4 marca 2015

Minimalista w pięciogwiazdkowym hotelu

Ilekroć czytam założenia minimalizmu lub Wasze historie o wkraczaniu na minimalistyczną ścieżkę, odnajduję się w tym. Już mogę powiedzieć, że się odnajduję, ale przez lata toczyłam bój z samą sobą. Bo ja jestem osobowością typu: wszystko albo nic. Zatem jeśli przyjmuję minimalizm, to tak skrajny jak się tylko da. I w zupełności. W przeciwnym razie narażam się na rozdwojenie, które spędza mi sen z powiek.

Pewnego dnia jednak okazało się, że człowiek taki jak ja potrafi być zupełnie szczęśliwy, DOSTOSOWUJĄC SIĘ do okoliczności. Wiecie, co mnie tego nauczyło? Słowa apostoła Pawła! Cytuję: „Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek.” (List do Filipian 4,12).

Kiedy to przeczytałam, uświadomiłam sobie, że to o mnie. To była moja codzienność zawarta w tych słowach. Początkowo nie nazwałam jej, ale gdy to przeczytałam, przyszło objawienie; mogę być wolnym człowiekiem. Nie muszę się określać przez swoje podejście do spraw mało istotnych, ani robić z tego religii, ani być jak przysłowiowa krowa, która nigdy nie zmienia zdania.

Jak to wygląda w praktyce: Kocham przyrodę, lubię poznawać ludzi przez przebywanie z nimi, nie wybrałabym wakacji w hotelu, ale gdyby mnie ktoś zaprosił, skorzystam ze wszystkimi wygodami i nie będę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie umęczam się w kuchni, tworząc wymyślne potrawy, ale na wszelakich domowych imprezach nie mam nic przeciwko konsumpcji takowych. Praca. Jechałam kiedyś do ekskluzywnego hotelu. Droga była długa i męcząca. Przez cały ten czas snułam wizję o kąpieli w jacuzzi i wyłożeniu się samej na wielkim, małżeńskim łożu. Na miejscu okazało się, że plany się zmieniły i będę dzielić inny pokój, z inną osobą. Nie byłam zachwycona, ale szybko pogodziłam się z tą sytuacją. Dzięki temu poznałam fajną osobę. Adaptuję się do każdych warunków; mogę pić drogiego szampana w jacuzzi, jak i przez miesiąc myć się w ogrodzie (z powodu braku łazienki) w małym garnku, wodą przyniesioną z ulicznego kranu – historia prawdziwa :- )

Jest mi znacznie łatwiej, gdy przerzuciłam się na życie w obfitości. Znów, idąc tropem Mądrej Książki, jaką jest Biblia. Tak rozumiana obfitość oznacza, że masz wszystkiego dużo, nawet w nadmiarze - ale to tak naprawdę służy nie tylko Tobie, ale i ludziom, których spotykasz na swojej drodze; nieważne, czy to jest pełna lodówka, czy radość życia. Ta obfitość ma również świetnego Dawcę, który wie, co komu potrzeba, gdzie masz się z tą obfitością pojawić, czyj dzień, czy nawet życie, zmienić. Odkąd proszę o to, czego mi potrzeba, a nie o to, czego chcę - mam absolutnie wszystko.

Iwona
Motyw kobiety


27 lutego 2015

Minimalizm jako sposób radzenia sobie z rzeczywistością - cz. 1

Zapraszam na tekst będący kontynuacją mojego postu (tutaj). Na podstawie obserwacji, których wyniki opisałam w pracy magisterskiej, opowiem Wam dzisiaj o konsumpcji, konsumowaniu na pokaz, a także chorobie, która może być wynikiem stałego dążenia do zaspokajania potrzeb.

Czym jest konsumpcja?
To zbiór wszelkich zachowań, którymi kieruje potrzeba zaspokojenia pragnienia posiadania. Według Benjamina Barbera "Konsumpcja oznacza korzystanie z dóbr i usług, które oferuje gospodarka, oznacza udział w procesie zaspokajania potrzeb, określone zachowania i interakcje rynku"[1]. Stopień poddania się konsumpcji staje się coraz częściej miernikiem tego, w jaki sposób radzimy sobie z otaczającą nas rzeczywistością. Konsumujemy nie tylko towary, które są niezbędne do życia, ale i takie na które mamy ochotę[2]. Należy również skierować uwagę na to, że -jak pisze Ritzer- "Nowe środki konsumpcji ułatwiły nakłonienie nas, byśmy konsumowali daleko więcej niż kiedykolwiek wcześniej; zdążamy prostą drogą do konsumpcji"[3]. Istotny jest zatem umiar i kontrola własnych pragnień.

Brak tego umiaru może prowadzić do zachowań bliskich konsumpcji na pokaz. Thorstein Veblen w książce Teoria klasy próżniaczej, wydanej już w 1899 roku, opisał pojęcie konsumpcji ostentacyjnej, polegającej na demonstrowaniu nabytych dóbr w celu zdobycia prestiżu czy też odróżnienia się od innych. Skonstruował określenie "marnotrawstwa na pokaz"[4] w celu określenia wydatków i inwestycji, których bezpośrednim podłożem jest rywalizacja majątkowa i chęć zaprezentowania swoich zasobów finansowych. Obserwacje Veblena dotyczyły elity Stanów Zjednoczonych przełomu XIX i XX wieku. Klasę próżniaczą, nazywaną również klasą pasożytniczą, przeciwstawiał klasie pracującej. Konsumpcja na pokaz, jak pisał, była realizowana poprzez ostentacyjne obnoszenie się ze swoim majątkiem. Pomocne ku temu były sposoby spędzania wolnego czasu, inwestycje w garderobę żon, wystawne przyjęcia, swego rodzaju nonszalancja i demonstracyjny brak ograniczeń. A wszystko to w celu unaocznienia swojego majątku, bo -jak zauważa Veblen- ludzie kupują dobra, aby używać ich na pokaz.

Teoria Veblena ma jak najbardziej swoje odzwierciedlenie w dzisiejszych czasach, tym bardziej, że zaspokajanie potrzeb jest dużo łatwiejsze niż miało to miejsce do niedawna. Konsumpcja na pokaz jest bardziej przystępna, między innym na wskutek popularności ritzerowskich świątyń konsumpcji[5]. W obliczu takiej sytuacji pojawia się konsumpcjonizm, czyli nieuzasadnione zaspokajanie potrzeb, któremu przypisuje się dodatkowe wartości i postrzega się je jako wyznacznik jakości życia. Jest to "stan doświadczenia, przy którym konsumpcja staje się wartością autonomiczną i nadrzędną wobec wszystkich innych"[6]. Prowadzi do zwiększonej ilości i intensywności chęci zaspokojenia w rzeczywistości niepotrzebnych zachcianek.

Przemiana struktury społecznej, rozkwit technologii i ciągła zmienność stanowią, pośród również wielu innych czynników, przyczynę szybkiego rozwoju rzeczywistości. Potrzebą porządkującą i determinującą nasze zachowania stała się konieczność zaspokajania nie tylko potrzeb wynikających z konsumpcji autonomicznej (czyli konsumpcji, której realizacja zapewnia minimum potrzebnych dóbr do życia), ale i z konsumpcji dodatkowej (która zależna jest od wysokości dochodów i oznacza wydatki na dobra, które nie są nam niezbędne do życia). Realizacja potrzeb konsumpcji dodatkowej może prowadzić do wspomnianego konsumpcjonizmu, ale i - w ekstremalnych przypadkach - do zaraźliwego (przenoszonego ze społeczeństwa na społeczeństwo) stanu przesytu i marnotrawstwa, które wynikają z ciągłego dążenia do posiadania coraz większej ilości przedmiotów, czyli do choroby nazywanej affluenzą. Kluczowe uzewnętrznienia tej choroby to między innymi gromadzenie dóbr postrzegane jako cel sam w sobie, posiadanie w nadmiarze, przesadna koncentracja na gromadzeniu, a także ocenianie siebie i innych poprzez przedmioty materialne. Zdaje się, że choroba ta obecnie może być coraz częściej diagnozowana. W celu jej uniknięcia pozostaje nam zachować uważność, refleksyjność i dystans do ilości posiadanych potrzeb czy też przedmiotów.

Kult konsumpcji, który przytłacza i determinuje prawie wszystkie nasze wybory, doprowadził do sytuacji niemalże bez wyjścia. Stajemy się coraz bardziej podatni na wpływy mody i obowiązujące wzorce posiadania, wielokrotnie dążymy do konsumowania na pokaz. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, kiedy nadmiar potrzeb, ale i nadmiar skumulowanych i niewykorzystanych dóbr, staje się ciężarem? W którym momencie - w obecnej kulturze konsumpcyjnej - należy zwrócić uwagę na przesadne rozmiary naszych pragnień?

Karla Kolumna

________________________________
[1] B. Barber, Dżihad kontra McŚwiat, s. 25.
[2] Na podstawie: G. Ritzer, Magiczny świat konsumpcji, s. 15.
[3] Ibidem, s. 8.
[4] T. Veblen, Teoria klasy próżniaczej, s.80.
[5] G. Ritzer, op. cit.
[6] O. Leszczak, Paradoksy konsumpcjonizmu. Typologia i lingwosemiotyka, "The Peculiarity of Man", 2012, nr 15, s. 12.

25 lutego 2015

O naszej walce z długami

Nie jestem finansowym ekspertem i nie mam wykształcenia ekonomicznego. Do długu mam podejście ściśle życiowe, a dodatkowo nieco filozoficzne. Ekonomista może złapie się za głowę. Może warto, zwłaszcza wobec zwyżkującego kursu franka, czekać ze spłatą zadłużenia aż jego kurs będzie bardziej sprzyjający? Ja jednak naszych długów nie lubię i to jest najlepsza motywacja do tego, aby się ich raz na zawsze pozbyć. Może nasza historia będzie dla Was przestrogą lub zachęci do szybszej spłaty zadłużenia.


Jedną z form niezależności finansowej jest - obok akumulowania oszczędności (kapitału) - wolność od długów. Można powiedzieć, że spłata zadłużenia i gromadzenie oszczędności są do siebie łudząco podobne i polegają na tej samej czynności: odkładaniu. Zastanawiające, że zaoszczędzenie 10% naszych dochodów przychodzi nam z trudnością, podczas gdy lekką ręką zadłużamy się na 20, 30 a nawet 50% swoich dochodów. Obliczanie własnej zdolności kredytowej polega na określeniu, czy jesteś zdolny przez 20-30 lat odkładać pieniądze – tyle, że dla banku, a nie dla siebie samego czy rodziny.

Spłata zadłużenia i gromadzenie oszczędności to dwie strony tej samej monety, co oznacza mniej więcej tyle, że możemy patrzeć na orła lub na reszkę, ale nie na obie strony monety naraz. Prostą konsekwencją zadłużenia jest zazwyczaj brak środków na własne oszczędzanie.
Aktualnie mamy dwa długi (kredyt i pożyczka hipoteczne, niestety w CHF). Miesięczne obciążenia z tego tytułu zabierają do 20% naszych dochodów. Wynika z tego, że te 20% moglibyśmy odkładać jako oszczędności. Naszym priorytetem jest szybka spłata „najdroższego” długu, a następnie obniżenie kosztów zadłużenia do poziomu poniżej 10% dochodów.

Jeszcze kilka lat temu zadłużanie się traktowałem jako jedno z możliwych źródeł finansowania naszych potrzeb. Jego apogeum przypadało na 2008 r. kiedy to mieliśmy na głowie kredyt hipoteczny na zakup mieszkania na 30 lat, pożyczkę hipoteczną na cele konsumpcyjne na 20 lat (wykorzystaliśmy wysoką wartość mieszkania, ku naszemu zdziwieniu bank nie chciał nam pożyczyć dokładnie tyle, ile potrzebowaliśmy, tylko… kwotę dwukrotnie wyższą!!!), dwie pożyczki pracownicze (jedna na wykończenie mieszkania, druga – bo była taka możliwość!), karty kredytowe (z których co prawda nigdy nie korzystaliśmy) i jakieś zakupy na raty. Może nie rzuciliśmy się w wir konsumpcji, próbując inwestować nadwyżkę wspomnianej pożyczki w obligacje i fundusze (to temat na osobny wpis), jednak z mizernym skutkiem. Kurs franka zaczął gwałtownie rosnąć, a nasze inwestycje po 3 latach, z wyjątkiem niewielkiego dochodu z obligacji, wyniosły 0 zł!

Dzięki dobrowolnej prostocie i książce YMYL (przeczytanej zbyt późno, by uniknąć wpadek, ale na tyle wcześnie, by je naprawić) zmieniliśmy nasze podejście do długu. Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Przełknęliśmy wszystkie „błędy i wypaczenia”, i postanowiliśmy spłacić swoje długi najszybciej jak tylko się da, zaczynając od tych, które powodowały, ze względu na wysokie oprocentowanie lub krótki okres kredytu (przekładający się na wysoką ratę), największe miesięczne obciążenia dla naszego budżetu.

Pierwszym krokiem była likwidacja kart kredytowych, co -wobec braku obciążeń- było działaniem czysto symbolicznym. Następnie wycofaliśmy wszystkie oszczędności z funduszy i przed czasem spłaciliśmy pożyczki pracownicze – byłem pierwszym takim przypadkiem u mojego pracodawcy. Spłaciliśmy wszelkie zakupy ratalne. Przede wszystkim jednak postanowiliśmy w ciągu trzech lat (zamiast pozostałych piętnastu) spłacić dług, którego szczególnie nie lubimy, to jest wspomnianą pożyczkę hipoteczną. Wiązało się to z koniecznością zaciśnięcia pasa i dokonywania systematycznej nadpłaty pożyczki z wygospodarowanych środków. Z drugiej strony w miarę możliwości poszukiwałem dodatkowego dochodu, który w całości był przeznaczany na spłatę. Dzięki ograniczeniu konsumpcji, co wymagało sporej determinacji, udało się spłacić jak dotąd 2/3 tego długu i mam nadzieję, że pożegnamy się z nim na początku przyszłego roku.

Obecnie naszym absolutnym minimum finansowego bezpieczeństwa jest życie w granicach uzyskiwanych dochodów, które ma być barierą przed popadaniem w coraz większe zadłużenie. Jeden ze sformułowanych przez mnie kroków w poście Jak osiągnąć prostotę brzmiał: Spłacaj długi i nie zadłużaj się, pozostając wolnym od obciążeń finansowych. Do sformułowania tej reguły, która może uczynić nasze życie znacznie prostszym, dochodziliśmy -jak widzicie- powoli, ucząc się na własnych błędach. Traktujemy je nie jako porażkę, ale wartościową lekcję, dzięki której zrozumieliśmy szereg mechanizmów, przed którymi tak trudno obronić osobistą wolność. Dzięki tej wiedzy możemy służyć pomocą innym. Wprawdzie nasza droga do pełnej wolności od długów jest ciągle przed nami, ale zdobywanie jej krok po kroku daje niesamowicie dużo satysfakcji i pozwala, choć trochę, poczuć smak ostatecznego zwycięstwa!



Zachęcam do przeczytania:
10 kroków do pozbycia się długów
Czym jest dla Ciebie wolność?
Pieniądze albo życie – Krok 1 Osobisty bilans aktywów i pasywów

24 lutego 2015

Moja historia: ŻYJĘ PO SWOJEMU, CZYLI MINIMALIZM MIMOCHODEM

Kolejna odsłona naszego cyklu "Moja historia". Tym razem o swojej drodze do minimalizmu opowiada Iwona (autorka wpisu Przyjemności życia "po polsku"). Zapraszam!
 
Słowo „droga” zawsze oznaczało dla mnie jasno wyznaczoną trasę, coś bezpiecznego i określonego, ale ilekroć podejmowałam się wprowadzenia trwałej zmiany, to najpierw odczuwałam wielki entuzjazm, a potem kończyło się równią pochyłą. Dlatego w pewnym momencie mojego życia przestałam się już oszukiwać, że jakakolwiek zmiana, która miała zadatki na "trwałą", jest w moim przypadku możliwa. ALE zanim to nastąpiło…

Kocham naturę. Dlatego zmiana szamponu z „toksycznego”, czyli nienaturalnego, na wręcz przeciwny, była równie naturalnym wyborem. Przekonując samą siebie, że przecież nasze matki i babki nie znały żadnych >elsewów< i tym podobnych specyfików, każdy do innego włosa, zakupiłam szampon z pokrzywy. W tak prymitywnej butelce jak się tylko da. Pachniał pięknie. Umyłam włosy raz, drugi, trzeci, czując się wybawiona przynajmniej w tej jednej kwestii. Jednak za kolejnym i kolejnym myciem okazało się, że włosy niemiłosiernie mi się przesuszają - nie byłam w stanie w ogóle ich rozczesać. Trzeba było zatem sięgnąć do odżywki. Postanowiłam to jakoś przecierpieć, ale w końcu poddałam się. Kupiłam szampon dla dzieci. Tym razem włosy wręcz przetłuszczały mi się w oczach. Na nic to. Wróciłam do „normalnego” szamponu.

Pewnej niedzieli -a dzień pamiętam dokładnie tylko dlatego, że byłam na obiedzie u teściów- oglądałam zupełnie przypadkiem (jako że w domu nie posiadam) telewizję. A tam… naturalne kosmetyki! Znów urzeczona zieloną propagandą zabrałam się do wykonania pudru do twarzy z mąki ziemniaczanej i różu do policzków z kakao. Wszystko było świetnie przez dobę, kiedy to okazało się, że osypujące się kakao brudzi całą umywalkę i jasne ciuchy, a puder, który miał wchłaniać nadmiar tłuszczu i utrzymywać makijaż, zupełnie nie spełnia swojej roli. Wróciłam na stare „śmieci”.

Ponieważ minimalizm kojarzył mi się z ograniczeniem wszystkiego, zaczęłam od rzeczy najbardziej praktycznej dla mnie: jedzenia. Tak -postanowiłam- od dziś jem tylko wtedy, kiedy naprawdę będę głodna i małe porcje. Jedno z drugim niestety wykluczało się i tak siedząc nad talerzem, z kupką niemrawo patrzących na mnie warzyw i głodową porcją ryżu, z niejaką nienawiścią patrzyłam na chudego męża pochłaniającego pełen talerz. Przetrwałam tak dwa dni.

Na Zielonym Zagonku przeczytałam zdanie, które szalenie mi się spodobało. Nie pamiętam dokładnie całego, ale sens był taki, że mój dom jest nastawiony na wytwarzanie, nie na konsumpcję. Z tą myślą przetworzyliśmy z mężem z tonę jabłek „na zimę”. Po tej kilkugodzinnej harówie patrzyliśmy z zadowoleniem na litrowe słoje pełne startych jabłek, robiąc soczyste plany. Z chwilą, gdy chcieliśmy wcielić je w życie, okazało się, że jabłka w słoikach sfermentowały. Wszystkie. Wściekli, wyrzuciliśmy zawartość kurom. Jedyną pociechą był fakt, że jabłkami nacieszą się inne stworzenia.

Wytwarzanie własnych, zdrowych słodyczy -  to był kolejny punkt. Słodycze są moją wielką słabością – muszę wręcz stosować autosugestie, by o nich nie myśleć. No, ale i tu jest wyjście: zaczęliśmy robić ciasteczka - owsiane zlepki z rodzynkami, żurawiną i orzechami. Na szczęście i tym razem kury okazały się mało wybredne.

Dla kobiety nic nie odbija się tak minimalistycznym echem jak puste wnętrze szafy. Idąc nowym nurtem, a posiadając już trochę doświadczenia, postanowiłam zrobić eksperyment: zostawiłam sobie dokładnie tyle ubrań, ile radziła lata temu jakaś chrześcijanka z Kalifornii. Stwierdziła, że wszystkiego ma tylko po dwie sztuki i każdemu powinno to wystarczyć. Czyli: 2 podkoszulki, 2 bluzki z długim rękawem, 2 pary spodni, 1 sweter. Najwięcej czasu zajęło mi wybieranie co zostawić, a co spakować i tymczasowo schować do walizki. Trudno było mi wybrać jakiekolwiek ubranie. Kiedy to nastąpiło, zaczęłam funkcjonować w tym rytmie. Niestety, szybko przyszło otrzeźwienie, że południe Polski z południem USA ma niewiele wspólnego.

Zarzuciłam wszystkie te pomysły, zastanawiając się jak ten minimalizm ma niby wyglądać? W międzyczasie żyłam sobie po swojemu, wszędzie, lato czy zima, przemieszczając się na rowerze. Siałam kiełki rzodkiewki i rzeżuchy, dodając je do niemal każdej potrawy. Po 15 maja wysiewaliśmy do ziemi przyszłe plony. Od samego początku nie posiadaliśmy w domu firanek, zasłon, obrusów, serwetek, dywanów. Latem i jesienią żyliśmy głównie wegetariańsko, sukcesywnie spożywając warzywa i owoce z naszego ogrodu. Na bieżąco je również mroziłam. Nie marnowało się nic, bo albo zostawało na drugi dzień, albo korzystały wspomniane kury. Plonami dzieliliśmy się też w ramach wymiany z teściami, a babci zanosiliśmy to, czego nie miała. Wieczorami grywaliśmy często w gry planszowe, godzinami rozmawialiśmy albo godzinami milczeliśmy, siedząc w zupełnym mroku przy lesie na leżakach i obserwując nocny świat.

Z czasem, gdy otworzyłam tę samą szafę pełną ubrań, doszłam do wniosku, że chodzę w zaledwie kilku ulubionych ciuchach - połowę oddałam potrzebującym, zużyte wyrzuciłam, resztę schowałam. Da się żyć.

Mój największy i początkowo nieuświadomiony minimalizm nastąpił w sferze….informacyjnej. Odkąd nie mam telewizora, to jest od roku 2007, połowa problemu rozwiązała się sama. Plotki kompletnie mnie nie interesują, więc odpadła druga połowa z przeładowaniem informacjami. Mimo, że nie nazwałabym mojego stylu życia minimalistycznym, to ilekroć przychodzi ktoś „cywilizowany” i odkrywa, że nie mamy telewizji, mówi : Żyjecie tu jak w buszu!

Na hasło, że nie mamy kredytu hipotecznego i że NAPRAWDĘ wolimy mieszkać w jednym domu z teściami, ludzie nadziwić się nie mogą, sugerując tylko, żebyśmy mieli się na baczności, bo z teściami (teściową zwłaszcza) to różnie bywa.

Nie dążąc do wypełniania społecznych schematów (jak choćby ten z osobnym mieszkaniem, czyli kredytem, czy też byciem na bieżąco ze wszystkimi możliwymi informacjami) okazało się, że mam święty spokój :) Można to nazwać efektem ubocznym, a jednocześnie największym "dobrem", jakie zyskałam (a może wytworzyło się samo?) na mojej drodze do "minimalizmu".




 

Iwona

 

Więcej tekstów Iwony znajdziecie na jej blogu Motyw kobiety.
Inne teksty z tego cyklu:
Moja historia: POTRZEBUJĘ ŚWIADKÓW
Moja historia: ZIARNO MINIMALIZMU

23 lutego 2015

Jałmużna

Tytułowa jałmużna wraz z postem i modlitwą tworzą "trójbój" do dobrego przeżycia Wielkiego Postu i przygotowania się na tajemnicę Wielkiej Nocy.
Bardzo często utożsamiana jest z dawaniem pieniędzy, niekiedy z dziesięciną

Ostatnio usłyszałem, by nie było to tylko i wyłącznie dawanie pieniędzy, i to najczęściej tych, których nam zbywa, ale dawanie siebie, poświęcenie uwagi komuś, poświęcenie czasu też sobie!
Nie zawsze pieniądze są ważne i konieczne. Może to będzie godzina w hospicjum, odwiedzenie kogoś samotnego, dodatkowy czas z rodziną? Niematerialna pomoc, nieprzeliczona na monety czy banknoty. Czas dla siebie, aby trochę zgłębić własną duszę....

"Hojnie siejesz, hojnie zbierasz" - łatwo zagłuszyć sumienie wrzuconą kwotą do puszki, ale czy to tylko o to chodzi?