22 czerwca 2015

Niejedna forma minimalizmu

Czytając nie tylko Wasze wpisy, ale i komentarze ludzi, którzy z minimalistycznym podejściem do spraw nigdy się nie zetknęli, można wysnuć wniosek, że minimalista to nowy twór przejedzonego konsumenta, który dla odmiany postanawia odmówić sobie tabliczki czekolady, którą przeciętny zjadacz…czekolady by nie pogardził. I że z czasem odkrywa, że ani czekolada mu nie jest potrzebna do szczęścia, ani nowy samochód, ani szafa na ubrania. I że właściwie biel to jego ulubiony kolor, więc namiętnie maluje wszystko na biało. Tymczasem jestem przekonana, że  każdego osobnika, który tu wylądował, co innego tutaj przywiodło. Każdy z nas ma inne potrzeby, jest na innym etapie życia, chce i jest gotów co innego zmienić.

Bardzo chciałabym napisać, że potrafię ograniczyć się do posiadania 100 rzeczy. Pewnie potrafię, ale to nie będzie moje – nie odczuwam takiej potrzeby. Odczuwam za to potrzebę skierowania się ku rozwojowi osobistemu, wewnętrznemu, duchowemu i przebywania jak najbliżej przyrody. Dla Ciebie to może być uwolnienie się od zbędnych wydatków na rzecz oszczędności albo podjęcie walki z kompulsywnym objadaniem się.

Jak kiedyś pisałam, doświadczyłam momentu, w którym znajdując się w pustym pokoju poczułam błogie odprężenie i uznałam, że…tak byłoby najlepiej. Dobrze mi bez nadmiaru, w którym mimowolnie żyłam latami, czyli wszelakich ozdób i firanek. Lata później, po pracy odprężałam się słuchając dźwięków natury lub prostej muzyki ludowej. W takiej prostocie znajdywałam ukojenie i uciekałam przed nadmiarem informacji. Ba! W takiej prostocie dopiero odkryłam, że otacza mnie nadmiar informacji! Ty z kolei możesz nie wiedzieć, o czym mówię; być może pracujesz w domu i to z dala od Internetu. Świat wirtualny nie towarzyszy Ci tak bardzo jak mnie, ale możliwe, że jesteś na etapie szukania samego siebie, pomysłu na siebie i celu życia. I bardzo potrzebna jest Ci przestrzeń do tego wewnętrznego monologu.

Obecnie ważnym stało się dla mnie uzyskania balansu w wielu aspektach życia i swój minimalizm postrzegam jako równowagę między szeroko pojętym dawaniem i braniem.  W życiu osoby dojrzałej i chcącej żyć świadomie ważne jest ustalenie priorytetów. Mam z tym niebywały problem, bo wszystko wydaje mi się tak samo ważne: i moje zdrowie, i praca, i rozwój osobisty, i dom, i związek. Wszystko jest tak samo ważne, w zależności od potrzeb. Jestem w dodatku człowiekiem wielozadaniowym, mającym tysiące pomysłów dziennie. Żeby nie zwariować  odkryłam i z ulgą przyjęłam jeden odnośnik, jeden mianownik, główny priorytet. Dla mnie to jest Bóg. Tutaj mój minimalizm się kończy; chcę coraz więcej w życiu duchowym, chcę doskonalej. Chcę brać, by dawać.
Cała reszta pomału zajmuje właściwe sobie miejsca…

Czym dla Was jest minimalizm na dzień dzisiejszy? 



19 czerwca 2015

Spieniężone życie

Dlaczego wzajemne powinności można dziś określić mianem transakcji?
Jaką wartość ma życie bez pieniędzy?
Czy logika długu porządkuje jedynie ekonomiczny wymiar życia, czy też buduje podstawy naszej etyki?
Czy wielkość długu określa granice naszej wolności i naszego sprawstwa?
Czy i jak możemy uwolnić się od długu?

Próbę znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania podejmuje czerwcowy numer Znaku. Dużym atutem nowego zbioru tekstów jest spojrzenie na rzeczywistość długu i jego konsekwencji w różnych obszarach życia z wielu perspektyw: historycznej, społecznej, filozoficznej i teologicznej. Uwikłani w kredyty i zadłużenie poniekąd, i nie do końca świadomie, uczestniczymy w procesach, których przyspieszenie - za sprawą rynków finansowych - głęboko przeobraża dzisiejszą rzeczywistość.

Jak historycznie ewoluowało pojęcie kredytu i -szerzej- długu, o jego związkach z życiem religijnym i społecznym możemy przeczytać w rozmowie Jakuba Muchowskiego z historykiem prof. Krzysztofem Zamorskim Historyczne układy dłużne. Z kolei reportaż Życie pod kreską Beaty Chomątowskiej opisuje życiowe perypetie blisko 3/4 Polaków, którzy nie mają żadnych nadwyżek finansowych. Skutkuje to zapożyczaniem się po to, by przetrać do chwili, gdy otrzymamy zapłatę. Zwykle jednak nie otrzymujemy jej w umówionym terminie, bowiem powszechną praktyką jest, często założona z góry, nieterminowość. Ta ostatnia jest być może elementem szerszego procesu, o którym możemy przeczytać w tekście Zjawisko finansjalizacji prof. Wiesława Gumuły.
Ma ono wiele aspektów. Jednym z nich jest "ubankowienie" społeczeństwa, będące wynikiem wzrostu zewnętrznego finansowania gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i  państw przez instytucje finansowe, które w rezultacie przejmują nad nimi kontrolę. W przypadku gospodarstw domowych coraz częściej skutkuje to utratą wolności finansowej, powoduje uzależnienie od pracodawców, miejsca zamieszkania i innych ludzi, rodzi gotowość do różnych kompromisów moralnych oraz zachowań nieakceptowanych w innych okolicznościach. "Rynki finansowe sprzyjają wypieraniu interakcji, czyli wzajemnych oddziaływań ludzkich podmiotów, poprzez zależności jednostronne. Ktoś wywiera wpływ na innych, a ci drudzy nie mają szansy na jakąkolwiek reakcję skierowaną przeciw niemu, gdyż działa on pod osłoną instytucji finansowych, będąc odgrodzonym licznymi organizacjami <śluzami> i wyposażonym w instrumenty finansowe o dalekosiężnym oddziaływaniu. Wyjątkowo trudne staje się zidentyfikowanie sprawców ewentualnych krzywd oraz skuteczne im się przeciwstawianie." - pisze prof. Gumuła. 
Pośrednie, jednostronne więzi społeczne sprzyjają moralnemu tchórzostwu: zaufanie, lojalność, solidarność i wzajemność zastępowane są kulturą cynizmu, podejrzliwości, manipulacji, gotowość do zdrady, kulturą zachłanności, cwaniactwa i niewdzięczności. Akcjonariusz korporacji z siedzibą w Londynie, Berlinie lub Nowym Jorku akceptuje fakt, że spółka - córka w Birmie wykorzystuje dzieci do pracy niewolniczej, ale wmawiamy sobie, że przecież bezpośrednio nie odpowiadamy za los tych dzieci. To jednak nie tylko świat giełdy lub dużych koncernów - to także codzienna rzeczywistość zapewnienia sobie płynności finansowej poprzez opóźnienie realizacji faktury - ze względu na zapośredniczenie transakcji nie odczuwamy, że za wspomnianą już nieterminowością kryje się odmowa zapłaty konkretnemu człowiekowi. Coraz częściej jedynym kryterium postępowania stają się reguły prakseologiczne i wzory prawne, zapewniające skuteczne, ekonomiczne i legalne powiększanie swoich zasobów finansowych.

Czy jednak dług należy postrzegać wyłącznie od strony ekonomicznej? Równie ważna, a może i daleko bardziej brzemienna w skutkach, jest rzeczywistość długu pojmowanego metafizycznie, o czym możemy przeczytać w rozmowie Mateusza Burzyka z Ireneuszem Kanią, tłumaczem, poliglotą i specjalistą w dziedzinie buddyzmu. Czy w jakiś sposób wszyscy nie jesteśmy dłużnikami? Skąd tak wiele w religii odniesień do długu, odkupienia? "Całe dzieje święte to próby naprawy błędu pierwszych rodziców, zwrotu zaciągniętego przez nich długu"- twierdzi Kania. Niezależnie od religii, wszyscy dzielimy egzystencjalne doświadczenie ułomności i braku, czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku czegoś nam brakuje. Co, a może raczej kto, może nas od tego metafizycznego długu uwolnić?
Temat numeru chyba nieprzypadkowo zamyka rozmowa Dominiki Kozłowskiej i Mateusza Burzyka z bp. Grzegorzem Rysiem Nic innego się nie liczy. Rozwiązaniem naszych codziennych trosk i niepokojów w obszarze zadłużenia jest przede wszystkim zyskanie świadomości tego, co tak naprawdę liczy się w życiu. Bp Ryś daje podpowiedź: „Co można mieć piękniejszego w życiu od doświadczenia relacji z drugim – dar od kogoś i dar z siebie dla niego. Nic innego w życiu się nie liczy, niczym innym człowiek się nie spełni, nic innego go nie zaspokoi. Bóg w Chrystusie daje nam to, co jest naszym najgłębszym szczęściem. Kłopot leży po stronie człowieka, to on rozmienia wszystko na drobne: egzamin, kariera, samochód, domek, zdrowie…”
Jak stwierdził bp Ryś, Bóg ma słabość do bankrutów, o czym możemy przekonać się na kartach Biblii. I dodaje: "Ciekawsze jest co innego – mianowicie: jak wpływa na człowieka bankructwo rozmaicie pojęte – otwiera go na Boga i bliźnich – czy też zamyka? Na szczęście jest tak, że gdy człowiek dochodzi do ściany, to może ten moment przeżyć jako otwarcie na łaskę, może odkryć, że sam dla siebie nie jest samowystarczalny i że potrzebuje kogoś i czegoś więcej."  

Tradycyjnie Czytelnicy bloga zainteresowani wgryzieniem się w temat mogą nabyć aktualny numer miesięcznika po promocyjnej cenie 12,90 zł (cena bez promocji to 19,90 zł). Dodajemy numer 721 do koszyka i wpisujemy w odpowiednim polu „wystarczymniej”, co automatycznie obniży cenę do 12,90 zł. Ten sam kod działa również do numerów 715 (Nie marnuj) oraz 710-11 (Rzeczy). Link do złożenia zamówienia znajdziecie tutaj.

Wpis nt. numeru XI. Nie marnuj tutaj.
Wpis nt. numeru Nazywaj rzeczy po imieniu tutaj.

16 czerwca 2015

Kijem czy marchewką, czyli o promocji rodzicielstwa

 
 


Przetoczyła się burza, przez Polskę przeszedł huragan... Tak w skrócie można opisać reakcje na kampanię społeczną, mającą na celu zachęcenie kobiet do rodzicielstwa...

Z jednej strony zgadzam się z promowaniem tego typu postaw, bo dzietność zdaje się być na przegranej pozycji. Sama niedawno byłam w szoku po wyjściu z rozmowy rekrutacyjnej, że nie zapytano mnie o plany co do dzieci. Z drugiej strony, odkąd pamiętam, ciągle słyszę, że MUSZĘ mieć dzieci. Dodatkowo sugerowanie, że zamiast tego kobiety wolą drogie wakacje, remont mieszkania lub budowę domu, ma prawo zaboleć miliony Polek, bo na takie rzeczy w dzisiejszych czasach chyba tylko córka Kulczyka może sobie pozwolić.

Współczesnej mamie ciężko jest wyjść spokojnie na spacer i nie usłyszeć krytyki o tym, że coś robi źle. Pomimo coraz dramatyczniejszej sytuacji demograficznej widok rodzin wielodzietnych powoduje komentarze typu "dziecioroby". Z tej perspektywy ciężko być pozytywnie nastawionym do rodzicielstwa, a można przecież inaczej...

Zamiast krytykować wiecznie niedospane matki Polki, może lepiej być po prostu życzliwym? To przecież ich dzieci będą nam służyć, gdy będziemy już starzy i zniedołężniali. Zamiast wmawiać młodym mamom, że teraz mają już tylko rezygnować z własnych marzeń, może lepiej pomoc im je realizować?

źródło
Kiedy widzę młodych rodziców, którzy z małymi dziećmi odwiedzają Saharę, to wierzę, że macierzyństwo może być wspaniałym czasem.

Jest tyle osób, których kariera rozkwitła w czasie, gdy pojawiły się w ich życiu dzieci i pozakładały własne firmy.

Czemu piszę o tym wszystkim na tym blogu? Bo uważam, że rodzicielstwo jest jednym z podstawowych etapów w życiu człowieka i nie trzeba wydawać fortuny na "oprzyrządowanie" do niego ani zamykać się pod kluczem, bo inaczej jest niebezpiecznie... Skoro jest to naturalny czas od zarania świata, to myślę, że można się wtedy dalej rozwijać, a nie wciskać pauzę i starać się przetrwać. Życie jest za krótkie na ciągłe sprzątanie i gotowanie. Wiem, że wśród Was są rodzice, którzy cieszą się życiem i w pełni realizują. Proszę, pokażcie, że można inaczej.

10 czerwca 2015

Człowiek w świecie z betonu


Wyjątkowo lubię filmy, których akcja osadzona jest na południu Stanów Zjednoczonych, w XIX wieku. Jeszcze zobaczymy Indian broniących swojej wielkiej, naturalnej przestrzeni, jak i osadników; niektórzy żyją w zgodzie z sąsiadami, naturą i porami roku, inni już zwietrzyli interes i zaczęli budować. I to budowanie każdemu, za wyjątkiem Indian, się spodobało. Bo ułatwiało codzienne życie.

Z czasem, niegdyś zielone i dzikie, tereny należące do każdego zabetonowano i wyznaczono właściciela, który z kolei postawił płot. Miasteczka zamieniły się w miasta, domy w bloki, z wydzielonym metrażem na każdego mieszkańca, pola i werandy na większe lub mniejsze balkony.
Tak nas zastała rzeczywistość. Co jakiś czas rusza akcja typu „Wyloguj się do życia” , „Kultura to natura” i tym podobne – od nowa uczy się nas podstawowych praw natury, pokazuje, że drzewo daje tlen i że jest ważne. I że my też czasem potrzebujemy wyjść na zewnątrz, żeby lepiej funkcjonować.
A my…. czasem się buntujemy, oszukujemy trochę, bo nie potrafimy sobie wyobrazić, jak w tak rozwiniętym technologicznie świecie MY musielibyśmy potrzebować obcowania z naturą.

A jednak

Ludzie z blokowisk wychodzą tłumnie na balkon, by zobaczyć tęczę.
Potrafią pół dnia komentować fakt, że w końcuuuu wyszło słońce!
Wolą śpiew ptaków od jazgotu samochodów, a gdy kupują dom to już >poza miastem< i z możliwie jak najładniejszym widokiem z okna.
Lubią szum fal nad morzem, piasek na plaży, błękit nieba.
Chętnie fotografują piękne krajobrazy i zachwycają się >swojskim< jedzeniem.
Rzadko przechodzą obojętnie obok kwitnącego bzu czy wschodzącego tulipana.
Jadą kilka godzin samochodem, by zobaczyć zachód słońca w wybranym miejscu.
Chłoną górskie powietrze i nadmorską bryzę.
Wybierają wakacje gdzie >cisza i spokój<.
Lubią patrzeć na księżyc i gwiazdy.
Dlaczego? Po co nam to?

Tak, Drogi Człowieku – zostałeś stworzony do tego wszystkiego, do czerpania nie tylko korzyści, ale i wdzięcznej radości. Zachwycasz się tęczą i wschodem słońca? Słusznie! To zostało stworzone, by cię zachwycać, zaopatrywać tak, byś przetrwał, kształtować wrażliwość, pragnienie piękna i dobra.Wreszcie, byś zadał pytanie: Kto to wszystko stworzył?!

Naszym przeznaczeniem nie jest >mrówkowiec<, w którym każdy ma swoje dwa metry kwadratowe i paprotkę na parapecie, tylko przestrzeń pod niebem, gdzie każdy z nas czuje się godnym spadkobiercą tego, z czego sam się czasem odziera. Co pozwolił sobie wydrzeć cywilizacji >w zamian za< …….. 
Właściwie, to ... czy jest większa wartość niż nasze życie w obfitości, zdrowiu, pokoju i szczęściu?




30 maja 2015

Jeszcze o małych domkach, czyli jak duży będzie dość duży?

Chciałbym nawiązać do wpisu na temat ruchu małych domków. Dla niektórych mobilność domku na kółkach będzie niewątpliwą zaletą. Zastanawiam się jednak, czy ta żółwia/ślimacza wersja taszczenia swojego domu "ze sobą" jest najlepszym rozwiązaniem dla minimalisty.

W przypadku zmiany miejsca normalnie sprzedajesz dom/mieszkanie i kupujesz/wynajmujesz inne. Zwykle nieruchomość nie traci na wartości, przynajmniej w takim tempie, jak np. samochód, a taki domek na kółkach to, było nie było, "pojazd". Otwierasz się na nowe i nieznane, bez zbędnego balastu w postaci czterech ścian i dachu na kółkach. Start w nowym miejscu to zawsze niewiadoma, ale i szansa. Czy taki mobilny domek nie ogranicza... mobilności?

Konieczność utrzymania tego na kółkach powoduje duże ograniczenia w konstrukcji, a zatem w rozmiarach, izolacji cieplnej ścian, rozwiązaniach technicznych, które z początku mogą fascynować, z czasem irytować. W przypadku większej liczby osób życie na tak niewielkiej przestrzeni (zwłaszcza w zimniejszych miesiącach) może generować napięcia, a także, o czym była mowa w poprzednim wpisie, deficyty intymności.

I jeszcze jedna sprawa: taki domek trzeba gdzieś "zaparkować", podłączyć do kanalizacji, prądu, wodociągu. A więc nadal kluczowa jest kwestia znalezienia działki, czyli albo własność albo dzierżawa. Wydaje mi się, że te mobilne domki w rzeczywistości stają się mobilne w teorii, gdyż taka jest natura ludzka, że lubi osiadać na stałe, wiązać się z otoczeniem, ludźmi, zwłaszcza, gdy odnajdzie to swoje, mniej lub bardziej wymarzone, miejsce.

Nie znaczy to wcale, że idea małych domków nie jest mi bliska. Wydaje mi się, że mogłaby ona polegać nie tyle na budowie naszych domostw na platformie wyposażonej w koła, lecz na wznoszeniu tradycyjnych domów, ale o niewielkiej, dostosowanej do naszych rzeczywistych potrzeb, powierzchni. Powiem więcej, ruch małych domków jest doskonale rozwinięty w Polsce!, choć oczywiście współcześnie dominuje moda na wielkie posesje, które mają niewiele wspólnego z naszymi potrzebami, zdrowymi finansami, a także często zadowoleniem.

Przypomniała mi się sytuacja dwóch znajomych rodzin. W przypadku tej pierwszej architekt nie dał się namówić na zmniejszenie rozmiarów domu do bardziej użytkowych (pisałem o tym we wpisie Dom ze słomy), w tym drugim, bardzo okazałym i ledwo co wybudowanym za ciężkie pieniądze, pani domu oświadczyła, że z uwagi na jego gabaryty źle się w nim czuje.

Czy rzeczywiście potrzebujemy dużego domu? Ciekawie o optymalnych wymiarach domu pisał Ferenc Mate w książce "Prawdziwe życie":

"Zacznijmy wygodnie, ale też rozsądnie - od wejścia. W sieni powinna być ława, gdzie można usiąść i zdjąć buty, oraz szafa na palta, więc powiedzmy, że wystarczy pomieszczenie o wymiarach 2 na 2,5 metra, czyli 5 metrów kwadratowych. 
Jeżeli zgodzicie się ze mną, że nasza kuchnia z kominkiem, ceglanym piecem chlebowym, marmurowym blatem, stołem i ławą jest dostatecznie funkcjonalna, to dodajmy 12 metrów kwadratowych - nieźle jak na miejsce, gdzie gotujemy, jemy i przesiadujemy. Na wszelki wypadek dopiszmy jeszcze spiżarkę na zimę, czyli powiedzmy, półtora na półtora metra, a więc 2,25 metra kwadratowego ekstra.
Salon powinien być na tyle przestronny, by pomieścić przyjaciół i krewnych, ale nie tak duży, by trzeba było zamawiać taksówkę, aby dostać się z jednego końca pokoju na drugi. 4,5 na 4,5 metra to dość miejsca, by zmieścił się tam kominek, kanapa, dwa fotele, regał z książkami i pianino. Czyli nieco ponad 20 metrów kwadratowych. Wierzcie mi lub nie, ale na razie uzbieraliśmy w sumie 40 metrów kwadratowych.
Dobudujmy jeszcze parę sypialni o wymiarach 3,5 na 3,5 metra, dwie łazienki po 2,5 na 2,5 metra i jeszcze przestrzeń do przechowywania różnych rzeczy, która miałaby powierzchnię jednego pokoju, a otrzymamy 49,25 metra kwadratowego, czyli na cały dom 89,25 metra kwadratowego. No to dodajmy jeszcze jeden pokoik i zaokrąglijmy: przytulny domek będzie miał 100 metrów kwadratowych. A teraz pytanie: czemu, u licha, przeciętna współczesna rodzina potrzebuje domu dwa razy większego? Do gry w kręgle? Tańców kowbojskich? Wyścigów samochodowych na korytarzu?
Nie dość, że zbudowanie funkcjonalnego dom o powierzchni 100 metrów kwadratowych kosztowałoby grosze, to jeszcze z łatwością moglibyście go postawić wespół z rodziną i przyjaciółmi w rok, z miłymi długimi przerwami na obiad i dniami wolnymi od czasu do czasu. A pomyślcie tylko, jak duży przy całej zaoszczędzonej przestrzeni mógłby być wasz ogród warzywny, gdzie bawiłyby się wasze dzieci, wy sami moglibyście się byczyć albo spędzać miło czas z sąsiadami, a żółw pohasać w dziczy.
Teraz wiele osób zapyta: „Ale gdzie jest garaż?". Na co odpowiem uniżenie: „Nigdzie". Mówię zupełnie serio, samochodami jeździ się po szosach i autostradach, które raczej nie są zadaszone, a na dodatek większość aut stoi zaparkowana przez cały dzień pod gołym niebem, więc czemu mielibyśmy chować je pod dach na noc? Czyżby wyły ze strachu, kiedy zapadnie zmierzch?
Nie zamierzam nawet wspominać o innych dziwacznych częściach domu, które w naszych czasach wydają się tak niezbędne, jak nasze żywotne organy: o wejściu jak do katedry, gdzie nikt się nie modli, o ogromnej jadalni, gdzie nikt nie jada, o pokoju rodzinnym, w którym rzadko przebywa rodzina, czy o pokoju zabaw, gdzie wszyscy nudzą się jak mopsy. Wystarczy zauważyć, że to co szpanerskie i bezużyteczne zdominowało nasze życie, począwszy od śmieciowego żarcia, pozbawionego wartości odżywczych, poprzez przemysł finansowy, który nie wnosi do społeczeństwa niczego poza okazjonalnym dreszczykiem zbliżającego się krachu, aż po nasze tandetne, ogromne domy, w których jesteśmy odizolowani od świata i samotni, i trzęsiemy się ze strachu, czy uda nam się spłacić hipotekę."

Czy dom między 89-100 m2  spełniałby nasze potrzeby? Co w przypadku licznej rodziny? Czy każdy domownik musi mieć swój osobny pokój? Myślę tu zwłaszcza o dzieciach. Tu znowu przykłady: znam rodzinę wielodzietną, która przez wiele lat gnieździła się w dwupokojowym mieszkaniu. Warunki niewyobrażalnie trudne, ale było widać, że wszyscy się kochają i rozumieją. Znam także rodziny, które mogą jeździć po domu rowerem, w której każde dziecko ma osobny pokój z tabliczką wstęp wzbroniony. Nie sprawiają wrażenia rodziny zgranej i szczęśliwej.

My sami w 6 osób mieszkamy co prawda w bloku, ale nasze dwupoziomowe mieszkanie o powierzchni 87 m2, składające się z 4 pokoi, 2 łazienek i otwartej na salon kuchni, przypomina nieco mały domek. Brakuje nam tego, co dom może zaoferować - spiżarni, niewielkiego pomieszczenia gospodarczego, może dodatkowego pokoju dla gości, no i, o czym już pisałem, ogródka. W sumie nasz dom mógłby zmieścić się w 100 m2 tak, jak zaplanował to Mate.

Wiem, że wybierając projekt domu lub gotowy budynek wiele osób stoi przed dylematem - lepiej zaplanować/kupić nieco większy "na wszelki wypadek", bo i tak bierzemy kredyt, bo co powiedzą sąsiedzi, rodzina...  Może jednak lepiej wybrać coś skromnego, co odpowiada naszym potrzebom?

Przyznam się, że lubię wyłapywać w najbliższej okolicy niewielkie w rozmiarach domy. Zastanawiam się jak się w nich żyje lokatorom. Wybudowane niedużym kosztem, były zapewne wynikiem nie tyle świadomej decyzji życia na małej przestrzeni, co raczej ograniczonych możliwości finansowych. Możemy jednak zapoczątkować "ruch małych domków" podyktowany naszym osobistym wyborem, za którym stoi skromność, gospodarność i zwykły zdrowy rozsądek!

Poniżej kilka fotek domków z najbliższej okolicy. W różnym stylu, różnej konstrukcji, ładne lub brzydkie. Ale łączy je jedno - ich  niewielka powierzchnia:










































29 maja 2015

Ruch małych domków - możliwy w Polsce?

źródło

Słyszeliście już o ruchu małych domków? Od czasu załamania się gospodarki coraz więcej Amerykanów zamiast zadłużać się na wielkie domy woli budować małe przyczepy za gotówkę... Powstaje coraz więcej filmów dokumentalnych na ten temat. Ba, jest nawet program telewizyjny, w którym ekipa przyjeżdża do zainteresowanych rodzin, buduje im taki domek "na życzenie" i pomaga uporać się z przeprowadzką ze zwykłego domu. To wszystko wydaje się być szokujące dopóki nie zastanowimy się chwilę nad tym, ile takie rozwiązanie może przynieść nam korzyści.

źródło
Pamiętam jak podczas jednego z wykładów na studiach usłyszałam, że w Stanach standardem jest przeprowadzka do innego miasta z powodu pracy. Słuchając wypowiedzi właścicieli małych domków na kółkach jedną z najczęściej wymienianych korzyści jest właśnie możliwość zabrania domu ze sobą. Są to często osoby, które dopiero rozwijają swoją karierę zawodową i zauważyły jak brak własnego lokum ogranicza ich możliwości...

Nie dziwię się, że ten model sprawdza się w Stanach, bo teren jest tam stosunkowo nizinny, w wielu miejscach nie pada śnieg... Tutaj pojawia się jedna z moich największych wątpliwości, bo kiedy myślę o wybudowaniu domu w Polsce na myśl przychodzą mi najpierw domy pasywne z półmetrową izolacją ścian. Nie ma co się oszukiwać - mieszkamy w kraju o surowym klimacie. Jednak wujek Google, jak i właściciele domku powyżej zdają się dawać sobie radę. Mały domek nagrzewa się stosunkowo szybko, to trzeba mu przyznać, choć przeraża mnie koszt utrzymywania 25 stopni przez pół roku w takiej konstrukcji.

źródło

Drugą nurtującą mnie sprawą jest seks. Praktycznie nikt o tym nie pisze. Właściciele tych domków potrafią pokazać Wam kibel, lodówkę, brudną bieliznę, ale kiedy widzę rodzinę, która tak mieszka, zawsze po cichu liczę, że ktoś mi wreszcie powie jak sobie radzi z brakiem ścian i rozchodzeniem się dźwięków na tak małej przestrzeni...

Poza wspomnianymi wątpliwościami taki domek wydaje się być świetnym rozwiązaniem, bo powiedzcie szczerze, co robicie po powrocie do domu z pracy? Ja padam do łóżka, nad ranem biorę szybki prysznic, a w weekend zamiast siedzieć w domu wolę gdzieś wyjść... Gdybym tylko jeszcze wiedziała, na którym kontynencie zostanę na stałe ;)

Poniżej zamieściłam Wam najlepsze (w mojej opinii) filmy na ten temat. Ostrzegam są długie. No to weekend czas zacząć ;)




25 maja 2015

Prośba o wypełnienie ankiety



W tym krótkim wpisie spełniam prośbę Karoliny, która pisze pracę licencjacką na Uniwersytecie Opolskim o minimalizmie. W linku znajdziecie ładnie opracowaną ankietę. Mam nadzieję, że zechcecie do niej zajrzeć.

Oddaję głos samej zainteresowanej:

Nazywam się Karolina Wojewodzic, jestem studentką III roku socjologii na Uniwersytecie Opolskim. Zwracam się do Was z wielką prośbą o pomoc. Jestem w trakcie pisania pracy licencjackiej o minimalizmie i byłabym ogromnie wdzięczna, jeśli zechcielibyście poświęcić czas na odpowiedź na 6 pytań. Z zebranego materiału powstanie opracowanie, z którym z przyjemnością się z Wami podzielę :)) Ankiety są anonimowe, nikt z Was oczywiście nie będzie w mojej pracy cytowany z imienia i nazwiska czy pseudonimu, natomiast zamieszczę w niej ogólne podziękowanie dla Was za pomoc. Bardzo proszę jeśli znajdziecie ochotę i czas ( w miarę możliwości do końca maja 2015) wypełnijcie formularz on-line (Długość odpowiedzi dowolna  :)
Z GÓRY BARDZO DZIĘKUJĘ !

Link do ankiety znajdziecie tutaj.