Sekret piąty - miłość do matki dzieci.

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Piąty sekret efektywnego ojcostwa polega na pielęgnowaniu mocnej więzi małżeńskiej: dynamicznej i czułej wspólnoty z matką swoich dzieci.
Czy można być dobrym ojcem i mieć fantastyczny kontakt z dziećmi pomimo kiepskich relacji z żoną? Autor przekonuje, że obie relacje powinny być wzmacniane i pielęgnowane. Objawia to się min poprzez:
  • dostarczania dzieciom zdrowego wzorca męskich zachowań w stosunku do kobiet
  • wzmacnianie relacji małżeńskiej poprzez planowanie czasu przeznaczonego na regularne randki małżeńskie
Konieczne jest stworzenie z żoną "zespołu" opartego na komunikacji, wzajemnym poszanowaniu, zespołu z silną więzią małżeńską. Taka trochę droga na około do dzieci przez żonę.

Jak to robić?
Na pewno nie tak jak w poniższym dialogu ;-):
-Kochasz mnie? - pyta żona
-Co to za pytanie? - odpowiada zdziwiony mąż
-Czy Ty jeszcze mnie kochasz?
-Oczywiście, że Cię kocham. O co chodzi?
-Nigdy mi nie mówisz, że mnie kochasz.
-To nieprawda! -protestuje mąż - W naszą noc poślubną powiedziałem Ci, że Cię kocham.
-Ale jak chciałabym słyszeć to częściej niż raz na trzydzieści lat.
-Kobieto, o co Ci chodzi? Skoro raz powiedziałem, że Cię kocham, to chyba dosyć, prawda? Gdyby coś się zmieniło, dam Ci znać.


Mężowie kochajcie matki swoich dzieci.
 

O potrzebach ze stoickim spokojem

Kolega Roman swego czasu podsunął mi ciekawy link do strony Tomasza Mazura, współczesnego stoika. Czy ta starożytna filozofia ma dzisiejszemu, rozpędzonemu i targanemu sprzecznymi pragnieniami człowiekowi cokolwiek do zaoferowania? W jaki sposób może stać się lekarstwem na dzisiejszy konsumpcjonizm, w którym, jak myszy w kołowrotku, gonimy za zaspokojeniem kolejnych pragnień?

Klucz tkwi w zmianie naszego rozumienia potrzeb, od zaspokojenia których, w naszym przekonaniu, zależeć ma nasze szczęście. „Dzisiejszemu człowiekowi –pisze Tomasz Mazur- nie wystarcza już dach nad głową, jakieś odzienie i strawa. Potrzebuje znacznie więcej. Ma rozmaite aspiracje. Chce być zrealizowany zawodowo, nie chorować, młodo i pociągająco wyglądać nawet w podeszłym wieku, przeżyć prawdziwą miłość, mieć piękną oraz kochającą żonę lub męża, udane dzieci, następnie chce żyć na odpowiedniej stopie, chce cieszyć się uznaniem, mieszkać w atrakcyjnym miejscu, rozwijać swoją osobowość, czytać ciekawe książki, poznawać ciekawych ludzi, bywać, jak to się mówi, w różnych miejscach, podróżować, raczyć się tym i owym, w ogóle doświadczać tego i owego, żyć głęboko i intensywnie, a na końcu doznać obowiązkowego zbawienia z ręki jakiegoś boga, który tylko usłużnie czeka, żeby tego aktu człowiekowi udzielić.”

A gdyby tak zawęzić potrzeby do ich pierwotnego znaczenia? Wszak do życia potrzebujemy żywności, schronienia i odzieży (w naszym klimacie Henry Thoreau wymieniał także opał, biolodzy dodadzą jeszcze powietrze, ale o to jak na razie przynajmniej nie musimy zabiegać). Wszystko inne to pragnienia, które uparcie staramy się zaliczyć do potrzeb. Przesuwając granicę między potrzebami a pragnieniami, staliśmy się zakładnikami tych drugich, uwięziliśmy w nich nasze szczęście.

Podoba mi się myśl, że szczęście wiedzie przez dostosowanie się do rzeczywistości, akceptację jej naturalnych ograniczeń. Wszystko inne mamy traktować jako dary losu. To uwalnia nas od ciągłego dyskomfortu, gorączki pragnień i próby nieustannego zmieniania warunków życia w kierunku tego, co wydaje nam się lepsze, a z czego często rodzi się niezaspokojenie i frustracja. Nasze szczęście wszak ukrywa się za zrealizowaniem kolejnego pragnienia. Wyjściem z impasu jest zrozumienie, że –wbrew temu co dałem sobie wmówić- te wszystkie rzeczy nie muszą być moją potrzebą. Uwalniając się od wszystkich „potrzeb” zyskujemy nowe spojrzenie na świat i odzyskujemy wolność.

To podejście – właściwego rozróżnienia tak naprawdę niewielu potrzeb od naszych pragnień, na spełnienie których ochota przychodzi nam równie szybko jak szybko o nich zapominamy, jest bardzo bliskie dobrowolnej prostoty, która polega na umiejętności skupienia się na tym, co najważniejsze, a odrzuceniu całej reszty. To zdolność wykrzesania wdzięczności i zadowolenia z tego, co mamy do dyspozycji tu i teraz.

Bo jak pisze Tomasz Mazur: "Samo to, że mamy jakąś drogę do przejścia, a nie dana droga, są źródłem radości. Koncentrując się na wyborze drogi, na naszych celach, zapominamy, że cel został już dawno osiągnięty, że jest w nas, że my nim jesteśmy. Duchowością stoicką, a może i wszelką duchowością, rządzi pewien cudowny paradoks. Koniec jest już na początku. Kto zrozumie ten paradoks, nie będzie się już ciskał w te i we w te, skacząc od jednej potrzeby do drugiej. Będzie raczej przyjmował to, jak się sprawy toczą, świadom, że samo życie oraz bycie tu i teraz jest już radością."

To prawdziwie minimalistyczny program i w tym tkwi jego prostota i piękno.

Zainteresowanych stoicyzmem zachęcam do odwiedzenia strony tutaj.

Nareszcie polska książka o minimalizmie


Z pewnym opóźnieniem, ale równie gorąco, chciałbym polecić Waszej uwadze książkę Minimalizm po polsku Anny Mularczyk-Meyer, czyli Ajki z Prostego blogu, która pod koniec sierpnia ukazała się nakładem wydawnictwa Black Publishing, zarówno w formie papierowej, jak i e-booka.

Jest to z pewnością pierwsza książka na rodzimym rynku wydawniczym, która opowiada o minimalizmie w polskich uwarunkowaniach (również tych dziejowych, sięgających korzeniami epoki PRL-u), co stanowi jej niewątpliwy walor w porównaniu z nieco egzotycznym, zakorzenionym w filozofii Wschodu, minimalizmem Dominique Loreau.

Książka może być praktycznym przewodnikiem dla adeptów sztuki minimalizmu czy też dobrowolnej prostoty. Autorka dostrzega różnice obu pojęć, jednak nie teoretyzuje i unika wikłania się w precyzyjne ich definiowanie, skupiając się na praktycznym dochodzeniu do prostoty rozumianej jako proces porządkowania przestrzeni fizycznej i osobistej. Żałuję, że nie miałem jej na swojej półce, gdy po raz pierwszy odkrywałem dobrowolną prostotę kilkanaście lat temu. Zazdroszczę tym, którzy, zwłaszcza dzięki papierowej jej wersji, o minimalizmie usłyszą po raz pierwszy i być może zechcą z jej pomocą uprościć swoje życie.

W książce dowiecie się, jak głosi podtytuł, "jak uczynić życie prostszym", począwszy od materialnej strony zagadnienia (Rzeczy, Porządki, Prezenty, Finanse, Dom), z czasem posuwając się w strefę wewnętrznej motywacji i priorytetów (Wiara, Uwolnić przestrzeń, Uwolnić czas, Wygaszanie pragnień, Proste przyjemności, Z lekkim bagażem).

Praktyczne i konkretne „trzymanie się ziemi”, przetykane doświadczeniami i przemyśleniami Anny, czyni książkę spójnym, a zarazem osobistym i bezpośrednim wyznaniem kogoś, kto na minimalizmie zjadł zęby i przebył już dosyć długą drogę do prostego życia. I tak np. w rozdziale o pakowaniu się i podróżach (jako przewodnik wycieczek Ajka wie, o czym pisze) płynnie przechodzimy do podróżowania przez życie: „Jeżeli życie jest podróżą -pisze Anna- nie chcę, żeby było wycieczką objazdową o napiętym programie. Chcę na każdym jej etapie mieć czas nacieszyć się widokami. Poznać dobrze swoich współtowarzyszy i dowiedzieć się czegoś o ludziach spotkanych pod drodze. Zobaczyć coś więcej, niż oferuje standardowy pakiet atrakcji. Zawędrować na bezdroża i w rzadko odwiedzane zaułki. Iść w swoim tempie, niepoganiana przez żwawych animatorów.”

Podoba mi się, że książka została napisana w sposób umiarkowany i z poczuciem humoru, przez osobę, której minimalizm, nazywany coraz częściej prostotą, już okrzepł, nabrał głębi i większego dystansu do samej idei, dzięki czemu książka może przełamać stereotypy krążące o minimalistach.

Największą wartością książki była dla mnie i mojej Żony możliwość osobistego spotkania i bliższego poznania Ani. Dzielenie się naszym rodzinnym doświadczeniem i wspólna praca nad jednym z rozdziałów dla nas samych stała się okazją do przemyślenia związków prostoty z wiarą. Ukazanie, na ogół pomijanej, perspektywy nadprzyrodzonej jako jednej z motywacji prostego życia, to kolejny atut Minimalizmu po polsku i jeszcze jeden przykład tego, że -choć umiemy pięknie się różnić- łączy nas, jak napisała Ajka, "dążenie do dobrego życia i postrzeganie prostoty jako narzędzia do osiągnięcia tego celu".

Zakończę kolejnym cytatem z książki: "Minimalizm nie polega na leczeniu frustracji związanej z nieposiadaniem czy posiadaniem mniej niż inni, na tłumaczeniu sobie, że choć nie mogę mieć tyle, ile chcę, to całkiem mi z tym dobrze, bo jestem minimalistką. Minimalizm rozprawia się z tą frustracją inaczej: zamiast ją leczyć, pomaga się jej pozbyć dzięki zmianie sposobu patrzenia na świat. Pomaga przestać oceniać rzeczywistość w kategoriach posiadania, a zacząć widzieć ją w kategoriach bycia i przeżywania. Nie trzeba odrzucać pracy, konsumpcji i tych wszystkich drobiazgów, które składają się na nasze dni. Wystarczy nauczyć się układać te puzzle w ładniejszą układankę niż do tej pory. Bez rewolucyjnych zmian. Bez radykalizmu. Bez popadania w skrajności, rzucania pracy, wprowadzania się na odludzie, pozbywania się całego dobytku. Małymi krokami przez codzienne decyzje poprawiać jakość swojej egzystencji. Pomimo bagażu długów i niefortunnych decyzji, niemal dożywotniego związku z kredytodawcą, upierdliwego szefa i nawracających migren nauczyć się cieszyć życiem takim, jakie jest. Tam, gdzie jest. Na Śląsku czy na Lubelszczyźnie, w Nowej Hucie czy Wólce Dolnej, w Pacanowie czy Kłaju."


A co o samej książce pisze Ajka i gdzie najkorzystniej ją kupić dowiecie się na jej blogu tutaj.

Życie bez czterech kółek

Wracam na blog po urlopie. Niewiele okazało się takim, jakie miało być, choćby za sprawą wypadku, jaki miałem dwa tygodnie temu. W ułamku sekundy samochód, który prowadziłem, zamienił się w powyginaną, sprasowaną masę. Auto wzięło na siebie siłę czołowego uderzenia, zadziałały pasy i poduszka powietrzna, dzięki czemu nie odniosłem prawie żadnych obrażeń, a przede wszystkim - przeżyłem. Na szczęście jechałem sam, w drugim samochodzie także nikomu nic się nie stało.

Zostaliśmy więc bez samochodu – ale za to z pożyczką, który wzięliśmy na tenże samochód. Sama pożyczka to duży błąd z czasów, kiedy zaciągnięcie długu wydawało mi się jedynym, a przy tym mało bolesnym rozwiązaniem, o czym chętnie opowiem innym razem. Od dwóch lat staramy się ją jak najszybciej spłacić, gdyż czujemy się z nią źle, nie mówiąc już o obciążeniach finansowych.

Dość niezwykłe było to, że niedługo po uczuciu żalu z powodu straty ważnego dla nas sprzętu bardzo szybko oboje poczuliśmy… ulgę! Trochę to dziwne? Otóż od początku posiadania tego samochodu (od 6 lat) mieliśmy świadomość, jak dużą ilość pieniędzy z rodzinnego budżetu, a więc naszej energii życiowej, pochłaniało utrzymanie i użytkowanie samochodu (nie licząc pieniędzy potrzebnych na jego nabycie). Ta świadomość była bolesna, lecz nie widzieliśmy wyjścia: przy naszym trybie życia posiadanie auta wydawało się warunkiem niezbędnym do tego, by żyć i realizować nasze życiowe cele. Teraz, wobec nagłej straty samochodu, zostaliśmy przymusowo postawieni przed koniecznością obycia się bez auta (aktem desperacji byłoby zaciąganie kolejnej pożyczki na następny samochód). Wcześniej takiej opcji nie mieliśmy odwagi rozważyć. Przyzwyczajeni do utartych, komfortowych, szybkich rozwiązań nie czuliśmy chęci, by spróbować czegoś innego, nieznanego, mniej wygodnego.

Podróże dalekie... czy bliskie?

Ostatnio mówiłem o podróżach dalekich, a teraz coś dla kontrastu, o 'podróżach' bliskich, ich roli w naszym życiu, w nabraniu dystansu do codziennej rutyny, w wychowywaniu młodszego pokolenia... Dziś także trochę faktów z mojego życia.



Myślę, że to nagranie Wam się spodoba.

MP3 do pobrania: http://oszczedzanie.info.pl/?wpdmact=process&did=MTguaG90bGluaw==

P.S. Otrzymuję sporo informacji na temat publikacji samych nagrań (na moich blogach i tutaj), jedni wolą stream, z kolei kiedy opublikowałem stream z jakimiś tematami dot. przedsiębiorczości odezwały się glosy - "Remigiusz - a gdzie jest mp3 do pobrania?" Na razie jestem otwarty na Wasze sugestie, jeśli chodzi o nagrania wszystko powoli dopracowuję, skoro jednak MP3 jest mało inwazyjną formą publikacji (żadnych wyskakujących okienek, reklam) myślę, że to tego bloga pasuje.

Remigiusz, autor bloga "Oszczędzanie"