Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

źródło



Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

źródło
Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten model sprawdza się w Stanach, bo teren jest tam stosunkowo nizinny, w wielu miejscach nie pada śnieg... Tutaj pojawia się jedna z moich największych wątpliwości, bo kiedy myślę o wybudowaniu domu w Polsce na myśl przychodzą mi najpierw domy pasywne z półmetrową izolacją ścian. Nie ma co się oszukiwać - mieszkamy w kraju o surowym klimacie. Jednak wujek Google, jak i właściciele domku powyżej zdają się dawać sobie radę. Mały domek nagrzewa się stosunkowo szybko, to trzeba mu przyznać, choć przeraża mnie koszt utrzymywania 25 stopni przez pół roku w takiej konstrukcji.

źródło

Drugą nurtującą mnie sprawą jest seks. Praktycznie nikt o tym nie pisze. Właściciele tych domków potrafią pokazać Wam kibel, lodówkę, brudną bieliznę, ale kiedy widzę rodzinę, która tak mieszka, zawsze po cichu liczę, że ktoś mi wreszcie powie jak sobie radzi z brakiem ścian i rozchodzeniem się dźwięków na tak małej przestrzeni...

Poza wspomnianymi wątpliwościami taki domek wydaje się być świetnym rozwiązaniem, bo powiedzcie szczerze, co robicie po powrocie do domu z pracy? Ja padam do łóżka, nad ranem biorę szybki prysznic, a w weekend zamiast siedzieć w domu wolę gdzieś wyjść... Gdybym tylko jeszcze wiedziała, na którym kontynencie zostanę na stałe ;)

Poniżej zamieściłam Wam najlepsze (w mojej opinii) filmy na ten temat. Ostrzegam są długie. No to weekend czas zacząć ;)




Dźwięki mojej przestrzeni

Zaczęłam o zapachu (A mój dom pachnie sosną), dotarłam do dźwięków. Nie wierzę, że jest na świecie osoba, która nie lubi absolutnie żadnej muzyki, żadnych dźwięków. Ja sama nie potrafię żyć bez muzyki. Dobieram ją w zależności od pory dnia i nastroju. Rano zwykle słucham czegoś pobudzającego, po południu czegoś, co przyczynia się do wchodzenia w stan relaksu.

Już jako 13-latka odkryłam, że muzyka na mnie działa w określony sposób. Poza płytami ulubionych zespołów kupiłam sobie eksperymentalnie hiszpańską muzykę folkową i odpłynęłam. Potem do kolekcji dołączyły jeszcze delfiny i ptaki…. Tę ostatnią płytę znalazłam niedawno. Włączyłam i zasłuchałam się. Kiedy oprzytomniałam, podeszłam do okna, otworzyłam je i…. miałam wersję na żywo.

Kilka lat temu moim wielkim sprzymierzeńcem stał się folk kreteński; prosta muzyka z gór Krety (patrz, a raczej posłuchaj: tutaj). Ilekroć tam przebywałam doznawałam kojącego uczucia związanego nie tylko z cudowną ciszą i krystalicznym, surowym powietrzem, ale i tamtejszą muzyką, którą mogłabym określić wyrażeniem "złożona prostota". Dźwięki są pieczołowicie dobrane, świetnie ze sobą współgrają, a jednocześnie działają jak balsam na moją przeładowaną duszę. Słuchając jej, czuję tamto górskie powietrze i smak świeżej oliwy z oliwek z chlebem kukurydzianym. Lubię przenosić się w ten klimat na zakończenie mojego środkowoeuropejskiego dnia wyznaczonego wskazówkami zegara.

Innym muzycznym pokarmem jest dla mnie twórczość Howarda Shore'a – genialna muzyka filmowa („Hobbit”, „Władca pierścieni”). Na początku roku kupiłam kino domowe, a następnie rozmyślnie rozstawiłam kolumny po to, by móc delektować się muzyką. Wiele osób, które znam, odtwarzają muzykę tylko i wyłącznie na telefonie komórkowym i twierdzą, że "słuchają" muzyki. O nie! Na telefonie zaledwie usłyszę muzykę, ale do jej przeżycia potrzebna jest oprawa.

Jednak nie tylko folk czy dźwięki natury przepływają przez moje głośniki. Nie gardzę reggae, Archive, Niną Simone, Manu Chao czy graniem mojego męża na gitarze elektrycznej! Słucham także tak zwaną muzykę "uwielbieniową" typu Hillsong czy Jesus Culture. To bardzo dynamiczna muza, bardzo….naładowana, ale z kolei tutaj tekst i duch muzyki sprawia, że mogę ją włączyć o północy i położę się spać totalnie zrelaksowana.

Teraz, gdy jest wiosna, korzystam z każdej okazji do wsłuchania się w dźwięk strumyka, trele ptaków, a nawet stukot kół pociągu. Wtedy wiem, że wszędzie toczy się życie, a ja jestem jego częścią.

Macie swoją ulubiona muzykę, z którą przechodzicie przez dzień?

O uczciwości

 

Nie będziemy prowadzić prostego życia, jeśli szukamy za wszelką cenę własnej korzyści. Drobne nieuczciwości, kradzieże, oszukiwanie, naginanie oczywistych zasad w imię większych lub mniejszych, a często iluzorycznych, zysków. Pamiętam, że będąc u kogoś na obiedzie, gospodarz pochwalił się, że ładne szklanki, z których pijemy wodę, zabrał sobie "na pamiątkę" z irlandzkiego pubu, w którym pracował. Czy nie była to zwykła kradzież?

Portfel na podłodze w pustej szatni...
Lewe nabijanie biletów na kartę miejską...
Laptop pozostawiony w tramwaju przez roztargnionego podróżnego...
Przemilczenie usterek w samochodzie podczas jego sprzedaży, nie wspominając już o przekręcaniu licznika...
Pomyłka ekspedientki przy wydaniu reszty na korzyść kupującego...
Książki pożyczone od znajomych, które przetrzymujemy od lat...

Kombinatoryka stosowana w przypadku rozliczania podróży służbowych, zegarki nie wpisane w oświadczenie majątkowe, kserowanie własnych rzeczy w czasie pracy i prywatne telefony "na koszt" pracodawcy, faktury za fikcyjne usługi wpuszczane w koszty, dochody, od których nie zapłacono podatku (i nie mówię tu o obywatelskim nieposłuszeństwie w stylu H. Thoreau), pirackie wersje muzyki, filmów i programów komputerowych...

Czy to "dary od losu" czy okazja do wzmacniania charakteru?
Że wszyscy tak robią, że nie stać mnie na legalne wersje, że podatki są za wysokie?

Nie wyobrażam sobie prostego życia bez wyraźnego odcięcia się od tych i innych "okazji".
Nie chodzi tu jedynie o moralność, przepisy, nakazy religijne, ale wewnętrzną wolność od zwykłej chciwości. Bez "przejrzystości" i niezłomności nie będziemy umieli cieszyć się z tego, co mamy.

Bycie, w małych i dużych sprawach, absolutnie przejrzystym i uczciwym zaprocentuje zaufaniem, brakiem przywiązania do rzeczy, gotowością do dzielenia się i... spokojnym snem.
Czego sobie i czytelnikom życzę :)

Jak nie komplikować sobie życia

Niedawno sięgnąłem po książkę Billa Hybelsa „Prostota. Jak nie komplikować sobie życia”, która ukazała się na jesieni zeszłego roku nakładem Wydawnictwa Esprit (w tłumaczeniu Magdaleny Filipczuk).

Książka, napisana przez pastora, ukazuje całkowicie odmienne podejście do tematu upraszczania życia. Jej przesłanie oddaje cytat: "Uproszczone życie wymaga czegoś więcej niż uporządkowanie szafy z ubraniami czy posprzątanie biurka. Wymaga uporządkowania duszy." Nie chodzi jednak o stały punkt odniesienia, jakim jest dla Hybelsa żywa wiara i relacja z Jezusem; u osoby wierzącej to całkiem zrozumiałe.

Przyzwyczailiśmy się na blogach poświęconych minimalizmowi i prostemu życiu przykładać dużą wagę do materialnej strony zagadnienia, czyli walki z nadmiarem przedmiotów, które obarczamy odpowiedzialnością za towarzyszące nam uczucie przytłoczenia, przemęczenie i frustrację. Dla wielu proste życie zaczyna się mniej więcej w punkcie, w którym podejmują próby okiełznania świata rzeczy, często radykalnie się od niego odcinając. Może za sprawą hermetycznego podejścia do tematu, a może w wyniku świadomego zapatrywania, Hybels kreśli czytelnikom zdecydowanie odmienną drogę do prostoty. Przyznam, że mnie to zaskoczyło, ale także przyniosło przyjemny, ożywczy powiew nowości.
Zatem, w telegraficznym skrócie - po więcej odsyłam do książki, droga do prostoty według Hybelsa polega na przejściu:

1. Od wycieńczenia do pełni energii – autor omawia 5 przykładowych źródeł odnawiania energii życiowej (komunikacja z Bogiem, rodzina, praca, która przynosi satysfakcję, rekreacja i aktywność fizyczna). Generalnie chodzi o zidentyfikowanie zajęć kojących nasze nerwy, stanowiących balsam dla ducha i dodających nam energii życiowej, bez której tracimy zdolność koncentracji, a naszą uwagę pochłaniają coraz to nowe rzeczy, z których nie płynie dla nas żaden pożytek, gdyż -jaki pisze Hybels- „mylimy bycie w ciągłym ruchu z robieniem postępów”.

2. Od nadmiaru obowiązków do dobrej organizacji – kalendarz to nie tylko lista pilnych spraw do załatwienia, ale podstawowe narzędzie, które ma nam pomóc w stawaniu się tym, kim chcemy, dzięki sile słów wpisanych do kalendarza, a następnie wprowadzanych w życie. Kalendarz obejmujący wszystkie ważne sfery życia umożliwi znalezienie czasu na priorytetowe wartości, dzięki czemu mamy możliwość doświadczyć obfitości życia.

3. Od poczucia przytłoczenia do poczucia, że kontrolujesz swoje życie – Hybels podkreśla ścisły związek prostoty z kontrolą własnego stosunku do pieniędzy, które winny zająć właściwe miejsce w hierarchii wartości. „Zaznasz prawdziwego spokoju w sferze finansowej dopiero wtedy, kiedy nauczysz się żyć szczęśliwie w warunkach, jakie stwarza ci Bóg, w każdym okresie twojego życia” – pisze.

4. Od niepokoju do poczucia spełnienia – spełnienie zawodowe to siła, która może uprościć wiele wymiarów naszego życia, gdyż „konflikty, frustracje, chaos, nieefektywność i toksyczne środowisko, czyli nieodłączne cechy pracy, której nie lubisz, wywołują w tobie wewnętrzny zamęt pozbawiający cię spokoju.”

5. Od poczucia krzywdy do radości i pełni życia – w tym kroku Hybels omawia wartość przebaczenia krzywd, gdyż „pęknięcia w relacjach kosztują nas wiele energii, wypełniają nam umysł i serce, wiszą nad nami jak ciemne, złowrogie chmury”. 

6. Od niepokoju do całkowitego spokoju – nic nie komplikuje naszego życia bardziej niż paraliżujący, destrukcyjny lęk, który okrada nas z radości, poczucia spełnienia i spokoju. Dlatego kiedy pokonamy swoje lęki i fobie, możemy doświadczyć prostoty życia, będącej źródłem mocy.

7. Od izolacji do bycia z ludźmi – uregulowanie relacji z przyjaciółmi prowadzi do bogatszego, pełniejszego i radośniejszego życia w duchu prostoty. Z jednej strony chodzi o odrzucenie niektórych relacji i zawężenie grona przyjaciół, z drugiej pogłębianie tych, które mają dla nas prawdziwą wartość.

8. Od rozproszenia do koncentracji na tym, co najważniejsze – w tym kroku Hybels proponuje określenie swojego motta życiowego, które ma być latarnią oświetlającą drogę do przystani w czasie różnych życiowych sztormów.

9. Od stania w miejscu do akceptowanie zmian w życiu – aby wprowadzić w życie ducha prostoty ważne jest określenie, jaki okres właśnie przechodzimy, dzięki czemu stajemy się świadomi własnej sytuacji i jesteśmy bardziej zaangażowani w codzienność. „Możesz znacząco uprościć swoje życie dzięki rozpoznaniu kiedy okres, w którym się teraz znajdujesz, dobiega końca i kiedy najwyższy czas ruszyć dalej. Twoja codzienność staje się bardziej uporządkowana, mniej zanieczyszczona sprawami nieistotnymi, a ty sam zaczynasz koncentrować się na najważniejszych dla danego okresu rzeczach.”

10. Od poczucia bezsensu do satysfakcji – czy czerpiesz z życia satysfakcję? Hybels podważa dobrze znane hasło „więcej oznacza lepiej” stwierdzając, że satysfakcji z życia nie przyniesie brak ograniczeń w zaspokojeniu pragnień, nieprzebrane przyjemności i nienasycenie w spełnianiu zachcianek. "Wprowadzenie we własne życie ducha prostoty nie ma na celu jedynie ułatwienia życia – jak gdyby to było porządkowanie szafy czy garderoby. Mówisz nie wszystkiemu, co niepotrzebnie zajmuje miejsce w twojej duszy – przepełnionemu kalendarzowi, finansom pozbawionym kontroli, głęboko zakorzenionym lękom i rozpadom relacji. Przestajesz bezsensownie biec za złudzeniami, które odwracają twoją uwagę od tego, o co naprawdę chodzi w życiu. Wybierz życie, w którym puste miejsce w twojej duszy będzie przepełnione sensem, dzięki czemu zostawisz najlepszą spuściznę tym, którzy przyjdą po tobie. To właśnie jest życie w duchu prostoty.  
 
Na zakończenie dodam, że autor podpiera swoje przemyślenia licznymi cytatami z Biblii, opowiada wiele konkretnych przykładów z życia, a każdy rozdział książki kończą praktyczne kroki, które czytelnik może podjąć.

Książkę znajdziecie na stronie wydawnictwa tutaj.

Z pasji do warzyw

Ogród warzywny Michel Beauchamp i Josée Landry
Do niedawna sztukę ogrodniczą przekazywano w naturalny sposób z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj przydomowe ogródki zostały wyparte przez równo ścięte trawniki, będące ponoć wyznacznikiem statusu materialnego. Nic dziwnego, że niektórym rekreacyjny weekend kojarzy się wyłącznie z koniecznością pchania kosiarki i zabiegami pielęgnacyjnymi wokół zielonej murawy. Nawet na tak zwanej "wsi" produkcyjna specjalizacja skłania do kupowanie "gotowej" żywności w pobliskim sklepie. Wśród "miastowych" uprawianie "ogródków działkowych", reliktów gospodarności minionej epoki, w czasach aspiracji do dobrobytu i nadmiaru żywności odeszło do lamusa.

Kult trawników przywędrował z Ameryki, ale także stamtąd powoli przychodzi zdrowa refleksja.
Jakiś czas temu amerykańska pierwsza dama potwierdziła, że w ogrodzie przy Białym Domu będą hodowane warzywa, no bo "Kto dziś wie, jak smakuje świeży groszek?”. Symbolem walki o możliwość uprawiania warzyw we własnym ogródku stali się Michel Beauchamp i Josée Landry z Drummondville w Quebecu w Kandzie, w którym to miasteczku miejskie przepisy stwierdzały, że warzywa nie mogą zajmować więcej niż 30% ogrodu. Z tego, co słyszałem, batalię wygrali.

Pokoleniową lukę wypełniają obecnie różnego rodzaju inicjatywy ogrodników-pasjonatów. Powoli odżywa "ruch ogródkowy", rośnie chęć zdobycia doświadczenia w uprawie własnej, zdrowej żywności. Hasło "Uprawiaj warzywa zamiast trawnika" ma szansę przeobrazić starannie przycięte monokultury w tętniący różnorodnością form, kolorów i smaków ekosystem. Miejsce przyjazne dla roślin, gleby i jej mieszkańców, a także dla nas samych. To także szansa dla naszych dzieci na odzyskanie kontaktu z utraconym światem zmysłów (o czym pisałem we wpisie Ostatnie dziecko lasu).

Wprawdzie o uprawianiu własnych warzyw w przydomowym ogródku mogę, z wysokości trzeciego piętra naszego mieszkania, jedynie pomarzyć, jednak w tym roku postanowiłem stworzyć warzywnik na balkonie. Nie chodzi przy tym o oszczędzanie lub symboliczną samowystarczalność, lecz o zdobycie minimum umiejętności, a także (i przede wszystkim) o kolejny pretekst, aby ten wspaniały okres wiosennej i letniej wegetacji przeżywać możliwie świadomie i intensywnie.

A mój dom pachnie sosną

Kocham piękne zapachy. Sądzę, że każdy z Was ma jakiś ulubiony i wcale nie musi to być zapach perfum. Z czasem zaczęłam odkrywać, że konkretny zapach kojarzy mi się z jakimś wydarzeniem, miejscem, a nawet osobą. Odkąd to sobie uświadomiłam, zaczęłam zamykać pamięć o miejscach w zapachach, by móc znowu…otworzyć je w dowolnym momencie. 

Ilekroć podróżowałam do Grecji przywoziłam stamtąd mydła z oliwy z oliwek,  ponieważ jestem ich maniaczką i cały czas ich używam. Za każdym razem przywodzą mi na myśl obrazy, które tym trąceniem zapachu stają się jak żywe. Konkretne ulice, cały klimat tamtych miejsc. 

Każdego roku, w rocznicę ślubu, odkręcamy buteleczkę z żelem pod prysznic, który mieliśmy w hotelu podczas naszej podróży poślubnej.  Wspomnienia wracają i wydają się tak nieodległe!

Niespełna dwa lata temu przywiozłam z RPA buteleczkę płynu do kąpieli, którego używaliśmy każdego dnia. Jeśli chcę wrócić do wspomnienia Afryki Południowej, odkręcam buteleczkę. 

Zapachy mają moc przywoływania wspomnień, ale najpierw…. ich tworzenia. Już nieświadomie robiła to moja babcia, przygotowując mi na śniadanie świeżą, pachnącą bułkę i czarną herbatę. Ilekroć jem bułkę i wdycham zapach czarnej herbaty, przychodzą mi na myśl śniadania z moją babcią. 

Każdy dom jakoś pachnie. Lubię każdy z tych zapachów, gdy kogoś odwiedzam. One są zupełnie niepowtarzalne, na zawsze przypisane tym określonym osobom i klimatowi ich domu. I mój dom jakoś pachnie. Jak? Nie wiem, chociaż przemycam ulubione zapachy wszędzie, gdzie się da. 

U Ewy Kozioł przeczytałam o olejkach eterycznych. Używam ich od lat – do kominków zapachowych, które są w naszym domu „uwieńczeniem” sprzątania. Zapalamy kominek w każdym pomieszczeniu jako ukończenie prac. Ostatnio za radą Ewy zaczęłam ich używać podczas sprzątania – zupełnie eksperymentalnie naniosłam kilka kropel olejku kokosowego na wilgotną ściereczkę do kurzu i… wieczorem, gdy kładliśmy się do łóżka (drewniane, również „przejechane” ową ściereczką), zachwycaliśmy się zapachem kokosu, który był dyskretny, nie uderzał w nozdrza, ale cała sypialnia (w dodatku zrobiona na styl afrykański) przepięknie nim pachniała! 
Jeśli już jesteśmy przy spaniu. Od zeszłego lata robię mały siennik – po prostu zrywam świeże zioła: melisę, miętę, szałwię i wkładam je pod prześcieradło, na wysokości głowy. Zasypianie w takim towarzystwie - sama przyjemność!  To samo zrobiłam następnego dnia z drewnianym stołem i krzesłami w dużym pokoju – tym razem zastosowałam olejek sosnowy – polecam bardzo! 

Lubię zapachy drzew i mniejszych roślin oraz orientalne – te ostatnie można dostać najczęściej w formie kadzidełek, które kiedyś z lubością paliłam. Niestety teraz mnie nieco duszą, źle działają na spojówki – ale mam ich sporo i wkładam pomiędzy książki. 

Cały czas tworzę gamę zapachową, w zależności od miejsca, nastroju – chociaż z nastrojem to jest tak, że i on  potrafi się zmienić pod wpływem zapachu. 

Czy stosujecie olejki eteryczne? A może je robicie sami? Jestem w tym względzie człowiek początkujący i chętnie zyskam nową wiedzę na ten temat. 

Iwona 


Zielono na talerzu

Prosty przepis wykorzystujący dostępność "zieleniny" w wiosennym okresie.

Składniki:
  • szczypiorek z cebuli i/bądź z czosnku
  • liście mleczu (mniszka lekarskiego)
  • pokrzywa (sparzona) 
  • szczaw
  • młode liście chrzanu 
  • lubczyk (opcjonalnie)
Powyższe zielone po umyciu siekamy drobno. My jemy z jajkami ugotowanymi na twardo, polanymi jogurtem z majonezem. Można tak długo spożywać, jak długo mamy dostęp do młodych składników. 

SMACZNEGO :-).

Ostatnie dziecko lasu

Jakie były najważniejsze okolice Twojego dzieciństwa?

Dla mnie taką szczególną okolicą było wiejskie gospodarstwo moich dziadków na Kujawach, gdzie co roku spędzałem dwa miesiące wakacji. Było to miejsce nieskrępowanej eksploracji świata przyrody i obcowania z ludźmi, którzy swoje życie ściśle związali z jej twardymi prawami. Świata, do którego z każdym rokiem uzyskiwałem coraz szerszy przystęp - przy żniwach (wówczas jeszcze bez kombajnu i traktora) liczyła się każda para rąk, nawet tych miastowo-dziecięcych.
Przewiązywanie krów na pastwisku i zaganianie ich pod wieczór do obory, wywożenie obornika, układanie snopków na drabiniastym wozie i w stodole aż do pułapu, spacery po świeżym rżysku, wirowanie miodu ze złotych plastrów, mleko prosto od krowy, znojne gracowanie haczką buraków i majeranku, zbieranie szumiących makowin, smak zbożówki z kanki pod cieniem akacji, nocne koncerty cykad, asystowanie przy narodzinach prosiąt i cieląt czy zarzynaniu kury na niedzielny obiad. Wszystko to w scenerii złoto-zielonych pól, łąk pełnych ziół i kwiatów, których nazw nigdy nie poznałem, sadu, w którym na orzechowcu zbudowałem swój prymitywny domek, zarośniętego lasu i torów nieczynnej w lato kolejki wąskotorowej - przewodnika samotnych, pieszych i rowerowych, wędrówek. Klimaty rodem z Tomka Sawyera lub "Doliny Issy" Czesława Miłosza.

Chociaż wsi z mojego dzieciństwa, która ostatecznie skapitulowała pod naporem uprzemysłowienia, konsumpcji i przemian obyczajowych, już nie ma, jednak jej wspomnienia są - używając słów Editth Cob, autorki "Ekologii wyobraźni  dziecięcej" - niczym „radioaktywne klejnoty ukryte głęboko w moim wnętrzu, emitujące energię do końca mojego życia”. Z rozmów wiem, że całkiem sporo osób z mojego pokolenia miało podobne doświadczenia.

Obecnie żyjemy w świecie, w którym radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczenia przyrody przez dzieci - są świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Tymczasem dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.

Richard Louv w książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Relacja, przekonuje, że od przywrócenia związków naszych dzieci z przyrodą zależy zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe nas wszystkich, bowiem to one będę w przyszłości kształtować środowisko naszych miast i przedmieść. Czy znajdzie się w nich miejsce na kontakt z przyrodą?  

Autor książki stwierdza, że w dostępie do przyrody coś się zmieniło i nazywa to zjawisko zespołem deficytu przyrody. Zespół ten cechuje się zmniejszeniem użycia zmysłów, niedoborem uwagi, częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Dotyczy zarówno pojedynczych osób, rodzin, jak i całych społeczności.

Lista grzechów i zaniedbań jest długa. Obecnie nie interesujemy się tym, skąd pochodzi nasze pożywienie, rozumienie relacji z innymi istotami żywymi stało się abstrakcyjne, formacje podmiejskie to gęste oponki inwestycyjne - osiedla budowane w równych odstępach, z centrami handlowymi  i sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę. Zakazy swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody stają się regułą na rosnących przedmieściach, a prywatne zarządy osiedli wykazują obsesję na punkcie porządku. Wszystko to sprawie, że nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad.

Richard Louv pisze o „dzieciach z pudełka”, które spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów, wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do oglądania telewizji, umieszczane w wózkach i popychane przez spacerujących lub biegających rodziców. Bezpośredni i osobisty kontakt z przyrodą zastępuje jednodniowa wycieczka z krótkim postojem na kawę czy kanapkę. Biwakowanie ustąpiło miejsca temu, co pracownicy parkowi nazywają "podróżami za szybą samochodu".

Nie tak dawno temu życie młodych ludzi płynęło głównie przy dźwiękach przyrody, dzisiaj doświadczenie zmysłów jest dosłownie pod napięciem za sprawą telewizji i komputerów.
W kulturze zachodu XXI w. wszechobecna technologia sprawia, że jesteśmy zalewani informacją. "Jak wiele z bogactwa życia tracimy na rzecz codziennego zanurzenia w nurcie pośrednich, elektrycznych bodźców?" - pyta Louv, który pisze wręcz o autyzmie kulturowym, przejawiającym się w ograniczeniu zmysłów, poczuciu izolacji i odcięcia, doświadczeniu zawężonym do rozmiarów płaskiego ekranu. Zaczęliśmy tracić zdolność do samodzielnego aktu patrzenia, czucia, smakowania i wąchania.

Co robić? Młodzi ludzie nie potrzebują sportów ekstremalnych ani wakacji w Afryce. Wystarczy im tylko smak, widok, dźwięk, aby odzyskać kontakt z utraconym światem zmysłów. "Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie na rowerze po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?"

Przyroda może stać się antidotum, dzięki niej jesteśmy mniej zestresowani, cieszymy się lepszym zdrowiem fizycznym, rozwijamy się duchowo, jesteśmy bardziej twórczy, chętniej angażujemy się w zabawę. Najlepszy sposób na zbliżenie dziecka z naturą to odbudowanie własnej z nią relacji. Jeśli matki, ojcowie, dziadkowie i opiekunowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, powinni go tam spędzać jeszcze więcej; niech odkrywają w sobie miłośników ptaków, wędkarzy, wędrowców i ogrodników. Wówczas dzieci wyczują prawdziwy entuzjazm i zapragną go naśladować.

Książka dotyczy sytuacji w Stanach Zjednoczonych, niemniej opisany przez Louva zespół deficytu przyrody możemy z pewnością obserwować także u nas. Zamyka ją praktyczny przewodnik terenowy zawierający mnóstwo propozycji dla tych, którzy - korzystając z wiosennej aury - zdecydują się nawiązać, przywrócić, a może tylko utrwalić i pogłębić związek z przyrodą: zarówno swój własny, jak i swoich dzieci. 






Jakie były najważniejsze okolice Waszego dzieciństwa? 
Jakie macie sposoby na rodzinne doświadczanie przyrody?

Drugie życie śmieci

Kiedyś pisałem o nowym życiu rzeczy w poście tutaj. Teraz chciałbym napisać o śmieciach, które w pierwszym odruchu wyrzucamy jako coś, co nam nie jest potrzebne, co zajmuje miejsce, swoją rolę już spełniło. A my zbieramy :-). Konkretnie: 
  • rolki po papierze, zakrętki, pudełka po kremach, sprężynki, pudełka po zapałkach, kapsle
Ograniczeniem jest tylko wyobraźnia dzieci i nasze M z piwnicą, gdzie można to pomieścić :-). Oczywiście, że zapełniamy kilka pudełek do przechowywania, jednak miejsce warto znaleźć. A po co to?

Pierwszy argument jest taki, że bardzo często czegoś potrzeba na "już" na zajęcia. Najczęściej przypomina się wieczorem, że na jutro jest niezbędna jakaś magiczna rzecz. Nie trzeba pisać, jakim zbawieniem jest taki ukryty skarb.

Drugi to możliwość zorganizowania warsztatów dla dzieci. Podczas ostatnich ferii zimowych udostępniliśmy naszej czwórce + kuzynom zawartość takich zbieranych pudełek. Radość ogromna, praca przy rozłożonym stole, każdy może brać i budować to, na co tylko ma ochotę. Praca na dwa dni. Efekt na poniższych zdjęciach. Roboty to praca synów, natomiast domek dla lalek to dzieło siostrzenic. Domek wymagał dodatków w postaci plasteliny i bibuły, u chłopaków wystarczyła taśma i klej florystyczny.


 











Warto spróbować......

Dobrze wykorzystać święta

Święta wielkanocne dobiegły końca. Nie obchodzę ich w sposób tradycyjny, co nie znaczy, że i w moim domu nie zalega nadprogramowe jedzenie. Święta najczęściej spędzamy z teściami, a oni uwielbiają gotować, piec, przygotowywać jedzenie i na nic się zda tłumaczenie, żeby nie było tego aż tyle! Ale znalazłam na to sposób. Nie lubię wyrzucać jedzenia. Mogę właściwie mieć w tym względzie czyste sumienie, bo czego nie zjemy, zjedzą kury, których mamy dziesięć sztuk.

Po świętach najczęściej zostaje pieczywo i jajka. To pierwsze wysuszam na kaloryferze i przerabiam na bułkę tartą, to drugie przerabiam na pastę, urozmaicam różnymi różnościami typu rzeżucha, rzodkiewka. Do kanapki jak znalazł. Podobnie rzecz ma się z sałatkami. Te lubię ogromnie i robię zapamiętale! Ale kilku kilogramów nie przeje nawet taki ich pasjonata jak ja. I tu znów można ich użyć na kanapki. Jeśli nie: patrz, kury. Ciasta i ciastka mnie nie dotyczą, gdyż tego nie robię. Za to moja teściowa tak. Oczywiście zawsze coś zostaje, a jeśli tak się dzieje, kruszy je, miesza z bakaliami, kakao i robi tak zwane trufelki. Lub znów: zjadają kury. Tak czy owak nic się nie marnuje.


Święta wielkanocne, które wyjątkowo lubię, spędzam zwykle na … radości. I to nią głównie się karmię. Ona towarzyszy mi przez cały rok, dzień po dniu, od świtu do nocy, ale skoro już jest Wielkanoc – nie omieszkam jej wykorzystać. To dla mnie czas radości zdwojonej, która wystarcza mi za wszystko inne; nie muszą istnieć dla mnie wtedy cukrowe baranki, pisanki, zajączki, a nawet sałatki (!).


Zwykle bywa tak, że przez całe święta, raz po raz,  nadziwić się nie mogę, że Ktoś podjął decyzję dla mnie. Że On umiera, a ja żyję. Że On, znów dla mnie, wziął moc, by powstać z martwych, a ja to przyjmuję i żyję z Nim.


To właśnie po Wielkanocy, nie po 1. stycznia, dokonuję pewnego, życiowego bilansu z całego roku. Zwykle szukam odpowiedzi na pytania: Czego się o sobie dowiedziałam w ciągu ostatniego roku? Co zmieniłam w sobie na lepsze? Dlaczego ostatni rok był cenny ?


Stawiam więc na  pragmatyczny minimalizm, a duchowy maksymalizm :- )


Iwona

Motyw kobiety

Na finiszu

Dobiegamy do końca Wielkiego Postu. Może pomógł nam w tym trójbój - post, jałmużna i modlitwa, a może inne umartwienia bądź wyrzeczenia, jak np. ograniczenie bycia on-line non-stop (polecam - testowałem osobiście).
Zostało już niewiele: finisz składający się z Triduum, zakończony Wielką Nocą.
Kartka autorstwa Anny Szostek

Dla wszystkich Czytelników i Współautorów z życzeniami zgłębienia tajemnicy Wielkiej Nocy.

Szczęście nicnierobienia

Okazuje się, że w dzisiejszym, zabieganym świecie leniuchowanie nie jest proste i urasta do rangi niełatwej umiejętności, o czym przekonuje Urlich Schnabel w „Sztuce leniuchowania”. Żyjemy bowiem w czasach kultu produktywności i oduczyliśmy się sztuki nicnierobienia.

Temat "słodkiego lenistwa" był już poruszany na blogu, bowiem dobrze wpisuje się w ideę prostego życia.

W leniuchowaniu istotne jest nie to, co robimy, ale to, że docieramy do punktu, w którym ponownie czujemy i dostrzegamy nasze rzeczywiste potrzeby, dzięki czemu życie zyskuje dla nas na znaczeniu. Tak pojętego leniuchowania możemy doświadczać podczas inspirujących rozmów, gry, która całkowicie nas pochłania, wędrówek lub muzykowania, a nawet pracy, czyli w tych momentach, które mają wartość same w sobie i nie poddają się nowoczesnej logice oceniania.

Do leniuchowania potrzebujemy czasu, a tego nieustannie nam brakuje. To jednak nie kwestia coraz lepszych technik skutecznego nim zarządzania. Czy nie jest tak, że za bardziej wydajnym spożytkowaniem czasu kryje się w rzeczywistości jeszcze więcej zadań?
Z kolei rozwój techniki tylko częściowo pomaga nam zyskać na czasie, bowiem jego nadwyżki pochłania zaspakajanie naszych rosnących roszczeń i wymagań. Zamiast podróżować krócej dzięki nowoczesnym środkom lokomocji, w efekcie podróżujemy częściej i dalej. Gdybyśmy zadowolili się tymi posiłkami, podróżami i rozrywkami, co nasi przodkowie – żylibyśmy w raju czasowym. Zamiast tego popadamy w paradoks: nie mamy czasu, mimo że uzyskujemy go w nadmiarze.

Leniuchowanie, jak się okazuje, ma nie tyle związek z ilością wolnego czasu, ile z określonym nastawieniem polegającym na osiągnięciu stanu zgody między mną a tym, o co chodzi w moim życiu.

Sztuka leniuchowania nie zależy jedynie od odzyskania władzy nad naszym czasem, lecz także od umiejętności unikania dekoncentracji i korzystania ze szczęścia zawierającego się w danej chwili. Bardzo dużą część książki poświęcono stresowi informacyjnemu, któremu nieustannie podlegamy podłączeni non stop do sieci informatycznej, i korzyściom płynącym z okresowego odłączenia się od potoku "ważnych" wiadomości.

Mnie szczególnie zainteresował związek braku czasu z wzrastającą konsumpcją. Przeszkodą w leniuchowaniu jest „multiopcjonalna” kultura, która wmawia nam, że szczęście szybciej spotkamy wtedy, gdy będziemy mieli więcej propozycji i opcji. Tymczasem rozważanie nieskończonych alternatyw pochłania nasz czas i energię. Kto musi wybierać spośród niedającej się ogarnąć liczby marek jogurtów, polis ubezpieczeniowych lub kanałów telewizyjnych, ten nie uzyskuje wolności – jak sugerują reklamy – lecz podnosi swój poziom stresu. Nasze cierpienia są wzmacniane przez skłonność do nieustannej pogoni za nowościami i związane z tym niedocenianie rzeczy już posiadanych. Uczucie zagonienia w dużej mierze wynika z nieustannego poszukiwania ulepszeń oraz niezdolności do zadowolenia się aktualnym stanem posiadania. W tym kontekście próżnowanie to sztuka niepoddawania się nieustannej gonitwie za naszymi (własnymi lub wmówionymi) pragnieniami, zdolność do zatrzymania się w swym zabieganiu po to, by rozkoszować się chwilą, spotkaniem lub działaniem.

Poszukiwanie możliwie „spełnionego”, „bogatego” życia sprawia, że nigdy nie możemy zaznać spokoju. A do tego jeszcze obrzydza nam ono przy okazji ów bezproduktywny czas wolny, do którego tak tęsknimy. Gdybyśmy go bowiem przeznaczyli na relaks, oznaczałoby to przecież, że jesteśmy skłonni zadowolić się tym, co już zostało uzyskane, a więc i zaakceptować, w ostatecznej konsekwencji, skończoność własnego życia. A to jest dla nas tak bardzo trudne, że wolimy gonić za ciągle nowymi przeżyciami i szansami.

Jednym z nieporozumień związanych z czasem wolnym jest przekonanie, że do odpoczynku niezbędne są specjalne pauzy, które można zorganizować dużym nakładem sił i poza dniem powszednim. Ludzie, przyzwyczajeni do społeczeństwa konsumpcyjnego, które każdą potrzebę zaspakajają odpowiednimi produktami, także próżnowanie traktują jako dobro konsumpcyjne: kolejny kurs relaksacyjny, poradnik o zarządzaniu czasem, nową płytę z muzyką, drogie egzotyczne wczasy. Zanim wyjedziemy na drogi i męczący urlop autor proponuje zacząć od drobnych kroków w zaciszu swojego domu: wyłączenia komputera, schowania zegarów, pozbycia się czasopism i telewizora, napisania dla siebie samego mowy pogrzebowej (!) czy zaproszenia przyjaciół na "brazylijski weekend".

Dobrego leniuchowania!


Wywiad z autorem dotyczący wpływu leniuchowania na kreatywność znajdziecie tutaj.


Polecam także:
Rodzice na wolnych obrotach
Jak być leniwym by Tom Hodgkinson
Pan Fusi oszczędza czas, czyli życzenia na Nowy Rok

Efekt przeprowadzki – jak się spakować, rozpakować i przeprowadzić

Gdy myślę o tym, żeby mieć mniej rzeczy wokół siebie, od razu pojawiają mi się w głowie wszystkie te obrazy mieszkań, w których pomieszkiwałam przez ostatnie kilkanaście lat. W sumie, w moim dorosłym życiu, licząc od 22-ego roku życia, przeprowadzałam się 11 razy. Po drugim razie szczerze znienawidziłam przeprowadzki. Ale wtedy jeszcze taszczyłam ze sobą prawie wszystko, co miałam, a trochę tego było.

Wiecie, jaki moment lubiłam w nowym mieszkaniu najbardziej? Kiedy NIC nie zostało jeszcze wypakowane. Wchodziłam do mieszkania i był ideał:  podstawowe sprzęty, pusta podłoga, żadnych ozdób. Tylko tak się długo nie da. Wkrótce na podłodze pojawiały się papiery, książki, a na biurku czy stole znów…papiery (charakter mojej pracy pozwala na gromadzenie tylu papierów, ile dusza zapragnie), jakieś ozdoby, prezenty, płyty, ciuchy i tak dalej. Sami wiecie.
I człowiek się do tego przyzwyczajał, bo jak inaczej funkcjonować. Marzyłam o byciu wolnym duchem, z jedną walizką, która snułaby się ze mną wszędzie; wysłużona i nieśmiertelna. Niestety.

Wiele zmieniło się, gdy postanowiłam wyjechać za granicę. Sprzedałam rower, drukarkę i jeszcze kilka sprzętów. Już wtedy stałam się posiadaczką laptopa, co niezwykle przybliżyło mnie do bycia tym wolnym duchem.  Jakoś ucieszyłam się, że MUSZĘ (ze względu na przepisy lotnicze) zapakować się do jednej walizki. I wtedy, jakimś cudem, potrafiłam zdobyć się na ustalenie priorytetów! Żadnego brania "wszystkiego-na-wszelki-wypadek".

Jak sobie z tym wyzwaniem poradzić?
Wstajesz rano z łóżka i wykonując wszystkie czynności po kolei przyklejasz samoprzylepną kartkę na wszystko, czego ZAWSZE używasz; codziennie, niezmiennie. Na przykład: szczoteczka, pasta do zębów, podkład do twarzy, puder, tusz, telefon, krem do rąk, suszarka do włosów – i to pakujesz. Jednego nie radzę brać: dużych szamponów, żeli pod prysznic i tym podobnych gadżetów; raczej w małych buteleczkach. Jeśli jedziesz na dłużej niż tydzień, kupisz sobie na miejscu, to nie kosztuje majątku. Szkoda na to cennego miejsca w walizce.

Dużo by pisać - wylądowałam w wiejskim, greckim domku bez absolutnie żadnych wygód, a nawet podstawowych udogodnień! Ale całkowicie zdjęło to ze mnie odpowiedzialność za funkcjonowanie całego domu (kable, przełączniki, odkurzacze, itp.) – musiałam zatroszczyć się jedynie o siebie, a potrzebne ku temu środki znajdywały się w jednej walizce. Kosmetyki, ubrania i inne niezbędniki potrzebne mi przez pół roku życia za granicą nagle okazały się wystarczające w zupełności. Musiały. Nie miałam wokół siebie tego, czym zwykłam się otaczać: książek, papierów, płyt, pamiątek; starych widokówek, listów. Nie miałam żadnej „historii”, którą ze sobą niosłam. Wchodziłam do domów znajomych ludzi i z każdego kąta coś opowiadało o nich – ja przychodziłam i wychodziłam jako "anonim", mogąc zaprezentować tylko siebie.

Gdy wróciłam do Polski postanowiłam, że będę sukcesywnie ograniczać rzeczy wokół mnie - przestałam chomikować przedmioty, których nie używam i nie będę używać (np. ubrania, nie do końca działające sprzęty, bibeloty, kosmetyki), które nie przedstawiają również żadnej wartości sentymentalnej i nie są jakimś rodzinnym „skarbem”(np. pudełko ze zdjęciami dziadka i babci). Do kolejnych mieszkań przenosiłam się już z nieco mniejszymi bagażami. Wszędzie sypiałam w śpiworze. Gdy przeniosłam się do kolejnego mieszkania moja współlokatorka przyniosła mi pościel, wyjaśniając jak do przybysza z odległej planety:  "Tu jest normalne mieszkanie i śpi się normalnie." Do diaska! Wiem jak sypia homo sapiens! Ale teraz wszystko się odwróciło: to mój wysłużony śpiwór, kosmetyki w małych buteleczkach i jedna para sztućców opowiadały moją historię – wcale nie gorszą niż ta, która powstawała latami i pokoleniami.

Dzisiaj, od 5 lat w tym samym domu, znów mam masę rzeczy, ale wiem, że potrafiłabym się spakować do jednej walizki i szczęśliwie przeżyć tyle... ile trzeba.

Jeśli chciał(a)byś się przekonać, jak by to było funkcjonować z mniejszą ilością bodźców (bo jednak rzeczy wkoło to bodźce dla naszych oczu), może zrób tak jak ja od czasu do czasu? Pozdejmuj wszystkie ozdoby w sypialni i zapakuj je do jakiegoś pudełka/walizki. Odstaw gdzieś, np. na dno szafy. I niech sobie tam to siedzi przez dobę lub dwie. Komfort polega na tym, że w każdej chwili możesz to wyciągnąć, ale możesz też sobie pożyć bez tego wszystkiego tak długo, jak będziesz chciał/-a, robiąc „efekt przeprowadzki”. A przeprowadzki mają efekt ściśle edukacyjny  ;-)

Iwona
Motyw kobiety



O życiu z pasją

Serdecznie witam w gronie współautorów Gabrielę i zapraszam do lektury jej pierwszego wpisu na Drodze do prostego życia...

Kiedy myślę o DOBROWOLNEJ PROSTOCIE, myślę o nieprzywiązywaniu się do rzeczy, WOLNOŚCI myślenia i życiu według własnego scenariusza, bez kopiowania lifestylowych trendów. Celowo mówię o stylu życia, ponieważ pojęcie „dobrowolnej prostoty” dotyczy zarówno aspektów materialnych/fizycznych, jak i duchowych, emocjonalnych oraz intelektualnych. To bardzo szeroki temat i każdy ma trochę inne do tego podejście, co stanowi o jego uroku. Dlatego mój pierwszy wpis na blogu będzie dotyczył wolności i życia z pasją.

WZOROWY UCZEŃ VERSUS PASJONAT
Jakiś czas temu trafiłam na filmik na YT o. Szustaka, w którym mówi o istocie pasji w życiu:


I aż przyklasnęłam, ponieważ w naszym kraju wciąż za dużą wagę przywiązuje się do tego, żeby zdobywać oceny, dyplomy, papierki i tytuły, karmimy się „mgr” czy „dr” przed nazwiskiem. Rzadko kiedy bierze się pod uwagę to, czy ktoś podąża ścieżką swego serca, czy też realizuje strategie biznesowe bądź naukowe na życie, bo tak trzeba i wszyscy tak robią.

PASJA TO ŹRÓDŁO MOCY
Moją receptą na to, by żyło nam się pełniej i radośniej, jest zachęcanie ludzi do życia z pasją. A już super ważne jest to, by dawać wsparcie dzieciom i dać przestrzeń na rozwijanie swoich pasji. Nie ma większego znaczenia, czy zdobywają piątki i nagrody. Istotniejsze dla ich rozwoju i jakości życia jest to, by podążały za swoją pasją, która da im siłę do działania i będzie kołem zamachowym ich rozwoju. Pasja da im wewnętrzną moc, dzięki niej poczują się pewniejsze siebie. I w takim właśnie duchu wychowuję swoich synów. Nieważne, że syn krzywo prowadzi szlaczki, czy jego rysunki odbiegają od starannych prac jego koleżanek. No i co z tego? Jego obecną pasją jest piłka nożna i w wieku kilku lat zna nazwiska większości najlepszych piłkarzy, potrafi rozróżniać herby klubów piłkarskich, a każdą wolną chwilę na podwórku spędza z piłką lub na rowerze, bo ćwiczy nogi ;-)

ODWAGA, UWAŻNOŚĆ I PASJA
Na fali tego, chyba wciąż jeszcze awangardowego, podejścia zapoczątkowałam kampanię społeczną „Miej odwagę, żyj uważnie i z pasją”. Kluczowym jej elementem jest film, w którym wypowiadają się matki z córkami. Zachęcam do obejrzenia i podawania dalej TUTAJ.
Niech jak najwięcej osób zainspiruje się do odważnego i uważnego życia z pasją, bo pasja = miłość i radość.  Proste? Proste! Żyjmy w duchu prostoty i (dobro)wolności! :-)

Zgadzacie się z tym, że pasja ma znaczenie?


Więcej na temat pasji znajdziecie na stronie Gabrieli Kucy Kobieca siła.

DIY: Jak zrobić niedzielę w środku tygodnia!

Mój poniedziałek. Wstałam wcześniej, zaparzyłam ulubioną kawę w kawiarce, włączyłam muzykę. Spojrzałam za okno sprawdzając, jak bardzo zmienił się świat w czasie, gdy spałam. Wysłałam mężowi sms z życzeniami miłego dnia (mam tendencję do układania rymowanek). Przez chwilę cieszyłam się widokiem moich brykających kociaków. Uświadomiłam sobie, że żyję….  i podziękowałam za to!
 
Twój poniedziałek? Ale co tam poniedziałek, jeśli po nim jest jeszcze wtorek, środa, czwartek, piątek aż wreszcie…. piątek po południu!! Czyli weekend!

W weekend otwiera się prywatne wesołe miasteczko: normalne śniadanie, mnóstwo planów, jacyś znajomi na wieczór, wypad za miasto, seks, butelka wina + (dodaj, co tam chcesz).
Życie wielu ludzi zaczyna się w sobotę, a kończy w poniedziałek! Twoje też? Jeśli tak właśnie działasz -w systemie weekendowym- mam dla Ciebie kilka całkiem pokrzepiających informacji:

Nie od parady działamy, jako ludzie, na zasadzie regularności: potrzebny jest nam tak samo sen, jak i pożywienie. Aktywność i odpoczynek. Samotność i towarzystwo. Spójrz na przyrodę: pory roku, pory doby, wszystko ma swój czas, bo wszystko potrzebuje czasu i pewnych rytuałów. Ty również.

Bawić się tak świetnie jak chomik w kółku!
Wyobraź sobie, co by było, gdybyś czekał/-a z jedzeniem czy snem na weekend. Twój szybki zgon poprzedziłoby stanie się wrakiem człowieka. Bo tak się nie da funkcjonować.
Czy również masz wrażenie, że podzieliliśmy swoje życie od poniedziałku do piątku i od soboty do niedzieli? Pewne sprawy stały się wręcz nietykalne! Spotkać się ze znajomymi w tygodniu? Umówić się we wtorek na lampkę wina? Możliwe?

Bez czytania książek, chodzenia do galerii (każdej…) rysowania, oglądania, pisania, biegania, fitnessu, kawy z przyjaciółmi da się funkcjonować. Nie trzeba tego wszystkiego robić, żeby przeżyć kolejny dzień. No, nie jest tak? Budzisz się, idziesz do pracy, dajesz z siebie wszystko, wracasz i odpoczywasz! Z pilotem w ręku, robiąc porządki (przy włączonej muzyce, żeby nie było -dwa w jednym), zakupy, płacąc rachunki, sprawdzając zadania domowe….. i tak sobie marzysz o weekendzie…, bo w głowie masz chmurkę z samymi przyjemnościami: dłużej pośpisz, wypijesz z mężem lampkę wina wieczorem, obejrzycie jakiś film (być może nawet w kinie), wpadną do was znajomi…. powtarzam się? Bo koło się zamyka. Jeśli tak właśnie wygląda każdy Twój tydzień w roku, niczym chomika w zabawkowym kółku, zrób coś z tym. Szkoda życia!

W ciągu tygodnia pojawiła się niedziela…”
jak śpiewa Maja Sikorowska, która na strychu znajduje gramofon i stare płyty. I jest to środek tygodnia! A ona słucha muzyki! Cóż, też tak mam :- )
Nie uwierzysz, ale pomiędzy poniedziałkiem, środą, czwartkiem, a sobotą i niedzielą nie ma ŻADNEJ różnicy. Każdy z tych dni ma taką wartość, jaką mu nadasz.

Nie rezerwuj swojego cennego towarzystwa na weekend!
Obecnie spotykam się w czwartki z moją koleżanką z czasów studiów; super sprawa! Dzięki wartościowym ludziom mój weekend się rozszerza o kolejne dni…..

Na ulubioną muzykę znajdziesz chociaż kwadrans czasu każdego dnia – nie mów, że nie. Jeśli to coś, co Cię odpręża, co nadaje inny rytm Twoim myślom- rób to jak najczęściej.

Kino to nie tylko wynalazek na weekendy. Jeśli oszczędzasz, to nawet dobra informacja dla Ciebie, bo zwykle w poniedziałki bilety są najtańsze. Pomyśl: wieczorem i tak nie będziesz robić nic lepszego poza „dogorywaniem” w oczekiwaniu na kolejny dzień pracy.

Zamień ten wieczór w święto - następnego dnia nie będziesz musiała słuchać (lub co gorsza: opowiadać) w pracy plotek; będziesz mogła zacząć rozmowę na temat obejrzanego filmu! Dzięki takiej drobnostce, kolejny dzień pracy może minąć Ci zupełnie inaczej!

Jak świętuję każdy dzień
Czekam na weekend tak jak Ty. Bo to czas, kiedy mogę zjeść z mężem śniadanie. I nie pracuję, nawet nie myślę o pracy. Staram się przypomnieć sobie, czy robię coś szczególnego wtedy, i nic mi poza tym śniadaniem nie przychodzi do głowy. Wszystkie rozrywki, hobby, rzeczy, które lubię, rozkładam na cały tydzień.

Często w środy jeździmy po obiedzie do kawiarni – ponad połowa „roboczego” tygodnia już za nami, zatem jest co świętować! Czasem jedziemy do sklepu zoologicznego tylko po to, by pooglądać te wszystkie słodkie zwierzaki :- ) Albo w jakieś miejsce, które nam tylko przyjdzie do głowy, by porobić zdjęcia.

Teraz właściwie codziennie jadamy obiad przy świecach i rozmawiamy – ktoś, kto by wpadł znienacka, pewnie by pomyślał, że mamy rocznicę ślubu.

Smutno mi się robi, gdy odwiedzam kogoś, a on wyciąga „specjalne” kieliszki lub „specjalny” obrus. Obrusu co prawda nie posiadam w ogóle. Nie mam też kieliszków na co dzień i tych od święta. Podobnie z zastawą (o ile ktoś w ogóle się czymś takim przejmuje…) kosmetykami, perfumami, ubraniami, smakołykami; używam tego wszystkiego, jakbym dziś miała ostatnią szansę. W moim domu nie istnieje powiedzenie ”Zostaw, to na święta!”. Dzisiaj jest święto! Jutro nie jest mi jeszcze dane i nie wiadomo, czy w ogóle będzie. Dzisiaj jest ten czas, który wpływa na moje samopoczucie. Dzień, który coś może po sobie pozostawić. I to ja decyduję, co. Ja mogę go upiększyć lub uczynić przeciętnym, czyli – w moim przekonaniu – zohydzić.

Kocham siebie. A skoro kocham, to chcę być dla siebie dobra, bo moja miłość do mnie bardzo wpływa na osoby, które spotykam w ciągu mojego tygodnia. Nie jestem niczyim robotem. Sam Bóg, projektując mnie, stworzył mnie do bycia szczęśliwą. Nie chcę Mu zatem tego planu –  zohydzić.

Załóżmy, że masz przeżyć jeszcze kilkadziesiąt lat (masz np.30, a długość życia wydłuża się). Czy jesteś zdecydowana/-y przeżyć KAŻDY kolejny dzień od poniedziałku do piątku tak, jak przeżyłaś ostatnie 3 tygodnie?

Tu zbliżam się niechybnie do pytania, które sam/-a sobie zadaj: Po co żyjesz?
W życiu człowieka są dwie istotne chwile; gdy się rodzi i gdy odkrywa po co” (Mark Twain)

Ja sobie na nie odpowiedziałam i jest mi z tą odpowiedzią znacznie lepiej. Chce mi się żyć każdego dnia, z dnia na dzień, jakby świat miał się jutro skończyć i tak, jakby zagościło wieczne Królestwo na ziemi :-)
I Tobie też tego życzę!

Iwona
Motyw kobiety


O czekaniu na weekend pisał także Tomasz we wpisie Postawa typu TGiF.

O dobrym zbieractwie

Wraz z wiosennym przebudzeniem przyrody ten pomysł coraz bardziej pobudza moją wyobraźnię. Mając na myśli dobre zbieractwo, nie chodzi mi bynajmniej o kolekcjonowanie rzeczy.

"Popatrzmy na tę olbrzymią, drapieżną, ryczącą matkę, którą posiadamy -Naturę - jak leży przy nas przepełniona pięknem i czułością dla swoich dzieci tak, że przypomina samicę  lamparta. Niestety, tak wcześnie jesteśmy odłączeni od jej piersi i zapędzeni w społeczeństwo, w kulturę, która jest oddziaływaniem na człowieka" - pisał Henry David Thoreau w "Sztuce chodzenia" (w tłum. Piotra Madeja).

Idea powrotu do zbieractwa ma nam przypomnieć o korzyściach płynących z odnowienia naszego związku z przyrodą. Zapominamy, że biologicznie wcale się nie zmieniliśmy. Pod względem genetycznym niczym się nie różnimy od ludzi pierwotnych. Ciągle jesteśmy łowcami-zbieraczami. Jednakże coraz bardziej, zamknięci w czterech ścianach, otoczeni przez rzeczy, zajęci elektronicznymi gadżetami, oddalamy się od tego, co jest gwarancją naszego zdrowia fizycznego i psychicznego - przebywania na (nomen omen) łonie natury.

"U podłoża inteligencji przyrodniczej leży ludzka zdolność do rozpoznawania roślin, zwierząt i innych elementów środowiska naturalnego, takich jak chmury czy skały. [...] Chociaż ta zdolność wyewoluowała niewątpliwie w celu lepszego radzenia sobie z elementami przyrody, obawiam się, że obecnie jest stosowana głównie w świecie wytworów ludzkich rąk. Świetnie radzimy sobie z rozróżnianiem na przykład marek samochodów, tenisówek i biżuterii, ponieważ nasi przodkowie musieli być w stanie rozpoznać drapieżne zwierzęta, jadowite węże i jadalne grzyby." - pisał Howard Gardner.

Rozwijajmy u siebie i dzieci ową inteligencję przyrodniczą, której kształtowanie może być dobrą okazją do rodzinnego wypadu do pobliskiego lasu. Nie przechodźmy obojętnie obok jego darów, które mogą stać się dla nas źródłem pożytecznego pokarmu, o czym przypominał także Zdzisław Skrok w "Wymowności rzeczy":

"Dlatego i dziś zbieractwo niesie nam niezawodny ratunek. Choć powinniśmy pamiętać, że nasz świat nie jest łupem, ale darem ofiarowanym pod pewnymi warunkami. Najważniejszy z nich brzmi, że musimy go zwrócić, jeśli nie bogatszy, to przynajmniej nie mniej zubożony. Jeśli więc ten dar niszczymy i nie troszczymy się o tych, co przyjdą po nas, zaprzeczamy całemu dziedzictwu przeszłości. Wędrując więc po naszych lasach, w których częściej napotkać możemy zdemontowane części kradzionych samochodów niż upragnione borowiki, pamiętajmy, że kiedyś być może będą one naszym ostatnim schronieniem, źródłem głodowego pokarmu i nadziei na przetrwanie."

Tym, którzy w nadchodzącym sezonie wiosenno-letnim (ale i przez cały rok!) chcieliby spędzać jak najwięcej czasu pośród leśnych ostępów, łąk, parków, a nawet wiejskich lub miejskich nieużytków, przy okazji rozwijając zapomnianą umiejętność "dobrego zbieractwa" - serdecznie polecam przewodników w tym temacie: książki "Dzikie rośliny jadalne Polski" oraz "Dzika kuchnia" Łukasza Łuczaja, a także blog Miastożercy. Nie będę rozpisywał się jednak na ich temat - zrobili to już za mnie inni :)

O książce "Dzikie rośliny jadalne Polski" możecie przeczytać na blogu Kulinarna czytelnia we wpisie Chwasty na talerzu.
O książce "Dzika kuchnia" przeczytacie na blogu Ekocentryczka tutaj.

Dzięki książce "Mniej" Marty Sapały, w której pisze m.in. o "miejskim szabrze" jako alternatywnym pozyskiwaniu pożywienia, miałem okazję poznać jedną z jej bohaterek: Agnieszkę Mocarską, współautorkę bloga Miastożercy, do którego link znajdziecie tutaj.

Jeżeli zaś sami czerpiecie wiedzę w temacie zbieractwa z innych źródeł, proszę dajcie o nich znać w komentarzach. Jeżeli jesteście już specjalistami w tej dziedzinie, podzielcie się z nami swoim doświadczeniem. Od czego zacząć?

Wymowność rzeczy

To tytuł książki, którą dzisiaj wypatrzyłem na dworcu kolejowym wśród innych przecenionych tytułów. Z książkami, podobnie jak z ludźmi, zdarzają się spotkania przypadkowe, ale co do których podskórnie czujemy, że mogą dać początek czemuś ważnemu. Tak było tym razem. 

W przeciwieństwie do minimalizmu, w dobrowolnej prostocie -tak jak ją rozumiem- nie staram się być przeciwnikiem rzeczy, ale próbuję przywrócić należne im miejsce i nawiązać z nimi właściwe relacje. Rozumiem, że tak wyraźna w minimalizmie chęć pozbycia się jak największej ilości przedmiotów jest próbą okiełznania nadmiaru, przesytu i współczesnego zalewu tandetą, odzyskania wolnej przestrzeni. Ja jednak szukam umiarkowania, mając świadomość, że rzeczy mogą i powinny być naszym sojusznikiem, tak jak były nim, towarzysząc człowiekowi przez tysiąclecia.  "Wymowność rzeczy" Zdzisława Skroka (ur. 1950), archeologa i publicysty, wydanej w 2012 r., może być przewodnikiem w takim właśnie pojmowaniu rzeczy.

Mam nadzieję, że autor książki nie będzie miał nic przeciwko zamieszczeniu kilku obszernych jej fragmentów:

Minimalista w pięciogwiazdkowym hotelu

Ilekroć czytam założenia minimalizmu lub Wasze historie o wkraczaniu na minimalistyczną ścieżkę, odnajduję się w tym. Już mogę powiedzieć, że się odnajduję, ale przez lata toczyłam bój z samą sobą. Bo ja jestem osobowością typu: wszystko albo nic. Zatem jeśli przyjmuję minimalizm, to tak skrajny jak się tylko da. I w zupełności. W przeciwnym razie narażam się na rozdwojenie, które spędza mi sen z powiek.

Pewnego dnia jednak okazało się, że człowiek taki jak ja potrafi być zupełnie szczęśliwy, DOSTOSOWUJĄC SIĘ do okoliczności. Wiecie, co mnie tego nauczyło? Słowa apostoła Pawła! Cytuję: „Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek.” (List do Filipian 4,12).

Kiedy to przeczytałam, uświadomiłam sobie, że to o mnie. To była moja codzienność zawarta w tych słowach. Początkowo nie nazwałam jej, ale gdy to przeczytałam, przyszło objawienie; mogę być wolnym człowiekiem. Nie muszę się określać przez swoje podejście do spraw mało istotnych, ani robić z tego religii, ani być jak przysłowiowa krowa, która nigdy nie zmienia zdania.

Jak to wygląda w praktyce: Kocham przyrodę, lubię poznawać ludzi przez przebywanie z nimi, nie wybrałabym wakacji w hotelu, ale gdyby mnie ktoś zaprosił, skorzystam ze wszystkimi wygodami i nie będę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie umęczam się w kuchni, tworząc wymyślne potrawy, ale na wszelakich domowych imprezach nie mam nic przeciwko konsumpcji takowych. Praca. Jechałam kiedyś do ekskluzywnego hotelu. Droga była długa i męcząca. Przez cały ten czas snułam wizję o kąpieli w jacuzzi i wyłożeniu się samej na wielkim, małżeńskim łożu. Na miejscu okazało się, że plany się zmieniły i będę dzielić inny pokój, z inną osobą. Nie byłam zachwycona, ale szybko pogodziłam się z tą sytuacją. Dzięki temu poznałam fajną osobę. Adaptuję się do każdych warunków; mogę pić drogiego szampana w jacuzzi, jak i przez miesiąc myć się w ogrodzie (z powodu braku łazienki) w małym garnku, wodą przyniesioną z ulicznego kranu – historia prawdziwa :- )

Jest mi znacznie łatwiej, gdy przerzuciłam się na życie w obfitości. Znów, idąc tropem Mądrej Książki, jaką jest Biblia. Tak rozumiana obfitość oznacza, że masz wszystkiego dużo, nawet w nadmiarze - ale to tak naprawdę służy nie tylko Tobie, ale i ludziom, których spotykasz na swojej drodze; nieważne, czy to jest pełna lodówka, czy radość życia. Ta obfitość ma również świetnego Dawcę, który wie, co komu potrzeba, gdzie masz się z tą obfitością pojawić, czyj dzień, czy nawet życie, zmienić. Odkąd proszę o to, czego mi potrzeba, a nie o to, czego chcę - mam absolutnie wszystko.

Iwona
Motyw kobiety


Minimalizm jako sposób radzenia sobie z rzeczywistością - cz. 1

Zapraszam na tekst będący kontynuacją mojego postu (tutaj). Na podstawie obserwacji, których wyniki opisałam w pracy magisterskiej, opowiem Wam dzisiaj o konsumpcji, konsumowaniu na pokaz, a także chorobie, która może być wynikiem stałego dążenia do zaspokajania potrzeb.

Czym jest konsumpcja?
To zbiór wszelkich zachowań, którymi kieruje potrzeba zaspokojenia pragnienia posiadania. Według Benjamina Barbera "Konsumpcja oznacza korzystanie z dóbr i usług, które oferuje gospodarka, oznacza udział w procesie zaspokajania potrzeb, określone zachowania i interakcje rynku"[1]. Stopień poddania się konsumpcji staje się coraz częściej miernikiem tego, w jaki sposób radzimy sobie z otaczającą nas rzeczywistością. Konsumujemy nie tylko towary, które są niezbędne do życia, ale i takie na które mamy ochotę[2]. Należy również skierować uwagę na to, że -jak pisze Ritzer- "Nowe środki konsumpcji ułatwiły nakłonienie nas, byśmy konsumowali daleko więcej niż kiedykolwiek wcześniej; zdążamy prostą drogą do konsumpcji"[3]. Istotny jest zatem umiar i kontrola własnych pragnień.

Brak tego umiaru może prowadzić do zachowań bliskich konsumpcji na pokaz. Thorstein Veblen w książce Teoria klasy próżniaczej, wydanej już w 1899 roku, opisał pojęcie konsumpcji ostentacyjnej, polegającej na demonstrowaniu nabytych dóbr w celu zdobycia prestiżu czy też odróżnienia się od innych. Skonstruował określenie "marnotrawstwa na pokaz"[4] w celu określenia wydatków i inwestycji, których bezpośrednim podłożem jest rywalizacja majątkowa i chęć zaprezentowania swoich zasobów finansowych. Obserwacje Veblena dotyczyły elity Stanów Zjednoczonych przełomu XIX i XX wieku. Klasę próżniaczą, nazywaną również klasą pasożytniczą, przeciwstawiał klasie pracującej. Konsumpcja na pokaz, jak pisał, była realizowana poprzez ostentacyjne obnoszenie się ze swoim majątkiem. Pomocne ku temu były sposoby spędzania wolnego czasu, inwestycje w garderobę żon, wystawne przyjęcia, swego rodzaju nonszalancja i demonstracyjny brak ograniczeń. A wszystko to w celu unaocznienia swojego majątku, bo -jak zauważa Veblen- ludzie kupują dobra, aby używać ich na pokaz.

Teoria Veblena ma jak najbardziej swoje odzwierciedlenie w dzisiejszych czasach, tym bardziej, że zaspokajanie potrzeb jest dużo łatwiejsze niż miało to miejsce do niedawna. Konsumpcja na pokaz jest bardziej przystępna, między innym na wskutek popularności ritzerowskich świątyń konsumpcji[5]. W obliczu takiej sytuacji pojawia się konsumpcjonizm, czyli nieuzasadnione zaspokajanie potrzeb, któremu przypisuje się dodatkowe wartości i postrzega się je jako wyznacznik jakości życia. Jest to "stan doświadczenia, przy którym konsumpcja staje się wartością autonomiczną i nadrzędną wobec wszystkich innych"[6]. Prowadzi do zwiększonej ilości i intensywności chęci zaspokojenia w rzeczywistości niepotrzebnych zachcianek.

Przemiana struktury społecznej, rozkwit technologii i ciągła zmienność stanowią, pośród również wielu innych czynników, przyczynę szybkiego rozwoju rzeczywistości. Potrzebą porządkującą i determinującą nasze zachowania stała się konieczność zaspokajania nie tylko potrzeb wynikających z konsumpcji autonomicznej (czyli konsumpcji, której realizacja zapewnia minimum potrzebnych dóbr do życia), ale i z konsumpcji dodatkowej (która zależna jest od wysokości dochodów i oznacza wydatki na dobra, które nie są nam niezbędne do życia). Realizacja potrzeb konsumpcji dodatkowej może prowadzić do wspomnianego konsumpcjonizmu, ale i - w ekstremalnych przypadkach - do zaraźliwego (przenoszonego ze społeczeństwa na społeczeństwo) stanu przesytu i marnotrawstwa, które wynikają z ciągłego dążenia do posiadania coraz większej ilości przedmiotów, czyli do choroby nazywanej affluenzą. Kluczowe uzewnętrznienia tej choroby to między innymi gromadzenie dóbr postrzegane jako cel sam w sobie, posiadanie w nadmiarze, przesadna koncentracja na gromadzeniu, a także ocenianie siebie i innych poprzez przedmioty materialne. Zdaje się, że choroba ta obecnie może być coraz częściej diagnozowana. W celu jej uniknięcia pozostaje nam zachować uważność, refleksyjność i dystans do ilości posiadanych potrzeb czy też przedmiotów.

Kult konsumpcji, który przytłacza i determinuje prawie wszystkie nasze wybory, doprowadził do sytuacji niemalże bez wyjścia. Stajemy się coraz bardziej podatni na wpływy mody i obowiązujące wzorce posiadania, wielokrotnie dążymy do konsumowania na pokaz. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, kiedy nadmiar potrzeb, ale i nadmiar skumulowanych i niewykorzystanych dóbr, staje się ciężarem? W którym momencie - w obecnej kulturze konsumpcyjnej - należy zwrócić uwagę na przesadne rozmiary naszych pragnień?

Karla Kolumna

________________________________
[1] B. Barber, Dżihad kontra McŚwiat, s. 25.
[2] Na podstawie: G. Ritzer, Magiczny świat konsumpcji, s. 15.
[3] Ibidem, s. 8.
[4] T. Veblen, Teoria klasy próżniaczej, s.80.
[5] G. Ritzer, op. cit.
[6] O. Leszczak, Paradoksy konsumpcjonizmu. Typologia i lingwosemiotyka, "The Peculiarity of Man", 2012, nr 15, s. 12.

O naszej walce z długami

Jedną z form niezależności finansowej jest - obok akumulowania oszczędności (kapitału) - wolność od długów. Można powiedzieć, że spłata zadłużenia i gromadzenie oszczędności są do siebie łudząco podobne i polegają na tej samej czynności: odkładaniu. Zastanawiające, że zaoszczędzenie 10% naszych dochodów przychodzi nam z trudnością, podczas gdy lekką ręką zadłużamy się na 20, 30 a nawet 50% swoich dochodów. Obliczanie własnej zdolności kredytowej polega na określeniu, czy jesteś zdolny przez 20-30 lat odkładać pieniądze – tyle, że dla banku, a nie dla siebie samego czy rodziny.

Spłata zadłużenia i gromadzenie oszczędności to dwie strony tej samej monety, co oznacza mniej więcej tyle, że możemy patrzeć na orła lub na reszkę, ale nie na obie strony monety naraz. Prostą konsekwencją zadłużenia jest zazwyczaj brak środków na własne oszczędzanie.
Aktualnie mamy dwa długi (kredyt i pożyczka hipoteczne, niestety w CHF). Miesięczne obciążenia z tego tytułu zabierają do 20% naszych dochodów. Wynika z tego, że te 20% moglibyśmy odkładać jako oszczędności. Naszym priorytetem jest szybka spłata „najdroższego” długu, a następnie obniżenie kosztów zadłużenia do poziomu poniżej 10% dochodów.

Jeszcze kilka lat temu zadłużanie się traktowałem jako jedno z możliwych źródeł finansowania naszych potrzeb. Jego apogeum przypadało na 2008 r. kiedy to mieliśmy na głowie kredyt hipoteczny na zakup mieszkania na 30 lat, pożyczkę hipoteczną na cele konsumpcyjne na 20 lat (wykorzystaliśmy wysoką wartość mieszkania, ku naszemu zdziwieniu bank nie chciał nam pożyczyć dokładnie tyle, ile potrzebowaliśmy, tylko… kwotę dwukrotnie wyższą!!!), dwie pożyczki pracownicze (jedna na wykończenie mieszkania, druga – bo była taka możliwość!), karty kredytowe (z których co prawda nigdy nie korzystaliśmy) i jakieś zakupy na raty. Może nie rzuciliśmy się w wir konsumpcji, próbując inwestować nadwyżkę wspomnianej pożyczki w obligacje i fundusze (to temat na osobny wpis), jednak z mizernym skutkiem. Kurs franka zaczął gwałtownie rosnąć, a nasze zyski z inwestycji po 3 latach, z wyjątkiem niewielkiego dochodu z obligacji, wyniosły 0 zł!

Dzięki dobrowolnej prostocie i książce YMYL (przeczytanej zbyt późno, by uniknąć wpadek, ale na tyle wcześnie, by je naprawić) zmieniliśmy nasze podejście do długu. Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Przełknęliśmy wszystkie „błędy i wypaczenia”, i postanowiliśmy spłacić swoje długi najszybciej jak tylko się da, zaczynając od tych, które powodowały, ze względu na wysokie oprocentowanie lub krótki okres kredytu (przekładający się na wysoką ratę), największe miesięczne obciążenia dla naszego budżetu.

Pierwszym krokiem była likwidacja kart kredytowych, co -wobec braku obciążeń- było działaniem czysto symbolicznym. Następnie wycofaliśmy wszystkie oszczędności z funduszy i przed czasem spłaciliśmy pożyczki pracownicze – byłem pierwszym takim przypadkiem u mojego pracodawcy. Spłaciliśmy wszelkie zakupy ratalne. Przede wszystkim jednak postanowiliśmy w ciągu trzech lat (zamiast pozostałych piętnastu) spłacić dług, którego szczególnie nie lubimy, to jest wspomnianą pożyczkę hipoteczną. Wiązało się to z koniecznością zaciśnięcia pasa i dokonywania systematycznej nadpłaty pożyczki z wygospodarowanych środków. Z drugiej strony w miarę możliwości poszukiwałem dodatkowego dochodu, który w całości był przeznaczany na spłatę. Dzięki ograniczeniu konsumpcji, co wymagało sporej determinacji, udało się spłacić jak dotąd 2/3 tego długu i mam nadzieję, że pożegnamy się z nim na początku przyszłego roku.

Obecnie naszym absolutnym minimum finansowego bezpieczeństwa jest życie w granicach uzyskiwanych dochodów, które ma być barierą przed popadaniem w coraz większe zadłużenie. Jeden ze sformułowanych przez mnie kroków w poście Jak osiągnąć prostotę brzmiał: Spłacaj długi i nie zadłużaj się, pozostając wolnym od obciążeń finansowych. Do sformułowania tej reguły, która może uczynić nasze życie znacznie prostszym, dochodziliśmy, jak widzicie, powoli, ucząc się na własnych błędach. Traktujemy je nie jako porażkę, ale wartościową lekcję, dzięki której zrozumieliśmy szereg mechanizmów, przed którymi tak trudno obronić osobistą wolność. Dzięki tej wiedzy możemy służyć pomocą innym. Wprawdzie nasza droga do pełnej wolności od długów jest ciągle przed nami, ale zdobywanie jej krok po kroku daje niesamowicie dużo satysfakcji i pozwala, choć trochę, poczuć smak ostatecznego zwycięstwa!



Zachęcam do przeczytania:
10 kroków do pozbycia się długów
Czym jest dla Ciebie wolność?
Pieniądze albo życie – Krok 1 Osobisty bilans aktywów i pasywów