25 stycznia 2015

Pół żartem, pół serio. Vol. 4

Mały przerywnik, czyli kolejna garść żartów rysunkowych z sieci:



W nawiązaniu do wpisu Remigiusza Odłącz się od Matriksa!:






Muszę to kupić! 
"Jak powstrzymać się od impulsywnych zakupów"

23 stycznia 2015

Toksyczni rodzice - książka ekstremalna?

Próbując rozprawić się z książkami, które trafiły do mnie z powrotem po latach, natknęłam się na publikację Susan Forward pt. "Toksyczni rodzice". Po przeczytaniu jej na początku studiów pamiętam, że nie spowodowała ona u mnie jakichś znacznych rewolucji. Teraz, po 10-ciu latach, zrozumiałam, jak bardzo mi pomogła.  

Nasłuchałam się o tym, że każdy, kto ją przeczyta, uważa, iż to książka o nim. Dlaczego? Bo, wbrew mocnemu tytułowi, nie opisuje ona głównie historii skrajnych dysfunkcji na poziomie Josefa Fritzla.Sednem tematu jest pokazanie z boku mechanizmów, które mają miejsce w rodzinach oraz tego, jak potem kultywujemy je w dorosłym życiu. Przypuszczam, że właśnie dlatego jest to często obowiązkowa lektura na pierwszym roku psychologii.  

Chłopcy z The Minimalists często zaznaczają, że bycie minimalistą to życie intencjonalne, czyli poprzedzone rozważaniami o tym, co jest mi tak naprawdę potrzebne i co daje szczęście. Dzieciństwo jest okresem, gdy przyjmujemy wiele zwyczajów bezkrytycznie. Będąc dorosłymi wiemy, że nasi rodzice, choć chcieli dla nas jak najlepiej, nie byli idealni. Im samym pewnie wielu rzeczy nie udało się przerobić zanim pojawiliśmy się na świecie.

Jeżeli pragniemy żyć świadomie, warto byśmy wyrobili w sobie umiejętność spojrzenia z dystansem na pewne sytuacje, w oderwaniu od emocji, które często skutecznie zaciemniają obraz. Ta książka jest do tego świetnym treningiem. Pozwala wyjść z mechanizmów, które nas zniewalają.  

Bardzo polecam.

22 stycznia 2015

SMAK ZWYKŁEGO PORANKA

Budzę się przedświtową porą. Pakuję ciało w pokrowiec bawełnianej bielizny i wełnianych splotów swetra. Potem robię kawę i na chwilę zatrzymuję się przy oknie. Z sąsiadującej z nami vis a vis potężnej topoli zrywają się rozwrzeszczane gromady wron. Zakręcają za pobliskim jesionem, a potem znienacka zawracają, niemal uderzając skrzydłami o szyby kuchennego okna. Gdy lecą w moją stronę, w ich czarne skrzydła zaczepia się nitka światła.  

Woda w czajniku wrze. Zalewam kawę w kubeczku. Moim ulubionym, glinianym i trochę za ciężkim. Chwilę później słyszę tupot bosych stóp. Tupot zatrzymuje się na progu i czai się zza framugi. Udaję, że nic nie widzę.

Tarcza zegara przesuwa się o kilka sekund. Siedzimy z Małą Filozofką na krześle. Ja wtulam w siebie jej senne jeszcze ciepło, ona chłonie miękkość mego dotyku na jej policzkach. Zanim zdążę pomieszać łyżeczką w kubku, na moje kolana szkrabie się też Mały Wilczek. Łapie mnie za włosy swoimi wszędobylskimi łapkami, próbując zagarnąć całą moją twarz dla siebie. Robimy sobie noski noski. I zaraz zaczyna się bieg.

Wstawiam wodę na kaszę jaglaną. Kroję jabłka, banany i suszone morele. W międzyczasie Stworek wysypuje cukier z cukierniczki, rozlewa mleko i próbuje zapalić gaz. Mała Filozofka zdążyła już rozwiązać dwie strony zadań z bardzo grubej i bardzo fajnej książki z zadaniami. Zdołała też zamienić się w sopel lodu i obwieścić mi z powagą w głosie, że wcale nie zamierza zakładać skarpet.  

Kasza jaglana gotowa. Pięć, różnego pochodzenia, miseczek czeka na stole. Wysyłam Małego Wilczka i Małą Filozofkę by zbudzili tatę. Na kilka minut wskakuję w kokon ciepłej samotności, włączam muzykę i dopijam kawę. Potem budzę najstarszą latorośl, prawie nastolatka, pana Niko. Syn, rzecz jasna, nie zamierza wstać, bo właśnie kończy czytać książkę. Zerwanie kołdry nie skutkuje. Porzucam próby i udaję się do łazienki.

To mój zimowy bastion samotności i wylęgarnia pomysłów. (Gdy tylko zaczyna się robić ciepło bastion przenoszę na taras). Stoję przed lustrem i... rozdziawiam gębę w pełnometrażowym uśmiechu. Tak. Zwykła codzienność porasta cudem powszedniości. Zachwycić się prostym, razowym smakiem poranka. Przygarnąć w sobie dziecko i cieszyć się z rzeczy małych. Dlaczego bywa to takie trudne?  

18 stycznia 2015

Odłącz się od Matriksa!

To się zrobiło chore, nie mogę spokojnie się spotkać z żadnym ze znajomych. Podczas spotkania co chwilę... bzzzz.... bzzzzz.... Bzzzz... albo ding... dong... dang... znajomy wyciąga smartfona i zerka... tak tak, sorry Remigiusz już słucham ciebie... po chwili to samo... buuuuu.... buuuu.... bzzzzz.... bierze smartfona, coś szybko odpisuje... to Radek na mesendżerze, wiesz, obiecałem, że mu napiszę te kwoty... ok, no wiesz... rozmawiamy sytuacja się powtarza... mój rozmówca zerka ukradkiem na smartfona, o sorry, to bardzo ważne, wychodzi na kilka minut na zewnątrz porozmawiać... dobra Remigiusz już jestem, na czym to skończyliśmy, o co chodziło...

...już o nic, netoholiku!

Skoro Ty (tak, do ciebie mówię) mnie czytasz to zapewne masz net, zapewne też masz smarftona. Po co ci jednak ta smycz i obroża niewolnika na szyi? Jesteś botem do obsługi Fejsbuka, psem łańcuchowym Zuckerberga, cholerną ludzką bateryjką w Matriksie?



Niedawno na grupie minimalizm pytałem jednego Kolegę, po co mu smartfon. No bo on chce być w ciągłym kontakcie ze znajomymi. Po co? Przestaną być znajomymi, jeśli odłączysz się od Matriksa? Jeśli tak to na co Ci tacy „Friends”!?

Wchodzę do szkoły językowej. 

Grupa chłopaków w wieku wczesnonastoletnim czeka przed niemieckim. Ustawili się pod ścianą w rządku, cala grupa. Każdy przed nosem ma smartfona i coś klika. Milczą, co chwilę jakiś uśmiecha się pod nosem. Oczy szkliste jak u nieświeżej ryby, wpatrzone w smartfona.

Chore. Za moich czasów nastoletnich biegaliśmy, ganialiśmy się, rozmawialiśmy o dziewczynach, było wesoło. Teraz widzę żywe mumie ustawione pod rząd jak bateryjki w Matriksie.

Czy Ty tak też robisz?

Odłącz się od Matriksa! Na początek zablokuj wszystkie sieci w Twoim smarftonie, naprawdę nie potrzebujesz tego do życia. Na początek chociaż wyrzuć Mesendżera, to nie tylko program do Fejsa, ale i programistyczny trojan szpiegujący Cię na każdym kroku, program rejestrujący Twoją lokalizację, badający co mówisz,  Twoje kontakty w telefonie i częstotliwość rozmów...

Czy musisz być zawsze on-line na Twoim laptopie? Ja piszę ten artykuł w spokoju, off-line na OpenOffice, odłączony od całego świata, od Fejsa, Gugla, maila, nawet z wyłączoną komórką – zresztą tylko taką prostą komórką, byle z mocnym akumulatorem, jaką mają brygadziści na budowie albo ludzie idący w góry. 

Żyję? Jak widać żyję i mam się dobrze. 

Nie negując dorobku techniki, korzystając z niej kiedy chcę, wytyczam jasną, twardą granicę. STOP! Tu kończy się Matrix... to moja domena i moje życie. Realne życie Remigiusza!

Remigiusz, autor bloga "Oszczędzanie" 





16 stycznia 2015

Sekret siódmy - wyposażenie duchowe

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Jeśli bym uważał, że poprawność polityczna jest ważniejsza, to tego wpisu nie powinno być......

Sekret siódmy dotyka bardzo istotnego aspektu wychowania naszych dzieci, a zarazem bardzo wrażliwego i może pomijanego - duchowości, przekazywania wiary i jej codziennej realizacji przez postawy, czyny, gesty.
Czy chcemy być odpowiedzialni za religijne wychowanie naszych dzieci? Czy współczesny świat nam pomaga, a może schodzimy z tym do "podziemia"?

A jeśli nie wierzymy w Boga? Przyjmujemy postawę obojętną lub Absolut jest dla nas tym, w co warto wierzyć? Niezależnie od przekonań warto (jako ojciec, mąż, człowiek) stawać się wzorem uczciwego, prawego i pobożnego mężczyzny.

Autor podpowiada:
Aby poradzić sobie z duchowym wyekwipowaniem dzieci, musisz sobie odpowiedzieć na cztery podstawowe pytania:
  1. Jak ważny jest dla ciebie duchowy i religijny rozwój twojego dziecka?
  2. Czy przewodzenie rodzinie jako duchowy przywódca jest dla ciebie priorytetem?
  3. Jakimi cechami Bóg cię obdarzył, abyś nadawał się do pełnienia tej roli?
  4. Gdzie możesz zdobyć odpowiednią wiedzę i formację, aby dobrze wypełniać to zadanie w przyszłości?
Te pytania tak naprawdę prowadzą do jednego kluczowego: 
Jak formować samego siebie, aby dobrze uformować samego siebie?

Podsumowaniem niech będzie to zdanie:
Wychowanie religijne dzieci jest zbyt ważnym zadaniem, aby delegować je na kogoś innego.

Temat pozostawiam otwarty do dyskusji bądź przemyśleń. Można w słowo religijne/duchowe wstawić sobie dobre/etyczne.