27 marca 2015

Szczęście nicnierobienia

Okazuje się, że w dzisiejszym, zabieganym świecie leniuchowanie nie jest proste i urasta do rangi niełatwej umiejętności, o czym przekonuje Urlich Schnabel w „Sztuce leniuchowania”. Żyjemy bowiem w czasach kultu produktywności i oduczyliśmy się sztuki nicnierobienia.

Temat "słodkiego lenistwa" był już poruszany na blogu, bowiem dobrze wpisuje się w ideę prostego życia.

W leniuchowaniu istotne jest nie to, co robimy, ale to, że docieramy do punktu, w którym ponownie czujemy i dostrzegamy nasze rzeczywiste potrzeby, dzięki czemu życie zyskuje dla nas na znaczeniu. Tak pojętego leniuchowania możemy doświadczać podczas inspirujących rozmów, gry, która całkowicie nas pochłania, wędrówek lub muzykowania, a nawet pracy, czyli w tych momentach, które mają wartość same w sobie i nie poddają się nowoczesnej logice oceniania.

Do leniuchowania potrzebujemy czasu, a tego nieustannie nam brakuje. To jednak nie kwestia coraz lepszych technik skutecznego nim zarządzania. Czy nie jest tak, że za bardziej wydajnym spożytkowaniem czasu kryje się w rzeczywistości jeszcze więcej zadań?
Z kolei rozwój techniki tylko częściowo pomaga nam zyskać na czasie, bowiem jego nadwyżki pochłania zaspakajanie naszych rosnących roszczeń i wymagań. Zamiast podróżować krócej dzięki nowoczesnym środkom lokomocji, w efekcie podróżujemy częściej i dalej. Gdybyśmy zadowolili się tymi posiłkami, podróżami i rozrywkami, co nasi przodkowie – żylibyśmy w raju czasowym. Zamiast tego popadamy w paradoks: nie mamy czasu, mimo że uzyskujemy go w nadmiarze.

Leniuchowanie, jak się okazuje, ma nie tyle związek z ilością wolnego czasu, ile z określonym nastawieniem polegającym na osiągnięciu stanu zgody między mną a tym, o co chodzi w moim życiu.

Sztuka leniuchowania nie zależy jedynie od odzyskania władzy nad naszym czasem, lecz także od umiejętności unikania dekoncentracji i korzystania ze szczęścia zawierającego się w danej chwili. Bardzo dużą część książki poświęcono stresowi informacyjnemu, któremu nieustannie podlegamy podłączeni non stop do sieci informatycznej, i korzyściom płynącym z okresowego odłączenia się od potoku "ważnych" wiadomości.

Mnie szczególnie zainteresował związek braku czasu z wzrastającą konsumpcją. Przeszkodą w leniuchowaniu jest „multiopcjonalna” kultura, która wmawia nam, że szczęście szybciej spotkamy wtedy, gdy będziemy mieli więcej propozycji i opcji. Tymczasem rozważanie nieskończonych alternatyw pochłania nasz czas i energię. Kto musi wybierać spośród niedającej się ogarnąć liczby marek jogurtów, polis ubezpieczeniowych lub kanałów telewizyjnych, ten nie uzyskuje wolności – jak sugerują reklamy – lecz podnosi swój poziom stresu. Nasze cierpienia są wzmacniane przez skłonność do nieustannej pogoni za nowościami i związane z tym niedocenianie rzeczy już posiadanych. Uczucie zagonienia w dużej mierze wynika z nieustannego poszukiwania ulepszeń oraz niezdolności do zadowolenia się aktualnym stanem posiadania. W tym kontekście próżnowanie to sztuka niepoddawania się nieustannej gonitwie za naszymi (własnymi lub wmówionymi) pragnieniami, zdolność do zatrzymania się w swym zabieganiu po to, by rozkoszować się chwilą, spotkaniem lub działaniem.

Poszukiwanie możliwie „spełnionego”, „bogatego” życia sprawia, że nigdy nie możemy zaznać spokoju. A do tego jeszcze obrzydza nam ono przy okazji ów bezproduktywny czas wolny, do którego tak tęsknimy. Gdybyśmy go bowiem przeznaczyli na relaks, oznaczałoby to przecież, że jesteśmy skłonni zadowolić się tym, co już zostało uzyskane, a więc i zaakceptować, w ostatecznej konsekwencji, skończoność własnego życia. A to jest dla nas tak bardzo trudne, że wolimy gonić za ciągle nowymi przeżyciami i szansami.

Jednym z nieporozumień związanych z czasem wolnym jest przekonanie, że do odpoczynku niezbędne są specjalne pauzy, które można zorganizować dużym nakładem sił i poza dniem powszednim. Ludzie, przyzwyczajeni do społeczeństwa konsumpcyjnego, które każdą potrzebę zaspakajają odpowiednimi produktami, także próżnowanie traktują jako dobro konsumpcyjne: kolejny kurs relaksacyjny, poradnik o zarządzaniu czasem, nową płytę z muzyką, drogie egzotyczne wczasy. Zanim wyjedziemy na drogi i męczący urlop autor proponuje zacząć od drobnych kroków w zaciszu swojego domu: wyłączenia komputera, schowania zegarów, pozbycia się czasopism i telewizora, napisania dla siebie samego mowy pogrzebowej (!) czy zaproszenia przyjaciół na "brazylijski weekend".

Dobrego leniuchowania!


Wywiad z autorem dotyczący wpływu leniuchowania na kreatywność znajdziecie tutaj.


Polecam także:
Rodzice na wolnych obrotach
Jak być leniwym by Tom Hodgkinson
Pan Fusi oszczędza czas, czyli życzenia na Nowy Rok

23 marca 2015

Efekt przeprowadzki – jak się spakować, rozpakować i przeprowadzić

Gdy myślę o tym, żeby mieć mniej rzeczy wokół siebie, od razu pojawiają mi się w głowie wszystkie te obrazy mieszkań, w których pomieszkiwałam przez ostatnie kilkanaście lat. W sumie, w moim dorosłym życiu, licząc od 22-ego roku życia, przeprowadzałam się 11 razy. Po drugim razie szczerze znienawidziłam przeprowadzki. Ale wtedy jeszcze taszczyłam ze sobą prawie wszystko, co miałam, a trochę tego było.

Wiecie, jaki moment lubiłam w nowym mieszkaniu najbardziej? Kiedy NIC nie zostało jeszcze wypakowane. Wchodziłam do mieszkania i był ideał:  podstawowe sprzęty, pusta podłoga, żadnych ozdób. Tylko tak się długo nie da. Wkrótce na podłodze pojawiały się papiery, książki, a na biurku czy stole znów…papiery (charakter mojej pracy pozwala na gromadzenie tylu papierów, ile dusza zapragnie), jakieś ozdoby, prezenty, płyty, ciuchy i tak dalej. Sami wiecie.
I człowiek się do tego przyzwyczajał, bo jak inaczej funkcjonować. Marzyłam o byciu wolnym duchem, z jedną walizką, która snułaby się ze mną wszędzie; wysłużona i nieśmiertelna. Niestety.

Wiele zmieniło się, gdy postanowiłam wyjechać za granicę. Sprzedałam rower, drukarkę i jeszcze kilka sprzętów. Już wtedy stałam się posiadaczką laptopa, co niezwykle przybliżyło mnie do bycia tym wolnym duchem.  Jakoś ucieszyłam się, że MUSZĘ (ze względu na przepisy lotnicze) zapakować się do jednej walizki. I wtedy, jakimś cudem, potrafiłam zdobyć się na ustalenie priorytetów! Żadnego brania "wszystkiego-na-wszelki-wypadek".

Jak sobie z tym wyzwaniem poradzić?
Wstajesz rano z łóżka i wykonując wszystkie czynności po kolei przyklejasz samoprzylepną kartkę na wszystko, czego ZAWSZE używasz; codziennie, niezmiennie. Na przykład: szczoteczka, pasta do zębów, podkład do twarzy, puder, tusz, telefon, krem do rąk, suszarka do włosów – i to pakujesz. Jednego nie radzę brać: dużych szamponów, żeli pod prysznic i tym podobnych gadżetów; raczej w małych buteleczkach. Jeśli jedziesz na dłużej niż tydzień, kupisz sobie na miejscu, to nie kosztuje majątku. Szkoda na to cennego miejsca w walizce.

Dużo by pisać - wylądowałam w wiejskim, greckim domku bez absolutnie żadnych wygód, a nawet podstawowych udogodnień! Ale całkowicie zdjęło to ze mnie odpowiedzialność za funkcjonowanie całego domu (kable, przełączniki, odkurzacze, itp.) – musiałam zatroszczyć się jedynie o siebie, a potrzebne ku temu środki znajdywały się w jednej walizce. Kosmetyki, ubrania i inne niezbędniki potrzebne mi przez pół roku życia za granicą nagle okazały się wystarczające w zupełności. Musiały. Nie miałam wokół siebie tego, czym zwykłam się otaczać: książek, papierów, płyt, pamiątek; starych widokówek, listów. Nie miałam żadnej „historii”, którą ze sobą niosłam. Wchodziłam do domów znajomych ludzi i z każdego kąta coś opowiadało o nich – ja przychodziłam i wychodziłam jako "anonim", mogąc zaprezentować tylko siebie.

Gdy wróciłam do Polski postanowiłam, że będę sukcesywnie ograniczać rzeczy wokół mnie - przestałam chomikować przedmioty, których nie używam i nie będę używać (np. ubrania, nie do końca działające sprzęty, bibeloty, kosmetyki), które nie przedstawiają również żadnej wartości sentymentalnej i nie są jakimś rodzinnym „skarbem”(np. pudełko ze zdjęciami dziadka i babci). Do kolejnych mieszkań przenosiłam się już z nieco mniejszymi bagażami. Wszędzie sypiałam w śpiworze. Gdy przeniosłam się do kolejnego mieszkania moja współlokatorka przyniosła mi pościel, wyjaśniając jak do przybysza z odległej planety:  "Tu jest normalne mieszkanie i śpi się normalnie." Do diaska! Wiem jak sypia homo sapiens! Ale teraz wszystko się odwróciło: to mój wysłużony śpiwór, kosmetyki w małych buteleczkach i jedna para sztućców opowiadały moją historię – wcale nie gorszą niż ta, która powstawała latami i pokoleniami.

Dzisiaj, od 5 lat w tym samym domu, znów mam masę rzeczy, ale wiem, że potrafiłabym się spakować do jednej walizki i szczęśliwie przeżyć tyle... ile trzeba.

Jeśli chciał(a)byś się przekonać, jak by to było funkcjonować z mniejszą ilością bodźców (bo jednak rzeczy wkoło to bodźce dla naszych oczu), może zrób tak jak ja od czasu do czasu? Pozdejmuj wszystkie ozdoby w sypialni i zapakuj je do jakiegoś pudełka/walizki. Odstaw gdzieś, np. na dno szafy. I niech sobie tam to siedzi przez dobę lub dwie. Komfort polega na tym, że w każdej chwili możesz to wyciągnąć, ale możesz też sobie pożyć bez tego wszystkiego tak długo, jak będziesz chciał/-a, robiąc „efekt przeprowadzki”. A przeprowadzki mają efekt ściśle edukacyjny  ;-)

Iwona
Motyw kobiety



16 marca 2015

O życiu z pasją

Serdecznie witam w gronie współautorów Gabrielę i zapraszam do lektury jej pierwszego wpisu na Drodze do prostego życia...

Kiedy myślę o DOBROWOLNEJ PROSTOCIE, myślę o nieprzywiązywaniu się do rzeczy, WOLNOŚCI myślenia i życiu według własnego scenariusza, bez kopiowania lifestylowych trendów. Celowo mówię o stylu życia, ponieważ pojęcie „dobrowolnej prostoty” dotyczy zarówno aspektów materialnych/fizycznych, jak i duchowych, emocjonalnych oraz intelektualnych. To bardzo szeroki temat i każdy ma trochę inne do tego podejście, co stanowi o jego uroku. Dlatego mój pierwszy wpis na blogu będzie dotyczył wolności i życia z pasją.

WZOROWY UCZEŃ VERSUS PASJONAT
Jakiś czas temu trafiłam na filmik na YT o. Szustaka, w którym mówi o istocie pasji w życiu:


I aż przyklasnęłam, ponieważ w naszym kraju wciąż za dużą wagę przywiązuje się do tego, żeby zdobywać oceny, dyplomy, papierki i tytuły, karmimy się „mgr” czy „dr” przed nazwiskiem. Rzadko kiedy bierze się pod uwagę to, czy ktoś podąża ścieżką swego serca, czy też realizuje strategie biznesowe bądź naukowe na życie, bo tak trzeba i wszyscy tak robią.

PASJA TO ŹRÓDŁO MOCY
Moją receptą na to, by żyło nam się pełniej i radośniej, jest zachęcanie ludzi do życia z pasją. A już super ważne jest to, by dawać wsparcie dzieciom i dać przestrzeń na rozwijanie swoich pasji. Nie ma większego znaczenia, czy zdobywają piątki i nagrody. Istotniejsze dla ich rozwoju i jakości życia jest to, by podążały za swoją pasją, która da im siłę do działania i będzie kołem zamachowym ich rozwoju. Pasja da im wewnętrzną moc, dzięki niej poczują się pewniejsze siebie. I w takim właśnie duchu wychowuję swoich synów. Nieważne, że syn krzywo prowadzi szlaczki, czy jego rysunki odbiegają od starannych prac jego koleżanek. No i co z tego? Jego obecną pasją jest piłka nożna i w wieku kilku lat zna nazwiska większości najlepszych piłkarzy, potrafi rozróżniać herby klubów piłkarskich, a każdą wolną chwilę na podwórku spędza z piłką lub na rowerze, bo ćwiczy nogi ;-)

ODWAGA, UWAŻNOŚĆ I PASJA
Na fali tego, chyba wciąż jeszcze awangardowego, podejścia zapoczątkowałam kampanię społeczną „Miej odwagę, żyj uważnie i z pasją”. Kluczowym jej elementem jest film, w którym wypowiadają się matki z córkami. Zachęcam do obejrzenia i podawania dalej TUTAJ.
Niech jak najwięcej osób zainspiruje się do odważnego i uważnego życia z pasją, bo pasja = miłość i radość.  Proste? Proste! Żyjmy w duchu prostoty i (dobro)wolności! :-)

Zgadzacie się z tym, że pasja ma znaczenie?


Więcej na temat pasji znajdziecie na stronie Gabrieli Kucy Kobieca siła.

12 marca 2015

DIY: Jak zrobić niedzielę w środku tygodnia!

Mój poniedziałek. Wstałam wcześniej, zaparzyłam ulubioną kawę w kawiarce, włączyłam muzykę. Spojrzałam za okno sprawdzając, jak bardzo zmienił się świat w czasie, gdy spałam. Wysłałam mężowi sms z życzeniami miłego dnia (mam tendencję do układania rymowanek). Przez chwilę cieszyłam się widokiem moich brykających kociaków. Uświadomiłam sobie, że żyję….  i podziękowałam za to!
 
Twój poniedziałek? Ale co tam poniedziałek, jeśli po nim jest jeszcze wtorek, środa, czwartek, piątek aż wreszcie…. piątek po południu!! Czyli weekend!

W weekend otwiera się prywatne wesołe miasteczko: normalne śniadanie, mnóstwo planów, jacyś znajomi na wieczór, wypad za miasto, seks, butelka wina + (dodaj, co tam chcesz).
Życie wielu ludzi zaczyna się w sobotę, a kończy w poniedziałek! Twoje też? Jeśli tak właśnie działasz -w systemie weekendowym- mam dla Ciebie kilka całkiem pokrzepiających informacji:

Nie od parady działamy, jako ludzie, na zasadzie regularności: potrzebny jest nam tak samo sen, jak i pożywienie. Aktywność i odpoczynek. Samotność i towarzystwo. Spójrz na przyrodę: pory roku, pory doby, wszystko ma swój czas, bo wszystko potrzebuje czasu i pewnych rytuałów. Ty również.

Bawić się tak świetnie jak chomik w kółku!
Wyobraź sobie, co by było, gdybyś czekał/-a z jedzeniem czy snem na weekend. Twój szybki zgon poprzedziłoby stanie się wrakiem człowieka. Bo tak się nie da funkcjonować.
Czy również masz wrażenie, że podzieliliśmy swoje życie od poniedziałku do piątku i od soboty do niedzieli? Pewne sprawy stały się wręcz nietykalne! Spotkać się ze znajomymi w tygodniu? Umówić się we wtorek na lampkę wina? Możliwe?

Bez czytania książek, chodzenia do galerii (każdej…) rysowania, oglądania, pisania, biegania, fitnessu, kawy z przyjaciółmi da się funkcjonować. Nie trzeba tego wszystkiego robić, żeby przeżyć kolejny dzień. No, nie jest tak? Budzisz się, idziesz do pracy, dajesz z siebie wszystko, wracasz i odpoczywasz! Z pilotem w ręku, robiąc porządki (przy włączonej muzyce, żeby nie było -dwa w jednym), zakupy, płacąc rachunki, sprawdzając zadania domowe….. i tak sobie marzysz o weekendzie…, bo w głowie masz chmurkę z samymi przyjemnościami: dłużej pośpisz, wypijesz z mężem lampkę wina wieczorem, obejrzycie jakiś film (być może nawet w kinie), wpadną do was znajomi…. powtarzam się? Bo koło się zamyka. Jeśli tak właśnie wygląda każdy Twój tydzień w roku, niczym chomika w zabawkowym kółku, zrób coś z tym. Szkoda życia!

W ciągu tygodnia pojawiła się niedziela…”
jak śpiewa Maja Sikorowska, która na strychu znajduje gramofon i stare płyty. I jest to środek tygodnia! A ona słucha muzyki! Cóż, też tak mam :- )
Nie uwierzysz, ale pomiędzy poniedziałkiem, środą, czwartkiem, a sobotą i niedzielą nie ma ŻADNEJ różnicy. Każdy z tych dni ma taką wartość, jaką mu nadasz.

Nie rezerwuj swojego cennego towarzystwa na weekend!
Obecnie spotykam się w czwartki z moją koleżanką z czasów studiów; super sprawa! Dzięki wartościowym ludziom mój weekend się rozszerza o kolejne dni…..

Na ulubioną muzykę znajdziesz chociaż kwadrans czasu każdego dnia – nie mów, że nie. Jeśli to coś, co Cię odpręża, co nadaje inny rytm Twoim myślom- rób to jak najczęściej.

Kino to nie tylko wynalazek na weekendy. Jeśli oszczędzasz, to nawet dobra informacja dla Ciebie, bo zwykle w poniedziałki bilety są najtańsze. Pomyśl: wieczorem i tak nie będziesz robić nic lepszego poza „dogorywaniem” w oczekiwaniu na kolejny dzień pracy.

Zamień ten wieczór w święto - następnego dnia nie będziesz musiała słuchać (lub co gorsza: opowiadać) w pracy plotek; będziesz mogła zacząć rozmowę na temat obejrzanego filmu! Dzięki takiej drobnostce, kolejny dzień pracy może minąć Ci zupełnie inaczej!

Jak świętuję każdy dzień
Czekam na weekend tak jak Ty. Bo to czas, kiedy mogę zjeść z mężem śniadanie. I nie pracuję, nawet nie myślę o pracy. Staram się przypomnieć sobie, czy robię coś szczególnego wtedy, i nic mi poza tym śniadaniem nie przychodzi do głowy. Wszystkie rozrywki, hobby, rzeczy, które lubię, rozkładam na cały tydzień.

Często w środy jeździmy po obiedzie do kawiarni – ponad połowa „roboczego” tygodnia już za nami, zatem jest co świętować! Czasem jedziemy do sklepu zoologicznego tylko po to, by pooglądać te wszystkie słodkie zwierzaki :- ) Albo w jakieś miejsce, które nam tylko przyjdzie do głowy, by porobić zdjęcia.

Teraz właściwie codziennie jadamy obiad przy świecach i rozmawiamy – ktoś, kto by wpadł znienacka, pewnie by pomyślał, że mamy rocznicę ślubu.

Smutno mi się robi, gdy odwiedzam kogoś, a on wyciąga „specjalne” kieliszki lub „specjalny” obrus. Obrusu co prawda nie posiadam w ogóle. Nie mam też kieliszków na co dzień i tych od święta. Podobnie z zastawą (o ile ktoś w ogóle się czymś takim przejmuje…) kosmetykami, perfumami, ubraniami, smakołykami; używam tego wszystkiego, jakbym dziś miała ostatnią szansę. W moim domu nie istnieje powiedzenie ”Zostaw, to na święta!”. Dzisiaj jest święto! Jutro nie jest mi jeszcze dane i nie wiadomo, czy w ogóle będzie. Dzisiaj jest ten czas, który wpływa na moje samopoczucie. Dzień, który coś może po sobie pozostawić. I to ja decyduję, co. Ja mogę go upiększyć lub uczynić przeciętnym, czyli – w moim przekonaniu – zohydzić.

Kocham siebie. A skoro kocham, to chcę być dla siebie dobra, bo moja miłość do mnie bardzo wpływa na osoby, które spotykam w ciągu mojego tygodnia. Nie jestem niczyim robotem. Sam Bóg, projektując mnie, stworzył mnie do bycia szczęśliwą. Nie chcę Mu zatem tego planu –  zohydzić.

Załóżmy, że masz przeżyć jeszcze kilkadziesiąt lat (masz np.30, a długość życia wydłuża się). Czy jesteś zdecydowana/-y przeżyć KAŻDY kolejny dzień od poniedziałku do piątku tak, jak przeżyłaś ostatnie 3 tygodnie?

Tu zbliżam się niechybnie do pytania, które sam/-a sobie zadaj: Po co żyjesz?
W życiu człowieka są dwie istotne chwile; gdy się rodzi i gdy odkrywa po co” (Mark Twain)

Ja sobie na nie odpowiedziałam i jest mi z tą odpowiedzią znacznie lepiej. Chce mi się żyć każdego dnia, z dnia na dzień, jakby świat miał się jutro skończyć i tak, jakby zagościło wieczne Królestwo na ziemi :-)
I Tobie też tego życzę!

Iwona
Motyw kobiety


O czekaniu na weekend pisał także Tomasz we wpisie Postawa typu TGiF.

10 marca 2015

O dobrym zbieractwie

Wraz z wiosennym przebudzeniem przyrody ten pomysł coraz bardziej pobudza moją wyobraźnię. Mając na myśli dobre zbieractwo, nie chodzi mi bynajmniej o kolekcjonowanie rzeczy.

"Popatrzmy na tę olbrzymią, drapieżną, ryczącą matkę, którą posiadamy -Naturę - jak leży przy nas przepełniona pięknem i czułością dla swoich dzieci tak, że przypomina samicę  lamparta. Niestety, tak wcześnie jesteśmy odłączeni od jej piersi i zapędzeni w społeczeństwo, w kulturę, która jest oddziaływaniem na człowieka" - pisał Henry David Thoreau w "Sztuce chodzenia" (w tłum. Piotra Madeja).

Idea powrotu do zbieractwa ma nam przypomnieć o korzyściach płynących z odnowienia naszego związku z przyrodą. Zapominamy, że biologicznie wcale się nie zmieniliśmy. Pod względem genetycznym niczym się nie różnimy od ludzi pierwotnych. Ciągle jesteśmy łowcami-zbieraczami. Jednakże coraz bardziej, zamknięci w czterech ścianach, otoczeni przez rzeczy, zajęci elektronicznymi gadżetami, oddalamy się od tego, co jest gwarancją naszego zdrowia fizycznego i psychicznego - przebywania na (nomen omen) łonie natury.

"U podłoża inteligencji przyrodniczej leży ludzka zdolność do rozpoznawania roślin, zwierząt i innych elementów środowiska naturalnego, takich jak chmury czy skały. [...] Chociaż ta zdolność wyewoluowała niewątpliwie w celu lepszego radzenia sobie z elementami przyrody, obawiam się, że obecnie jest stosowana głównie w świecie wytworów ludzkich rąk. Świetnie radzimy sobie z rozróżnianiem na przykład marek samochodów, tenisówek i biżuterii, ponieważ nasi przodkowie musieli być w stanie rozpoznać drapieżne zwierzęta, jadowite węże i jadalne grzyby." - pisał Howard Gardner.

Rozwijajmy u siebie i dzieci ową inteligencję przyrodniczą, której kształtowanie może być dobrą okazją do rodzinnego wypadu do pobliskiego lasu. Nie przechodźmy obojętnie obok jego darów, które mogą stać się dla nas źródłem pożytecznego pokarmu, o czym przypominał także Zdzisław Skrok w "Wymowności rzeczy":

"Dlatego i dziś zbieractwo niesie nam niezawodny ratunek. Choć powinniśmy pamiętać, że nasz świat nie jest łupem, ale darem ofiarowanym pod pewnymi warunkami. Najważniejszy z nich brzmi, że musimy go zwrócić, jeśli nie bogatszy, to przynajmniej nie mniej zubożony. Jeśli więc ten dar niszczymy i nie troszczymy się o tych, co przyjdą po nas, zaprzeczamy całemu dziedzictwu przeszłości. Wędrując więc po naszych lasach, w których częściej napotkać możemy zdemontowane części kradzionych samochodów niż upragnione borowiki, pamiętajmy, że kiedyś być może będą one naszym ostatnim schronieniem, źródłem głodowego pokarmu i nadziei na przetrwanie."

Tym, którzy w nadchodzącym sezonie wiosenno-letnim (ale i przez cały rok!) chcieliby spędzać jak najwięcej czasu pośród leśnych ostępów, łąk, parków, a nawet wiejskich lub miejskich nieużytków, przy okazji rozwijając zapomnianą umiejętność "dobrego zbieractwa" - serdecznie polecam przewodników w tym temacie: książki "Dzikie rośliny jadalne Polski" oraz "Dzika kuchnia" Łukasza Łuczaja, a także blog Miastożercy. Nie będę rozpisywał się jednak na ich temat - zrobili to już za mnie inni :)

O książce "Dzikie rośliny jadalne Polski" możecie przeczytać na blogu Kulinarna czytelnia we wpisie Chwasty na talerzu.
O książce "Dzika kuchnia" przeczytacie na blogu Ekocentryczka tutaj.

Dzięki książce "Mniej" Marty Sapały, w której pisze m.in. o "miejskim szabrze" jako alternatywnym pozyskiwaniu pożywienia, miałem okazję poznać jedną z jej bohaterek: Agnieszkę Mocarską, współautorkę bloga Miastożercy, do którego link znajdziecie tutaj.

Jeżeli zaś sami czerpiecie wiedzę w temacie zbieractwa z innych źródeł, proszę dajcie o nich znać w komentarzach. Jeżeli jesteście już specjalistami w tej dziedzinie, podzielcie się z nami swoim doświadczeniem. Od czego zacząć?

6 marca 2015

Wymowność rzeczy

To tytuł książki, którą dzisiaj wypatrzyłem na dworcu kolejowym wśród innych przecenionych tytułów. Z książkami, podobnie jak z ludźmi, zdarzają się spotkania przypadkowe, ale co do których podskórnie czujemy, że mogą dać początek czemuś ważnemu. Tak było tym razem. 

W przeciwieństwie do minimalizmu, w dobrowolnej prostocie -tak jak ją rozumiem- nie staram się być przeciwnikiem rzeczy, ale próbuję przywrócić należne im miejsce i nawiązać z nimi właściwe relacje. Rozumiem, że tak wyraźna w minimalizmie chęć pozbycia się jak największej ilości przedmiotów jest próbą okiełznania nadmiaru, przesytu i współczesnego zalewu tandetą, odzyskania wolnej przestrzeni. Ja jednak szukam umiarkowania, mając świadomość, że rzeczy mogą i powinny być naszym sojusznikiem, tak jak były nim, towarzysząc człowiekowi przez tysiąclecia.  "Wymowność rzeczy" Zdzisława Skroka (ur. 1950), archeologa i publicysty, wydanej w 2012 r., może być przewodnikiem w takim właśnie pojmowaniu rzeczy.

Mam nadzieję, że autor książki nie będzie miał nic przeciwko zamieszczeniu kilku obszernych jej fragmentów:

4 marca 2015

Minimalista w pięciogwiazdkowym hotelu

Ilekroć czytam założenia minimalizmu lub Wasze historie o wkraczaniu na minimalistyczną ścieżkę, odnajduję się w tym. Już mogę powiedzieć, że się odnajduję, ale przez lata toczyłam bój z samą sobą. Bo ja jestem osobowością typu: wszystko albo nic. Zatem jeśli przyjmuję minimalizm, to tak skrajny jak się tylko da. I w zupełności. W przeciwnym razie narażam się na rozdwojenie, które spędza mi sen z powiek.

Pewnego dnia jednak okazało się, że człowiek taki jak ja potrafi być zupełnie szczęśliwy, DOSTOSOWUJĄC SIĘ do okoliczności. Wiecie, co mnie tego nauczyło? Słowa apostoła Pawła! Cytuję: „Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek.” (List do Filipian 4,12).

Kiedy to przeczytałam, uświadomiłam sobie, że to o mnie. To była moja codzienność zawarta w tych słowach. Początkowo nie nazwałam jej, ale gdy to przeczytałam, przyszło objawienie; mogę być wolnym człowiekiem. Nie muszę się określać przez swoje podejście do spraw mało istotnych, ani robić z tego religii, ani być jak przysłowiowa krowa, która nigdy nie zmienia zdania.

Jak to wygląda w praktyce: Kocham przyrodę, lubię poznawać ludzi przez przebywanie z nimi, nie wybrałabym wakacji w hotelu, ale gdyby mnie ktoś zaprosił, skorzystam ze wszystkimi wygodami i nie będę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie umęczam się w kuchni, tworząc wymyślne potrawy, ale na wszelakich domowych imprezach nie mam nic przeciwko konsumpcji takowych. Praca. Jechałam kiedyś do ekskluzywnego hotelu. Droga była długa i męcząca. Przez cały ten czas snułam wizję o kąpieli w jacuzzi i wyłożeniu się samej na wielkim, małżeńskim łożu. Na miejscu okazało się, że plany się zmieniły i będę dzielić inny pokój, z inną osobą. Nie byłam zachwycona, ale szybko pogodziłam się z tą sytuacją. Dzięki temu poznałam fajną osobę. Adaptuję się do każdych warunków; mogę pić drogiego szampana w jacuzzi, jak i przez miesiąc myć się w ogrodzie (z powodu braku łazienki) w małym garnku, wodą przyniesioną z ulicznego kranu – historia prawdziwa :- )

Jest mi znacznie łatwiej, gdy przerzuciłam się na życie w obfitości. Znów, idąc tropem Mądrej Książki, jaką jest Biblia. Tak rozumiana obfitość oznacza, że masz wszystkiego dużo, nawet w nadmiarze - ale to tak naprawdę służy nie tylko Tobie, ale i ludziom, których spotykasz na swojej drodze; nieważne, czy to jest pełna lodówka, czy radość życia. Ta obfitość ma również świetnego Dawcę, który wie, co komu potrzeba, gdzie masz się z tą obfitością pojawić, czyj dzień, czy nawet życie, zmienić. Odkąd proszę o to, czego mi potrzeba, a nie o to, czego chcę - mam absolutnie wszystko.

Iwona
Motyw kobiety