Przedświąteczny pakiet ratunkowy

Przed nami wyciszający lub wyczerpujący okres Adwentu - wybór zależy od nas. Sami możemy zadecydować: bieganie z wywieszonym językiem lub spokój płynący z poskromienia konsumpcyjnych ciągot. Wiem, łatwo napisać, trudniej zrealizować.
Ponieważ to nie pierwszy Adwent na tym blogu, wpis będzie obfitował w linki...

Już w najbliższą sobotę (29 listopada) każdy może zrobić sobie mały trening. Będzie to bowiem Dzień bez zakupów przypadający w Europie w ostatnią sobotę listopada. Zasady są bardzo proste: zostawiamy portfele w domach.
O dniu bez zakupów (w kontekście rozciągnięcia go na każdą... niedzielę) pisałem tutaj.

Wczoraj w Tarabuku odbyło się bardzo ciekawe spotkanie MNIEJ, CZYLI WIĘCEJ? z udziałem Marty Sapały, autorki książki Mniej, intymny portret zakupowy Polaków,  Agnieszki Mocarskiej - współtwórczyni bloga Miastożercy i moim, a które prowadziła Anna Olej-Kobus, dziennikarka, podróżniczka i -jak sama o sobie mówi- intuicyjna minimalistka. Mówiliśmy m.in. o zbliżających się przedświątecznych zakupach, a także o trendach, które szybko i niepostrzeżenie wpadają w komercyjne kleszcze.

Co do pierwszego tematu, dość dużym zainteresowaniem okazała się zaproponowana przez mnie idea wręczenia swoim bliskim certyfikatu zwalniającego z obowiązku dawania prezentów. Pisałem o niej w poście Podaruj sobie prezenty, czyli jak uniknąć przedświątecznej gorączki. Do wpisu załączony jest certyfikat, zanim więc ukaże się w wersji kolekcjonerskiej w sklepach :) możecie go sobie wydrukować za darmo.

Co do komercjalizacji trendów - ta nie omija także prostoty. Ot na stronie Miasto Dzieci otrzymacie darmowy e-book Proste życie z dziećmi, a w nim 50 -moim zdaniem dość prozaicznych- porad, między nimi interaktywna reklama katalogu produktów dla dzieci oraz zaproszenie na internetowy kurs dla kobiet z prostego życia z dostępem za 69 zł. Jednym słowem akcja marketingowa i sposób na budowę listy mailingowej (warunkiem uzyskania ebooka jest zgoda na otrzymywanie newslettera). Szkolenia z prostoty jako kolejny produkt. W sumie czemu nie? Otwiera się szeroka paleta możliwości. Nie tak dawno wpadliśmy z Żoną na (czysto teoretyczny!) pomysł świadczenia minimalistycznych usług odgracania mieszkań potencjalnych klientów zainteresowanych upraszczaniem życia: "Odgracimy Twój dom za Ciebie!".

Wracając do tematu:
Wybierając prezenty pod choinkę warto wziąć pod uwagę to, o czym pisałem w poście Zakupy w szarej strefie:

Jeżeli swoje uczucia wobec osób bliskich, a zwłaszcza dzieci, chcemy wyrażać za pomocą materialnych przedmiotów, to droga do zakupowego szaleństwa otwiera się przed nami na oścież. Bo przecież wartość podarowanych przedmiotów powinna odpowiadać skali naszych uczuć. To całkiem naturalny odruch. Chcielibyśmy przychylić materialnego „nieba” naszym najbliższym. Z drugiej strony, jeśli w poprzednich latach nakręciliśmy spiralę oczekiwań, nie możemy kupić czegoś taniego, bo zostanie to źle odebrane. Jeśli pierścionek, to z brylantem, jeśli naszyjnik, to z pereł.  Prezent dla dziecka – oczywiście ten z górnej półki i najlepiej kilka rzeczy, bo a nuż jedna nie spełni oczekiwań.

O sposobach radzenia sobie z prezentami w naszej rodzinie pisałem z kolei we wpisie Świąteczne postscriptum.

Zaś nasze propozycje na przeżywanie okresu przygotowań do Bożego Narodzenia znajdziecie we wpisie Adwent w rodzinie.

Na koniec nowym Czytelnikom bloga gorąco polecam cykl wpisów (do czytania i wysłuchania) Dobre życie, o którym we wstępie do niego napisałem:

Adwent to czas oczekiwania na „przyjście” (z łac. „adventus”). Pytanie tylko na co czekamy? A może lepiej - czego oczekujemy? To dobry czas, aby zapytać siebie: czy moje życie jest dobre? Co zrobić, żeby było dobre? Czego mi brakuje? Albo czego w nim za dużo? Z czego powinno się składać? Chciałbym przez najbliższe cztery tygodnie Adwentu razem z Żoną opowiedzieć Wam bliżej o naszej wędrówce do dobrego życia, w którym tak duże znaczenie ma jego prostota. 

Link do wpisów z cyklu znajdziecie tutaj.

Życzę Wam wszystkim dobrego Adwentu!

Sekret szósty - aktywne słuchanie

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Czym powinno być aktywne słuchanie? Jak to rozumieć? Przeprowadzono badanie, które dotyczyło poświęcenia pełnej uwagi dziecku, z którym się rozmawia, zgody na wyrażenie przez dziecko odmiennego zdania bez wpadania w złość, stwarzania atmosfery czułości, uważnego wsłuchiwania się w jego problemy.

Czy częściej nie słuchamy wybiórczo? Słyszymy to, co chcemy, co jest dla nas wygodniejsze bądź to, co możemy użyć jako atak słowny: "przecież ty to powiedziałeś", zakładamy filtr na nasze uszy?

Za radą autora oto kilka wskazówek, aby posiąść umiejętność aktywnego słuchania:
  1. Mów szczerze, otwarcie.
  2. Przyjmij otwartą postawę.
  3. Dostosuj się do pozycji, w której przebywa dziecko.
  4. Utrzymuj kontakt wzrokowy.
  5. Zrelaksuj się :-)
  6. Staraj się odczytywać niewerbalne znaki, jakie wysyła dziecko.
  7. Dawaj dziecku niewerbalną informację zwrotną.
  8. Odpowiadaj dziecku poprzez powtórzenia i przekształcanie jego wypowiedzi.
  9. Celem aktywnego słuchania jest zrozumienie.
Na koniec bardzo ciekawa rada - WYCISZ HAŁAS. Ten zewnętrzny - grający telewizor (jeśli go posiadasz i jest włączony), otoczenie (jeśli nie sprzyja rozmowie), ale i ten wewnętrzny, który podpowiada nam jak nie słuchać, używając m.in. takich zwrotów: "jak byłem w twoim wieku"...

Czy potrafimy słuchać? Tak bez dopowiadań, przerywań, za zasadzie "kiedy skończysz"?

Duch prostoty

W drugim rozdziale książki "Prostota w życiu" K. Wagner próbuje określić prostotę w jej podstawowym znaczeniu.

Czasem dobrze jest wracać do fundamentów. Czym właściwie jest prostota?  Czy w każdych warunkach i dla każdego oznacza to samo? Czy da się zamknąć w zgrabnej -aczkolwiek nieużytecznej- formułce? Czy to zestaw „mały minimalista” z instrukcją do samodzielnego montażu, czy raczej subtelne półcienie i niuanse codziennych, osobistych i niepoddających się reprodukcji wyborów, ciągłe balansowanie na linii rozpiętej między dostatkiem a niedoborem, żmudny obrachunek własnych klęsk i sukcesów (jeszcze zwycięzcy czy już zwyciężeni) w obcowaniu z -napędzaną turbokonsumpcją- kulturą materialną XXI wieku?

Kolejny rozdział Wagner zaczyna od ćwiczenia:
Wyobraźmy sobie, że spotkaliśmy na drodze trzech ludzi: jeden jechał powozem, drugi szedł piechotą, trzeci wędrował boso. Według zewnętrznego kryterium największą prostotą odznaczał się ten ostatni. Może się zdarzyć -zauważa Wagner- że jadący powozem jest skromny, pomimo swego stanowiska i bogactwa, idący w trzewikach nie zazdrości jadącemu powozem i nie pogardza bosym nędzarzem, zaś trzeci pod łachmanami żywi nienawiść do prostoty, pracy, wstrzemięźliwości i marzy tylko o życiu łatwym, o uciechach i bezczynności. Tak więc zewnętrzne pozory nie świadczą o prostocie, a tym, co ją buduje, jest nasza postawa wewnętrzna.

Czy o prostocie decydują jej pewne namacalne cechy, po których daje się poznać? Niewyszukane ubranie, mieszkanie bez zbytku, skromność, ubóstwo? Czy żyć prosto to ograniczyć posiadanie, mniej wydawać? Wszystkie te zachowania zdają się iść ze sobą w parze, tworząc określony sposób życia. Często ten minimalistyczny styl fetyszyzujemy, zachwycamy się nim i… utożsamiamy z prostotą. Wagner dostrzega błąd takiego rozumowania, który polega na pomieszaniu treści z formą.

Czasem upraszczanie życia sprowadzamy tylko do pozbywania się przedmiotów materialnych, obywania się bez określonych sprzętów i urządzeń (np. smartfon), usług (fryzjer, restauracje), ograniczamy konsumpcję, starając się żyć możliwie oszczędnie, gospodarnie i skromnie. To z jednej strony dobrze nakładać sobie (lub akceptować) ograniczenia, bo taka dyscyplina pomaga choćby dopiąć domowy budżet, czyni życie mniej skomplikowanym procesem, oczyszcza przestrzeń, pozwala mniej pracować i wygenerować więcej wolnego czasu. Ale sam ostatnio zastanawiałem się nad tym czy można postawić znak równości między prostotą a np. oszczędzaniem? Czy powyżej pewnego poziomu dochodów można jeszcze prowadzić proste życie? Przyszedł mi na myśl przykład człowieka na pewno nie biednego, a doceniającego wartość prostoty – to Ferenc Mate, utrzymujący się z uprawy winnic, o którym pisałem we wpisie Prostota o toskańskim sercu.

Wagner pisze: Żadna klasa nie ma przywileju prostoty, żaden zwyczaj, choćby wydawał się najskromniejszy, nie może być jej niezbitym dowodem. Siedzibą jej nie jest koniecznie poddasze, ani lepianka nędzarza, ani cela ascety, ani łódź najbiedniejszego rybaka. We wszelkich przejawach życia, na wszystkich szczeblach społecznych, u dołu i na wyżynach, widzimy prostotę obok zupełnego jej braku. Nie chcemy przez to powiedzieć, że prostota nie wyraża się żadną zewnętrzną oznaką, że nie ma swych cech szczególnych, swych upodobań własnych, swych obyczajów; nie należy jednak identyfikować jej form z jej istotą i głębokim źródłem.

Co jest zatem istotą prostoty?
Odpowiedź Wagnera może wydać się nieoczywista: Człowiek jest prosty wówczas, kiedy główne jego usiłowanie polega na pragnieniu zostania takim, jakim być powinien, to jest po prostu człowiekiem. To kwestia ustanowienia harmonii między postępowaniem i naszymi dążeniami a czymś, co Wagner nazywa „prawem naszej istoty”, a Mate „prawdziwym życiem”. Wielokrotnie na blogu pisałem, że istotą dobrowolnej prostoty jest  dla mnie uporządkowanie egzystencji i zrobienie miejsca na to, co ma prawdziwą wartość. A to, co wg Wagnera posiada prawdziwą wartość, wydaje się głęboko ludzkie i bardzo uniwersalne: to poświęcenie swojej energii życiowej nie na gromadzenie rzeczy materialnych, lecz na osiągnięcie dóbr wyższych - miłości, prawdy i wolności.

Podeprę się na koniec przemyśleniami Tesi, aktywnej komentatorki bloga, które dotykają istoty zagadnienia. Jak zauważyła (pod wpisem Jak niebezpiecznie jest posiadać zbyt dużo rzeczy): czasem naszą drogą jest rezygnacja z posiadania, a czasem stajemy wobec sytuacji przeciwnej, że wyrasta przed nami posiadanie, od którego chciałoby się uciekać w popłochu, a nie zawsze to jest właściwe... Zarówno nieposiadanie jak i posiadanie może być związane z osobistym powołaniem człowieka. Z tego wynika, że nie sztywne trzymanie się którejś z doktryn jest właściwe, tylko odwaga w odczytywaniu własnego powołania i podążania za nim. Wszystko zasadza się na myśleniu, aktualizowaniu swoich ocen i niezasklepianiu się w jakiejś doktrynie.

Myślę, że o to chodzi w prostym życiu. Jeżeli rzeczy, pieniądze, konsumpcja (lub cokolwiek) stają się przeszkodą w realizowaniu osobistego powołania, to trzeba to odrzucić. Może być też tak, że te same rzeczy, pieniądze, konsumpcja (która sama w sobie nie jest przecież wcielonym złem) jest mi do realizacji powołania potrzebna. Kluczem jest odkrycie, czemu/komu chcę poświęcić swoją życiową energię i odrzucenie tego, co jest w tej drodze niepotrzebnym balastem.


Pierwszy rozdział z książki "Prostota w życiu" pt. Życie utrudnione znajdziecie tutaj.

O weselu pachnącym lawendą... i o nowych drogach

W życiu każdego człowieka nadchodzi czas, gdy zadaje Pytanie: z kim dalej chce iść przez życie. Odpowiedź jest mniej lub bardziej oczywista. Dla mnie nie była oczywista, aż do chwili, gdy poznałem moją obecną żonę. Zanim jednak powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak", były przygotowania do ślubu. Ślubu nietypowego...


Postanowiliśmy bowiem iż ślub nie odbędzie się w Katedrze Wrocławskiej, ani w nowowyremontowanym kościele w Kluczborku, skąd pochodzi moja żona. Na miejsce ślubu wybraliśmy mały kościół w Proślicach k/ Byczyny. In the middle of nowhere.  



Nikt wcześniej nie znał tego miejsca, ale nam się spodobało. Było wiele głosów "na nie", ale nie przejmowaliśmy się tym. 

Kwiaty do dekoracji kościoła pochodziły z lokalnych pól lawendy  - z plantacji zwanej Lawndowe Lisie Pole. Udało się wspaniale, choć znów było wiele głosów "nikt wcześniej tak nie robił, co wy wydziwiacie..." A jednak, usłyszeliśmy słowa uznania od księdza za lawendę, a od dostawczyni lawendy - Hani, za kościół. Jechaliśmy dalej...



Samo wesele także było dość nietypowe - miało miejsce w namiocie weselnym rozstawianym na dziedzińcu repliki średniowiecznego grodu - w Biskupicach k/Byczyny. Pośród pól i łąk...  Tu znów pojawiały się głosy, że "naoglądaliśmy się amerykańskich filmów, będzie zimno...". Nie słuchaliśmy ich jednak, sami ocenialiśmy różne propozycje. Rozmiary, koszty, opcje... Wszystko to kosztowało dużo pracy, czasu, jeżdżenia po okolicy, rozmów, maili, etc. Dużo więcej niż powielanie utrwalonych schematów weselnych. Kiedy robimy "tak jak wszyscy", to "wszyscy" czują się bezpiecznie w swoich utartych schematach postępowania. Gdy zaczynamy coś zmieniać, ci sami "wszyscy" nie mają prawa być pewni, że robią tak jak jest najlepiej.


Choć nie obyło się bez znacznego stresu, niespodzianek, czasami cierpkich ocen - to był najwspanialszy dzień w naszym życiu. Początek czegoś nowego, co warto było zaakcentować.

Szliśmy i idziemy własną drogą. Byliśmy i jesteśmy nieprzemakalni na argumenty "nikt wcześniej tak nie robił...", wprost przeciwnie - dodawało nam to więcej zapału, ale i ostrożności. Zarówno ślub, jak i wesele udało się wspaniale. Mamy nadzieję, że nie straciliśmy pokory wobec samych siebie i świadomości, że nowe drogi to nie autostrady. Nowe drogi to ciągi znaków dostrzegalnych tylko dla czujnych obserwatorów. 

Dziękujemy! 





Mniej - książka Marty Sapały

Polecam Waszej uwadze książkę Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marty Sapały, która już od 5 listopada (nakładem wydawnictwa Relacja) będzie dostępna w księgarniach.

Marta jest dziennikarką i felietonistką magazynu "Voyage", współpracuje m.in. z "Polityką". Niektórzy być może dotarli do jej bloga nie kupuję. obserwuję. Osobiście miałem przyjemność poznać ją przy okazji pracy nad książką, będącą rozwinięciem półrocznego eksperymentu, pierwotnie opisanego na łamach "Polityki", a polegającego na ograniczeniu konsumpcji do tego, co naprawdę niezbędne:

Nie pamiętam już, kiedy i dlaczego przyszło mi do głowy, że kluczem do codzienności może być portfel. Jego zawartość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Być może to wynik mojej nowej życiowej sytuacji, a może – echo ekonomicznego tąpnięcia, które dotarło przecież i do Polski, zmuszając wielu z nas do szukania nowej konsumpcyjnej strategii, nie mam pewności. Chcę jednak to sprawdzić. I napisać o tym, co się dzieje, gdy spróbuje się – na jakiś czas – radykalnie ograniczyć codzienną konsumpcję. Oskubać ją do tego, co naprawdę niezbędne. Tymczasowy zakupowy post, na podjęcie którego zdecyduje się kilkanaście gospodarstw domowych z całej Polski, stanie się też częścią mojej codzienności. Na dwanaście eksperymentalnych miesięcy. Na cały roczny cykl.

Przez ten rok będę zaglądać do nie swoich portfeli, spiżarni, szaf i głów. Dowiem się wielu rzeczy: ile może kosztować przetrwanie, wykończenie mieszkania, zaproszenie na świat człowieka, ile – jego wyekwipowanie na dalszą drogę. Razem ze wspólnikami w konsumpcyjnym poście przyjrzymy się temu, ile (oraz jak) się obecnie płaci za poczucie bezpieczeństwa, szacunek, spokój, jaki jest koszt dobrych relacji ze światem, a jaki – samowystarczalności. Jaka jest cena dostępu do zdrowia, wiedzy, czystego powietrza, wody, chlorofilu. Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje oraz czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach uskrzydla, a może wręcz przeciwnie – uwiera?

Spróbujemy dowiedzieć się, czy „mniej” w jednej dziedzinie oznacza „więcej” w innej.
I dlaczego bilans między nimi nie zawsze się zgadza.

Książkę nazwałbym reportażem "uczestniczącym" (Marta wraz z mężem i 1,5-rocznym synkiem sama podjęła się udziału w eksperymencie, który opisuje), ale nie tylko: barwny i szczegółowy opis perypetii i dylematów 12 gospodarstw domowych (choć nie wszystkie dotrwały do jego końca) przetykany jest szeroko zakrojonymi rozważaniami na tematy związane z aktualną sytuacją ekonomiczną Polaków. Książka nie usiłuje być lekkim poradnikiem, próbuje dotrzeć do podszewki naszych obaw, lęków, aspiracji, ale także umiejscawia je wśród obiektywnych uwarunkowań socjologicznych, kulturowych, a nawet prawnych, które stoją za codziennymi wyborami życiowymi Polaków, determinowanymi zasobnością ich portfela.

Ciekawie wypada konfrontacja naszego polskiego podwórka z Zachodem, wprawdzie zmęczonym propagandą konsumpcjonizmu, jednak z którego zasobnością nadal ciągle się porównujemy, do którego aspirujemy, a są to „dwa konsumenckie kosmosy” jak pisze Marta przy okazji porównania portali „oddam za darmo”:

Tam zmywarka Boscha, tu lodówka Szron.
Tam sprawny projektor ścienny Pioneera i 32-calowy telewizor LCD, tu kineskop dla konesera. Zepsuty.
Tam sprawny ford fiesta z 2001 r. z ubezpieczeniem do końca miesiąca, tu części karoserii mercedesa 901.
Tam pocięte drewno kominkowe, tu suche świerki na opał – w całości, z korzeniami mocno trzymającymi się ziemi, do samodzielnej wycinki przez beneficjenta.

Dynamika książki układa się sama wraz z cyklem kalendarza, zmianami przyrody, pochodem świąt i uroczystości, przeplatanych szarą, ekonomiczną codziennością. Poszczególne rozdziały to: kwiecień - sprzątanie, maj - gospodarność, czerwiec - dziecko, lipiec - ogród, sierpień - przyjemność, wrzesień - gniazdo, październik - rozczarowania, listopad - podróż, grudzień - dar, styczeń - finanse, luty - społeczność, marzec - wizerunek.

Marta nie daje gotowych odpowiedzi, zostawia miejsce na własne przemyślenia. Bardzo często poszczególne fragmenty kończą się znakiem zapytania:

Czym jest właściwie niezbędność?
Dlaczego potrafimy ekscytować się wyborem mydła, proszku do prania albo mopa?
Czy w amoku redukcji nie pozbywamy się czegoś cennego?
Czy prorocy minimalizmu ściemniają? Czy koncentrując się na pozbyciu się jednej obsesji przypadkiem nie karmi się kolejnej?
Czy gospodarne życie zjada więcej czasu niż konsumpcyjne?
Czy konsumpcyjny reżim obiera codzienność z przyjemności?
Dlaczego dopiero legitymizacja pewnych zjawisk przez zachodnią kulturę zaczyna sprawiać, że doceniamy to, co sami robimy, ot tak, od niechcenia, niemal od zawsze?
Czego brakuje nam w Polsce, że godność i poziom zadowolenia z życia są tak mocno splecione z poczuciem ekonomicznego bezpieczeństwa?
Czy życie konsumpcyjne uważne, wyczyszczone z ekscesów, w którym nie ma miejsca na żaden niepotrzebny wydatek jest jeszcze życiem, czy już tylko przeżyciem?


Czy eksperyment się udał? W czasie przedpremierowej prezentacji książki Marta, zapytana o zmiany, jakie przyniósł on w jej osobistym życiu, stwierdziła, że rozwinęła się w niej większa konsumpcyjna świadomość procesów, jakim podlegają nasze codzienne, najzwyklejsze -bo dotyczące zakupów- decyzje. Jestem jeszcze w trakcie lektury książki, ale już teraz mogę powiedzieć, że od tego rzeczywiście intymnego portretu zakupowego Polaków trudno się oderwać. Może dlatego, że dość szybko można w nim rozpoznać własne podobieństwo?


Książka (z drobnym upustem) jest do nabycia na siostrzanym wydawnictwie Relacji Mamania tutaj.
Wywiad z Martą na temat roku bez zakupów znajdziecie na Ulicy ekologicznej tutaj.