22 lipca 2015

Więcej przestrzeni w domu? To możliwe!

Ostatnio przeczytałam, że trend na minimalistyczne wnętrza z powodzeniem dominuje w młodym pokoleniu urządzającym właśnie pierwsze mieszkanie. Powód? Wnętrza wydają się większe, schludniejsze, bardziej luksusowe, łatwiej utrzymać w nich porządek. A ja… mogę jedynie to potwierdzić.

Sukcesywnie staram się dążyć do posiadania takiego domu, w którym z przyjemnością się wypoczywa, pracuje i nie atakuje ono zbyt wieloma bodźcami. Te ostatnie dwie cechy są dla mnie szczególnie ważne jeśli chodzi o moją „pracownię” zwaną Santorynem. Spędzam w niej sporo czasu, stale coś piszę, przygotowuję materiały do pracy.
Czemu Santoryn? No tak to się u nas składa, że każde pomieszczenie jakoś się nazywa. Zamiast mówić „salon” mówimy „Grecja”, zamiast „sypialni” mamy „Afrykę”, a obecnie zamiast „pokoju roboczego/pracowni” mamy „Santoryn”. Wcześniej, zamiast Santorynu była „oliwka”. Skąd to się bierze? Ano stąd, że każdy z nich jest urządzony w danym charakterze. Dzisiaj otworzę przed Wami drzwi do mojego Santorynu.

Pięć lat temu, gdy urządzaliśmy „oliwkę”, mieliśmy jasną wizję: ściany mają mieć kolor… oliwek, meble proste, jasne (wygrała, rzecz jasna, IKEA). Z czasem doszło kilka gadżetów mojej babci i tak „oliwka” stała się pokojem nieco babcinym: z wieloma sentymentalnymi bibelotami. „Oliwka” była wspaniała, gdy była posprzątana, a zajmowało to zawsze trochę czasu i wiele nerwów. Ponieważ mam pracę związaną z posiadaniem mnóstwa książek i stert kserówek, trudno było to utrzymać w szyku. Nauczyłam się więc siedzieć przy biurku zewsząd obłożona książkami, nie mając zbytnio nawet miejsca na napisanie czegoś. Z czasem doszło jeszcze jedno, duże biurko dla mojego męża. Dwa biurka, dwa komputery, mnóstwo szpargałów. I oddech radości po wielkim sprzątaniu, z obietnicą „Niech już zawsze tak będzie!” – niestety nigdy się to nie udało. Porządek był najwyżej przez dzień.

Aż do czerwca 2015 r. Poszliśmy do klubokawiarni w Bielsku-Białej, gdzie sączyliśmy kawę, siedząc na barowych krzesłach przy wysokim blacie rozciągniętym wzdłuż ogromnego okna. To był impuls: Fajnie byłoby mieć tak w „oliwce”! Moją ulubioną inspiracją dotyczącą wnętrz jest Grecja; wszystko, co możliwe, na biało, niewiele rzeczy i nierówne ściany. Prostota całkowita. Tak, nie pragnę ścian od linijki. O to już na wstępnie w „oliwce” trudno nie było: nasze ściany są naturalnie nierówne. Kolor oliwkowy zamalowaliśmy na biały i …. w pokoju rozjaśniało!

Najważniejszą sprawą było miejsce pracy. Popatrzcie, jak udało mi się rozwiązać wiele problemów:

20 lipca 2015

Kulinarnie - kiszona sałata

Bardzo prosty przepis na małosolną bądź kiszoną sałatę. Sałatę pod taką postacią przyrządza się u mojej żony w domu, nie znałem jej wcześniej i byłem bardzo zdziwiony, że można sałatę kisić :-). Najlepiej smakuje jako dodatek do kanapek.

Składniki:
1. Sałata (lodowa, masłowa)
2. Chrzan - korzeń i liście do przykrycia całości w słoiku
3. Czosnek
4. Koper
5. Słona woda
Całość układamy w słoiku i zalewamy wodą. Sałata jest już dobra po dwóch dniach a potem wedle upodobań można ją trzymać w lodówce (wolniej kiśnie) bądź w temp. pokojowej.

Czas przyrządzania: ok. 10 min.

Smacznego! 





11 lipca 2015

AKCJA „SZAFA”

Mniej znaczy więcej. Ta myśl jest we mnie od dawna. Kupujemy. Gromadzimy. Wyrzucamy na śmieci. Mamy więcej niż jesteśmy w stanie skonsumować. Obrastamy w rzeczy, które stają się naszymi uzurpatorami. Czasem zastanawiam się kto kogo posiada. Czy ja posiadam rzecz, czy ona posiada mnie? Nie chcę być niewolnikiem nieprawdziwych potrzeb. Chcę prostego życia. I prostego szczęścia.

By marzenia stały się realne postanawiam zmienić prawie wszystko. Porzucam miasto na rzecz maleńkiej wioski. Bezpieczną pracę na rzecz pasji. Wygodne mieszkanie na rzecz stuletniego domu, który będę zmieniać własnymi rękami. Tam zamieszkają moje dzieci. Tam będę pisać kolejne książki. Tam będę piekła chleb i wspinała się w górę Dzikiego Wąwozu. Będzie ciężko i … pięknie. Będę chodzić na bosaka albo w gumiakach. Będę jadła proste, swojskie jedzenie. Będę się dzielić i korzystać z pomocy innych. Będę pokonywać swój strach. Wielu rzeczy przestanę potrzebować. Dlatego właśnie postanawiam uruchomić akcję „Szafa”.

Zdecydowałam się wypruć flaki swojej garderobie. Chcę mieć mniej. Ale może ktoś chciałby mieć to, czego ja już nie potrzebuję... Przez lata byłam uzależniona od lumpeksów. Kupowałam rzeczy dobrej jakości, oryginalne, prawie nowe i najczęściej... zupełnie mi niepotrzebne. Teraz potrzebuję ekologicznego szamba i pieca rakietowego z gliny. Dlatego postanowiłam sprzedać zawartość mojej szafy. Akcję opisałam na fb tutaj. Zamieściłam tam album zawierający proste zdjęcia z zawartością mojej szafy w roli głównej i modelem w mojej postaci. Zdecydowałam się jednak nie określać ceny ubrań. Niech i tym razem będzie inaczej. Niech wartość tych ubrań ustali kupujący.
(Mam nadzieję, że zaoszczędzone mi będą złośliwe uwagi, model wie, że nie jest idealny. Wie o tym doskonale i nie zamierza się tym przejmować).

Wszystko, co uda mi się zebrać, sprzedając własne ubrania, zostanie przeznaczone na wybudowanie ekologicznego szamba i pieca rakietowego w moim starym/nowym domu na wsi. Być może trafisz tam kiedyś i będziemy mogli sobie wzajemnie powiedzieć „dziękuję”.


9 lipca 2015

Minimalizm po grecku

O Grecji ostatnio głośno. Ale ja nie o tym całym kryzysie. Zanim w ogóle ktokolwiek o nim usłyszał zaczęłam poznawać Grecję „od kuchni” – dosłownie i w przenośni. I dziś będzie o jedzeniu.

Kiedy 9 lat temu przyjechałam na Kretę z zamiarem spędzenia tam pół roku zdarzyło mi się przejść przez szok kulturowy. Denerwowało mnie na przykład to, że sałatka grecka była, według mnie, zrobiona niedbale. Bo co to ma być? Kilka krzywo pokrojonych pomidorów, ogórków, cztery oliwki na krzyż i plaster fety na górze, wszystko podlane oliwą z oliwek i posypane oregano? W Polsce robiłam znacznie lepszą sałatkę grecką! A grecka kawa mrożona? Łyżeczka kawy rozpuszczalnej wrzucona do szklanki, wymieszana z wodą, kostkami lodu, cukrem… A gdzie gałka lodów waniliowych?

Z czasem zaczęłam doceniać tę prostotę. Wcale nie miałam takiej potrzeby, nie szukałam jej, nie byłam na tym etapie. Ale z niechęcią odkryłam, że smak greckiego pomidora nie ma sobie równych. I że zioła zebrane na Krecie są wyjątkowo aromatyczne. No i feta… W Polsce co jakiś czas pojawiają się trendy jedzeniowe; to modne jest sushi, to szparagi, serki pleśniowe,  to rukola dodawana do wszystkiego. I ja nigdy nie „nadążam" za tą modą, ale widzę, że wiele osób nie potrafi się przełamać, by podać gościom coś „zwyczajnego”, dostępnego w Polsce, sezonowego. Pewnie nigdy bym o tym nie rozmyślała, gdyby nie Grecja…

Jeśli chodzi o kulinaria Grecy do szczęścia nie potrzebują wiele. Mają dużo wszystkiego za czym tęskni nasze podniebienie: wypieszczone słońcem warzywa i owoce, i oliwę, z której zrobić można wszystko: mydło, kosmetyki do każdej części ciała, świeczki. Na Krecie dochodzi miód (kosmetyki, świeczki, słodycze…). Zaczęłam z tego korzystać. Podłapałam kilka pomysłów kulinarnych, które są do zastosowania i tutaj, w sezonie. Przekonałam się do kupowania na małych straganach owoców i warzyw, niekoniecznie pięknych i błyszczących, ale o niesamowitym, dojrzałym smaku. Nauczyłam się korzystać ze wszystkiego, co przynoszą polskie plony – podobnie jak Grecy wykorzystuję całe ich dobrodziejstwo. W Grecji do sałatki często wrzucałam zerwany z przydrożnego drzewa owoc granatu. Kilka dni temu w tym celu użyłam czerwonych porzeczek z krzaka w ogrodzie. W Polsce raczej nie kupię mojej ukochanej okry, ale mam wspaniałą fasolkę szparagową. Kilka lat temu podchwyciłam pomysł z oliwą z oliwek i namiętnie używam jej niemalże do wszystkiego.

Zatem tak:  podróże kształcą… również kubki smakowe :- )
Macie takie podróże za sobą, z których przywieźliście kulinarne idee?


A oto kilka migawek z mojej kulinarnej Grecji :)

22 czerwca 2015

Niejedna forma minimalizmu

Czytając nie tylko Wasze wpisy, ale i komentarze ludzi, którzy z minimalistycznym podejściem do spraw nigdy się nie zetknęli, można wysnuć wniosek, że minimalista to nowy twór przejedzonego konsumenta, który dla odmiany postanawia odmówić sobie tabliczki czekolady, którą przeciętny zjadacz…czekolady by nie pogardził. I że z czasem odkrywa, że ani czekolada mu nie jest potrzebna do szczęścia, ani nowy samochód, ani szafa na ubrania. I że właściwie biel to jego ulubiony kolor, więc namiętnie maluje wszystko na biało. Tymczasem jestem przekonana, że  każdego osobnika, który tu wylądował, co innego tutaj przywiodło. Każdy z nas ma inne potrzeby, jest na innym etapie życia, chce i jest gotów co innego zmienić.

Bardzo chciałabym napisać, że potrafię ograniczyć się do posiadania 100 rzeczy. Pewnie potrafię, ale to nie będzie moje – nie odczuwam takiej potrzeby. Odczuwam za to potrzebę skierowania się ku rozwojowi osobistemu, wewnętrznemu, duchowemu i przebywania jak najbliżej przyrody. Dla Ciebie to może być uwolnienie się od zbędnych wydatków na rzecz oszczędności albo podjęcie walki z kompulsywnym objadaniem się.

Jak kiedyś pisałam, doświadczyłam momentu, w którym znajdując się w pustym pokoju poczułam błogie odprężenie i uznałam, że…tak byłoby najlepiej. Dobrze mi bez nadmiaru, w którym mimowolnie żyłam latami, czyli wszelakich ozdób i firanek. Lata później, po pracy odprężałam się słuchając dźwięków natury lub prostej muzyki ludowej. W takiej prostocie znajdywałam ukojenie i uciekałam przed nadmiarem informacji. Ba! W takiej prostocie dopiero odkryłam, że otacza mnie nadmiar informacji! Ty z kolei możesz nie wiedzieć, o czym mówię; być może pracujesz w domu i to z dala od Internetu. Świat wirtualny nie towarzyszy Ci tak bardzo jak mnie, ale możliwe, że jesteś na etapie szukania samego siebie, pomysłu na siebie i celu życia. I bardzo potrzebna jest Ci przestrzeń do tego wewnętrznego monologu.

Obecnie ważnym stało się dla mnie uzyskania balansu w wielu aspektach życia i swój minimalizm postrzegam jako równowagę między szeroko pojętym dawaniem i braniem.  W życiu osoby dojrzałej i chcącej żyć świadomie ważne jest ustalenie priorytetów. Mam z tym niebywały problem, bo wszystko wydaje mi się tak samo ważne: i moje zdrowie, i praca, i rozwój osobisty, i dom, i związek. Wszystko jest tak samo ważne, w zależności od potrzeb. Jestem w dodatku człowiekiem wielozadaniowym, mającym tysiące pomysłów dziennie. Żeby nie zwariować  odkryłam i z ulgą przyjęłam jeden odnośnik, jeden mianownik, główny priorytet. Dla mnie to jest Bóg. Tutaj mój minimalizm się kończy; chcę coraz więcej w życiu duchowym, chcę doskonalej. Chcę brać, by dawać.
Cała reszta pomału zajmuje właściwe sobie miejsca…

Czym dla Was jest minimalizm na dzień dzisiejszy? 



19 czerwca 2015

Spieniężone życie

Dlaczego wzajemne powinności można dziś określić mianem transakcji?
Jaką wartość ma życie bez pieniędzy?
Czy logika długu porządkuje jedynie ekonomiczny wymiar życia, czy też buduje podstawy naszej etyki?
Czy wielkość długu określa granice naszej wolności i naszego sprawstwa?
Czy i jak możemy uwolnić się od długu?

Próbę znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania podejmuje czerwcowy numer Znaku. Dużym atutem nowego zbioru tekstów jest spojrzenie na rzeczywistość długu i jego konsekwencji w różnych obszarach życia z wielu perspektyw: historycznej, społecznej, filozoficznej i teologicznej. Uwikłani w kredyty i zadłużenie poniekąd, i nie do końca świadomie, uczestniczymy w procesach, których przyspieszenie - za sprawą rynków finansowych - głęboko przeobraża dzisiejszą rzeczywistość.

Jak historycznie ewoluowało pojęcie kredytu i -szerzej- długu, o jego związkach z życiem religijnym i społecznym możemy przeczytać w rozmowie Jakuba Muchowskiego z historykiem prof. Krzysztofem Zamorskim Historyczne układy dłużne. Z kolei reportaż Życie pod kreską Beaty Chomątowskiej opisuje życiowe perypetie blisko 3/4 Polaków, którzy nie mają żadnych nadwyżek finansowych. Skutkuje to zapożyczaniem się po to, by przetrać do chwili, gdy otrzymamy zapłatę. Zwykle jednak nie otrzymujemy jej w umówionym terminie, bowiem powszechną praktyką jest, często założona z góry, nieterminowość. Ta ostatnia jest być może elementem szerszego procesu, o którym możemy przeczytać w tekście Zjawisko finansjalizacji prof. Wiesława Gumuły.
Ma ono wiele aspektów. Jednym z nich jest "ubankowienie" społeczeństwa, będące wynikiem wzrostu zewnętrznego finansowania gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i  państw przez instytucje finansowe, które w rezultacie przejmują nad nimi kontrolę. W przypadku gospodarstw domowych coraz częściej skutkuje to utratą wolności finansowej, powoduje uzależnienie od pracodawców, miejsca zamieszkania i innych ludzi, rodzi gotowość do różnych kompromisów moralnych oraz zachowań nieakceptowanych w innych okolicznościach. "Rynki finansowe sprzyjają wypieraniu interakcji, czyli wzajemnych oddziaływań ludzkich podmiotów, poprzez zależności jednostronne. Ktoś wywiera wpływ na innych, a ci drudzy nie mają szansy na jakąkolwiek reakcję skierowaną przeciw niemu, gdyż działa on pod osłoną instytucji finansowych, będąc odgrodzonym licznymi organizacjami <śluzami> i wyposażonym w instrumenty finansowe o dalekosiężnym oddziaływaniu. Wyjątkowo trudne staje się zidentyfikowanie sprawców ewentualnych krzywd oraz skuteczne im się przeciwstawianie." - pisze prof. Gumuła. 
Pośrednie, jednostronne więzi społeczne sprzyjają moralnemu tchórzostwu: zaufanie, lojalność, solidarność i wzajemność zastępowane są kulturą cynizmu, podejrzliwości, manipulacji, gotowość do zdrady, kulturą zachłanności, cwaniactwa i niewdzięczności. Akcjonariusz korporacji z siedzibą w Londynie, Berlinie lub Nowym Jorku akceptuje fakt, że spółka - córka w Birmie wykorzystuje dzieci do pracy niewolniczej, ale wmawiamy sobie, że przecież bezpośrednio nie odpowiadamy za los tych dzieci. To jednak nie tylko świat giełdy lub dużych koncernów - to także codzienna rzeczywistość zapewnienia sobie płynności finansowej poprzez opóźnienie realizacji faktury - ze względu na zapośredniczenie transakcji nie odczuwamy, że za wspomnianą już nieterminowością kryje się odmowa zapłaty konkretnemu człowiekowi. Coraz częściej jedynym kryterium postępowania stają się reguły prakseologiczne i wzory prawne, zapewniające skuteczne, ekonomiczne i legalne powiększanie swoich zasobów finansowych.

Czy jednak dług należy postrzegać wyłącznie od strony ekonomicznej? Równie ważna, a może i daleko bardziej brzemienna w skutkach, jest rzeczywistość długu pojmowanego metafizycznie, o czym możemy przeczytać w rozmowie Mateusza Burzyka z Ireneuszem Kanią, tłumaczem, poliglotą i specjalistą w dziedzinie buddyzmu. Czy w jakiś sposób wszyscy nie jesteśmy dłużnikami? Skąd tak wiele w religii odniesień do długu, odkupienia? "Całe dzieje święte to próby naprawy błędu pierwszych rodziców, zwrotu zaciągniętego przez nich długu"- twierdzi Kania. Niezależnie od religii, wszyscy dzielimy egzystencjalne doświadczenie ułomności i braku, czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku czegoś nam brakuje. Co, a może raczej kto, może nas od tego metafizycznego długu uwolnić?
Temat numeru chyba nieprzypadkowo zamyka rozmowa Dominiki Kozłowskiej i Mateusza Burzyka z bp. Grzegorzem Rysiem Nic innego się nie liczy. Rozwiązaniem naszych codziennych trosk i niepokojów w obszarze zadłużenia jest przede wszystkim zyskanie świadomości tego, co tak naprawdę liczy się w życiu. Bp Ryś daje podpowiedź: „Co można mieć piękniejszego w życiu od doświadczenia relacji z drugim – dar od kogoś i dar z siebie dla niego. Nic innego w życiu się nie liczy, niczym innym człowiek się nie spełni, nic innego go nie zaspokoi. Bóg w Chrystusie daje nam to, co jest naszym najgłębszym szczęściem. Kłopot leży po stronie człowieka, to on rozmienia wszystko na drobne: egzamin, kariera, samochód, domek, zdrowie…”
Jak stwierdził bp Ryś, Bóg ma słabość do bankrutów, o czym możemy przekonać się na kartach Biblii. I dodaje: "Ciekawsze jest co innego – mianowicie: jak wpływa na człowieka bankructwo rozmaicie pojęte – otwiera go na Boga i bliźnich – czy też zamyka? Na szczęście jest tak, że gdy człowiek dochodzi do ściany, to może ten moment przeżyć jako otwarcie na łaskę, może odkryć, że sam dla siebie nie jest samowystarczalny i że potrzebuje kogoś i czegoś więcej."  

Tradycyjnie Czytelnicy bloga zainteresowani wgryzieniem się w temat mogą nabyć aktualny numer miesięcznika po promocyjnej cenie 12,90 zł (cena bez promocji to 19,90 zł). Dodajemy numer 721 do koszyka i wpisujemy w odpowiednim polu „wystarczymniej”, co automatycznie obniży cenę do 12,90 zł. Ten sam kod działa również do numerów 715 (Nie marnuj) oraz 710-11 (Rzeczy). Link do złożenia zamówienia znajdziecie tutaj.

Wpis nt. numeru XI. Nie marnuj tutaj.
Wpis nt. numeru Nazywaj rzeczy po imieniu tutaj.

16 czerwca 2015

Kijem czy marchewką, czyli o promocji rodzicielstwa

 
 


Przetoczyła się burza, przez Polskę przeszedł huragan... Tak w skrócie można opisać reakcje na kampanię społeczną, mającą na celu zachęcenie kobiet do rodzicielstwa...

Z jednej strony zgadzam się z promowaniem tego typu postaw, bo dzietność zdaje się być na przegranej pozycji. Sama niedawno byłam w szoku po wyjściu z rozmowy rekrutacyjnej, że nie zapytano mnie o plany co do dzieci. Z drugiej strony, odkąd pamiętam, ciągle słyszę, że MUSZĘ mieć dzieci. Dodatkowo sugerowanie, że zamiast tego kobiety wolą drogie wakacje, remont mieszkania lub budowę domu, ma prawo zaboleć miliony Polek, bo na takie rzeczy w dzisiejszych czasach chyba tylko córka Kulczyka może sobie pozwolić.

Współczesnej mamie ciężko jest wyjść spokojnie na spacer i nie usłyszeć krytyki o tym, że coś robi źle. Pomimo coraz dramatyczniejszej sytuacji demograficznej widok rodzin wielodzietnych powoduje komentarze typu "dziecioroby". Z tej perspektywy ciężko być pozytywnie nastawionym do rodzicielstwa, a można przecież inaczej...

Zamiast krytykować wiecznie niedospane matki Polki, może lepiej być po prostu życzliwym? To przecież ich dzieci będą nam służyć, gdy będziemy już starzy i zniedołężniali. Zamiast wmawiać młodym mamom, że teraz mają już tylko rezygnować z własnych marzeń, może lepiej pomoc im je realizować?

źródło
Kiedy widzę młodych rodziców, którzy z małymi dziećmi odwiedzają Saharę, to wierzę, że macierzyństwo może być wspaniałym czasem.

Jest tyle osób, których kariera rozkwitła w czasie, gdy pojawiły się w ich życiu dzieci i pozakładały własne firmy.

Czemu piszę o tym wszystkim na tym blogu? Bo uważam, że rodzicielstwo jest jednym z podstawowych etapów w życiu człowieka i nie trzeba wydawać fortuny na "oprzyrządowanie" do niego ani zamykać się pod kluczem, bo inaczej jest niebezpiecznie... Skoro jest to naturalny czas od zarania świata, to myślę, że można się wtedy dalej rozwijać, a nie wciskać pauzę i starać się przetrwać. Życie jest za krótkie na ciągłe sprzątanie i gotowanie. Wiem, że wśród Was są rodzice, którzy cieszą się życiem i w pełni realizują. Proszę, pokażcie, że można inaczej.