawdę liczy się w życiu. Bp Ryś daje
podpowiedź: „Co można mieć piękniejszego w
życiu od doświadczenia relacji z drugim – dar od kogoś i dar z siebie dla
niego. Nic innego w życiu się nie liczy, niczym innym człowiek się nie spełni,
nic innego go nie zaspokoi. Bóg w Chrystusie daje nam to, co jest naszym najgłębszym
szczęściem. Kłopot leży po stronie człowieka, to on rozmienia wszystko na drobne:
egzamin, kariera, samochód, domek, zdrowie…”
Jak stwierdził bp Ryś, Bóg ma słabość do bankrutów, o czym
możemy przekonać się na kartach Biblii. I dodaje: "Ciekawsze jest co innego – mianowicie:
jak wpływa na człowieka bankructwo rozmaicie pojęte – otwiera go na Boga i
bliźnich – czy też zamyka? Na szczęście jest tak, że gdy człowiek dochodzi do
ściany, to może ten moment przeżyć jako otwarcie na łaskę, może odkryć, że sam
dla siebie nie jest samowystarczalny i że potrzebuje kogoś i czegoś więcej."
Tradycyjnie Czytelnicy bloga zainteresowani wgryzieniem się w temat mogą nabyć aktualny numer miesięcznika po promocyjnej cenie 12,90 zł (cena bez promocji to 19,90 zł). Dodajemy numer 721 do koszyka i wpisujemy w odpowiednim polu „wystarczymniej”, co automatycznie obniży cenę do 12,90 zł. Ten sam kod działa również do numerów 715 (Nie marnuj) oraz 710-11 (Rzeczy). Link do złożenia zamówienia znajdziecie tutaj.
Wpis nt. numeru XI. Nie marnuj tutaj.
Wpis nt. numeru Nazywaj rzeczy po imieniu tutaj.
Kijem czy marchewką, czyli o promocji rodzicielstwa
Przetoczyła się burza, przez Polskę przeszedł huragan... Tak w skrócie można opisać reakcje na kampanię społeczną, mającą na celu zachęcenie kobiet do rodzicielstwa...
Z jednej strony zgadzam się z promowaniem tego typu postaw, bo dzietność zdaje się być na przegranej pozycji. Sama niedawno byłam w szoku po wyjściu z rozmowy rekrutacyjnej, że nie zapytano mnie o plany co do dzieci. Z drugiej strony, odkąd pamiętam, ciągle słyszę, że MUSZĘ mieć dzieci. Dodatkowo sugerowanie, że zamiast tego kobiety wolą drogie wakacje, remont mieszkania lub budowę domu, ma prawo zaboleć miliony Polek, bo na takie rzeczy w dzisiejszych czasach chyba tylko córka Kulczyka może sobie pozwolić.
Współczesnej mamie ciężko jest wyjść spokojnie na spacer i nie usłyszeć krytyki o tym, że coś robi źle. Pomimo coraz dramatyczniejszej sytuacji demograficznej widok rodzin wielodzietnych powoduje komentarze typu "dziecioroby". Z tej perspektywy ciężko być pozytywnie nastawionym do rodzicielstwa, a można przecież inaczej...
Zamiast krytykować wiecznie niedospane matki Polki, może lepiej być po prostu życzliwym? To przecież ich dzieci będą nam służyć, gdy będziemy już starzy i zniedołężniali. Zamiast wmawiać młodym mamom, że teraz mają już tylko rezygnować z własnych marzeń, może lepiej pomoc im je realizować?
![]() |
| źródło |
Kiedy widzę młodych rodziców, którzy z małymi dziećmi odwiedzają Saharę, to wierzę, że macierzyństwo może być wspaniałym czasem.
Jest tyle osób, których kariera rozkwitła w czasie, gdy pojawiły się w ich życiu dzieci i pozakładały własne firmy.
Czemu piszę o tym wszystkim na tym blogu? Bo uważam, że rodzicielstwo jest jednym z podstawowych etapów w życiu człowieka i nie trzeba wydawać fortuny na "oprzyrządowanie" do niego ani zamykać się pod kluczem, bo inaczej jest niebezpiecznie... Skoro jest to naturalny czas od zarania świata, to myślę, że można się wtedy dalej rozwijać, a nie wciskać pauzę i starać się przetrwać. Życie jest za krótkie na ciągłe sprzątanie i gotowanie. Wiem, że wśród Was są rodzice, którzy cieszą się życiem i w pełni realizują. Proszę, pokażcie, że można inaczej.
Człowiek w świecie z betonu
Wyjątkowo lubię filmy, których akcja osadzona jest na
południu Stanów Zjednoczonych, w XIX wieku. Jeszcze zobaczymy Indian broniących
swojej wielkiej, naturalnej przestrzeni, jak i osadników; niektórzy żyją w
zgodzie z sąsiadami, naturą i porami
roku, inni już zwietrzyli interes i zaczęli budować. I to budowanie każdemu, za
wyjątkiem Indian, się spodobało. Bo
ułatwiało codzienne życie.
Z czasem, niegdyś zielone i dzikie, tereny należące do każdego zabetonowano i wyznaczono właściciela, który z kolei postawił płot. Miasteczka zamieniły się w miasta, domy w bloki, z wydzielonym metrażem na każdego mieszkańca, pola i werandy na większe lub mniejsze balkony.
Tak nas zastała rzeczywistość. Co jakiś czas rusza akcja typu „Wyloguj się do życia” , „Kultura to natura” i tym podobne – od nowa uczy się nas podstawowych praw natury, pokazuje, że drzewo daje tlen i że jest ważne. I że my też czasem potrzebujemy wyjść na zewnątrz, żeby lepiej funkcjonować.
A my…. czasem się buntujemy, oszukujemy trochę, bo nie potrafimy sobie wyobrazić, jak w tak rozwiniętym technologicznie świecie MY musielibyśmy potrzebować obcowania z naturą.
Z czasem, niegdyś zielone i dzikie, tereny należące do każdego zabetonowano i wyznaczono właściciela, który z kolei postawił płot. Miasteczka zamieniły się w miasta, domy w bloki, z wydzielonym metrażem na każdego mieszkańca, pola i werandy na większe lub mniejsze balkony.
Tak nas zastała rzeczywistość. Co jakiś czas rusza akcja typu „Wyloguj się do życia” , „Kultura to natura” i tym podobne – od nowa uczy się nas podstawowych praw natury, pokazuje, że drzewo daje tlen i że jest ważne. I że my też czasem potrzebujemy wyjść na zewnątrz, żeby lepiej funkcjonować.
A my…. czasem się buntujemy, oszukujemy trochę, bo nie potrafimy sobie wyobrazić, jak w tak rozwiniętym technologicznie świecie MY musielibyśmy potrzebować obcowania z naturą.
A jednak
Ludzie z blokowisk wychodzą tłumnie na balkon, by zobaczyć
tęczę.
Potrafią pół dnia komentować fakt, że w końcuuuu wyszło słońce!
Wolą śpiew ptaków od jazgotu samochodów, a gdy kupują dom to już >poza miastem< i z możliwie jak najładniejszym widokiem z okna.
Lubią szum fal nad morzem, piasek na plaży, błękit nieba.
Chętnie fotografują piękne krajobrazy i zachwycają się >swojskim< jedzeniem.
Rzadko przechodzą obojętnie obok kwitnącego bzu czy wschodzącego tulipana.
Jadą kilka godzin samochodem, by zobaczyć zachód słońca w wybranym miejscu.
Chłoną górskie powietrze i nadmorską bryzę.
Wybierają wakacje gdzie >cisza i spokój<.
Lubią patrzeć na księżyc i gwiazdy.
Potrafią pół dnia komentować fakt, że w końcuuuu wyszło słońce!
Wolą śpiew ptaków od jazgotu samochodów, a gdy kupują dom to już >poza miastem< i z możliwie jak najładniejszym widokiem z okna.
Lubią szum fal nad morzem, piasek na plaży, błękit nieba.
Chętnie fotografują piękne krajobrazy i zachwycają się >swojskim< jedzeniem.
Rzadko przechodzą obojętnie obok kwitnącego bzu czy wschodzącego tulipana.
Jadą kilka godzin samochodem, by zobaczyć zachód słońca w wybranym miejscu.
Chłoną górskie powietrze i nadmorską bryzę.
Wybierają wakacje gdzie >cisza i spokój<.
Lubią patrzeć na księżyc i gwiazdy.
Dlaczego? Po co nam to?
Tak, Drogi Człowieku – zostałeś stworzony do tego
wszystkiego, do czerpania nie tylko korzyści, ale i wdzięcznej radości. Zachwycasz
się tęczą i wschodem słońca? Słusznie! To zostało stworzone, by cię zachwycać,
zaopatrywać tak, byś przetrwał, kształtować wrażliwość, pragnienie piękna i
dobra.Wreszcie, byś zadał pytanie: Kto to wszystko stworzył?!
Naszym przeznaczeniem nie jest >mrówkowiec<, w którym każdy ma swoje dwa metry kwadratowe i paprotkę na parapecie, tylko przestrzeń pod niebem, gdzie każdy z nas czuje się godnym spadkobiercą tego, z czego sam się czasem odziera. Co pozwolił sobie wydrzeć cywilizacji >w zamian za< ……..
Właściwie, to ... czy jest większa wartość niż nasze życie w obfitości, zdrowiu, pokoju i szczęściu?
Naszym przeznaczeniem nie jest >mrówkowiec<, w którym każdy ma swoje dwa metry kwadratowe i paprotkę na parapecie, tylko przestrzeń pod niebem, gdzie każdy z nas czuje się godnym spadkobiercą tego, z czego sam się czasem odziera. Co pozwolił sobie wydrzeć cywilizacji >w zamian za< ……..
Właściwie, to ... czy jest większa wartość niż nasze życie w obfitości, zdrowiu, pokoju i szczęściu?
Motyw Kobiety
Jeszcze o małych domkach, czyli jak duży będzie dość duży?
W przypadku zmiany miejsca normalnie sprzedajesz dom/mieszkanie i kupujesz/wynajmujesz inne. Zwykle nieruchomość nie traci na wartości, przynajmniej w takim tempie, jak np. samochód, a taki domek na kółkach to, było nie było, "pojazd". Otwierasz się na nowe i nieznane, bez zbędnego balastu w postaci czterech ścian i dachu na kółkach. Start w nowym miejscu to zawsze niewiadoma, ale i szansa. Czy taki mobilny domek nie ogranicza... mobilności?
Konieczność utrzymania tego na kółkach powoduje duże ograniczenia w konstrukcji, a zatem w rozmiarach, izolacji cieplnej ścian, rozwiązaniach technicznych, które z początku mogą fascynować, z czasem irytować. W przypadku większej liczby osób życie na tak niewielkiej przestrzeni (zwłaszcza w zimniejszych miesiącach) może generować napięcia, a także, o czym była mowa w poprzednim wpisie, deficyty intymności.
I jeszcze jedna sprawa: taki domek trzeba gdzieś "zaparkować", podłączyć do kanalizacji, prądu, wodociągu. A więc nadal kluczowa jest kwestia znalezienia działki, czyli albo własność albo dzierżawa. Wydaje mi się, że te mobilne domki w rzeczywistości stają się mobilne w teorii, gdyż taka jest natura ludzka, że lubi osiadać na stałe, wiązać się z otoczeniem, ludźmi, zwłaszcza, gdy odnajdzie to swoje, mniej lub bardziej wymarzone, miejsce.
Nie znaczy to wcale, że idea małych domków nie jest mi bliska. Wydaje mi się, że mogłaby ona polegać nie tyle na budowie naszych domostw na platformie wyposażonej w koła, lecz na wznoszeniu tradycyjnych domów, ale o niewielkiej, dostosowanej do naszych rzeczywistych potrzeb, powierzchni. Powiem więcej, ruch małych domków jest doskonale rozwinięty w Polsce!, choć oczywiście współcześnie dominuje moda na wielkie posesje, które mają niewiele wspólnego z naszymi potrzebami, zdrowymi finansami, a także często zadowoleniem.
Przypomniała mi się sytuacja dwóch znajomych rodzin. W przypadku tej pierwszej architekt nie dał się namówić na zmniejszenie rozmiarów domu do bardziej użytkowych (pisałem o tym we wpisie Dom ze słomy), w tym drugim, bardzo okazałym i ledwo co wybudowanym za ciężkie pieniądze, pani domu oświadczyła, że z uwagi na jego gabaryty źle się w nim czuje.
Czy rzeczywiście potrzebujemy dużego domu? Ciekawie o optymalnych wymiarach domu pisał Ferenc Mate w książce "Prawdziwe życie":
"Zacznijmy wygodnie, ale też rozsądnie - od wejścia. W sieni powinna być ława, gdzie można usiąść i zdjąć buty, oraz szafa na palta, więc powiedzmy, że wystarczy pomieszczenie o wymiarach 2 na 2,5 metra, czyli 5 metrów kwadratowych.
Jeżeli zgodzicie się ze mną, że nasza kuchnia z kominkiem, ceglanym piecem chlebowym, marmurowym blatem, stołem i ławą jest dostatecznie funkcjonalna, to dodajmy 12 metrów kwadratowych - nieźle jak na miejsce, gdzie gotujemy, jemy i przesiadujemy. Na wszelki wypadek dopiszmy jeszcze spiżarkę na zimę, czyli powiedzmy, półtora na półtora metra, a więc 2,25 metra kwadratowego ekstra.
Salon powinien być na tyle przestronny, by pomieścić przyjaciół i krewnych, ale nie tak duży, by trzeba było zamawiać taksówkę, aby dostać się z jednego końca pokoju na drugi. 4,5 na 4,5 metra to dość miejsca, by zmieścił się tam kominek, kanapa, dwa fotele, regał z książkami i pianino. Czyli nieco ponad 20 metrów kwadratowych. Wierzcie mi lub nie, ale na razie uzbieraliśmy w sumie 40 metrów kwadratowych.
Dobudujmy jeszcze parę sypialni o wymiarach 3,5 na 3,5 metra, dwie łazienki po 2,5 na 2,5 metra i jeszcze przestrzeń do przechowywania różnych rzeczy, która miałaby powierzchnię jednego pokoju, a otrzymamy 49,25 metra kwadratowego, czyli na cały dom 89,25 metra kwadratowego. No to dodajmy jeszcze jeden pokoik i zaokrąglijmy: przytulny domek będzie miał 100 metrów kwadratowych. A teraz pytanie: czemu, u licha, przeciętna współczesna rodzina potrzebuje domu dwa razy większego? Do gry w kręgle? Tańców kowbojskich? Wyścigów samochodowych na korytarzu?
Nie dość, że zbudowanie funkcjonalnego dom o powierzchni 100 metrów kwadratowych kosztowałoby grosze, to jeszcze z łatwością moglibyście go postawić wespół z rodziną i przyjaciółmi w rok, z miłymi długimi przerwami na obiad i dniami wolnymi od czasu do czasu. A pomyślcie tylko, jak duży przy całej zaoszczędzonej przestrzeni mógłby być wasz ogród warzywny, gdzie bawiłyby się wasze dzieci, wy sami moglibyście się byczyć albo spędzać miło czas z sąsiadami, a żółw pohasać w dziczy.
Teraz wiele osób zapyta: „Ale gdzie jest garaż?". Na co odpowiem uniżenie: „Nigdzie". Mówię zupełnie serio, samochodami jeździ się po szosach i autostradach, które raczej nie są zadaszone, a na dodatek większość aut stoi zaparkowana przez cały dzień pod gołym niebem, więc czemu mielibyśmy chować je pod dach na noc? Czyżby wyły ze strachu, kiedy zapadnie zmierzch?
Nie zamierzam nawet wspominać o innych dziwacznych częściach domu, które w naszych czasach wydają się tak niezbędne, jak nasze żywotne organy: o wejściu jak do katedry, gdzie nikt się nie modli, o ogromnej jadalni, gdzie nikt nie jada, o pokoju rodzinnym, w którym rzadko przebywa rodzina, czy o pokoju zabaw, gdzie wszyscy nudzą się jak mopsy. Wystarczy zauważyć, że to co szpanerskie i bezużyteczne zdominowało nasze życie, począwszy od śmieciowego żarcia, pozbawionego wartości odżywczych, poprzez przemysł finansowy, który nie wnosi do społeczeństwa niczego poza okazjonalnym dreszczykiem zbliżającego się krachu, aż po nasze tandetne, ogromne domy, w których jesteśmy odizolowani od świata i samotni, i trzęsiemy się ze strachu, czy uda nam się spłacić hipotekę."
Czy dom między 89-100 m2 spełniałby nasze potrzeby? Co w przypadku licznej rodziny? Czy każdy domownik musi mieć swój osobny pokój? Myślę tu zwłaszcza o dzieciach. Tu znowu przykłady: znam rodzinę wielodzietną, która przez wiele lat gnieździła się w dwupokojowym mieszkaniu. Warunki niewyobrażalnie trudne, ale było widać, że wszyscy się kochają i rozumieją. Znam także rodziny, które mogą jeździć po domu rowerem, w której każde dziecko ma osobny pokój z tabliczką wstęp wzbroniony. Nie sprawiają wrażenia rodziny zgranej i szczęśliwej.
My sami w 6 osób mieszkamy co prawda w bloku, ale nasze dwupoziomowe mieszkanie o powierzchni 87 m2, składające się z 4 pokoi, 2 łazienek i otwartej na salon kuchni, przypomina nieco mały domek. Brakuje nam tego, co dom może zaoferować - spiżarni, niewielkiego pomieszczenia gospodarczego, może dodatkowego pokoju dla gości, no i, o czym już pisałem, ogródka. W sumie nasz dom mógłby zmieścić się w 100 m2 tak, jak zaplanował to Mate.
Wiem, że wybierając projekt domu lub gotowy budynek wiele osób stoi przed dylematem - lepiej zaplanować/kupić nieco większy "na wszelki wypadek", bo i tak bierzemy kredyt, bo co powiedzą sąsiedzi, rodzina... Może jednak lepiej wybrać coś skromnego, co odpowiada naszym potrzebom?
Przyznam się, że lubię wyłapywać w najbliższej okolicy niewielkie w rozmiarach domy. Zastanawiam się jak się w nich żyje lokatorom. Wybudowane niedużym kosztem, były zapewne wynikiem nie tyle świadomej decyzji życia na małej przestrzeni, co raczej ograniczonych możliwości finansowych. Możemy jednak zapoczątkować "ruch małych domków" podyktowany naszym osobistym wyborem, za którym stoi skromność, gospodarność i zwykły zdrowy rozsądek!
Poniżej kilka fotek domków z najbliższej okolicy. W różnym stylu, różnej konstrukcji, ładne lub brzydkie. Ale łączy je jedno - ich niewielka powierzchnia:
Ruch małych domków - możliwy w Polsce?
![]() |
| źródło |
Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.
![]() |
| źródło |
Nie dziwię się, że ten model sprawdza się w Stanach, bo teren jest tam stosunkowo nizinny, w wielu miejscach nie pada śnieg... Tutaj pojawia się jedna z moich największych wątpliwości, bo kiedy myślę o wybudowaniu domu w Polsce na myśl przychodzą mi najpierw domy pasywne z półmetrową izolacją ścian. Nie ma co się oszukiwać - mieszkamy w kraju o surowym klimacie. Jednak wujek Google, jak i właściciele domku powyżej zdają się dawać sobie radę. Mały domek nagrzewa się stosunkowo szybko, to trzeba mu przyznać, choć przeraża mnie koszt utrzymywania 25 stopni przez pół roku w takiej konstrukcji.
![]() |
| źródło |
Drugą nurtującą mnie sprawą jest seks. Praktycznie nikt o tym nie pisze. Właściciele tych domków potrafią pokazać Wam kibel, lodówkę, brudną bieliznę, ale kiedy widzę rodzinę, która tak mieszka, zawsze po cichu liczę, że ktoś mi wreszcie powie jak sobie radzi z brakiem ścian i rozchodzeniem się dźwięków na tak małej przestrzeni...
Poza wspomnianymi wątpliwościami taki domek wydaje się być świetnym rozwiązaniem, bo powiedzcie szczerze, co robicie po powrocie do domu z pracy? Ja padam do łóżka, nad ranem biorę szybki prysznic, a w weekend zamiast siedzieć w domu wolę gdzieś wyjść... Gdybym tylko jeszcze wiedziała, na którym kontynencie zostanę na stałe ;)
Poniżej zamieściłam Wam najlepsze (w mojej opinii) filmy na ten temat. Ostrzegam są długie. No to weekend czas zacząć ;)
Dźwięki mojej przestrzeni
Zaczęłam o zapachu (A mój dom pachnie sosną), dotarłam do
dźwięków. Nie wierzę, że jest na świecie osoba, która nie lubi absolutnie żadnej muzyki,
żadnych dźwięków. Ja sama nie potrafię żyć bez muzyki. Dobieram ją w zależności od pory dnia i
nastroju. Rano zwykle słucham czegoś pobudzającego, po południu czegoś, co
przyczynia się do wchodzenia w stan relaksu.
Już jako 13-latka odkryłam, że muzyka na mnie działa w określony sposób. Poza płytami ulubionych zespołów kupiłam sobie eksperymentalnie hiszpańską muzykę folkową i odpłynęłam. Potem do kolekcji dołączyły jeszcze delfiny i ptaki…. Tę ostatnią płytę znalazłam niedawno. Włączyłam i zasłuchałam się. Kiedy oprzytomniałam, podeszłam do okna, otworzyłam je i…. miałam wersję na żywo.
Kilka lat temu moim wielkim sprzymierzeńcem stał się folk kreteński; prosta muzyka z gór Krety (patrz, a raczej posłuchaj: tutaj). Ilekroć tam przebywałam doznawałam kojącego uczucia związanego nie tylko z cudowną ciszą i krystalicznym, surowym powietrzem, ale i tamtejszą muzyką, którą mogłabym określić wyrażeniem "złożona prostota". Dźwięki są pieczołowicie dobrane, świetnie ze sobą współgrają, a jednocześnie działają jak balsam na moją przeładowaną duszę. Słuchając jej, czuję tamto górskie powietrze i smak świeżej oliwy z oliwek z chlebem kukurydzianym. Lubię przenosić się w ten klimat na zakończenie mojego środkowoeuropejskiego dnia wyznaczonego wskazówkami zegara.
Innym muzycznym pokarmem jest dla mnie twórczość Howarda Shore'a – genialna muzyka filmowa („Hobbit”, „Władca pierścieni”). Na początku roku kupiłam kino domowe, a następnie rozmyślnie rozstawiłam kolumny po to, by móc delektować się muzyką. Wiele osób, które znam, odtwarzają muzykę tylko i wyłącznie na telefonie komórkowym i twierdzą, że "słuchają" muzyki. O nie! Na telefonie zaledwie usłyszę muzykę, ale do jej przeżycia potrzebna jest oprawa.
Jednak nie tylko folk czy dźwięki natury przepływają przez
moje głośniki. Nie gardzę reggae, Archive, Niną Simone, Manu Chao czy graniem mojego męża na gitarze elektrycznej! Słucham także tak zwaną muzykę "uwielbieniową" typu
Hillsong czy Jesus Culture. To bardzo dynamiczna muza, bardzo….naładowana, ale
z kolei tutaj tekst i duch muzyki sprawia, że mogę ją włączyć o północy i położę
się spać totalnie zrelaksowana.
Teraz, gdy jest wiosna, korzystam z każdej okazji do
wsłuchania się w dźwięk strumyka, trele ptaków, a nawet stukot kół pociągu. Wtedy
wiem, że wszędzie toczy się życie, a ja jestem jego częścią.
Macie swoją ulubiona muzykę, z którą przechodzicie przez
dzień?
O uczciwości
Nie będziemy prowadzić prostego życia, jeśli szukamy za wszelką cenę własnej korzyści. Drobne nieuczciwości, kradzieże, oszukiwanie, naginanie oczywistych zasad w imię większych lub mniejszych, a często iluzorycznych, zysków. Pamiętam, że będąc u kogoś na obiedzie, gospodarz pochwalił się, że ładne szklanki, z których pijemy wodę, zabrał sobie "na pamiątkę" z irlandzkiego pubu, w którym pracował. Czy nie była to zwykła kradzież?
Portfel na podłodze w pustej szatni...
Lewe nabijanie biletów na kartę miejską...
Laptop pozostawiony w tramwaju przez roztargnionego podróżnego...
Przemilczenie usterek w samochodzie podczas jego sprzedaży, nie wspominając już o przekręcaniu licznika...
Pomyłka ekspedientki przy wydaniu reszty na korzyść kupującego...
Książki pożyczone od znajomych, które przetrzymujemy od lat...
Kombinatoryka stosowana w przypadku rozliczania podróży służbowych, zegarki nie wpisane w oświadczenie majątkowe, kserowanie własnych rzeczy w czasie pracy i prywatne telefony "na koszt" pracodawcy, faktury za fikcyjne usługi wpuszczane w koszty, dochody, od których nie zapłacono podatku (i nie mówię tu o obywatelskim nieposłuszeństwie w stylu H. Thoreau), pirackie wersje muzyki, filmów i programów komputerowych...
Czy to "dary od losu" czy okazja do wzmacniania charakteru?
Że wszyscy tak robią, że nie stać mnie na legalne wersje, że podatki są za wysokie?
Nie wyobrażam sobie prostego życia bez wyraźnego odcięcia się od tych i innych "okazji".
Nie chodzi tu jedynie o moralność, przepisy, nakazy religijne, ale wewnętrzną wolność od zwykłej chciwości. Bez "przejrzystości" i niezłomności nie będziemy umieli cieszyć się z tego, co mamy.
Bycie, w małych i dużych sprawach, absolutnie przejrzystym i uczciwym zaprocentuje zaufaniem, brakiem przywiązania do rzeczy, gotowością do dzielenia się i... spokojnym snem.
Czego sobie i czytelnikom życzę :)
Jak nie komplikować sobie życia
Niedawno sięgnąłem po książkę Billa Hybelsa „Prostota. Jak
nie komplikować sobie życia”, która ukazała się na jesieni zeszłego roku
nakładem Wydawnictwa Esprit (w tłumaczeniu Magdaleny Filipczuk).
Książkę znajdziecie na stronie wydawnictwa tutaj.
Książka, napisana przez pastora, ukazuje całkowicie odmienne
podejście do tematu upraszczania życia. Jej przesłanie oddaje cytat:
"Uproszczone życie wymaga czegoś więcej niż uporządkowanie szafy z
ubraniami czy posprzątanie biurka. Wymaga uporządkowania duszy." Nie
chodzi jednak o stały punkt odniesienia, jakim jest dla Hybelsa żywa wiara i relacja z
Jezusem; u osoby wierzącej to całkiem zrozumiałe.
Przyzwyczailiśmy się na blogach poświęconych minimalizmowi i prostemu życiu przykładać dużą wagę do materialnej strony zagadnienia, czyli walki z nadmiarem przedmiotów, które obarczamy odpowiedzialnością za towarzyszące nam uczucie przytłoczenia, przemęczenie i frustrację. Dla wielu proste życie zaczyna się mniej więcej w punkcie, w którym podejmują próby okiełznania świata rzeczy, często radykalnie się od niego odcinając. Może za sprawą hermetycznego podejścia do tematu, a może w wyniku świadomego zapatrywania, Hybels kreśli czytelnikom zdecydowanie odmienną drogę do prostoty. Przyznam, że mnie to zaskoczyło, ale także przyniosło przyjemny, ożywczy powiew nowości.
Przyzwyczailiśmy się na blogach poświęconych minimalizmowi i prostemu życiu przykładać dużą wagę do materialnej strony zagadnienia, czyli walki z nadmiarem przedmiotów, które obarczamy odpowiedzialnością za towarzyszące nam uczucie przytłoczenia, przemęczenie i frustrację. Dla wielu proste życie zaczyna się mniej więcej w punkcie, w którym podejmują próby okiełznania świata rzeczy, często radykalnie się od niego odcinając. Może za sprawą hermetycznego podejścia do tematu, a może w wyniku świadomego zapatrywania, Hybels kreśli czytelnikom zdecydowanie odmienną drogę do prostoty. Przyznam, że mnie to zaskoczyło, ale także przyniosło przyjemny, ożywczy powiew nowości.
Zatem, w telegraficznym skrócie - po więcej odsyłam do książki, droga do prostoty według Hybelsa polega na przejściu:
1. Od wycieńczenia do pełni energii – autor omawia 5 przykładowych źródeł odnawiania energii życiowej (komunikacja z Bogiem, rodzina, praca, która przynosi satysfakcję, rekreacja i aktywność fizyczna). Generalnie chodzi o zidentyfikowanie zajęć kojących nasze nerwy, stanowiących balsam dla ducha i dodających nam energii życiowej, bez której tracimy zdolność koncentracji, a naszą uwagę pochłaniają coraz to nowe rzeczy, z których nie płynie dla nas żaden pożytek, gdyż -jaki pisze Hybels- „mylimy bycie w ciągłym ruchu z robieniem postępów”.
2. Od nadmiaru obowiązków do dobrej organizacji – kalendarz to nie tylko lista pilnych spraw do załatwienia, ale podstawowe narzędzie, które ma nam pomóc w stawaniu się tym, kim chcemy, dzięki sile słów wpisanych do kalendarza, a następnie wprowadzanych w życie. Kalendarz obejmujący wszystkie ważne sfery życia umożliwi znalezienie czasu na priorytetowe wartości, dzięki czemu mamy możliwość doświadczyć obfitości życia.
3. Od poczucia przytłoczenia do poczucia, że kontrolujesz swoje życie – Hybels podkreśla ścisły związek prostoty z kontrolą własnego stosunku do pieniędzy, które winny zająć właściwe miejsce w hierarchii wartości. „Zaznasz prawdziwego spokoju w sferze finansowej dopiero wtedy, kiedy nauczysz się żyć szczęśliwie w warunkach, jakie stwarza ci Bóg, w każdym okresie twojego życia” – pisze.
4. Od niepokoju do poczucia spełnienia – spełnienie zawodowe to siła, która może uprościć wiele wymiarów naszego życia, gdyż „konflikty, frustracje, chaos, nieefektywność i toksyczne środowisko, czyli nieodłączne cechy pracy, której nie lubisz, wywołują w tobie wewnętrzny zamęt pozbawiający cię spokoju.”
5. Od poczucia krzywdy do radości i pełni życia – w tym kroku Hybels omawia wartość przebaczenia krzywd, gdyż „pęknięcia w relacjach kosztują nas wiele energii, wypełniają nam umysł i serce, wiszą nad nami jak ciemne, złowrogie chmury”.
6. Od niepokoju do całkowitego spokoju – nic nie komplikuje naszego życia bardziej niż paraliżujący, destrukcyjny lęk, który okrada nas z radości, poczucia spełnienia i spokoju. Dlatego kiedy pokonamy swoje lęki i fobie, możemy doświadczyć prostoty życia, będącej źródłem mocy.
7. Od izolacji do bycia z ludźmi – uregulowanie relacji z przyjaciółmi prowadzi do bogatszego, pełniejszego i radośniejszego życia w duchu prostoty. Z jednej strony chodzi o odrzucenie niektórych relacji i zawężenie grona przyjaciół, z drugiej pogłębianie tych, które mają dla nas prawdziwą wartość.
8. Od rozproszenia do koncentracji na tym, co najważniejsze – w tym kroku Hybels proponuje określenie swojego motta życiowego, które ma być latarnią oświetlającą drogę do przystani w czasie różnych życiowych sztormów.
9. Od stania w miejscu do akceptowanie zmian w życiu – aby wprowadzić w życie ducha prostoty ważne jest określenie, jaki okres właśnie przechodzimy, dzięki czemu stajemy się świadomi własnej sytuacji i jesteśmy bardziej zaangażowani w codzienność. „Możesz znacząco uprościć swoje życie dzięki rozpoznaniu kiedy okres, w którym się teraz znajdujesz, dobiega końca i kiedy najwyższy czas ruszyć dalej. Twoja codzienność staje się bardziej uporządkowana, mniej zanieczyszczona sprawami nieistotnymi, a ty sam zaczynasz koncentrować się na najważniejszych dla danego okresu rzeczach.”
10. Od poczucia bezsensu do satysfakcji – czy czerpiesz z życia satysfakcję? Hybels podważa dobrze znane hasło „więcej oznacza lepiej” stwierdzając, że satysfakcji z życia nie przyniesie brak ograniczeń w zaspokojeniu pragnień, nieprzebrane przyjemności i nienasycenie w spełnianiu zachcianek. "Wprowadzenie we własne życie ducha prostoty nie ma na celu jedynie ułatwienia życia – jak gdyby to było porządkowanie szafy czy garderoby. Mówisz nie wszystkiemu, co niepotrzebnie zajmuje miejsce w twojej duszy – przepełnionemu kalendarzowi, finansom pozbawionym kontroli, głęboko zakorzenionym lękom i rozpadom relacji. Przestajesz bezsensownie biec za złudzeniami, które odwracają twoją uwagę od tego, o co naprawdę chodzi w życiu. Wybierz życie, w którym puste miejsce w twojej duszy będzie przepełnione sensem, dzięki czemu zostawisz najlepszą spuściznę tym, którzy przyjdą po tobie. To właśnie jest życie w duchu prostoty.
Na zakończenie dodam, że autor podpiera swoje przemyślenia licznymi cytatami z Biblii, opowiada wiele konkretnych przykładów z życia, a każdy rozdział książki kończą praktyczne kroki, które czytelnik może podjąć.1. Od wycieńczenia do pełni energii – autor omawia 5 przykładowych źródeł odnawiania energii życiowej (komunikacja z Bogiem, rodzina, praca, która przynosi satysfakcję, rekreacja i aktywność fizyczna). Generalnie chodzi o zidentyfikowanie zajęć kojących nasze nerwy, stanowiących balsam dla ducha i dodających nam energii życiowej, bez której tracimy zdolność koncentracji, a naszą uwagę pochłaniają coraz to nowe rzeczy, z których nie płynie dla nas żaden pożytek, gdyż -jaki pisze Hybels- „mylimy bycie w ciągłym ruchu z robieniem postępów”.
2. Od nadmiaru obowiązków do dobrej organizacji – kalendarz to nie tylko lista pilnych spraw do załatwienia, ale podstawowe narzędzie, które ma nam pomóc w stawaniu się tym, kim chcemy, dzięki sile słów wpisanych do kalendarza, a następnie wprowadzanych w życie. Kalendarz obejmujący wszystkie ważne sfery życia umożliwi znalezienie czasu na priorytetowe wartości, dzięki czemu mamy możliwość doświadczyć obfitości życia.
3. Od poczucia przytłoczenia do poczucia, że kontrolujesz swoje życie – Hybels podkreśla ścisły związek prostoty z kontrolą własnego stosunku do pieniędzy, które winny zająć właściwe miejsce w hierarchii wartości. „Zaznasz prawdziwego spokoju w sferze finansowej dopiero wtedy, kiedy nauczysz się żyć szczęśliwie w warunkach, jakie stwarza ci Bóg, w każdym okresie twojego życia” – pisze.
4. Od niepokoju do poczucia spełnienia – spełnienie zawodowe to siła, która może uprościć wiele wymiarów naszego życia, gdyż „konflikty, frustracje, chaos, nieefektywność i toksyczne środowisko, czyli nieodłączne cechy pracy, której nie lubisz, wywołują w tobie wewnętrzny zamęt pozbawiający cię spokoju.”
5. Od poczucia krzywdy do radości i pełni życia – w tym kroku Hybels omawia wartość przebaczenia krzywd, gdyż „pęknięcia w relacjach kosztują nas wiele energii, wypełniają nam umysł i serce, wiszą nad nami jak ciemne, złowrogie chmury”.
6. Od niepokoju do całkowitego spokoju – nic nie komplikuje naszego życia bardziej niż paraliżujący, destrukcyjny lęk, który okrada nas z radości, poczucia spełnienia i spokoju. Dlatego kiedy pokonamy swoje lęki i fobie, możemy doświadczyć prostoty życia, będącej źródłem mocy.
7. Od izolacji do bycia z ludźmi – uregulowanie relacji z przyjaciółmi prowadzi do bogatszego, pełniejszego i radośniejszego życia w duchu prostoty. Z jednej strony chodzi o odrzucenie niektórych relacji i zawężenie grona przyjaciół, z drugiej pogłębianie tych, które mają dla nas prawdziwą wartość.
8. Od rozproszenia do koncentracji na tym, co najważniejsze – w tym kroku Hybels proponuje określenie swojego motta życiowego, które ma być latarnią oświetlającą drogę do przystani w czasie różnych życiowych sztormów.
9. Od stania w miejscu do akceptowanie zmian w życiu – aby wprowadzić w życie ducha prostoty ważne jest określenie, jaki okres właśnie przechodzimy, dzięki czemu stajemy się świadomi własnej sytuacji i jesteśmy bardziej zaangażowani w codzienność. „Możesz znacząco uprościć swoje życie dzięki rozpoznaniu kiedy okres, w którym się teraz znajdujesz, dobiega końca i kiedy najwyższy czas ruszyć dalej. Twoja codzienność staje się bardziej uporządkowana, mniej zanieczyszczona sprawami nieistotnymi, a ty sam zaczynasz koncentrować się na najważniejszych dla danego okresu rzeczach.”
10. Od poczucia bezsensu do satysfakcji – czy czerpiesz z życia satysfakcję? Hybels podważa dobrze znane hasło „więcej oznacza lepiej” stwierdzając, że satysfakcji z życia nie przyniesie brak ograniczeń w zaspokojeniu pragnień, nieprzebrane przyjemności i nienasycenie w spełnianiu zachcianek. "Wprowadzenie we własne życie ducha prostoty nie ma na celu jedynie ułatwienia życia – jak gdyby to było porządkowanie szafy czy garderoby. Mówisz nie wszystkiemu, co niepotrzebnie zajmuje miejsce w twojej duszy – przepełnionemu kalendarzowi, finansom pozbawionym kontroli, głęboko zakorzenionym lękom i rozpadom relacji. Przestajesz bezsensownie biec za złudzeniami, które odwracają twoją uwagę od tego, o co naprawdę chodzi w życiu. Wybierz życie, w którym puste miejsce w twojej duszy będzie przepełnione sensem, dzięki czemu zostawisz najlepszą spuściznę tym, którzy przyjdą po tobie. To właśnie jest życie w duchu prostoty.
Książkę znajdziecie na stronie wydawnictwa tutaj.
Z pasji do warzyw
![]() |
| Ogród warzywny Michel Beauchamp i Josée Landry |
Kult trawników przywędrował z Ameryki, ale także stamtąd powoli przychodzi zdrowa refleksja.
Jakiś czas temu amerykańska pierwsza dama potwierdziła, że w ogrodzie przy Białym Domu będą hodowane warzywa, no bo "Kto dziś wie, jak smakuje świeży groszek?”. Symbolem walki o możliwość uprawiania warzyw we własnym ogródku stali się Michel Beauchamp i Josée Landry z Drummondville w Quebecu w Kandzie, w którym to miasteczku miejskie przepisy stwierdzały, że warzywa nie mogą zajmować więcej niż 30% ogrodu. Z tego, co słyszałem, batalię wygrali.
Pokoleniową lukę wypełniają obecnie różnego rodzaju inicjatywy ogrodników-pasjonatów. Powoli odżywa "ruch ogródkowy", rośnie chęć zdobycia doświadczenia w uprawie własnej, zdrowej żywności. Hasło "Uprawiaj warzywa zamiast trawnika" ma szansę przeobrazić starannie przycięte monokultury w tętniący różnorodnością form, kolorów i smaków ekosystem. Miejsce przyjazne dla roślin, gleby i jej mieszkańców, a także dla nas samych. To także szansa dla naszych dzieci na odzyskanie kontaktu z utraconym światem zmysłów (o czym pisałem we wpisie Ostatnie dziecko lasu).
Wprawdzie o uprawianiu własnych warzyw w przydomowym ogródku mogę, z wysokości trzeciego piętra naszego mieszkania, jedynie pomarzyć, jednak w tym roku postanowiłem stworzyć warzywnik na balkonie. Nie chodzi przy tym o oszczędzanie lub symboliczną samowystarczalność, lecz o zdobycie minimum umiejętności, a także (i przede wszystkim) o kolejny pretekst, aby ten wspaniały okres wiosennej i letniej wegetacji przeżywać możliwie świadomie i intensywnie.
A mój dom pachnie sosną
Kocham piękne zapachy. Sądzę, że każdy z Was ma jakiś ulubiony i wcale nie musi to być zapach perfum. Z czasem zaczęłam odkrywać, że konkretny zapach kojarzy mi się z jakimś wydarzeniem, miejscem, a nawet osobą. Odkąd to sobie uświadomiłam, zaczęłam zamykać pamięć o miejscach w zapachach, by móc znowu…otworzyć je w dowolnym momencie.
Ilekroć podróżowałam do Grecji przywoziłam stamtąd mydła z oliwy z oliwek, ponieważ jestem ich maniaczką i cały czas ich używam. Za każdym razem przywodzą mi na myśl obrazy, które tym trąceniem zapachu stają się jak żywe. Konkretne ulice, cały klimat tamtych miejsc.
Każdego roku, w rocznicę ślubu, odkręcamy buteleczkę z żelem pod prysznic, który mieliśmy w hotelu podczas naszej podróży poślubnej. Wspomnienia wracają i wydają się tak nieodległe!
Niespełna dwa lata temu przywiozłam z RPA buteleczkę płynu do kąpieli, którego używaliśmy każdego dnia. Jeśli chcę wrócić do wspomnienia Afryki Południowej, odkręcam buteleczkę.
Zapachy mają moc przywoływania wspomnień, ale najpierw…. ich tworzenia. Już nieświadomie robiła to moja babcia, przygotowując mi na śniadanie świeżą, pachnącą bułkę i czarną herbatę. Ilekroć jem bułkę i wdycham zapach czarnej herbaty, przychodzą mi na myśl śniadania z moją babcią.
Każdy dom jakoś pachnie. Lubię każdy z tych zapachów, gdy kogoś odwiedzam. One są zupełnie niepowtarzalne, na zawsze przypisane tym określonym osobom i klimatowi ich domu. I mój dom jakoś pachnie. Jak? Nie wiem, chociaż przemycam ulubione zapachy wszędzie, gdzie się da.
U Ewy Kozioł przeczytałam o olejkach eterycznych. Używam ich od lat – do kominków zapachowych, które są w naszym domu „uwieńczeniem” sprzątania. Zapalamy kominek w każdym pomieszczeniu jako ukończenie prac. Ostatnio za radą Ewy zaczęłam ich używać podczas sprzątania – zupełnie eksperymentalnie naniosłam kilka kropel olejku kokosowego na wilgotną ściereczkę do kurzu i… wieczorem, gdy kładliśmy się do łóżka (drewniane, również „przejechane” ową ściereczką), zachwycaliśmy się zapachem kokosu, który był dyskretny, nie uderzał w nozdrza, ale cała sypialnia (w dodatku zrobiona na styl afrykański) przepięknie nim pachniała!
Jeśli już jesteśmy przy spaniu. Od zeszłego lata robię mały siennik – po prostu zrywam świeże zioła: melisę, miętę, szałwię i wkładam je pod prześcieradło, na wysokości głowy. Zasypianie w takim towarzystwie - sama przyjemność! To samo zrobiłam następnego dnia z drewnianym stołem i krzesłami w dużym pokoju – tym razem zastosowałam olejek sosnowy – polecam bardzo!
Lubię zapachy drzew i mniejszych roślin oraz orientalne – te ostatnie można dostać najczęściej w formie kadzidełek, które kiedyś z lubością paliłam. Niestety teraz mnie nieco duszą, źle działają na spojówki – ale mam ich sporo i wkładam pomiędzy książki.
Cały czas tworzę gamę zapachową, w zależności od miejsca, nastroju – chociaż z nastrojem to jest tak, że i on potrafi się zmienić pod wpływem zapachu.
Czy stosujecie olejki eteryczne? A może je robicie sami? Jestem w tym względzie człowiek początkujący i chętnie zyskam nową wiedzę na ten temat.
Iwona
Ilekroć podróżowałam do Grecji przywoziłam stamtąd mydła z oliwy z oliwek, ponieważ jestem ich maniaczką i cały czas ich używam. Za każdym razem przywodzą mi na myśl obrazy, które tym trąceniem zapachu stają się jak żywe. Konkretne ulice, cały klimat tamtych miejsc.
Każdego roku, w rocznicę ślubu, odkręcamy buteleczkę z żelem pod prysznic, który mieliśmy w hotelu podczas naszej podróży poślubnej. Wspomnienia wracają i wydają się tak nieodległe!
Niespełna dwa lata temu przywiozłam z RPA buteleczkę płynu do kąpieli, którego używaliśmy każdego dnia. Jeśli chcę wrócić do wspomnienia Afryki Południowej, odkręcam buteleczkę.
Zapachy mają moc przywoływania wspomnień, ale najpierw…. ich tworzenia. Już nieświadomie robiła to moja babcia, przygotowując mi na śniadanie świeżą, pachnącą bułkę i czarną herbatę. Ilekroć jem bułkę i wdycham zapach czarnej herbaty, przychodzą mi na myśl śniadania z moją babcią.
Każdy dom jakoś pachnie. Lubię każdy z tych zapachów, gdy kogoś odwiedzam. One są zupełnie niepowtarzalne, na zawsze przypisane tym określonym osobom i klimatowi ich domu. I mój dom jakoś pachnie. Jak? Nie wiem, chociaż przemycam ulubione zapachy wszędzie, gdzie się da.
U Ewy Kozioł przeczytałam o olejkach eterycznych. Używam ich od lat – do kominków zapachowych, które są w naszym domu „uwieńczeniem” sprzątania. Zapalamy kominek w każdym pomieszczeniu jako ukończenie prac. Ostatnio za radą Ewy zaczęłam ich używać podczas sprzątania – zupełnie eksperymentalnie naniosłam kilka kropel olejku kokosowego na wilgotną ściereczkę do kurzu i… wieczorem, gdy kładliśmy się do łóżka (drewniane, również „przejechane” ową ściereczką), zachwycaliśmy się zapachem kokosu, który był dyskretny, nie uderzał w nozdrza, ale cała sypialnia (w dodatku zrobiona na styl afrykański) przepięknie nim pachniała!
Jeśli już jesteśmy przy spaniu. Od zeszłego lata robię mały siennik – po prostu zrywam świeże zioła: melisę, miętę, szałwię i wkładam je pod prześcieradło, na wysokości głowy. Zasypianie w takim towarzystwie - sama przyjemność! To samo zrobiłam następnego dnia z drewnianym stołem i krzesłami w dużym pokoju – tym razem zastosowałam olejek sosnowy – polecam bardzo!
Lubię zapachy drzew i mniejszych roślin oraz orientalne – te ostatnie można dostać najczęściej w formie kadzidełek, które kiedyś z lubością paliłam. Niestety teraz mnie nieco duszą, źle działają na spojówki – ale mam ich sporo i wkładam pomiędzy książki.
Cały czas tworzę gamę zapachową, w zależności od miejsca, nastroju – chociaż z nastrojem to jest tak, że i on potrafi się zmienić pod wpływem zapachu.
Czy stosujecie olejki eteryczne? A może je robicie sami? Jestem w tym względzie człowiek początkujący i chętnie zyskam nową wiedzę na ten temat.
Iwona
Zielono na talerzu
Prosty przepis wykorzystujący dostępność "zieleniny" w wiosennym okresie.
Składniki:
SMACZNEGO :-).
Składniki:
- szczypiorek z cebuli i/bądź z czosnku
- liście mleczu (mniszka lekarskiego)
- pokrzywa (sparzona)
- szczaw
- młode liście chrzanu
- lubczyk (opcjonalnie)
SMACZNEGO :-).
Ostatnie dziecko lasu
Jakie były najważniejsze okolice Twojego dzieciństwa?
Dla mnie taką szczególną okolicą było wiejskie gospodarstwo moich dziadków na Kujawach, gdzie co roku spędzałem dwa miesiące wakacji. Było to miejsce nieskrępowanej eksploracji świata przyrody i obcowania z ludźmi, którzy swoje życie ściśle związali z jej twardymi prawami. Świata, do którego z każdym rokiem uzyskiwałem coraz szerszy przystęp - przy żniwach (wówczas jeszcze bez kombajnu i traktora) liczyła się każda para rąk, nawet tych miastowo-dziecięcych.
Przewiązywanie krów na pastwisku i zaganianie ich pod wieczór do obory, wywożenie obornika, układanie snopków na drabiniastym wozie i w stodole aż do pułapu, spacery po świeżym rżysku, wirowanie miodu ze złotych plastrów, mleko prosto od krowy, znojne gracowanie haczką buraków i majeranku, zbieranie szumiących makowin, smak zbożówki z kanki pod cieniem akacji, nocne koncerty cykad, asystowanie przy narodzinach prosiąt i cieląt czy zarzynaniu kury na niedzielny obiad. Wszystko to w scenerii złoto-zielonych pól, łąk pełnych ziół i kwiatów, których nazw nigdy nie poznałem, sadu, w którym na orzechowcu zbudowałem swój prymitywny domek, zarośniętego lasu i torów nieczynnej w lato kolejki wąskotorowej - przewodnika samotnych, pieszych i rowerowych, wędrówek. Klimaty rodem z Tomka Sawyera lub "Doliny Issy" Czesława Miłosza.
Chociaż wsi z mojego dzieciństwa, która ostatecznie skapitulowała pod naporem uprzemysłowienia, konsumpcji i przemian obyczajowych, już nie ma, jednak jej wspomnienia są - używając słów Editth Cob, autorki "Ekologii wyobraźni dziecięcej" - niczym „radioaktywne klejnoty ukryte głęboko w moim wnętrzu, emitujące energię do końca mojego życia”. Z rozmów wiem, że całkiem sporo osób z mojego pokolenia miało podobne doświadczenia.
Obecnie żyjemy w świecie, w którym radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczenia przyrody przez dzieci - są świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Tymczasem dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.
Richard Louv w książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Relacja, przekonuje, że od przywrócenia związków naszych dzieci z przyrodą zależy zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe nas wszystkich, bowiem to one będę w przyszłości kształtować środowisko naszych miast i przedmieść. Czy znajdzie się w nich miejsce na kontakt z przyrodą?
Autor książki stwierdza, że w dostępie do przyrody coś się zmieniło i nazywa to zjawisko zespołem deficytu przyrody. Zespół ten cechuje się zmniejszeniem użycia zmysłów, niedoborem uwagi, częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Dotyczy zarówno pojedynczych osób, rodzin, jak i całych społeczności.
Lista grzechów i zaniedbań jest długa. Obecnie nie interesujemy się tym, skąd pochodzi nasze pożywienie, rozumienie relacji z innymi istotami żywymi stało się abstrakcyjne, formacje podmiejskie to gęste oponki inwestycyjne - osiedla budowane w równych odstępach, z centrami handlowymi i sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę. Zakazy swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody stają się regułą na rosnących przedmieściach, a prywatne zarządy osiedli wykazują obsesję na punkcie porządku. Wszystko to sprawie, że nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad.
Richard Louv pisze o „dzieciach z pudełka”, które spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów, wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do oglądania telewizji, umieszczane w wózkach i popychane przez spacerujących lub biegających rodziców. Bezpośredni i osobisty kontakt z przyrodą zastępuje jednodniowa wycieczka z krótkim postojem na kawę czy kanapkę. Biwakowanie ustąpiło miejsca temu, co pracownicy parkowi nazywają "podróżami za szybą samochodu".
Nie tak dawno temu życie młodych ludzi płynęło głównie przy dźwiękach przyrody, dzisiaj doświadczenie zmysłów jest dosłownie pod napięciem za sprawą telewizji i komputerów.
W kulturze zachodu XXI w. wszechobecna technologia sprawia, że jesteśmy zalewani informacją. "Jak wiele z bogactwa życia tracimy na rzecz codziennego zanurzenia w nurcie pośrednich, elektrycznych bodźców?" - pyta Louv, który pisze wręcz o autyzmie kulturowym, przejawiającym się w ograniczeniu zmysłów, poczuciu izolacji i odcięcia, doświadczeniu zawężonym do rozmiarów płaskiego ekranu. Zaczęliśmy tracić zdolność do samodzielnego aktu patrzenia, czucia, smakowania i wąchania.
Co robić? Młodzi ludzie nie potrzebują sportów ekstremalnych ani wakacji w Afryce. Wystarczy im tylko smak, widok, dźwięk, aby odzyskać kontakt z utraconym światem zmysłów. "Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie na rowerze po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?"
Przyroda może stać się antidotum, dzięki niej jesteśmy mniej zestresowani, cieszymy się lepszym zdrowiem fizycznym, rozwijamy się duchowo, jesteśmy bardziej twórczy, chętniej angażujemy się w zabawę. Najlepszy sposób na zbliżenie dziecka z naturą to odbudowanie własnej z nią relacji. Jeśli matki, ojcowie, dziadkowie i opiekunowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, powinni go tam spędzać jeszcze więcej; niech odkrywają w sobie miłośników ptaków, wędkarzy, wędrowców i ogrodników. Wówczas dzieci wyczują prawdziwy entuzjazm i zapragną go naśladować.
Książka dotyczy sytuacji w Stanach Zjednoczonych, niemniej opisany przez Louva zespół deficytu przyrody możemy z pewnością obserwować także u nas. Zamyka ją praktyczny przewodnik terenowy zawierający mnóstwo propozycji dla tych, którzy - korzystając z wiosennej aury - zdecydują się nawiązać, przywrócić, a może tylko utrwalić i pogłębić związek z przyrodą: zarówno swój własny, jak i swoich dzieci.
Jakie były najważniejsze okolice Waszego dzieciństwa?
Jakie macie sposoby na rodzinne doświadczanie przyrody?
Dla mnie taką szczególną okolicą było wiejskie gospodarstwo moich dziadków na Kujawach, gdzie co roku spędzałem dwa miesiące wakacji. Było to miejsce nieskrępowanej eksploracji świata przyrody i obcowania z ludźmi, którzy swoje życie ściśle związali z jej twardymi prawami. Świata, do którego z każdym rokiem uzyskiwałem coraz szerszy przystęp - przy żniwach (wówczas jeszcze bez kombajnu i traktora) liczyła się każda para rąk, nawet tych miastowo-dziecięcych.
Przewiązywanie krów na pastwisku i zaganianie ich pod wieczór do obory, wywożenie obornika, układanie snopków na drabiniastym wozie i w stodole aż do pułapu, spacery po świeżym rżysku, wirowanie miodu ze złotych plastrów, mleko prosto od krowy, znojne gracowanie haczką buraków i majeranku, zbieranie szumiących makowin, smak zbożówki z kanki pod cieniem akacji, nocne koncerty cykad, asystowanie przy narodzinach prosiąt i cieląt czy zarzynaniu kury na niedzielny obiad. Wszystko to w scenerii złoto-zielonych pól, łąk pełnych ziół i kwiatów, których nazw nigdy nie poznałem, sadu, w którym na orzechowcu zbudowałem swój prymitywny domek, zarośniętego lasu i torów nieczynnej w lato kolejki wąskotorowej - przewodnika samotnych, pieszych i rowerowych, wędrówek. Klimaty rodem z Tomka Sawyera lub "Doliny Issy" Czesława Miłosza.
Chociaż wsi z mojego dzieciństwa, która ostatecznie skapitulowała pod naporem uprzemysłowienia, konsumpcji i przemian obyczajowych, już nie ma, jednak jej wspomnienia są - używając słów Editth Cob, autorki "Ekologii wyobraźni dziecięcej" - niczym „radioaktywne klejnoty ukryte głęboko w moim wnętrzu, emitujące energię do końca mojego życia”. Z rozmów wiem, że całkiem sporo osób z mojego pokolenia miało podobne doświadczenia.
Obecnie żyjemy w świecie, w którym radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczenia przyrody przez dzieci - są świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Tymczasem dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.
Richard Louv w książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Relacja, przekonuje, że od przywrócenia związków naszych dzieci z przyrodą zależy zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe nas wszystkich, bowiem to one będę w przyszłości kształtować środowisko naszych miast i przedmieść. Czy znajdzie się w nich miejsce na kontakt z przyrodą?
Autor książki stwierdza, że w dostępie do przyrody coś się zmieniło i nazywa to zjawisko zespołem deficytu przyrody. Zespół ten cechuje się zmniejszeniem użycia zmysłów, niedoborem uwagi, częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Dotyczy zarówno pojedynczych osób, rodzin, jak i całych społeczności.
Lista grzechów i zaniedbań jest długa. Obecnie nie interesujemy się tym, skąd pochodzi nasze pożywienie, rozumienie relacji z innymi istotami żywymi stało się abstrakcyjne, formacje podmiejskie to gęste oponki inwestycyjne - osiedla budowane w równych odstępach, z centrami handlowymi i sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę. Zakazy swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody stają się regułą na rosnących przedmieściach, a prywatne zarządy osiedli wykazują obsesję na punkcie porządku. Wszystko to sprawie, że nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad.
Richard Louv pisze o „dzieciach z pudełka”, które spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów, wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do oglądania telewizji, umieszczane w wózkach i popychane przez spacerujących lub biegających rodziców. Bezpośredni i osobisty kontakt z przyrodą zastępuje jednodniowa wycieczka z krótkim postojem na kawę czy kanapkę. Biwakowanie ustąpiło miejsca temu, co pracownicy parkowi nazywają "podróżami za szybą samochodu".
Nie tak dawno temu życie młodych ludzi płynęło głównie przy dźwiękach przyrody, dzisiaj doświadczenie zmysłów jest dosłownie pod napięciem za sprawą telewizji i komputerów.
W kulturze zachodu XXI w. wszechobecna technologia sprawia, że jesteśmy zalewani informacją. "Jak wiele z bogactwa życia tracimy na rzecz codziennego zanurzenia w nurcie pośrednich, elektrycznych bodźców?" - pyta Louv, który pisze wręcz o autyzmie kulturowym, przejawiającym się w ograniczeniu zmysłów, poczuciu izolacji i odcięcia, doświadczeniu zawężonym do rozmiarów płaskiego ekranu. Zaczęliśmy tracić zdolność do samodzielnego aktu patrzenia, czucia, smakowania i wąchania.
Co robić? Młodzi ludzie nie potrzebują sportów ekstremalnych ani wakacji w Afryce. Wystarczy im tylko smak, widok, dźwięk, aby odzyskać kontakt z utraconym światem zmysłów. "Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie na rowerze po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?"
Przyroda może stać się antidotum, dzięki niej jesteśmy mniej zestresowani, cieszymy się lepszym zdrowiem fizycznym, rozwijamy się duchowo, jesteśmy bardziej twórczy, chętniej angażujemy się w zabawę. Najlepszy sposób na zbliżenie dziecka z naturą to odbudowanie własnej z nią relacji. Jeśli matki, ojcowie, dziadkowie i opiekunowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, powinni go tam spędzać jeszcze więcej; niech odkrywają w sobie miłośników ptaków, wędkarzy, wędrowców i ogrodników. Wówczas dzieci wyczują prawdziwy entuzjazm i zapragną go naśladować.
Książka dotyczy sytuacji w Stanach Zjednoczonych, niemniej opisany przez Louva zespół deficytu przyrody możemy z pewnością obserwować także u nas. Zamyka ją praktyczny przewodnik terenowy zawierający mnóstwo propozycji dla tych, którzy - korzystając z wiosennej aury - zdecydują się nawiązać, przywrócić, a może tylko utrwalić i pogłębić związek z przyrodą: zarówno swój własny, jak i swoich dzieci.
Jakie były najważniejsze okolice Waszego dzieciństwa?
Jakie macie sposoby na rodzinne doświadczanie przyrody?
Drugie życie śmieci
Kiedyś pisałem o nowym życiu rzeczy w poście tutaj. Teraz chciałbym napisać o śmieciach, które w pierwszym odruchu wyrzucamy jako coś, co nam nie jest potrzebne, co zajmuje miejsce, swoją rolę już spełniło. A my zbieramy :-). Konkretnie:
Pierwszy argument jest taki, że bardzo często czegoś potrzeba na "już" na zajęcia. Najczęściej przypomina się wieczorem, że na jutro jest niezbędna jakaś magiczna rzecz. Nie trzeba pisać, jakim zbawieniem jest taki ukryty skarb.
Drugi to możliwość zorganizowania warsztatów dla dzieci. Podczas ostatnich ferii zimowych udostępniliśmy naszej czwórce + kuzynom zawartość takich zbieranych pudełek. Radość ogromna, praca przy rozłożonym stole, każdy może brać i budować to, na co tylko ma ochotę. Praca na dwa dni. Efekt na poniższych zdjęciach. Roboty to praca synów, natomiast domek dla lalek to dzieło siostrzenic. Domek wymagał dodatków w postaci plasteliny i bibuły, u chłopaków wystarczyła taśma i klej florystyczny.
Warto spróbować......
- rolki po papierze, zakrętki, pudełka po kremach, sprężynki, pudełka po zapałkach, kapsle
Pierwszy argument jest taki, że bardzo często czegoś potrzeba na "już" na zajęcia. Najczęściej przypomina się wieczorem, że na jutro jest niezbędna jakaś magiczna rzecz. Nie trzeba pisać, jakim zbawieniem jest taki ukryty skarb.
Drugi to możliwość zorganizowania warsztatów dla dzieci. Podczas ostatnich ferii zimowych udostępniliśmy naszej czwórce + kuzynom zawartość takich zbieranych pudełek. Radość ogromna, praca przy rozłożonym stole, każdy może brać i budować to, na co tylko ma ochotę. Praca na dwa dni. Efekt na poniższych zdjęciach. Roboty to praca synów, natomiast domek dla lalek to dzieło siostrzenic. Domek wymagał dodatków w postaci plasteliny i bibuły, u chłopaków wystarczyła taśma i klej florystyczny.
Warto spróbować......
Dobrze wykorzystać święta
Święta wielkanocne dobiegły końca. Nie obchodzę ich w sposób tradycyjny, co nie znaczy, że i w moim domu nie zalega nadprogramowe jedzenie. Święta najczęściej spędzamy z teściami, a oni uwielbiają gotować, piec, przygotowywać jedzenie i na nic się zda tłumaczenie, żeby nie było tego aż tyle! Ale znalazłam na to sposób. Nie lubię wyrzucać jedzenia. Mogę właściwie mieć w tym względzie czyste sumienie, bo czego nie zjemy, zjedzą kury, których mamy dziesięć sztuk.
Po świętach najczęściej zostaje pieczywo i jajka. To pierwsze wysuszam na kaloryferze i przerabiam na bułkę tartą, to drugie przerabiam na pastę, urozmaicam różnymi różnościami typu rzeżucha, rzodkiewka. Do kanapki jak znalazł. Podobnie rzecz ma się z sałatkami. Te lubię ogromnie i robię zapamiętale! Ale kilku kilogramów nie przeje nawet taki ich pasjonata jak ja. I tu znów można ich użyć na kanapki. Jeśli nie: patrz, kury. Ciasta i ciastka mnie nie dotyczą, gdyż tego nie robię. Za to moja teściowa tak. Oczywiście zawsze coś zostaje, a jeśli tak się dzieje, kruszy je, miesza z bakaliami, kakao i robi tak zwane trufelki. Lub znów: zjadają kury. Tak czy owak nic się nie marnuje.
Święta wielkanocne, które wyjątkowo lubię, spędzam zwykle na … radości. I to nią głównie się karmię. Ona towarzyszy mi przez cały rok, dzień po dniu, od świtu do nocy, ale skoro już jest Wielkanoc – nie omieszkam jej wykorzystać. To dla mnie czas radości zdwojonej, która wystarcza mi za wszystko inne; nie muszą istnieć dla mnie wtedy cukrowe baranki, pisanki, zajączki, a nawet sałatki (!).
Zwykle bywa tak, że przez całe święta, raz po raz, nadziwić się nie mogę, że Ktoś podjął decyzję dla mnie. Że On umiera, a ja żyję. Że On, znów dla mnie, wziął moc, by powstać z martwych, a ja to przyjmuję i żyję z Nim.
To właśnie po Wielkanocy, nie po 1. stycznia, dokonuję pewnego, życiowego bilansu z całego roku. Zwykle szukam odpowiedzi na pytania: Czego się o sobie dowiedziałam w ciągu ostatniego roku? Co zmieniłam w sobie na lepsze? Dlaczego ostatni rok był cenny ?
Stawiam więc na pragmatyczny minimalizm, a duchowy maksymalizm :- )
Iwona
Motyw kobiety
Po świętach najczęściej zostaje pieczywo i jajka. To pierwsze wysuszam na kaloryferze i przerabiam na bułkę tartą, to drugie przerabiam na pastę, urozmaicam różnymi różnościami typu rzeżucha, rzodkiewka. Do kanapki jak znalazł. Podobnie rzecz ma się z sałatkami. Te lubię ogromnie i robię zapamiętale! Ale kilku kilogramów nie przeje nawet taki ich pasjonata jak ja. I tu znów można ich użyć na kanapki. Jeśli nie: patrz, kury. Ciasta i ciastka mnie nie dotyczą, gdyż tego nie robię. Za to moja teściowa tak. Oczywiście zawsze coś zostaje, a jeśli tak się dzieje, kruszy je, miesza z bakaliami, kakao i robi tak zwane trufelki. Lub znów: zjadają kury. Tak czy owak nic się nie marnuje.
Święta wielkanocne, które wyjątkowo lubię, spędzam zwykle na … radości. I to nią głównie się karmię. Ona towarzyszy mi przez cały rok, dzień po dniu, od świtu do nocy, ale skoro już jest Wielkanoc – nie omieszkam jej wykorzystać. To dla mnie czas radości zdwojonej, która wystarcza mi za wszystko inne; nie muszą istnieć dla mnie wtedy cukrowe baranki, pisanki, zajączki, a nawet sałatki (!).
Zwykle bywa tak, że przez całe święta, raz po raz, nadziwić się nie mogę, że Ktoś podjął decyzję dla mnie. Że On umiera, a ja żyję. Że On, znów dla mnie, wziął moc, by powstać z martwych, a ja to przyjmuję i żyję z Nim.
To właśnie po Wielkanocy, nie po 1. stycznia, dokonuję pewnego, życiowego bilansu z całego roku. Zwykle szukam odpowiedzi na pytania: Czego się o sobie dowiedziałam w ciągu ostatniego roku? Co zmieniłam w sobie na lepsze? Dlaczego ostatni rok był cenny ?
Stawiam więc na pragmatyczny minimalizm, a duchowy maksymalizm :- )
Iwona
Motyw kobiety
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















