21 kwietnia 2015

Ostatnie dziecko lasu

Jakie były najważniejsze okolice Twojego dzieciństwa?

Dla mnie taką szczególną okolicą było wiejskie gospodarstwo moich dziadków na Kujawach, gdzie co roku spędzałem dwa miesiące wakacji. Było to miejsce nieskrępowanej eksploracji świata przyrody i obcowania z ludźmi, którzy swoje życie ściśle związali z jej twardymi prawami. Świata, do którego z każdym rokiem uzyskiwałem coraz szerszy przystęp - przy żniwach (wówczas jeszcze bez kombajnu i traktora) liczyła się każda para rąk, nawet tych miastowo-dziecięcych.
Przewiązywanie krów na pastwisku i zaganianie ich pod wieczór do obory, wywożenie obornika, układanie snopków na drabiniastym wozie i w stodole aż do pułapu, spacery po świeżym rżysku, wirowanie miodu ze złotych plastrów, mleko prosto od krowy, znojne gracowanie haczką buraków i majeranku, zbieranie szumiących makowin, smak zbożówki z kanki pod cieniem akacji, nocne koncerty cykad, asystowanie przy narodzinach prosiąt i cieląt czy zarzynaniu kury na niedzielny obiad. Wszystko to w scenerii złoto-zielonych pól, łąk pełnych ziół i kwiatów, których nazw nigdy nie poznałem, sadu, w którym na orzechowcu zbudowałem swój prymitywny domek, zarośniętego lasu i torów nieczynnej w lato kolejki wąskotorowej - przewodnika samotnych, pieszych i rowerowych, wędrówek. Klimaty rodem z Tomka Sawyera lub "Doliny Issy" Czesława Miłosza.

Chociaż wsi z mojego dzieciństwa, która ostatecznie skapitulowała pod naporem uprzemysłowienia, konsumpcji i przemian obyczajowych, już nie ma, jednak jej wspomnienia są - używając słów Editth Cob, autorki "Ekologii wyobraźni  dziecięcej" - niczym „radioaktywne klejnoty ukryte głęboko w moim wnętrzu, emitujące energię do końca mojego życia”. Z rozmów wiem, że całkiem sporo osób z mojego pokolenia miało podobne doświadczenia.

Obecnie żyjemy w świecie, w którym radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczenia przyrody przez dzieci - są świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Tymczasem dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.

Richard Louv w książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Relacja, przekonuje, że od przywrócenia związków naszych dzieci z przyrodą zależy zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe nas wszystkich, bowiem to one będę w przyszłości kształtować środowisko naszych miast i przedmieść. Czy znajdzie się w nich miejsce na kontakt z przyrodą?  

Autor książki stwierdza, że w dostępie do przyrody coś się zmieniło i nazywa to zjawisko zespołem deficytu przyrody. Zespół ten cechuje się zmniejszeniem użycia zmysłów, niedoborem uwagi, częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Dotyczy zarówno pojedynczych osób, rodzin, jak i całych społeczności.

Lista grzechów i zaniedbań jest długa. Obecnie nie interesujemy się tym, skąd pochodzi nasze pożywienie, rozumienie relacji z innymi istotami żywymi stało się abstrakcyjne, formacje podmiejskie to gęste oponki inwestycyjne - osiedla budowane w równych odstępach, z centrami handlowymi  i sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę. Zakazy swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody stają się regułą na rosnących przedmieściach, a prywatne zarządy osiedli wykazują obsesję na punkcie porządku. Wszystko to sprawie, że nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad.

Richard Louv pisze o „dzieciach z pudełka”, które spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów, wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do oglądania telewizji, umieszczane w wózkach i popychane przez spacerujących lub biegających rodziców. Bezpośredni i osobisty kontakt z przyrodą zastępuje jednodniowa wycieczka z krótkim postojem na kawę czy kanapkę. Biwakowanie ustąpiło miejsca temu, co pracownicy parkowi nazywają "podróżami za szybą samochodu".

Nie tak dawno temu życie młodych ludzi płynęło głównie przy dźwiękach przyrody, dzisiaj doświadczenie zmysłów jest dosłownie pod napięciem za sprawą telewizji i komputerów.
W kulturze zachodu XXI w. wszechobecna technologia sprawia, że jesteśmy zalewani informacją. "Jak wiele z bogactwa życia tracimy na rzecz codziennego zanurzenia w nurcie pośrednich, elektrycznych bodźców?" - pyta Louv, który pisze wręcz o autyzmie kulturowym, przejawiającym się w ograniczeniu zmysłów, poczuciu izolacji i odcięcia, doświadczeniu zawężonym do rozmiarów płaskiego ekranu. Zaczęliśmy tracić zdolność do samodzielnego aktu patrzenia, czucia, smakowania i wąchania.

Co robić? Młodzi ludzie nie potrzebują sportów ekstremalnych ani wakacji w Afryce. Wystarczy im tylko smak, widok, dźwięk, aby odzyskać kontakt z utraconym światem zmysłów. "Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie na rowerze po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?"

Przyroda może stać się antidotum, dzięki niej jesteśmy mniej zestresowani, cieszymy się lepszym zdrowiem fizycznym, rozwijamy się duchowo, jesteśmy bardziej twórczy, chętniej angażujemy się w zabawę. Najlepszy sposób na zbliżenie dziecka z naturą to odbudowanie własnej z nią relacji. Jeśli matki, ojcowie, dziadkowie i opiekunowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, powinni go tam spędzać jeszcze więcej; niech odkrywają w sobie miłośników ptaków, wędkarzy, wędrowców i ogrodników. Wówczas dzieci wyczują prawdziwy entuzjazm i zapragną go naśladować.

Książka dotyczy sytuacji w Stanach Zjednoczonych, niemniej opisany przez Louva zespół deficytu przyrody możemy z pewnością obserwować także u nas. Zamyka ją praktyczny przewodnik terenowy zawierający mnóstwo propozycji dla tych, którzy - korzystając z wiosennej aury - zdecydują się nawiązać, przywrócić, a może tylko utrwalić i pogłębić związek z przyrodą: zarówno swój własny, jak i swoich dzieci. 






Jakie były najważniejsze okolice Waszego dzieciństwa? 
Jakie macie sposoby na rodzinne doświadczanie przyrody?

15 kwietnia 2015

Drugie życie śmieci

Kiedyś pisałem o nowym życiu rzeczy w poście tutaj. Teraz chciałbym napisać o śmieciach, które w pierwszym odruchu wyrzucamy jako coś, co nam nie jest potrzebne, co zajmuje miejsce, swoją rolę już spełniło. A my zbieramy :-). Konkretnie: 
  • rolki po papierze, zakrętki, pudełka po kremach, sprężynki, pudełka po zapałkach, kapsle
Ograniczeniem jest tylko wyobraźnia dzieci i nasze M z piwnicą, gdzie można to pomieścić :-). Oczywiście, że zapełniamy kilka pudełek do przechowywania, jednak miejsce warto znaleźć. A po co to?

Pierwszy argument jest taki, że bardzo często czegoś potrzeba na "już" na zajęcia. Najczęściej przypomina się wieczorem, że na jutro jest niezbędna jakaś magiczna rzecz. Nie trzeba pisać, jakim zbawieniem jest taki ukryty skarb.

Drugi to możliwość zorganizowania warsztatów dla dzieci. Podczas ostatnich ferii zimowych udostępniliśmy naszej czwórce + kuzynom zawartość takich zbieranych pudełek. Radość ogromna, praca przy rozłożonym stole, każdy może brać i budować to, na co tylko ma ochotę. Praca na dwa dni. Efekt na poniższych zdjęciach. Roboty to praca synów, natomiast domek dla lalek to dzieło siostrzenic. Domek wymagał dodatków w postaci plasteliny i bibuły, u chłopaków wystarczyła taśma i klej florystyczny.


 











Warto spróbować......

6 kwietnia 2015

Dobrze wykorzystać święta

Święta wielkanocne dobiegły końca. Nie obchodzę ich w sposób tradycyjny, co nie znaczy, że i w moim domu nie zalega nadprogramowe jedzenie. Święta najczęściej spędzamy z teściami, a oni uwielbiają gotować, piec, przygotowywać jedzenie i na nic się zda tłumaczenie, żeby nie było tego aż tyle! Ale znalazłam na to sposób. Nie lubię wyrzucać jedzenia. Mogę właściwie mieć w tym względzie czyste sumienie, bo czego nie zjemy, zjedzą kury, których mamy dziesięć sztuk.

Po świętach najczęściej zostaje pieczywo i jajka. To pierwsze wysuszam na kaloryferze i przerabiam na bułkę tartą, to drugie przerabiam na pastę, urozmaicam różnymi różnościami typu rzeżucha, rzodkiewka. Do kanapki jak znalazł. Podobnie rzecz ma się z sałatkami. Te lubię ogromnie i robię zapamiętale! Ale kilku kilogramów nie przeje nawet taki ich pasjonata jak ja. I tu znów można ich użyć na kanapki. Jeśli nie: patrz, kury. Ciasta i ciastka mnie nie dotyczą, gdyż tego nie robię. Za to moja teściowa tak. Oczywiście zawsze coś zostaje, a jeśli tak się dzieje, kruszy je, miesza z bakaliami, kakao i robi tak zwane trufelki. Lub znów: zjadają kury. Tak czy owak nic się nie marnuje.


Święta wielkanocne, które wyjątkowo lubię, spędzam zwykle na … radości. I to nią głównie się karmię. Ona towarzyszy mi przez cały rok, dzień po dniu, od świtu do nocy, ale skoro już jest Wielkanoc – nie omieszkam jej wykorzystać. To dla mnie czas radości zdwojonej, która wystarcza mi za wszystko inne; nie muszą istnieć dla mnie wtedy cukrowe baranki, pisanki, zajączki, a nawet sałatki (!).


Zwykle bywa tak, że przez całe święta, raz po raz,  nadziwić się nie mogę, że Ktoś podjął decyzję dla mnie. Że On umiera, a ja żyję. Że On, znów dla mnie, wziął moc, by powstać z martwych, a ja to przyjmuję i żyję z Nim.


To właśnie po Wielkanocy, nie po 1. stycznia, dokonuję pewnego, życiowego bilansu z całego roku. Zwykle szukam odpowiedzi na pytania: Czego się o sobie dowiedziałam w ciągu ostatniego roku? Co zmieniłam w sobie na lepsze? Dlaczego ostatni rok był cenny ?


Stawiam więc na  pragmatyczny minimalizm, a duchowy maksymalizm :- )


Iwona

Motyw kobiety

1 kwietnia 2015

Na finiszu

Dobiegamy do końca Wielkiego Postu. Może pomógł nam w tym trójbój - post, jałmużna i modlitwa, a może inne umartwienia bądź wyrzeczenia, jak np. ograniczenie bycia on-line non-stop (polecam - testowałem osobiście).
Zostało już niewiele: finisz składający się z Triduum, zakończony Wielką Nocą.
Kartka autorstwa Anny Szostek

Dla wszystkich Czytelników i Współautorów z życzeniami zgłębienia tajemnicy Wielkiej Nocy.

27 marca 2015

Szczęście nicnierobienia

Okazuje się, że w dzisiejszym, zabieganym świecie leniuchowanie nie jest proste i urasta do rangi niełatwej umiejętności, o czym przekonuje Urlich Schnabel w „Sztuce leniuchowania”. Żyjemy bowiem w czasach kultu produktywności i oduczyliśmy się sztuki nicnierobienia.

Temat "słodkiego lenistwa" był już poruszany na blogu, bowiem dobrze wpisuje się w ideę prostego życia.

W leniuchowaniu istotne jest nie to, co robimy, ale to, że docieramy do punktu, w którym ponownie czujemy i dostrzegamy nasze rzeczywiste potrzeby, dzięki czemu życie zyskuje dla nas na znaczeniu. Tak pojętego leniuchowania możemy doświadczać podczas inspirujących rozmów, gry, która całkowicie nas pochłania, wędrówek lub muzykowania, a nawet pracy, czyli w tych momentach, które mają wartość same w sobie i nie poddają się nowoczesnej logice oceniania.

Do leniuchowania potrzebujemy czasu, a tego nieustannie nam brakuje. To jednak nie kwestia coraz lepszych technik skutecznego nim zarządzania. Czy nie jest tak, że za bardziej wydajnym spożytkowaniem czasu kryje się w rzeczywistości jeszcze więcej zadań?
Z kolei rozwój techniki tylko częściowo pomaga nam zyskać na czasie, bowiem jego nadwyżki pochłania zaspakajanie naszych rosnących roszczeń i wymagań. Zamiast podróżować krócej dzięki nowoczesnym środkom lokomocji, w efekcie podróżujemy częściej i dalej. Gdybyśmy zadowolili się tymi posiłkami, podróżami i rozrywkami, co nasi przodkowie – żylibyśmy w raju czasowym. Zamiast tego popadamy w paradoks: nie mamy czasu, mimo że uzyskujemy go w nadmiarze.

Leniuchowanie, jak się okazuje, ma nie tyle związek z ilością wolnego czasu, ile z określonym nastawieniem polegającym na osiągnięciu stanu zgody między mną a tym, o co chodzi w moim życiu.

Sztuka leniuchowania nie zależy jedynie od odzyskania władzy nad naszym czasem, lecz także od umiejętności unikania dekoncentracji i korzystania ze szczęścia zawierającego się w danej chwili. Bardzo dużą część książki poświęcono stresowi informacyjnemu, któremu nieustannie podlegamy podłączeni non stop do sieci informatycznej, i korzyściom płynącym z okresowego odłączenia się od potoku "ważnych" wiadomości.

Mnie szczególnie zainteresował związek braku czasu z wzrastającą konsumpcją. Przeszkodą w leniuchowaniu jest „multiopcjonalna” kultura, która wmawia nam, że szczęście szybciej spotkamy wtedy, gdy będziemy mieli więcej propozycji i opcji. Tymczasem rozważanie nieskończonych alternatyw pochłania nasz czas i energię. Kto musi wybierać spośród niedającej się ogarnąć liczby marek jogurtów, polis ubezpieczeniowych lub kanałów telewizyjnych, ten nie uzyskuje wolności – jak sugerują reklamy – lecz podnosi swój poziom stresu. Nasze cierpienia są wzmacniane przez skłonność do nieustannej pogoni za nowościami i związane z tym niedocenianie rzeczy już posiadanych. Uczucie zagonienia w dużej mierze wynika z nieustannego poszukiwania ulepszeń oraz niezdolności do zadowolenia się aktualnym stanem posiadania. W tym kontekście próżnowanie to sztuka niepoddawania się nieustannej gonitwie za naszymi (własnymi lub wmówionymi) pragnieniami, zdolność do zatrzymania się w swym zabieganiu po to, by rozkoszować się chwilą, spotkaniem lub działaniem.

Poszukiwanie możliwie „spełnionego”, „bogatego” życia sprawia, że nigdy nie możemy zaznać spokoju. A do tego jeszcze obrzydza nam ono przy okazji ów bezproduktywny czas wolny, do którego tak tęsknimy. Gdybyśmy go bowiem przeznaczyli na relaks, oznaczałoby to przecież, że jesteśmy skłonni zadowolić się tym, co już zostało uzyskane, a więc i zaakceptować, w ostatecznej konsekwencji, skończoność własnego życia. A to jest dla nas tak bardzo trudne, że wolimy gonić za ciągle nowymi przeżyciami i szansami.

Jednym z nieporozumień związanych z czasem wolnym jest przekonanie, że do odpoczynku niezbędne są specjalne pauzy, które można zorganizować dużym nakładem sił i poza dniem powszednim. Ludzie, przyzwyczajeni do społeczeństwa konsumpcyjnego, które każdą potrzebę zaspakajają odpowiednimi produktami, także próżnowanie traktują jako dobro konsumpcyjne: kolejny kurs relaksacyjny, poradnik o zarządzaniu czasem, nową płytę z muzyką, drogie egzotyczne wczasy. Zanim wyjedziemy na drogi i męczący urlop autor proponuje zacząć od drobnych kroków w zaciszu swojego domu: wyłączenia komputera, schowania zegarów, pozbycia się czasopism i telewizora, napisania dla siebie samego mowy pogrzebowej (!) czy zaproszenia przyjaciół na "brazylijski weekend".

Dobrego leniuchowania!


Wywiad z autorem dotyczący wpływu leniuchowania na kreatywność znajdziecie tutaj.


Polecam także:
Rodzice na wolnych obrotach
Jak być leniwym by Tom Hodgkinson
Pan Fusi oszczędza czas, czyli życzenia na Nowy Rok

23 marca 2015

Efekt przeprowadzki – jak się spakować, rozpakować i przeprowadzić

Gdy myślę o tym, żeby mieć mniej rzeczy wokół siebie, od razu pojawiają mi się w głowie wszystkie te obrazy mieszkań, w których pomieszkiwałam przez ostatnie kilkanaście lat. W sumie, w moim dorosłym życiu, licząc od 22-ego roku życia, przeprowadzałam się 11 razy. Po drugim razie szczerze znienawidziłam przeprowadzki. Ale wtedy jeszcze taszczyłam ze sobą prawie wszystko, co miałam, a trochę tego było.

Wiecie, jaki moment lubiłam w nowym mieszkaniu najbardziej? Kiedy NIC nie zostało jeszcze wypakowane. Wchodziłam do mieszkania i był ideał:  podstawowe sprzęty, pusta podłoga, żadnych ozdób. Tylko tak się długo nie da. Wkrótce na podłodze pojawiały się papiery, książki, a na biurku czy stole znów…papiery (charakter mojej pracy pozwala na gromadzenie tylu papierów, ile dusza zapragnie), jakieś ozdoby, prezenty, płyty, ciuchy i tak dalej. Sami wiecie.
I człowiek się do tego przyzwyczajał, bo jak inaczej funkcjonować. Marzyłam o byciu wolnym duchem, z jedną walizką, która snułaby się ze mną wszędzie; wysłużona i nieśmiertelna. Niestety.

Wiele zmieniło się, gdy postanowiłam wyjechać za granicę. Sprzedałam rower, drukarkę i jeszcze kilka sprzętów. Już wtedy stałam się posiadaczką laptopa, co niezwykle przybliżyło mnie do bycia tym wolnym duchem.  Jakoś ucieszyłam się, że MUSZĘ (ze względu na przepisy lotnicze) zapakować się do jednej walizki. I wtedy, jakimś cudem, potrafiłam zdobyć się na ustalenie priorytetów! Żadnego brania "wszystkiego-na-wszelki-wypadek".

Jak sobie z tym wyzwaniem poradzić?
Wstajesz rano z łóżka i wykonując wszystkie czynności po kolei przyklejasz samoprzylepną kartkę na wszystko, czego ZAWSZE używasz; codziennie, niezmiennie. Na przykład: szczoteczka, pasta do zębów, podkład do twarzy, puder, tusz, telefon, krem do rąk, suszarka do włosów – i to pakujesz. Jednego nie radzę brać: dużych szamponów, żeli pod prysznic i tym podobnych gadżetów; raczej w małych buteleczkach. Jeśli jedziesz na dłużej niż tydzień, kupisz sobie na miejscu, to nie kosztuje majątku. Szkoda na to cennego miejsca w walizce.

Dużo by pisać - wylądowałam w wiejskim, greckim domku bez absolutnie żadnych wygód, a nawet podstawowych udogodnień! Ale całkowicie zdjęło to ze mnie odpowiedzialność za funkcjonowanie całego domu (kable, przełączniki, odkurzacze, itp.) – musiałam zatroszczyć się jedynie o siebie, a potrzebne ku temu środki znajdywały się w jednej walizce. Kosmetyki, ubrania i inne niezbędniki potrzebne mi przez pół roku życia za granicą nagle okazały się wystarczające w zupełności. Musiały. Nie miałam wokół siebie tego, czym zwykłam się otaczać: książek, papierów, płyt, pamiątek; starych widokówek, listów. Nie miałam żadnej „historii”, którą ze sobą niosłam. Wchodziłam do domów znajomych ludzi i z każdego kąta coś opowiadało o nich – ja przychodziłam i wychodziłam jako "anonim", mogąc zaprezentować tylko siebie.

Gdy wróciłam do Polski postanowiłam, że będę sukcesywnie ograniczać rzeczy wokół mnie - przestałam chomikować przedmioty, których nie używam i nie będę używać (np. ubrania, nie do końca działające sprzęty, bibeloty, kosmetyki), które nie przedstawiają również żadnej wartości sentymentalnej i nie są jakimś rodzinnym „skarbem”(np. pudełko ze zdjęciami dziadka i babci). Do kolejnych mieszkań przenosiłam się już z nieco mniejszymi bagażami. Wszędzie sypiałam w śpiworze. Gdy przeniosłam się do kolejnego mieszkania moja współlokatorka przyniosła mi pościel, wyjaśniając jak do przybysza z odległej planety:  "Tu jest normalne mieszkanie i śpi się normalnie." Do diaska! Wiem jak sypia homo sapiens! Ale teraz wszystko się odwróciło: to mój wysłużony śpiwór, kosmetyki w małych buteleczkach i jedna para sztućców opowiadały moją historię – wcale nie gorszą niż ta, która powstawała latami i pokoleniami.

Dzisiaj, od 5 lat w tym samym domu, znów mam masę rzeczy, ale wiem, że potrafiłabym się spakować do jednej walizki i szczęśliwie przeżyć tyle... ile trzeba.

Jeśli chciał(a)byś się przekonać, jak by to było funkcjonować z mniejszą ilością bodźców (bo jednak rzeczy wkoło to bodźce dla naszych oczu), może zrób tak jak ja od czasu do czasu? Pozdejmuj wszystkie ozdoby w sypialni i zapakuj je do jakiegoś pudełka/walizki. Odstaw gdzieś, np. na dno szafy. I niech sobie tam to siedzi przez dobę lub dwie. Komfort polega na tym, że w każdej chwili możesz to wyciągnąć, ale możesz też sobie pożyć bez tego wszystkiego tak długo, jak będziesz chciał/-a, robiąc „efekt przeprowadzki”. A przeprowadzki mają efekt ściśle edukacyjny  ;-)

Iwona
Motyw kobiety



16 marca 2015

O życiu z pasją

Serdecznie witam w gronie współautorów Gabrielę i zapraszam do lektury jej pierwszego wpisu na Drodze do prostego życia...

Kiedy myślę o DOBROWOLNEJ PROSTOCIE, myślę o nieprzywiązywaniu się do rzeczy, WOLNOŚCI myślenia i życiu według własnego scenariusza, bez kopiowania lifestylowych trendów. Celowo mówię o stylu życia, ponieważ pojęcie „dobrowolnej prostoty” dotyczy zarówno aspektów materialnych/fizycznych, jak i duchowych, emocjonalnych oraz intelektualnych. To bardzo szeroki temat i każdy ma trochę inne do tego podejście, co stanowi o jego uroku. Dlatego mój pierwszy wpis na blogu będzie dotyczył wolności i życia z pasją.

WZOROWY UCZEŃ VERSUS PASJONAT
Jakiś czas temu trafiłam na filmik na YT o. Szustaka, w którym mówi o istocie pasji w życiu:


I aż przyklasnęłam, ponieważ w naszym kraju wciąż za dużą wagę przywiązuje się do tego, żeby zdobywać oceny, dyplomy, papierki i tytuły, karmimy się „mgr” czy „dr” przed nazwiskiem. Rzadko kiedy bierze się pod uwagę to, czy ktoś podąża ścieżką swego serca, czy też realizuje strategie biznesowe bądź naukowe na życie, bo tak trzeba i wszyscy tak robią.

PASJA TO ŹRÓDŁO MOCY
Moją receptą na to, by żyło nam się pełniej i radośniej, jest zachęcanie ludzi do życia z pasją. A już super ważne jest to, by dawać wsparcie dzieciom i dać przestrzeń na rozwijanie swoich pasji. Nie ma większego znaczenia, czy zdobywają piątki i nagrody. Istotniejsze dla ich rozwoju i jakości życia jest to, by podążały za swoją pasją, która da im siłę do działania i będzie kołem zamachowym ich rozwoju. Pasja da im wewnętrzną moc, dzięki niej poczują się pewniejsze siebie. I w takim właśnie duchu wychowuję swoich synów. Nieważne, że syn krzywo prowadzi szlaczki, czy jego rysunki odbiegają od starannych prac jego koleżanek. No i co z tego? Jego obecną pasją jest piłka nożna i w wieku kilku lat zna nazwiska większości najlepszych piłkarzy, potrafi rozróżniać herby klubów piłkarskich, a każdą wolną chwilę na podwórku spędza z piłką lub na rowerze, bo ćwiczy nogi ;-)

ODWAGA, UWAŻNOŚĆ I PASJA
Na fali tego, chyba wciąż jeszcze awangardowego, podejścia zapoczątkowałam kampanię społeczną „Miej odwagę, żyj uważnie i z pasją”. Kluczowym jej elementem jest film, w którym wypowiadają się matki z córkami. Zachęcam do obejrzenia i podawania dalej TUTAJ.
Niech jak najwięcej osób zainspiruje się do odważnego i uważnego życia z pasją, bo pasja = miłość i radość.  Proste? Proste! Żyjmy w duchu prostoty i (dobro)wolności! :-)

Zgadzacie się z tym, że pasja ma znaczenie?


Więcej na temat pasji znajdziecie na stronie Gabrieli Kucy Kobieca siła.