Podróże dalekie... czy bliskie?

Ostatnio mówiłem o podróżach dalekich, a teraz coś dla kontrastu, o 'podróżach' bliskich, ich roli w naszym życiu, w nabraniu dystansu do codziennej rutyny, w wychowywaniu młodszego pokolenia... Dziś także trochę faktów z mojego życia.



Myślę, że to nagranie Wam się spodoba.

MP3 do pobrania: http://oszczedzanie.info.pl/?wpdmact=process&did=MTguaG90bGluaw==

P.S. Otrzymuję sporo informacji na temat publikacji samych nagrań (na moich blogach i tutaj), jedni wolą stream, z kolei kiedy opublikowałem stream z jakimiś tematami dot. przedsiębiorczości odezwały się glosy - "Remigiusz - a gdzie jest mp3 do pobrania?" Na razie jestem otwarty na Wasze sugestie, jeśli chodzi o nagrania wszystko powoli dopracowuję, skoro jednak MP3 jest mało inwazyjną formą publikacji (żadnych wyskakujących okienek, reklam) myślę, że to tego bloga pasuje.

Remigiusz, autor bloga "Oszczędzanie"

Praca zdalna - mieszkanie w raju. Czy można pracować przez internet i mieszkać na wsi lub w innym kraju?

W tej audycji mp3 autor powie Wam o możliwościach pracy zdalnej przez internet i jednoczesnego mieszkania poza wielką metropolią - w cichej sielankowej wiosce, a może w jakimś śródziemnomorskim raju?

Dowiecie się o pewnych doświadczeniach autora oraz jego blogowych kolegów w wyżej wymienionych kwestiach. Jak przygotować się do ewentualnej wyprowadzki, jak zapewnić sobie bazę do pracy i życia, co jest ważne?

 

Tak jak ostatnio - plik jest do łatwego pobrania z hostingu bloga "Oszczędzanie" - bez jakichkolwiek reklam, obligatoryjnych subskrypcji ani innych niespodzianek - wystarczy kliknąć i cieszyć się nagraniem :-)

http://oszczedzanie.info.pl/?wpdmact=process&did=MTcuaG90bGluaw==


Remigiusz, autor bloga "Oszczędzanie"


Mniej znaczy lepiej

Już jutro (16 lipca) na półkach księgarni premiera książki Ludmiły Piaseckiej - autora naszego bloga, zatytułowanej 52 tygodnie, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia. Dzięki uprzejmości Miłki poniżej fragmenty rozdziału "Mniej znaczy lepiej", w którym bohaterka -miło mi to stwierdzić- czerpie inspirację do zmian m.in. z Drogi do prostego życia. Zapraszam do lektury:

[...] Wchodząc do pokoju dzieci, potykam się o góry walających się wszędzie przedmiotów. Jak to się stało, że zdołaliśmy ich tu upchać aż tyle? Czuję się przytłoczona. To samo w kuchni. Szafki wypełnione różnej maści sprzętem AGD, niekompletnym, dziwacznym, nieużywanym od lat. W szufladach stosy sztućców. Czy kiedykolwiek miałam aż tylu gości, by wyciągnąć je wszystkie? A sypialnia? Zastanawiam się, czy nie powinnam jej raczej nazywać przechowalnią. Mój stolik nocny pokrywa piramida papierów, książek i czasopism. U Wojtka jest chyba jeszcze gorzej. Pomiędzy stosami gazet ukrywają się papierki po cukierkach, zagubione łyżeczki, nigdy niesprawdzone kupony totolotka. W salonie sofa upstrzona jest poduszkami, pod którymi Franek z uporem maniaka upycha swoje bluzy. W łazience piętrzą się stosy brudnych ubrań. Skąd one się biorą, przecież pralka codziennie wypluwa czyste? Odnoszę wrażenie, że otaczająca mnie przestrzeń gwałtownie się kurczy i zasysa mnie jak odkurzacz. Ląduję w jakimś pudle, upchana w zwojach przedmiotów, które odbierają mi możliwość ruchu. Zastanawiam się, kto kogo posiada – czy jestem właścicielką tej przestrzeni, czy też odwrotnie, przestrzeń posiada mnie. Wychodzę na werandę i oddycham głęboko. Zdaje się, że przyszedł najwyższy czas, by ustalić tutaj właściwą hierarchię. Muszę się zabrać do inwentaryzacji swojego domu. Zamierzam mu przywrócić właściwe proporcje i znaczenie. Pozwalam, by ciepło sierpniowego poranka rozgrzało mnie przed pracą wymagającą nie lada odwagi. Bo czy plan odgruzowania domu z niepotrzebnych przedmiotów nie jest zadaniem zgoła heroicznym?

Remanent otaczającej mnie przestrzeni zaczynam od serca domu – kuchni. Postanawiam działać metodycznie i najpierw ustalam sposób sortowania przedmiotów:
a) rzeczy do oddania,
b) gadżety, których nigdy nie użyłam, nadające się do sprzedania,
c) przedmioty zepsute – do natychmiastowego wyrzucenia,
d) niezbędniki, czyli to czego naprawdę potrzebujemy.

Selekcja wcale nie jest łatwa. Dość szybko orientuję się, że do ostatniej kategorii zaliczam najwięcej przedmiotów, niekoniecznie trafnie. Postanawiam na chwilę to odłożyć. Zaczynam rozumieć, że oczyszczanie przestrzeni to proces, który wymaga zarówno zaangażowania, jak i czasu. W poszukiwaniu dystansu i inspiracji zaglądam w czeluści internetu. Szperając tu i tam trafiam na blog o przewrotnym tytule: Wystarczy mniej. Czytając, uświadamiam sobie, że oczyszczanie przestrzeni to tylko jeden z kroków, które muszę podjąć, by mniej znaczyło lepiej. Szykuję więc sagan zielonej herbaty z imbirem i rysuję Majkową mapę minimalizmu: Oczyszczanie przestrzeni – pozbycie się rzeczy niepotrzebnych – odkrycie rzeczy istotnych – wyłuszczenie priorytetów – redukcja niepotrzebnych zadań – uważność i skoncentrowanie się na jednej rzeczy jednocześnie – znalezienie w kotle codziennych obowiązków czasu na zupełną ciszę, tę, z której rodzi się dystans i harmonia. Postanawiam przez najbliższy tydzień przeprowadzać remanent w trzech sferach: w przestrzeni, w działaniu i w myśleniu.

Wracam do kuchni i tym razem decyduję się popracować krótko, lecz intensywnie. Mam zadanie do wykonania i koncentruję się tylko na nim. Po niespełna dwóch godzinach kuchnia zaczyna się wyłaniać z natłoku przedmiotów. Wynoszę worki z wypisanym na nich przeznaczeniem. Osobno odkładam elektrośmieci, przedmioty, które mają zakończyć swój żywot, lądują w kuble, a te, które posłużą jeszcze komuś, pakuję do bagażnika. Po obiedzie zawiozę je tam, gdzie trzeba. Część zostawiam w garażu – może uda mi się sprzedać je na Allegro? Po rozprawieniu się z zawartością kuchennych szafek pozbywam się także firanek. Pozwalam, by światło ogrzało każdy nowo odkryty kawałek przestrzeni.

Wieczorem pracuję nad sferą działania i myślenia. Na początek rezygnuję z oglądania wiadomości. Moim częstym zwyczajem było zasiadanie przed telewizorem na „Teleexpress”, potem włączałam jeszcze „Panoramę”, „Fakty” i „Wiadomości”. Po co w ciągu jednego dnia dobrowolnie pozwalałam się bombardować taką ilością informacji? Sama nie wiem. Zamiast codziennej porcji wiadomości postanawiam podarować sobie dodatkowy spacer. Biorę Borysa i zanurzam się w pomarańczowym świetle sierpniowego wieczoru. Ulica jest prawie pusta. W powietrzu unosi się zapach stygnącego asfaltu. Zaglądam w okna domów, w wielu z nich odbija się niebieskie światło ekranu. Czuję, jak powoli opada ze mnie natłok niepotrzebnych spraw. Liczy się tylko to, co dzieje się tu – tuż przede mną.

Następnego dnia zabieram się do oczyszczania sypialni. Uwalniam okna od ciężkich zasłon. Zmieniam pościel (tym razem wybieram białą). Odgruzowuję stoliki nocne i komodę. Nagle wyłaniają się przedmioty zapomniane. Porcelanowy świecznik, kolczyki z szarego filcu, Wojtkowe wieczko od obiektywu. Inne przedmioty zmieniają swoje kontury lub nabierają nowego znaczenia. Nagle widać lustro, łóżko staje się większe, mój czarno-biały portret wychodzi z cienia. W świeczniku umieszczam nowe świeczki, wygrzebane z niespożytych zasobów komody. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czuję radość z tego, co już posiadam, i nie mam potrzeby gromadzenia niczego więcej. Uwolniona przestrzeń paruje nową energią. Wieczorem odkrywam z Wojtkiem, że oczyszczona przestrzeń uwalnia także zmysłowość. Zaiste, mniej znaczy lepiej.

Kolejnego dnia mojego projektu zaglądam do łazienki. Wyrzucam spory stosik zapomnianych kremów, przeterminowanych lekarstw, pustych tubek po paście do zębów, starych szczoteczek (jak to się stało, że mieliśmy ich aż dwanaście?). Potem zabieram się do ręczników. Zwijam je w ślimaki i układam w ślimaczą piramidę. Na umywalce i wannie stawiam bukiety z trawy oraz lawendy (od pani Danuty). Na koniec wypuszczam przez okno wszystkie opary łazienkowej chemii i zapraszam do środka zapach ogrodu.

W sobotę wyłapuję rodzinny ludek i wciągam go w moją minimalistyczną misję. Mamy dwa cele do rozpracowania – gabinet Wojtka i pokój bliźniaków. Szturm następuje z samego rana, bój jest gwałtowny i zacięty. Wieczorem padamy wszyscy na sofę. O dziwo, nikt nie włącza telewizora. […] Zgodnie idziemy spać prawie z kurami. Zasypiam w pół zdrowaśki. Budzę się na przednówku dnia. Różowopopielaty świt zasypuje mnie ciszą. Wślizguję się w jej objęcia, obejmując myślami miniony tydzień. Zaiste. Mniej znaczy lepiej. Każdy posiadany przeze mnie przedmiot domaga się uwagi. Pozbywając się tych, którym nie jestem w stanie jej okazać, oczyszczam nie tylko przestrzeń, ale przede wszystkim swój umysł. Uwolniona od natłoku rzeczy przestrzeń rozjaśnia myśli. Zaczynam filtrować chaos otaczających mnie zadań. Wyławiam z nich to, co jest naprawdę istotne. Zamiast podejmować się wielu zadań naraz, skupiam na jednej rzeczy całą swoją uwagę. Paradoksalnie robię wtedy znacznie więcej. Uważność przynosi też radość, bo jest zaprzeczeniem bylejakości. Otaczam się tym, co naprawdę stanowi dla mnie wartość. W oczyszczonej przestrzeni łatwiej wyłuszczyć priorytety. Tak, by znaleźć równowagę między „być” a „mieć”.


Więcej na temat książki znajdziecie na stronie wydawnictwa tutaj. Osobiście niecierpliwie czekam na możliwość przeczytania jej od deski do deski. Miłka prowadzi też swój własny blog historiarzeczymalych.

Nazywaj rzeczy po imieniu


W wakacyjnym numerze Znaku tematem miesiąca są rzeczy: jakie miejsce zajmują dziś w ludzkim życiu, czym są przedmioty, w jakich kierunkach ewoluują, co mówią o nas i jak sobie z nimi radzimy.

W rozmowie z Justyną Siemionowicz pt. Oddam, przyjmę mieliśmy -ja i moja Żona- okazję opowiedzieć o dobrowolnej prostocie, w jaki sposób ją odkryliśmy i jak przeobraziła nasze codzienne życie, w tym nasz stosunek do materialnego świata. Jak zwykle dzielimy się naszą normalnością, zadziwieni, że jest traktowana jako coś niezwykłego...

Poza tym w numerze można przeczytać kilka tekstów, które na różne sposoby starają się głębiej wniknąć w związki człowieka z przedmiotami, z których wszak utkana jest nasza codzienność i które tworzą trwałą ramę dla naszych myśli i działań. O obecnej dematerializacji rzeczy i w konsekwencji utracie oparcia, jakie dawała jednostce ich namacalność i solidność opowiada tekst Z powrotem do rzeczy Justyny Siemionowicz. Przejawem tego zjawiska jest choćby rozpowszechnienie rzeczy jednorazowego użytku (to już ponoć 80% dóbr obecnych na rynku).

O stosunku do rzeczy z perspektywy wędrowca, swoich obozowiskach i Nietzsche pisze Łukasz Orbitowski w eseju Wędrowiec i jego rzeczy. Po jego lekturze stwierdziłem, że może lepiej zrobilibyśmy traktując swoje aktualne miejsca zamieszkania jako tymczasowe obozowiska – taka perspektywa uczy właściwego stosunku do posiadania i samego siebie. „Obozowiska zasysają rzeczy i uczą ich nieważności” - pisze Orbitowski. Albo inaczej: uczą odróżniać rzeczy niezbędne do życia, od tych, które próbują stać się jego namiastką, pozostawiając nam, zakotwiczonym w naszych przedmiotach, tęsknotę za drogą. Nieprzypadkowo mówimy o nieruchomościach – one nas unieruchamiają. Punkt oparcia, stałość w wędrownym życiu zyskujemy nie dzięki przedmiotom, ale tym, z kim związaliśmy się grubym sznurem wspólnoty. Według autora: „Liczą się tylko te przedmioty, których wędrowiec nie potrzebuje”. Może wszyscy jesteśmy nomadami, a nasze poczucie „umiejscowienia” to triumf rzeczy, których nie mieliśmy siły porzucić.

Jako kontrapunkt materiał pt. Czyściec przedmiotów Filipa Springera powstały przy okazji badania Marcina Trzcińskiego, który jako pierwszy w Polsce przebadał zawartość naszych piwnic. Zwykle deklarujemy raczej praktyczny do nich stosunek, ale zamieszczony minireportaż ujawnia, że często górę biorą motywy emocjonalne. Magazynujemy tam rzeczy, na które nie chcemy patrzeć, nie chcemy o nich pamiętać. Ale nie jesteśmy w stanie ich wyrzucić.

W rozmowie Świadomość zmian Zuzanna Skalska stawia m.in. tezę, że jako Europejczycy osiągnęliśmy punkt graniczny – nie możemy się już bardziej wzbogacić. Kryzys finansowy, którego doświadczyliśmy, pokazał, że nie możemy mieć więcej. Potrzebujemy jakiegoś zrównoważenia dla dotychczasowego modelu, który zawiódł. Tym balansem jest -jej zdaniem- nadchodząca skandynawizacja (przeciwstawiona amerykanizacji), czyli życie ze świadomością, że nie potrzebujemy wielu rzeczy. Czy kierunek geograficzny nadchodzących zmian jest słuszny, tego nie wiem (równie dobrze z American dream otrząsnęli się jako jedni z pierwszych sami Amerykanie), ale warto przytoczyć zacytowane w wywiadzie fińskie powiedzenie, że szczęście jest zawsze pomiędzy „dużo” i „za mało". Według Skalskiej minimalizm nie jest „ruchem”, ponieważ tak naprawdę to jedyna droga, którą możemy pójść. A jednocześnie wyzwanie dla firm-gigantów typu multinational, które wyrosły z założenia, że człowiek nie jest minimalistą, że chce bez końca gromadzić. Czy jest to uniwersalna zasada antropologiczna, czy też prawidłowość dobrze opisująca tylko jedno pokolenie?

Czytelnicy bloga zainteresowani wgryzieniem się w temat przedmiotów mogą nabyć aktualny numer miesięcznika po promocyjnej cenie 12,90 zł (cena bez promocji to 19,90 zł). W tym celu do koszyka zakupowego na stronie www.znak.com.pl należy wpisać kod promocyjny "wystarczymniej" (na stronę promocji można wejść także tutaj). Wysyłka numeru gratis.

Ps. Czytelnicy w komentarzach donoszą, że gratisowa wysyłka obejmuje nie tylko sam numer Znaku, ale także całość zamówienia :)

Gasimy pragnienie

Idealnie pasuje na upały.
Składniki (baza):
  • zielona herbata
  • mięta
Składniki (opcjonalnie do wyboru):
  • pokrzywa
  • melisa
  • yerba mate
  • cytryna, ew. sok z kwiatów czarnego bzu
Zaparzamy bazę ew. z dodatkowymi składnikami, zostawiamy na noc do wystygnięcia. Rano do lodówki i po przyjściu z pracy szklanka na "gaszenie" pragnienia.
SMACZNEGO

p.s. jakie (oprócz wody) macie sposoby na upały. Pomijam wszelkie kolorowe, gazowane, butelkowane w PETach napoje (poza kwasem chlebowym).

Sekret czwarty - bezpieczeństwo i troska.

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Czwarty sekret odnosi się do czuwania nad rodziną i troską o jej byt materialny.
Czym ma się wyrazić bezpieczeństwo i troska?
Autor podpowiada, że czuwanie nad bezpieczeństwem to podejmowanie roli lidera w chwilach kryzysu dotykającego rodzinę, uspokajanie, podejmowanie skutecznych decyzji przywracających równowagę.
Potrzeby materialne - stworzenie i podtrzymywanie atmosfery spokoju i bezpieczeństwa poprzez stały, przewidywalny dochód, który zabezpiecza byt materialny rodziny.

Bezpieczeństwo to m.in. przekazywanie informacji dzieciom nie tylko jak reagować w przypadku pożaru lub wypadku, ale też co czeka starsze dzieci ze strony współczesnych zagrożeń, takich jak narkotyki, przemoc, pornografia. Poniżej lista sześciu sposobów na lepszą ochronę dzieci:
  1. Wypracowanie w sobie zdrowego podejścia do trudności.
  2. Zastanawianie się, kto jest dla Ciebie najlepszym wzorem skutecznego działania w sytuacji kryzysowej.
  3. Wsparcie innych ojców - regeneracja sił po kryzysie i odzyskanie pewności siebie. Chyba jeszcze trudne do zastosowania w Polsce, gdzie raczej nie szukamy grup wsparcia.
  4. Odkrycie fundamentu swej męskości.
  5. Nieunikanie w sytuacjach kryzysowych rozmów z dziećmi.
  6. Codzienne rozmowy nie tylko z dziećmi, ale przede wszystkim z żoną.
Troska o zabezpieczenie materialne - to chyba oczywista sprawa, ale jedna uwaga bardzo mnie poruszyła:
"Będąc świadomym potrzeb swojej rodziny planujesz świadomie swoją karierę zawodową. Propozycja podwyżki, zmiany stanowiska daje Ci chwilę zastanowienia - czy naprawdę musisz zbijać majątek? Jeśli rodzina żyje wygodnie z dotychczasowymi standardami zarobków, możesz kierować się swoimi standardami zamiast firmowymi. Znika presja".
Czy nowa lepsza praca, nowe stanowisko pozwolą spędzać tyle samo czasu co dotychczas? Czy jest to uczciwe?


Jak to wygląda u Was? Na swoim przykładzie mogę napisać, że świadomie sześć lat temu zmieniliśmy pracę (miasto, otoczenie), aby móc mieć więcej czasu dla siebie, dzieci. 

Między twórczym bałaganem a pedantycznym porządkiem

Porządek, porządek, to wróg zwierządek – twierdziła kaczka Katastrofa w bajce Wojciecha Widłaka. Zastanawiam się czasem nad ilością energii wkładaną w okiełznanie przedmiotów, aby stały lub leżały dokładnie w tym, a nie innym, miejscu. O, Syzyfie! Porządek trzeba robić, nieporządek robi się sam, mawiał Tadeusz Kotarbiński.

Prawo entropii zakłada, że każdy układ podlega stopniowemu rozpadowi. Rozpad systemu nazywanego porządkiem najlepiej widoczny jest na przykładzie rodziny wielodzietnej, w której przedmioty niczym żyjątka przemieszczają się dzięki swoim niczego nieświadomym (?) nosicielom. Epidemia rozrzuconych klocków lego, kredek, skarpetek, chusteczek do nosa, książek, nożyczek, pinesek, niedokończonych rysunków, szklanek, słomek, części garderoby szerzy się w zastraszającym tempie. Przedmioty, napotykając dobre warunki rozwoju, tworzą kolonie, szczególnie dobrze rozwinięte w dziecięcych pokojach. Ciekawe, że dzieci są dość dobrze uodpornione na toksyny bałaganu, natomiast starsze osobniki przejawiają, zwłaszcza pod koniec dnia, objawy zatrucia (wzmożona aktywność, napady nerwowości, gwałtownych skłonów, bezwładne opadanie na sofę).

Porządek to jedna z nieskończenie wielu, statystycznie - nieprawdopodobna, wersja chaosu (Holbach). To rzecz ulotna, która pojawia się na krótko w sobotnie przedpołudnie lub wieczorem, po położeniu dzieci do łóżek (i bez zaglądania do wnętrza szafek na ubrania!). Ileż utajonego szału [rodziców] zawiera zwykły porządek (to Gombrowicz).

Zachwyca mnie świat przyrody, tak pełen chaosu, a jednak uporządkowany i to bez bólu krzyża od podnoszenia porozrzucanych przedmiotów (choć zawsze to jakaś forma gimnastyki). Spacerując po lesie nie układasz patyczków w równe rządki, akceptujesz nieład opadających liści i szyszek, pogmatwane ścieżki mrówek.

Szukam złotego środka, który pogodzi ogień z wodą. Może w pojęcie porządku wdarła się tyrania perfekcjonizmu, a próby jego „ostatecznego” zaprowadzenia to iluzja kontroli nad przedmiotami i... własnym życiem? A może poszukać metody w tym szaleństwie: być łagodnym dla przedmiotów, mając nadzieję, że dojdziemy do entente cordiale – serdecznego porozumienia: pozwolę rzeczom odrobinę żyć własnym życiem, one pozwolą mi zapaść wygodnie w fotelu lub na sofie i delektować się, choć od czasu do czasu, świętą obojętnością.

Czy odrobina nieładu okaże się twórcza czy też destrukcyjna, to wszak zależy już od twórców.




O tym, że radosny bałagan jest lepszy niż smutny porządek pisałem w poście Rodzice na wolnych obrotach.

Nad kaszubskim Walden Pond

Wróciłem znad mojego kaszubskiego Walden Pond. Od pięciu lat na kilka dni/ tydzień wynajmujemy domek letniskowy nad jeziorem, w lesie. Obowiązkowo z kominkiem, przy którym możemy się ogrzać w chłodniejsze dni (jak w tym roku) lub który świetnie pełni rolę opiekacza do grzanek (: Wynajmowanie domku sprawdza się doskonale, choć na początku pojawiła się myśl, że fajnie byłoby mieć to -prawie idealne- miejsce na własność. Jednak doświadczenie poprzednich pobytów pokazuje, że możemy sycić się pięknem tego miejsca bez aktów własności, korzystając z roli jego tymczasowych lokatorów - wolni od trosk i kosztów, które wiązałyby się z dbaniem o domek przez pozostałą część roku. Ileż energii życiowej musielibyśmy włożyć w kupienie i utrzymanie takiego domku, z którego i tak korzystalibyśmy od czasu do czasu!

Dzieci pytały, czy nie chcielibyśmy zamieszkać tam na stałe, z dala od cywilizacji, w niemal pełnej symbiozie z przyrodą. To trochę podobnie jak z posiadaniem na własność: znów to pragnienie trwałego związania się z konkretnym miejscem. I myśl, że nawet najpiękniejsze miejsce, do którego tęskni się przez tyle miesięcy, ujawniłoby (z czasem) swoją powszedniość i własne –przykładowo: społeczne i towarzyskie – braki, gdyby nie było dłuższym lub krótszym, ale jednak  tymczasowym i przemijającym, azylem. Dlatego wróciliśmy do domu bez żalu, przechowując w pamięci bezcenne obrazy przeżytego -czy to wspólnie, czy na osobności- czasu.




NINIEJSZYM DONOSZĘ, ŻE...

 Jestem kochającym szpiegiem. Wyłączyłam mamuśkowatość, zdjęłam buty i usiadłam na trawie. Dyskretnie obserwuję swojego czternastomiesięcznego ludka podczas zabawy. Przemycam lekcje uważności.
Zauważyłam, że mój stworek najszczęśliwszy jest kiedy biega na bosaka, zbiera z trawy opadłe czereśnie i rozgniata je w swoich, małych tłustych łapkach. Albo kiedy próbuje łapać pomarańczowo – czarne kowale biegające wokół wypełnionej próchnicą wierzby. Niezmiennie najlepszą zabawą okazuje się bycie częścią otaczającego go świata. Zwykłość odcedzona z banału za pomocą uważnych par oczu, wszędobylskich nóżek i czepliwych rąk. Zatrzymanie się na jakimś pozornie nieznaczącym detalu. Najczęściej jest to zwykły patyk, kamyk, kawałek kory, odrobina błotka albo niewielka kałuża.
Jesteśmy w ogrodzie. Bąbelas grzebie patykiem w pół-wyschniętej, błotnej kałuży i dotyka czułek ślimaka winniczka. Tu i teraz na moich oczach staje się bohaterem fascynującej historii. Poznaje świat wszystkimi zmysłami jednocześnie. Stopień ubabłonia jest zawsze wprost proporcjonalny do ogromu zachwytu. Pasja odkrywcy nie powstrzymywana przez ubłocony tyłek kwitnie.
Nigdy nie mówiłam swoim dzieciom, że żaby są bleeee a żuki i pająki łeeee. Odkąd pamiętam uwielbiały wszelkiej maści naziemne i nadrzewne wielonogi. Mój starszy syn jest fanem ropuch. Potrafi je złapać. Pogłaskać i … pokazać sąsiadce. Umie też wspiąć się na każde drzewo w okolicy. Dzięki temu ma opinię łobuza. A przecież jest tylko szczęśliwym odkrywcą. Podejrzewam, że bąbelas pójdzie w jego ślady.
Po obiedzie robię eksperyment. Wynoszę na ogród kocyk i kilka plastikowych zabawek stworka. Zachęcam go do zabawy jego super-duper grającą śmieciarą. Mały ludek ledwie rzuca na nią okiem. Podsuwam mu leappada. Zero reakcji. Niebieskooki smerf gna co sił na swoich krzywych nóżkach w stronę błotnego eldorado. Łapie patyk i raz jeszcze wygrzebuje z kałuży małe kawałki nieba. Chwilę później z gębką rozdziawioną w pełnometrażowym uśmiechu siedzi w samym epicentrum brązowego grajdołka. W garści trzyma dwa świeżo wydobyte kamyki.

Wieczorem piszę raport szpiega: Niniejszym donoszę, że żadna plastikowa zabawka nie pokona patyka, kamyka i błota. Największą radość jaką możemy zafundować swoim latoroślom to pozwolić im samym eksplorować otaczający ich świat. Zachwyćmy się ich uważnością w odkrywaniu rzeczy małych. Bądźmy kochającymi szpiegami i dyskretnymi przewodnikami. Nie wtrącajmy się ze swoją dorosłością w świat dziecka. W końcu my też nie lubimy kiedy ktoś wchodzi nam do salonu w samym środku naszej dorosłej zabawy.  
PS. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać inne moje teksty zapraszam na: http://historiarzeczymalych.blogspot.com/

Sekret trzeci - stałość

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Trzeci sekret odnosi się do stałości, konsekwencji i właściwego punktu odniesienia. Jak bardzo, jako ojcowie (czy rodzice), jesteśmy przewidywalni bądź chaotyczni, czy w naszych emocjach przejawia się równowaga czy jej brak?

Ojciec konsekwentny
"Konsekwencję można najkrócej zdefiniować jako regularność i przewidywalność". Autor podaje przykłady, kiedy to ojciec panuje nad sobą, nie jest rozchwiany emocjonalnie. Przewidywalność - cecha, dzięki której dziecko bez strachu może zawsze zapytać, może zawsze porozmawiać. Dotrzymywanie słowa - kolejna istotna cecha - mówię tak, jak robię, robię tak, jak mówię.

Jak się przekonać o swojej konsekwencji? Kilka pomocnych uwag poniżej:
  • nie ulegać wahaniom nastroju
  • być aktywnie obecnym w rodzinie
  • dotrzymywać obietnic
  • postępować moralnie i etycznie (moje czyny=moje słowa)
  • mieć stały (w miarę możliwości) rozkład dnia
  • być wytrwałym w swoich zainteresowaniach i hobby
Bardzo ciekawy cytat z Talmudu o dotrzymaniu obietnic:
"Nigdy nie obiecuj dziecku tego, czego nie możesz mu dać, ponieważ w ten sposób ono uczy się kłamać"

Osobiście dla mnie konsekwencja to taki kierunek "prawdziwej północy".

Jak Wy radzicie sobie z konsekwencją na co dzień? Czy punkty odniesienia są pomocne?

Letnie wyzwania mody


Jakiś czas temu na blogu pisałem o problemach aktualnie obowiązującej mody na kanwie braku dziewczęcych sukienek (we wpisie W co się ubrać), wskazując na potrzebę estetycznej opozycji wobec kaprysów konsumpcjonizmu, dyktującego nam co powinniśmy na siebie włożyć.

Przeczytałem niedawno artykułu Bogny Białeckiej Kontrkultura na co dzień(przeczytacie go w całości tutaj), która odniosła się do własnych obserwacji dzisiejszego sposobu ubierania się kobiet. Wynika z niej, że niemal 100 procent z nich chodzi wyłącznie w spodniach i wygląda w nich... mało atrakcyjnie:

„Można zatem zaobserwować nogi a'la Spongebob - dwa chude patyki rozdzielone przerwą, w którą zmieściłaby się piłka. Widać też rozpowszechnione nogi - balerony, sprawiające wrażenie, że materiał zaraz eksploduje. Nogi krzywe, o zachwianych proporcjach... To wszystko ujawniane i bezlitośnie podkreślane przez noszenie obcisłych spodni lub, co gorsza, leginsów... Choć oczywiście niektóre panie zdają sobie z tego sprawę i starają ukryć defekty, zakładając spodnie luźne, upodabniające nogi do dwóch prostych kłód drewna. Przechodząc jednak do pań, które decydują się na spódnice. Przeważają tu dwa rodzaje - mini, ujawniające kolor majtek przy najlżejszym skłonie lub spódnice typu "biznes woman" – od garnituru. Te ostatnie z reguły wyglądają całkiem sympatycznie, choć bardzo oficjalnie. (…) Co gorsza latem spodniom akompaniuje, o zgrozo, obcisły t-shirt dodatkowo podkreślający wylewające się znad biodrówek fale tłuszczu. To już niedługo. Brrr!...”

Przy temacie strojów:  jak co roku ulice większych miast zalewają reklamy bikini... Ten w sumie niewielki (i coraz mniejszy) skrawek kosztuje nieproporcjonalnie dużo do zużytego materiału oraz funkcji stroju plażowego, a więc ubrania skrajnie sezonowego (noszonego w ciągu tygodnia/dwóch urlopu). Niewiele w tym logiki (od strony kupujących), ale widocznie cała akcja marketingowa się opłaca, skoro marki odzieżowe wydają krocie na napastliwe, mnie osobiście denerwujące, reklamy wielkoformatowe roznegliżowanych kobiet (jak na załączonym zdjęciu).

Jako osobnik płci przeciwnej, niepozbawiony wrażliwości na kobiecą figurę, muszę stwierdzić, że nadchodzący okres gorących temperatur - za sprawą obowiązującej mody damskiej - znoszę z niemałym trudem. Mam wrażenie, że w przeważającej większości przypadków o dzisiejszym sposobie ubierania decyduje wygoda, a może wygodnictwo, pozbawione smaku i wrażliwości na odbiór otoczenia, zwłaszcza jego męskiej części. Wierzcie, drogie Panie, nie jest nam wcale lekko. Nie wiem, czy jest to akt świadomy, czy tylko brak wyobraźni. Faktem jest, że rozbieramy się do "rosołu", a to, co ma zakrywać, w istocie podkreśla to, co odkryte. Na miejscu zwiewnych spódnic lub sukienek, bluzek z dyskretnym dekoltem, teraz nie ma nic, no, prawie nic!

Osobiście zgadzam się z poglądem autorki artykułu, że obecna moda jest zamachem na kobiecość, zaś „dobrze dobrana spódnica lub sukienka nie tylko jest wygodna, ale sprawia, że kobieta wygląda kobieco.” Także mnie -jako mężczyźnie- bardzo spodobał się postulat odzyskiwania prawdziwej kobiecości w przestrzeni publicznej poprzez świadomy, kontrkulturowy akt noszenia klasycznych sukienek i spódnic.

Jaka jest, Panie, Wasza opinia - czy obecna moda jest zamachem na kobiecość? A co sądzicie o dzisiejszej modzie, Panowie?

Jedz na zdrowie!

Idealne proporcje jedzenia na talerzu
-  zamiast tradycyjnej piramidy
Jakiś czas temu, głównie za sprawą Doroty i Tomasza, pojawiały się na blogu wątki kulinarne. Z pewnością idea dobrowolnej prostoty, która ogarnia różne aspekty życia, dotyczy także sfery aprowizacji (patrz: Jadłospis - planowanie tygodnia) oraz tego, co i w jaki sposób przygotowujemy do jedzenia. Jak w żadnej innej dziedzinie, dobrowolna prostota w bezpośredni sposób przekłada się na umiarkowany styl żywienia, a pośrednio - na poprawę naszego zdrowia.

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że na rynku artykułów spożywczych króluje gotowa żywność przemysłowa, a więc wysoce przetworzona, nasycona sztucznymi dodatkami i konserwantami, często niewiadomego pochodzenia, jednym słowem: szkodliwa. To, czym karmimy siebie i dzieci (zwłaszcza w sklepikach szkolnych), to często tzw. junk food, a więc śmieciowe jedzenie. Powrót do sposobów odżywiania się praktykowanych jeszcze 2-3 dekady temu, a wypracowanych w trudnych warunkach PRL-u, polegających ogólnie rzecz biorąc na w miarę możliwości samodzielnym wytwarzaniu żywności z podstawowych produktów, połączony z obecną wiedzą na temat zdrowego żywienia, jest niewątpliwie najlepszym sposobem zapobiegania chorobom cywilizacyjnym, a jednocześnie świadomym aktem sprzeciwu wobec menu dyktowanego nam przez wielkie przemysłowe koncerny spożywcze (niezorientowanym polecam choćby film Food Inc. - Korporacyjna żywność).

W tym poście nie mam zamiaru zamienić się w żywieniowego eksperta, a jedynie chciałbym opisać nasze kulinarne zasady i drogę, jaką sami przeszliśmy. Jak wszędzie, tak i w przypadku zdrowego żywienia, staramy się kierować rozsądkiem i równowagą. Wśród stałych i sztywnych wydatków łatwo ulec pokusie oszczędzania na dobrym gatunkowo jedzeniu. Obecnie wiemy, że szukanie oszczędności w domowym budżecie nie powinno (jeśli mamy taką możliwość) odbywać się kosztem kupowania żywności gorszej jakości, jaką można znaleźć zwłaszcza w supermarketach.

PUDEŁKO PO BUTACH

Chciałbym ciepło powitać na blogu Miłkę, która postanowiła od czasu do czasu publikować swoje teksty na naszym blogu. Z pewnością wierni Czytelnicy Drogi do prostego życia dobrze pamiętają jej przejmującą historię z wpisu Jak odwirtualizować prostotę. Dzisiaj Miłka prowadzi swój własny blog historiarzeczymalych, a jeden z jej wpisów możecie przeczytać poniżej.


Ktoś zamknął mnie w pudełku po butach. Skurczona przestrzeń. Nawyki zamiast myśli. Chaos włazi pod powieki albo chichocze za uchem. W zanadrzu rozpycha się łokciami jedna myśl. Uciec. Z pudełka po butach? Za bardzo tu pachnie absurdem. Nie mając niczego poza osaczającą mnie przestrzenią, zabieram się do partyzantki. Na początek oczyszczanie z odbierających jasność widzenia zwałów nagromadzonych przedmiotów. Zaczynam od ubrań. Z nienawiścią rozpruwam wnętrzności szafy. Włączam muzykę. Tom Waits kusi myśli Somewhere. Pognałam gościa i zaprosiłam Bacha. Niestrudzone Koncerty Branderburskie ogłupiają wściekłość. Wyłazi ze mnie i czai się po cichu w kącie. Ciskam w nią kobaltowym swetrem. Niebieski wycisza.

Postanawiam wbrew swojej naturze działać sprawnie i metodycznie. Szykuję zielone i granatowe worki. W zieleń pakuję rzeczy do oddania. W granat ciskam to, co poczeka na sypiące śniegiem granatowe kożuchy. Im więcej w worach tym większa lekkość w głowie. Stopy też robią się jakieś lżejsze. Uwolnione ze zbroi wełnianych skarpet ostrożnie wyciągają czułka, by wreszcie dotknąć cudownie zimnej, kamiennej podłogi. Zmieniam Koncerty Branderburskie na Boba Dylana. Tacham wory do garażu depcząc po drodze wilgotną, chłodną trawę.

Zapominam o operacji „szafa”. Zostaję na ogródku. Zapuszczony trawnik przygarnął bandę pokrzyw. Są całkiem ładne. Młode, ale już nie anemiczne. W sam raz na sałatkę. Nazbierałam spory pęczek. Stopy naszpikowane intensywnością doznań zapraszają mózg na endorfinowy koktajl. Spryciary oszukały ból.

Ściskam w ręku srebrny nóż, wydzierając się z Janis Joplin Try just a little bit harder. Pokrzywowy wiecheć pozwala bez szemrania się posiekać. Dodaję jajko i własnoręcznie zrobiony majonez. Całość posypuję kminkiem i świeżo wyhodowanym dystansem do samej siebie. Popijam sokiem z buraka i jabłek ze szczyptą zachwytu zmieszaną z łyżeczką dziegciu. Od czasu do czasu odrywam się od stołu, by z dumą rzucić okiem na bliki światła w oczyszczonych jelitach szafy. Dopiero po dziesiątym kęsie i jedenastym łyku zauważam, że pudełko po butach wcale nie jest zamknięte.



Autor: Miłka









Już niedługo, bo w lipcu, ukaże się w księgarniach książka Miłki „52 tygodnie”, której bohaterka zaczyna zmiany od... zamrożenia portfela na tydzień (co bardzo mi się spodobało). Jakiś czas temu dla Czytelników Drogi do prostego życia napisała: "To też po trosze historia rzeczy małych, mój prywatny traktat o szczęściu i o tym, że prosta codzienność jest w stanie zmienić trybik w mechanizmie koła zębatego w kochającą życie istotę. Mam nadzieję, że kiedyś znajdziecie 52 tygodnie na półce w księgarni i zajrzycie."

Dzieci w sieci




Ten wpis stanowi drugą, zamykającą, część postu Rodzice w sieci. Zacząłem od rodziców, gdyż dobry przykład jest wart dwa razy tyle, co dobra rada (: Jeśli dzieci widzą, że rodzice nie mogą odkleić się od komputera, niewielkie szanse, że nie pójdą w ich ślady.

Zastanawiam się, czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy (np. akcja „laptop dla każdego ucznia”), nasze dzieci do prawidłowego rozwoju czy też edukacji potrzebują dostępu do komputerów (co jest praktycznie tożsame z dostępem do internetu), a nie "szerokopasmowego" dostępu do swoich rodziców czy ciekawej, dobrze zaopatrzonej biblioteczki. Nie łudźmy się - dzieci wchodząc do sieci nawet z dobrych pobudek zazwyczaj ulegną (= polegną) fascynacji tym, co kolorowe i krzykliwe, i bardzo szybko ich uwaga zjedzie w kierunku -dość płytkiej- rozrywki. Nie mają także rozeznania, gdzie może to ich zaprowadzić: spam z pewnego portalu randkowego przysłany z mailami od koleżanek Córki rozprzestrzeniał się błyskawicznie (chodziło o rozwiązanie testu psychologicznego, a wynik otrzymywało się po podaniu adresu i hasła, oczywiście po to, by opanować skrzynkę pocztową).
Wchodząc do internetu odczuwam coraz większe zniechęcenie, jeśli chodzi o treść, a także obawę, iż coraz trudniej chronić dziecięcą wrażliwość i niewinność.

Co do komputera warto, aby dzieci logowały się na specjalny profil chroniony programem kontroli rodzicielskiej. Nasze młodsze dzieci sporadycznie korzystają z komputera (nie korzystają przy tym same z internetu), zaś najstarsza Córka (13 lat) korzysta z komputera (w tym z internetu) maksymalnie przez 1 godzinę dziennie (zarówno na potrzeby naukowe, jak „prywatne” typu sprawdzenie poczty). Dzieci nie korzystają z komputera po kolacji.

Kupowanie dziecku własnego komputera nie jest -moim zdaniem- dobrym pomysłem: traktuje go i jego zawartość jako swoją strefę prywatności, a wydaje mi się to błędem - przynajmniej do pewnego wieku. Warto pamiętać, że dzieci często są technologicznie bardziej rozwinięte od rodziców: syn znajomych „nie miał dostępu do sieci” w domu, ale logował się poprzez wi-fi od sąsiada, który nie zabezpieczył dostępu hasłem.

Podobno 60 procent rodziców nie zagląda do komputerów i telefonów swoich dzieci. Czy to efekt zaufania czy braku czasu? Czy i kiedy ostatnio przeglądałeś zawartość maili czy dysku na komputerze Twojego dziecka? To samo pytanie dotyczy jego telefonu, który –w przypadku smartfonu- niczym nie różni się od komputera.

Poniżej przedstawiam niektóre z naszych z@s@d internetu. Może zainspirują Was do stworzenia własnych reguł dostępu do sieci?

Ograniczone zaufanie do internetu – wejście do internetu to jak wyjście z domu do wielkiego miasta: nie wchodzę do miejsc, które mogą przynieść mi szkodę.
Tak jak nie puszczamy małego dziecka samego do miasta, tak nie powinniśmy go zostawiać przed monitorem z nieograniczonym dostępem do wszystkich miejsc w sieci. Córka nieświadomie weszła kiedyś na strony poświęcone rysunkom baśniowych postaci, a na końcu (po przewinięciu strony) pojawiły się rysunki satanistyczne i nieprzyzwoite.

Zaufanie do rodziców – nie robię czegoś „po kryjomu” przed rodzicami.
Warto trzymać komputer w ogólnie dostępnym miejscu, aby od czasu do czasu zerknąć na to, co robi nasza pociecha, a i dobrze, gdy dziecko ma tego świadomość. Komputer w pokoju dziecka, to utrata kontroli nad tym, gdzie ono surfuje, a często próbę sprawdzenia tego, co ogląda, będzie odbierało jako ingerencję w jego prywatny świat. Dobrze, jeśli dziecko nie traktuje rodzica jako intruza, lecz opiekuna: gdy nasza Córka znajdzie jakąś interesującą ją stronę przeważnie pyta się nas czy nie mamy zastrzeżeń do umieszczonych na niej treści. Pytanie co robisz/co oglądasz? nie powinno budzić zaskoczenia.

Jawność - wprawdzie staramy się szanować prywatność naszych dzieci, jednak nie może to być zasada, która nie doznaje żadnych ograniczeń. Jako rodzice powinniśmy zachować prawo do kontroli miejsc, które w internecie odwiedzają nasze dzieci, a także przeglądania ich korespondencji mailowej lub portali społecznościowych (FB, Google+). Na ile respektować prywatność, to już kwestia zaufania do dziecka (i jego wieku), jednakże według mnie dobrze, jeśli rodzice znają hasło do skrzynki pocztowej swoich dzieci. Ta zasada może być dla niektórych kontrowersyjna, jakie jest wasze zdanie?
Oczywiście im dziecko starsze, tym rodzicielski nadzór powinien być bardziej dyskretny. Dużo zależy od naszego zaufania do dziecka i jego dojrzałości...

Poniżej jeszcze kilka uwag, które warto uświadomić dzieciom w trakcie korzystania z Internetu, co być może zaoszczędzi nam rozczarowań :

W Internecie utrzymuję kontakt wyłącznie z osobami znajomymi.


Nie udostępniam swoich danych i danych domowników, a także nie podaję nikomu adresu e-mail, ani tym bardziej hasła do konta pocztowego.

Nie loguję się do stron, które żądają rejestracji użytkownika lub akceptacji regulaminu – korzystam z tego, co jest ogólnodostępne – jeśli chcę się gdzieś zarejestrować pytam o zgodę rodziców i robimy to wspólnie.

Nie wchodzę na strony, które zawierają pytanie czy jestem osobą, która ukończyła 18 lat lub zawierają ostrzeżenie o treści dla osób pełnoletnich.

Nie instaluję aplikacji, programów, nie klikam w jakiekolwiek strzałki lub inne aktywne miejsca, jeśli nie wiem, dokąd prowadzą i jaki będzie tego efekt.

Nie wchodzę w maile od nieznanych użytkowników lub wysłanych anonimowo, nie wchodzę do nieznanych załączników (zwł. oferujących jaką rozrywkę, quiz, ankietę lub „coś” za darmo), jeśli otrzymuję niechcianą pocztę informuję o tym rodziców.

Jeśli jestem u koleżanki/kolegi, który ma dostęp do internetu bez ograniczeń, staram się przestrzegać ustalonych zasad i nie zgadzam się na wchodzenie w mojej obecności na strony, które kłócą się z moją wrażliwością. Do różnych polecanych „super miejsc” podchodzę z ostrożnością.



Moją refleksja po przeglądzie wpisów koleżanek Córki na Google+ jest dosyć gorzka. Wynajdują i wrzucają rzeczy naprawdę pozbawione gustu i jakiejkolwiek wartości. Portale społecznościowe na pewno nie są do niczego potrzebne dzieciom. Obecnie posiadanie konta pocztowego jest raczej nieuniknione, jednak nie wprowadzajmy ich przedwcześnie w świat portali oferujących najczęściej prymitywną, tabloidową rozrywkę. Bądźmy dobrymi przewodnikami swoich dzieci po internetowych witrynach: na pewno zdarzają się perełki, dlatego można co jakiś czas wspólnie z dzieckiem obejrzeć w sieci rzeczy, które wydają nam się naprawdę godne i warte obejrzenia. Niech to będzie jednak z naszej strony poddane wstępnej i krytycznej selekcji.

Nie chciałbym dawać gotowych rozwiązań, ale warto określić pewne zasady i ich przestrzegać. Niezależnie od tego, najważniejsze to rozmawiać z dzieckiem, jakie miejsca odwiedza. A przede wszystkim: spędzać z nim jak najwięcej wolnego czasu. Z dala od komputera!

Polecam także:
O komórce dla dziecka
Dzieciństwo w stanie oblężenia

Pułapki oszczędzania.

Witam! Dzisiaj przygotowałem dla Was post w formie audio dotyczący pułapek, które kryją się czasem pod hasłem "oszczędzanie". Niedawno był tutaj wpis Kolegi poruszający ten temat...

O OSZCZĘDZANIU... PRZEZ WYDAWANIE!

...jednakże ja, na swoją oszczędnościową modłę pragnę wrzucić swoje 3 grosze.

Pobierz mp3 klikając link: 

http://oszczedzanie.info.pl/?wpdmact=process&did=Ny5ob3RsaW5r

Nie da się ukryć, że "oszczędzanie" stało się bardzo modne. Pod tym szczytnym hasłem kryje się jednak często zwyczajna chęć sprzedaży towaru sygnowanego jako "ekonomiczny". Czasem niektóre z tych produktów rzeczywiście przynoszą nam korzyści, jednak jak poprawnie je wdrożyć i ustrzec się przed starą pieniędzy, czasu i niepotrzebnych nerwów. Zapraszam.

Remigiusz, autor bloga oszczedzanie.info.pl 

Pokolenie Zmiany - sprzedaż kolejnego idealnego świata?

Chciałbym serdecznie powitać Ewę - naszego nowego Autora na blogu! Ewa prowadzi pełen praktycznych porad, niezwykle inspirujący i zapewne Wam znany Zielony Zagonek, o którym sama pisze, że "jest historią przejścia z kultury konsumenckiej do odważnego świata samowystarczalności, choć nie tej utopijnej, lecz realnej. W głównej mierze chodzi o skupienie się na tym, co ważne, w naszych niepewnych czasach. Chodzi o powrót do zapomnianych umiejętności, przywracając mądrość starszych pokoleń, tworząc coś niesamowitego." Zapraszam do lektury!

W ostatnim numerze „Polityki” pojawił się artykuł Marty Sapały o wymownym tytule „Wyznawcy zmiany”, co w języku angielskim i krajach zachodnich jest nazywane „Generation Y”, czyli grupa, która zadaje pytania. Jednakże grupa ta chyba nie jest obecna w naszym kraju, sądząc po ilości pytań zadawanych przez społeczeństwo, a prędzej ich braku. Równocześnie, obserwując ową populację pytającą, wcale nie zauważyłam, aby byli oni w jakikolwiek sposób bardziej świadomi czy też dociekliwsi niż norma nakazuje. Osobiście nie cierpię jak po pierwsze przykleja mi się etykietkę, a po drugie sugeruje pewien rodzaj fanatyzmu. Jak zwykle w tego typu gazetach, prawdopodobnie chodzi o sklasyfikowanie grupy wyborczej, aby ta mogła się utożsamić z daną kampanią polityczną, tutaj Pani startującej na stołeczek w Warszawie.

Artykuł mówi o tym, że coraz więcej ludzi zainteresowanych jest prostotą, ekologią i oszczędnością. Autorka wskazuje grupę wiekową pomiędzy 20 a 30 lat jako pionierską, z czym się absolutnie zgodzić nie mogę. Mieszkam w 150 000 mieścinie, jednak wśród moich znajomych, tych bliższych jak i tych dalszych, nawet na horyzoncie nie widać reprezentantów tego ‘pokolenia’. Sugeruje ona, że chodzi o pokolenie Socrates Erasmus, które było na Zachodzie i które mogło doświadczyć mądrzejszej kultury Zachodu. Faktem jednak jest, że to obywatele Zachodu, poza wyjątkami, żyją na fali konsumpcjonizmu i oderwania od świata realnego. Facebook, I’ve got Talent i gwiazdki mediów, właśnie to nakręca Zachód. „Przewartościowane priorytety”… czy zgodzicie się z tym, że na Zachodzie przewartościowano priorytety? Autorka skrupulatnie pielęgnuje wizerunek Europy zachodniej mlekiem i miodem płynącej, dość stereotypowy i jak zwykle fałszywy przekaz. Jesteśmy w Polsce, kraju polityków żyjących we własnej egzaltowanej bajce, ale i ludzi, którzy w żaden sposób nie są gorsi od ludzi Zachodu. Pani Marta spogląda na temat przez palce, nie wiem tylko, czy specjalnie, czy nieświadomie. „... Inwestycja w tetrę, żeby nie dorzucać się do hałdy pieluchośmieci”. Przecież są pieluchy jednorazowe z etykietką ‘biodegradowalne’, a na dodatek nie chodzi tutaj o śmieci, a częściej o zdrowie dzieci.

Autorka twierdzi, że konsumpcjonizm stał się przereklamowany w krajach Zachodu. Może i w niektórych (chociaż nie przychodzą mi takie do głowy), ale czy we wszystkich? W moim przekonaniu kraje zachodnie wpadły tak głęboko w konsumpcjonizm, że sami go już nie dostrzegają. Wbrew rzeczywistości wmawiają sobie, jak to dobrze mieć go już za sobą. I jeżeli przekonacie mnie, że promocje świąteczne w sierpniu, tysiące ludzi stojących godzinami w kolejkach, żeby kupić najnowszy telefon, czy Ferrari przed dwupokojowym domem w szeregowcu nie są oznakami konsumpcjonizmu, to przyznam Wam otwarcie, że Zachód faktycznie dostał już biegunki i zadyszki z nadmiaru. Przez ostatnie lata żyliśmy pojeni przez media wszelkimi problemami obecnymi na świecie: głód, susza, wyzysk. Nie wiem, może jestem dziwna, ale mam dość tego. Owszem, nie chcę przykładać ręki do procederu wyzysku innych, ale uważam, że teraz czas, aby żyć w tej swojej lokalnej społeczności. Czasem mam wrażenie, że owszem, ważne jest to, co dzieje się na świecie, ale tak naprawdę czy mam na to wpływ? Większa liczba osób na pewno, jednak nie idealizujmy. Żyjemy w świecie korporacji i układów. Co z tego, że kupię spodnie od producenta, który niby jest ‘Fair trade’ jak tak naprawdę tego stwierdzić nikt nie może, chyba że pojadę do Tajwanu czy Indii i sprawdzę to empirycznie.

W całym artykule autorka wielokrotnie wymienia, że ludzie ‘zmiany’ stawiają na piedestale lokalną wspólnotę i proste oszczędniejsze rozwiązania, i tutaj się zgodzę. Czego brakuje w artykule to powodu, dlaczego wybieramy ludzi zza płotu, dlaczego nie chcemy zarabiać milionów złotych, dlaczego wolimy proste rozwiązania? Wiele osób rezygnuje z tego wyścigu nie po to, aby stanąć w kolejnym pseudo ekologicznym maratonie z koszulką ‘Jestem Zmianą’. Wydaje mi się, że chodzi tutaj o szczęście, o zdrowie, o życie tu i teraz, o władzę nad własnymi wyborami. Może tutaj jest pies pogrzebany, może politycy zaczynają się obawiać, że tak naprawdę rośnie grupa ludzi, która ma gdzieś cały ich ten system, dlatego należy nadać im etykietkę, która ich alienuje, dzieli i wskazuje?

Czy myślicie, że należycie do „Pokolenia Zmiany” i co sądzicie o tego typu artykułach?

Link do artykułu "Wyznawcy Zmiany" w archiwum Polityki tutaj (niestety za opłatą).

Autor: Ewa

Sekret drugi - poznawanie dziecka

Rozwinięcie wpisu nt. książki "7 sekretów efektywnych ojców".

Niby oczywista rzecz - znajomość najbliższych: dzieci, małżonka. Jednak autor poświęca mu drugi sekret, którym jest poznanie, a raczej nieustanne poznawanie i odkrywanie własnego dziecka. Umiejętność tą przyrównuje do ogrodnika znającego swój ogród i rośliny, które w nim pielęgnuje. Znajomość jest kluczowa w codziennej pracy, rozwoju czy też pomocy.

Poznawanie dziecka jako "skala znajomości swojego dziecka" według Kena obejmuje m.in. takie punkty:
  • świadomość możliwości i umiejętności dziecka w konkretnym wieku
  • świadomość potrzeb emocjonalnych fizjologicznych i intelektualnych oraz umiejętność ich zaspokajania
  • wiedza o indywidualnych zainteresowaniach
  • świadomość problemów, pytań i wątpliwości

Do skali znajomości dodane są profile ojca:
  • ojciec natrętny
  • ojciec dociekliwy
  • ojciec świadomy
  • ojciec mało zainteresowany
  • ojciec nieświadomy
Rozwinięcia każdego profilu można potraktować jako pracę domową :-).

Na koniec rady, które podaje Ken. Można je oczywiście modyfikować i dodawać swoje własne uwagi:
  • zadawanie pytań
  • ciągła nauka, wykorzystanie doświadczenia z kolejnym dzieckiem
  • towarzyszenie w codziennych czynnościach

Zachęcam do komentowania, podawania własnych "sposobów" na poznawanie dziecka.

Rodzinne fotografie

Idąc za ciosem (w poprzednim wpisie pisałem o naszym Niecodzienniku), chciałbym opowiedzieć Wam o naszym -myślę, że ciekawym- pomyśle na przechowywanie zdjęć.

Zdjęcia z wakacyjnych podróży, rodzinnych uroczystości, czy te zrobione bez specjalnej okazji. Większość z nas już dawno przestała panować nad domowym archiwum fotografii -liczonych w tysiące i zapełniających pamięć komputerów. Robione bez opamiętania (wszak każda chwila życia, a przynajmniej urlopu, warta jest uwiecznienia), czekają na przejrzenie i uporządkowanie. Tu z kolei tak trudno wybrać i usunąć, zostawić tylko te wyjątkowe. Jeszcze trudniej wspominać przed ekranem monitora. Niektórzy zaopatrują się w cyfrowe ramki do przeglądania fotografii. Przechowywanie zdjęć w plikach ma moim zdaniem tę wadę, że jest nietrwałe i nigdy nie dorówna zdjęciu wywołanemu na papierze. Do wyjątków należą Ci, którzy cyfrowe zdjęcia wywołują i przechowują, zwykle zafoliowane w albumie.

Jeden z naszych znajomych świadomie robi zdjęcia analogową lustrzanką. Uświadomił sobie, że kupno cyfrowego aparatu spowoduje, że nie będzie ich już wywoływał. Pewnie każdy z nas pamięta jak będąc dzieckiem lubił przeglądać pożółkłe rodzinne fotografie. Dzisiaj staliśmy się ofiarami nadmiaru wynikającego z łatwości i niskich kosztów zrobienia cyfrowego zdjęcia.

Nasza rodzina niestety nie należy do wspomnianych chlubnych wyjątków. W czasach, gdy robiliśmy analogowe fotografie na Zenicie, a potem Canonie, ręka drżała przy naciśnięciu każdej migawki. Zwykle jednak z 36 klatek większość zdjęć wychodziła udana. Fotografie robiło się oszczędnie - przykładowo dwie rolki starczały na całe wakacje.

Naszą specjalnością było samodzielne wykonywanie albumów: moim zadaniem było zrobienie okładki i kartek z brystolu i kolorowego papieru, natomiast Żona wklejała zdjęcia, zabawnie je opisując, często doklejając do postaci tzw. "dymki" z jakimś żartobliwym dialogiem/komentarzem. Mamy całą kolekcję takich albumów obejmujących okres ponad 10 lat. Świetna pamiątka dla nas i naszych Dzieci, które od czasu do czasu proszą o ściągnięcie albumów z półki.

Konwencjonalne robienie zdjęć miało wiele uroku i prostoty. Wymagało oszczędności materiałów, cierpliwości (na dobre ujęcie) i doświadczenia (przysłona, ostrość i takie tam). Sam moment odbierania zdjęć wywoływał dreszczyk emocji, a wklejanie ich do albumu, a potem oglądanie, dawało dużo satysfakcji i radości. Tych kilkanaście fotek, zamiast dzisiejszych kilkudziesięciu, a czasem kilkuset, doskonale potrafiło przywołać te najcenniejsze i warte zapamiętania chwile.

Wreszcie kupiliśmy aparat cyfrowy. I co się okazało? Przez jakiś czas wywoływaliśmy wybrane zdjęcia, ale bardzo szybko przestaliśmy to robić. Oczywiście brak czasu na przejrzenie zasobów, a także zwykła chęć zaoszczędzenia. I tak zaczęły one zapełniać komputer. Ten ostatni okres przypada niestety na czas, gdy przychodziły na świat nasze dzieci. Ostatnie kilka lat to już tylko bity zapisane w katalogach. Coraz większa góra zdjęć, których i tak pewnie nie będzie czasu obejrzeć. Nie mówiąc o tym, że łatwo można je utracić - komputerowe dyski nie są wieczne.

Może zatem pora na powrót do albumowej tradycji? Może - korzystając z okazji, że nasza cyfrówka nie wytrzymała kolejnego kontaktu z podłogą (czyżby dziecięcy spisek?) i odmówiła posłuszeństwa - przy zakupie aparatu wybrać klasyczną analogową lustrzankę?


Jakie jest, Waszym zdaniem, najlepsze rozwiązanie? Jak wygląda u Was fotoarchiwum? Czy wywołujecie jeszcze zdjęcia?


Nieco inne spojrzenie na fotografie znajdziecie we wpisie Z pudełka ze zdjęciami.

Nie-codziennik

Idea prowadzenia nie-codziennika pojawiła się zaraz po naszym ślubie. Każdy dzień odkrywany we dwoje - co oczywiste- był niezwykły i wart zapisania! Bilety z wyjścia do kina, zrobienie sernika na zimno, podział domowych obowiązków, bilet miesięczny ze śmiesznym zdjęciem z automatu, krótka relacja z wizyt przyjaciół, kartki świąteczne, recenzje, żarty, wycinki z gazet i... co nam tylko przychodziło do głowy. Mieliśmy tyle czasu! Pisanie nie-codziennika (i wiele innych rzeczy) zakończyło się mniej więcej z chwilą narodzin pierwszej Córki.

Potrzeba było "krótkiej" przerwy. Po dziesięciu latach stwierdziliśmy, że warto wrócić do pisania nie-codziennika, tym razem rodzinnego. Powstał więc (i nadal powstaje) nowy gruby zeszyt, do którego wklejamy laurki, serduszka, zakładki - seryjną produkcję naszych dzieci, bilety teatralne, karty wstępu, pocztówki, niekiedy zdjęcia, opisujemy rodzinne wydarzenia: wycieczki, pierwszy obiad ugotowany przez Córkę, program koncertu fortepianowego młodszych dzieci, mniejsze rysunki, rodzinne anegdoty (ostatnio nasz pięcioletni Syn stwierdził, że urzędnik zajmuje się urzędowaniem, czyli ustawianiem rzędów).

Prowadzimy go niesystematycznie, niespiesznie, bez ambicji utrwalenia wszystkiego. Od czasu do czasu zaglądamy do niego my sami lub dzieci albo pokazujemy Dziadkom, by dzielić się z nimi śladami naszego codziennego życia.



O cnotach i anty-cnotach

We wpisie Muszę to mieć napisałem o współczesnej dominacji namiętności i pożądań nad zdrowym rozsądkiem. Czy istnieją skuteczne narzędzia, za pomocą których możemy obronić się przed nieumiarkowaną konsumpcją, nadmiernym zadłużaniem się i materializmem? Narzędzami tymi są ugruntowane nawyki, które dostrzegali już starożytni. To nic innego jak cnoty, a więc sprawności naszego charakteru, o których Leonardo da Vinci powiedział, że są prawdziwym dobrem i prawdziwą nagrodą dla tego, kto je posiada.

Arystoteles mówił, że cnota to złoty środek między dwoma występkami. Ciekawe, że na blogu często pisałem o tym, że prostota jest złotym środkiem, znalezieniem punktu równowagi w zaspakajaniu potrzeb, równowagi między skąpstwem a rozrzutnością, którą przyrównać można do jazdy na rowerze (wpis Krzywa zadowolenia). We wpisie Oszczędność o smaku pomarańczy pisałem, że cnota oszczędności jest synonimem posiadania tego, co dokładnie tu i teraz jest mi niezbędne. Nie za dużo, nie za mało, w sam raz. Byłoby więc proste życie życiem cnotliwym, a więc opartym na praktykowaniu cnót? Dosyć ryzykowana to teza w świecie, który nie lubi wysiłku i pracy nad charakterem, delektuje się zaś tym, co łatwe i przyjemne (a na czym łatwo dajemy zarobić innym). Może zatem warto spróbować pójść tą zapomnianą drogą, tym bardziej, że jej przeciwieństwem jest szeroki gościniec anty-cnót (nazywanych kiedyś wadami).

Oto krótki niezbędnik cnót, dodam, że bez ambicji przedstawienia pełnego ich katalogu i naukowej precyzji (w kolejności dowolnej) - do ogólnego zastosowania: