Zielono na talerzu

Prosty przepis wykorzystujący dostępność "zieleniny" w wiosennym okresie.

Składniki:
  • szczypiorek z cebuli i/bądź z czosnku
  • liście mleczu (mniszka lekarskiego)
  • pokrzywa (sparzona) 
  • szczaw
  • młode liście chrzanu 
  • lubczyk (opcjonalnie)
Powyższe zielone po umyciu siekamy drobno. My jemy z jajkami ugotowanymi na twardo, polanymi jogurtem z majonezem. Można tak długo spożywać, jak długo mamy dostęp do młodych składników. 

SMACZNEGO :-).

Ostatnie dziecko lasu

Jakie były najważniejsze okolice Twojego dzieciństwa?

Dla mnie taką szczególną okolicą było wiejskie gospodarstwo moich dziadków na Kujawach, gdzie co roku spędzałem dwa miesiące wakacji. Było to miejsce nieskrępowanej eksploracji świata przyrody i obcowania z ludźmi, którzy swoje życie ściśle związali z jej twardymi prawami. Świata, do którego z każdym rokiem uzyskiwałem coraz szerszy przystęp - przy żniwach (wówczas jeszcze bez kombajnu i traktora) liczyła się każda para rąk, nawet tych miastowo-dziecięcych.
Przewiązywanie krów na pastwisku i zaganianie ich pod wieczór do obory, wywożenie obornika, układanie snopków na drabiniastym wozie i w stodole aż do pułapu, spacery po świeżym rżysku, wirowanie miodu ze złotych plastrów, mleko prosto od krowy, znojne gracowanie haczką buraków i majeranku, zbieranie szumiących makowin, smak zbożówki z kanki pod cieniem akacji, nocne koncerty cykad, asystowanie przy narodzinach prosiąt i cieląt czy zarzynaniu kury na niedzielny obiad. Wszystko to w scenerii złoto-zielonych pól, łąk pełnych ziół i kwiatów, których nazw nigdy nie poznałem, sadu, w którym na orzechowcu zbudowałem swój prymitywny domek, zarośniętego lasu i torów nieczynnej w lato kolejki wąskotorowej - przewodnika samotnych, pieszych i rowerowych, wędrówek. Klimaty rodem z Tomka Sawyera lub "Doliny Issy" Czesława Miłosza.

Chociaż wsi z mojego dzieciństwa, która ostatecznie skapitulowała pod naporem uprzemysłowienia, konsumpcji i przemian obyczajowych, już nie ma, jednak jej wspomnienia są - używając słów Editth Cob, autorki "Ekologii wyobraźni  dziecięcej" - niczym „radioaktywne klejnoty ukryte głęboko w moim wnętrzu, emitujące energię do końca mojego życia”. Z rozmów wiem, że całkiem sporo osób z mojego pokolenia miało podobne doświadczenia.

Obecnie żyjemy w świecie, w którym radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczenia przyrody przez dzieci - są świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Tymczasem dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.

Richard Louv w książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się nakładem wydawnictwa Relacja, przekonuje, że od przywrócenia związków naszych dzieci z przyrodą zależy zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe nas wszystkich, bowiem to one będę w przyszłości kształtować środowisko naszych miast i przedmieść. Czy znajdzie się w nich miejsce na kontakt z przyrodą?  

Autor książki stwierdza, że w dostępie do przyrody coś się zmieniło i nazywa to zjawisko zespołem deficytu przyrody. Zespół ten cechuje się zmniejszeniem użycia zmysłów, niedoborem uwagi, częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Dotyczy zarówno pojedynczych osób, rodzin, jak i całych społeczności.

Lista grzechów i zaniedbań jest długa. Obecnie nie interesujemy się tym, skąd pochodzi nasze pożywienie, rozumienie relacji z innymi istotami żywymi stało się abstrakcyjne, formacje podmiejskie to gęste oponki inwestycyjne - osiedla budowane w równych odstępach, z centrami handlowymi  i sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę. Zakazy swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody stają się regułą na rosnących przedmieściach, a prywatne zarządy osiedli wykazują obsesję na punkcie porządku. Wszystko to sprawie, że nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad.

Richard Louv pisze o „dzieciach z pudełka”, które spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów, wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do oglądania telewizji, umieszczane w wózkach i popychane przez spacerujących lub biegających rodziców. Bezpośredni i osobisty kontakt z przyrodą zastępuje jednodniowa wycieczka z krótkim postojem na kawę czy kanapkę. Biwakowanie ustąpiło miejsca temu, co pracownicy parkowi nazywają "podróżami za szybą samochodu".

Nie tak dawno temu życie młodych ludzi płynęło głównie przy dźwiękach przyrody, dzisiaj doświadczenie zmysłów jest dosłownie pod napięciem za sprawą telewizji i komputerów.
W kulturze zachodu XXI w. wszechobecna technologia sprawia, że jesteśmy zalewani informacją. "Jak wiele z bogactwa życia tracimy na rzecz codziennego zanurzenia w nurcie pośrednich, elektrycznych bodźców?" - pyta Louv, który pisze wręcz o autyzmie kulturowym, przejawiającym się w ograniczeniu zmysłów, poczuciu izolacji i odcięcia, doświadczeniu zawężonym do rozmiarów płaskiego ekranu. Zaczęliśmy tracić zdolność do samodzielnego aktu patrzenia, czucia, smakowania i wąchania.

Co robić? Młodzi ludzie nie potrzebują sportów ekstremalnych ani wakacji w Afryce. Wystarczy im tylko smak, widok, dźwięk, aby odzyskać kontakt z utraconym światem zmysłów. "Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie na rowerze po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?"

Przyroda może stać się antidotum, dzięki niej jesteśmy mniej zestresowani, cieszymy się lepszym zdrowiem fizycznym, rozwijamy się duchowo, jesteśmy bardziej twórczy, chętniej angażujemy się w zabawę. Najlepszy sposób na zbliżenie dziecka z naturą to odbudowanie własnej z nią relacji. Jeśli matki, ojcowie, dziadkowie i opiekunowie spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, powinni go tam spędzać jeszcze więcej; niech odkrywają w sobie miłośników ptaków, wędkarzy, wędrowców i ogrodników. Wówczas dzieci wyczują prawdziwy entuzjazm i zapragną go naśladować.

Książka dotyczy sytuacji w Stanach Zjednoczonych, niemniej opisany przez Louva zespół deficytu przyrody możemy z pewnością obserwować także u nas. Zamyka ją praktyczny przewodnik terenowy zawierający mnóstwo propozycji dla tych, którzy - korzystając z wiosennej aury - zdecydują się nawiązać, przywrócić, a może tylko utrwalić i pogłębić związek z przyrodą: zarówno swój własny, jak i swoich dzieci. 






Jakie były najważniejsze okolice Waszego dzieciństwa? 
Jakie macie sposoby na rodzinne doświadczanie przyrody?

Drugie życie śmieci

Kiedyś pisałem o nowym życiu rzeczy w poście tutaj. Teraz chciałbym napisać o śmieciach, które w pierwszym odruchu wyrzucamy jako coś, co nam nie jest potrzebne, co zajmuje miejsce, swoją rolę już spełniło. A my zbieramy :-). Konkretnie: 
  • rolki po papierze, zakrętki, pudełka po kremach, sprężynki, pudełka po zapałkach, kapsle
Ograniczeniem jest tylko wyobraźnia dzieci i nasze M z piwnicą, gdzie można to pomieścić :-). Oczywiście, że zapełniamy kilka pudełek do przechowywania, jednak miejsce warto znaleźć. A po co to?

Pierwszy argument jest taki, że bardzo często czegoś potrzeba na "już" na zajęcia. Najczęściej przypomina się wieczorem, że na jutro jest niezbędna jakaś magiczna rzecz. Nie trzeba pisać, jakim zbawieniem jest taki ukryty skarb.

Drugi to możliwość zorganizowania warsztatów dla dzieci. Podczas ostatnich ferii zimowych udostępniliśmy naszej czwórce + kuzynom zawartość takich zbieranych pudełek. Radość ogromna, praca przy rozłożonym stole, każdy może brać i budować to, na co tylko ma ochotę. Praca na dwa dni. Efekt na poniższych zdjęciach. Roboty to praca synów, natomiast domek dla lalek to dzieło siostrzenic. Domek wymagał dodatków w postaci plasteliny i bibuły, u chłopaków wystarczyła taśma i klej florystyczny.


 











Warto spróbować......

Dobrze wykorzystać święta

Święta wielkanocne dobiegły końca. Nie obchodzę ich w sposób tradycyjny, co nie znaczy, że i w moim domu nie zalega nadprogramowe jedzenie. Święta najczęściej spędzamy z teściami, a oni uwielbiają gotować, piec, przygotowywać jedzenie i na nic się zda tłumaczenie, żeby nie było tego aż tyle! Ale znalazłam na to sposób. Nie lubię wyrzucać jedzenia. Mogę właściwie mieć w tym względzie czyste sumienie, bo czego nie zjemy, zjedzą kury, których mamy dziesięć sztuk.

Po świętach najczęściej zostaje pieczywo i jajka. To pierwsze wysuszam na kaloryferze i przerabiam na bułkę tartą, to drugie przerabiam na pastę, urozmaicam różnymi różnościami typu rzeżucha, rzodkiewka. Do kanapki jak znalazł. Podobnie rzecz ma się z sałatkami. Te lubię ogromnie i robię zapamiętale! Ale kilku kilogramów nie przeje nawet taki ich pasjonata jak ja. I tu znów można ich użyć na kanapki. Jeśli nie: patrz, kury. Ciasta i ciastka mnie nie dotyczą, gdyż tego nie robię. Za to moja teściowa tak. Oczywiście zawsze coś zostaje, a jeśli tak się dzieje, kruszy je, miesza z bakaliami, kakao i robi tak zwane trufelki. Lub znów: zjadają kury. Tak czy owak nic się nie marnuje.


Święta wielkanocne, które wyjątkowo lubię, spędzam zwykle na … radości. I to nią głównie się karmię. Ona towarzyszy mi przez cały rok, dzień po dniu, od świtu do nocy, ale skoro już jest Wielkanoc – nie omieszkam jej wykorzystać. To dla mnie czas radości zdwojonej, która wystarcza mi za wszystko inne; nie muszą istnieć dla mnie wtedy cukrowe baranki, pisanki, zajączki, a nawet sałatki (!).


Zwykle bywa tak, że przez całe święta, raz po raz,  nadziwić się nie mogę, że Ktoś podjął decyzję dla mnie. Że On umiera, a ja żyję. Że On, znów dla mnie, wziął moc, by powstać z martwych, a ja to przyjmuję i żyję z Nim.


To właśnie po Wielkanocy, nie po 1. stycznia, dokonuję pewnego, życiowego bilansu z całego roku. Zwykle szukam odpowiedzi na pytania: Czego się o sobie dowiedziałam w ciągu ostatniego roku? Co zmieniłam w sobie na lepsze? Dlaczego ostatni rok był cenny ?


Stawiam więc na  pragmatyczny minimalizm, a duchowy maksymalizm :- )


Iwona

Motyw kobiety

Na finiszu

Dobiegamy do końca Wielkiego Postu. Może pomógł nam w tym trójbój - post, jałmużna i modlitwa, a może inne umartwienia bądź wyrzeczenia, jak np. ograniczenie bycia on-line non-stop (polecam - testowałem osobiście).
Zostało już niewiele: finisz składający się z Triduum, zakończony Wielką Nocą.
Kartka autorstwa Anny Szostek

Dla wszystkich Czytelników i Współautorów z życzeniami zgłębienia tajemnicy Wielkiej Nocy.

Szczęście nicnierobienia

Okazuje się, że w dzisiejszym, zabieganym świecie leniuchowanie nie jest proste i urasta do rangi niełatwej umiejętności, o czym przekonuje Urlich Schnabel w „Sztuce leniuchowania”. Żyjemy bowiem w czasach kultu produktywności i oduczyliśmy się sztuki nicnierobienia.

Temat "słodkiego lenistwa" był już poruszany na blogu, bowiem dobrze wpisuje się w ideę prostego życia.

W leniuchowaniu istotne jest nie to, co robimy, ale to, że docieramy do punktu, w którym ponownie czujemy i dostrzegamy nasze rzeczywiste potrzeby, dzięki czemu życie zyskuje dla nas na znaczeniu. Tak pojętego leniuchowania możemy doświadczać podczas inspirujących rozmów, gry, która całkowicie nas pochłania, wędrówek lub muzykowania, a nawet pracy, czyli w tych momentach, które mają wartość same w sobie i nie poddają się nowoczesnej logice oceniania.

Do leniuchowania potrzebujemy czasu, a tego nieustannie nam brakuje. To jednak nie kwestia coraz lepszych technik skutecznego nim zarządzania. Czy nie jest tak, że za bardziej wydajnym spożytkowaniem czasu kryje się w rzeczywistości jeszcze więcej zadań?
Z kolei rozwój techniki tylko częściowo pomaga nam zyskać na czasie, bowiem jego nadwyżki pochłania zaspakajanie naszych rosnących roszczeń i wymagań. Zamiast podróżować krócej dzięki nowoczesnym środkom lokomocji, w efekcie podróżujemy częściej i dalej. Gdybyśmy zadowolili się tymi posiłkami, podróżami i rozrywkami, co nasi przodkowie – żylibyśmy w raju czasowym. Zamiast tego popadamy w paradoks: nie mamy czasu, mimo że uzyskujemy go w nadmiarze.

Leniuchowanie, jak się okazuje, ma nie tyle związek z ilością wolnego czasu, ile z określonym nastawieniem polegającym na osiągnięciu stanu zgody między mną a tym, o co chodzi w moim życiu.

Sztuka leniuchowania nie zależy jedynie od odzyskania władzy nad naszym czasem, lecz także od umiejętności unikania dekoncentracji i korzystania ze szczęścia zawierającego się w danej chwili. Bardzo dużą część książki poświęcono stresowi informacyjnemu, któremu nieustannie podlegamy podłączeni non stop do sieci informatycznej, i korzyściom płynącym z okresowego odłączenia się od potoku "ważnych" wiadomości.

Mnie szczególnie zainteresował związek braku czasu z wzrastającą konsumpcją. Przeszkodą w leniuchowaniu jest „multiopcjonalna” kultura, która wmawia nam, że szczęście szybciej spotkamy wtedy, gdy będziemy mieli więcej propozycji i opcji. Tymczasem rozważanie nieskończonych alternatyw pochłania nasz czas i energię. Kto musi wybierać spośród niedającej się ogarnąć liczby marek jogurtów, polis ubezpieczeniowych lub kanałów telewizyjnych, ten nie uzyskuje wolności – jak sugerują reklamy – lecz podnosi swój poziom stresu. Nasze cierpienia są wzmacniane przez skłonność do nieustannej pogoni za nowościami i związane z tym niedocenianie rzeczy już posiadanych. Uczucie zagonienia w dużej mierze wynika z nieustannego poszukiwania ulepszeń oraz niezdolności do zadowolenia się aktualnym stanem posiadania. W tym kontekście próżnowanie to sztuka niepoddawania się nieustannej gonitwie za naszymi (własnymi lub wmówionymi) pragnieniami, zdolność do zatrzymania się w swym zabieganiu po to, by rozkoszować się chwilą, spotkaniem lub działaniem.

Poszukiwanie możliwie „spełnionego”, „bogatego” życia sprawia, że nigdy nie możemy zaznać spokoju. A do tego jeszcze obrzydza nam ono przy okazji ów bezproduktywny czas wolny, do którego tak tęsknimy. Gdybyśmy go bowiem przeznaczyli na relaks, oznaczałoby to przecież, że jesteśmy skłonni zadowolić się tym, co już zostało uzyskane, a więc i zaakceptować, w ostatecznej konsekwencji, skończoność własnego życia. A to jest dla nas tak bardzo trudne, że wolimy gonić za ciągle nowymi przeżyciami i szansami.

Jednym z nieporozumień związanych z czasem wolnym jest przekonanie, że do odpoczynku niezbędne są specjalne pauzy, które można zorganizować dużym nakładem sił i poza dniem powszednim. Ludzie, przyzwyczajeni do społeczeństwa konsumpcyjnego, które każdą potrzebę zaspakajają odpowiednimi produktami, także próżnowanie traktują jako dobro konsumpcyjne: kolejny kurs relaksacyjny, poradnik o zarządzaniu czasem, nową płytę z muzyką, drogie egzotyczne wczasy. Zanim wyjedziemy na drogi i męczący urlop autor proponuje zacząć od drobnych kroków w zaciszu swojego domu: wyłączenia komputera, schowania zegarów, pozbycia się czasopism i telewizora, napisania dla siebie samego mowy pogrzebowej (!) czy zaproszenia przyjaciół na "brazylijski weekend".

Dobrego leniuchowania!


Wywiad z autorem dotyczący wpływu leniuchowania na kreatywność znajdziecie tutaj.


Polecam także:
Rodzice na wolnych obrotach
Jak być leniwym by Tom Hodgkinson
Pan Fusi oszczędza czas, czyli życzenia na Nowy Rok

Efekt przeprowadzki – jak się spakować, rozpakować i przeprowadzić

Gdy myślę o tym, żeby mieć mniej rzeczy wokół siebie, od razu pojawiają mi się w głowie wszystkie te obrazy mieszkań, w których pomieszkiwałam przez ostatnie kilkanaście lat. W sumie, w moim dorosłym życiu, licząc od 22-ego roku życia, przeprowadzałam się 11 razy. Po drugim razie szczerze znienawidziłam przeprowadzki. Ale wtedy jeszcze taszczyłam ze sobą prawie wszystko, co miałam, a trochę tego było.

Wiecie, jaki moment lubiłam w nowym mieszkaniu najbardziej? Kiedy NIC nie zostało jeszcze wypakowane. Wchodziłam do mieszkania i był ideał:  podstawowe sprzęty, pusta podłoga, żadnych ozdób. Tylko tak się długo nie da. Wkrótce na podłodze pojawiały się papiery, książki, a na biurku czy stole znów…papiery (charakter mojej pracy pozwala na gromadzenie tylu papierów, ile dusza zapragnie), jakieś ozdoby, prezenty, płyty, ciuchy i tak dalej. Sami wiecie.
I człowiek się do tego przyzwyczajał, bo jak inaczej funkcjonować. Marzyłam o byciu wolnym duchem, z jedną walizką, która snułaby się ze mną wszędzie; wysłużona i nieśmiertelna. Niestety.

Wiele zmieniło się, gdy postanowiłam wyjechać za granicę. Sprzedałam rower, drukarkę i jeszcze kilka sprzętów. Już wtedy stałam się posiadaczką laptopa, co niezwykle przybliżyło mnie do bycia tym wolnym duchem.  Jakoś ucieszyłam się, że MUSZĘ (ze względu na przepisy lotnicze) zapakować się do jednej walizki. I wtedy, jakimś cudem, potrafiłam zdobyć się na ustalenie priorytetów! Żadnego brania "wszystkiego-na-wszelki-wypadek".

Jak sobie z tym wyzwaniem poradzić?
Wstajesz rano z łóżka i wykonując wszystkie czynności po kolei przyklejasz samoprzylepną kartkę na wszystko, czego ZAWSZE używasz; codziennie, niezmiennie. Na przykład: szczoteczka, pasta do zębów, podkład do twarzy, puder, tusz, telefon, krem do rąk, suszarka do włosów – i to pakujesz. Jednego nie radzę brać: dużych szamponów, żeli pod prysznic i tym podobnych gadżetów; raczej w małych buteleczkach. Jeśli jedziesz na dłużej niż tydzień, kupisz sobie na miejscu, to nie kosztuje majątku. Szkoda na to cennego miejsca w walizce.

Dużo by pisać - wylądowałam w wiejskim, greckim domku bez absolutnie żadnych wygód, a nawet podstawowych udogodnień! Ale całkowicie zdjęło to ze mnie odpowiedzialność za funkcjonowanie całego domu (kable, przełączniki, odkurzacze, itp.) – musiałam zatroszczyć się jedynie o siebie, a potrzebne ku temu środki znajdywały się w jednej walizce. Kosmetyki, ubrania i inne niezbędniki potrzebne mi przez pół roku życia za granicą nagle okazały się wystarczające w zupełności. Musiały. Nie miałam wokół siebie tego, czym zwykłam się otaczać: książek, papierów, płyt, pamiątek; starych widokówek, listów. Nie miałam żadnej „historii”, którą ze sobą niosłam. Wchodziłam do domów znajomych ludzi i z każdego kąta coś opowiadało o nich – ja przychodziłam i wychodziłam jako "anonim", mogąc zaprezentować tylko siebie.

Gdy wróciłam do Polski postanowiłam, że będę sukcesywnie ograniczać rzeczy wokół mnie - przestałam chomikować przedmioty, których nie używam i nie będę używać (np. ubrania, nie do końca działające sprzęty, bibeloty, kosmetyki), które nie przedstawiają również żadnej wartości sentymentalnej i nie są jakimś rodzinnym „skarbem”(np. pudełko ze zdjęciami dziadka i babci). Do kolejnych mieszkań przenosiłam się już z nieco mniejszymi bagażami. Wszędzie sypiałam w śpiworze. Gdy przeniosłam się do kolejnego mieszkania moja współlokatorka przyniosła mi pościel, wyjaśniając jak do przybysza z odległej planety:  "Tu jest normalne mieszkanie i śpi się normalnie." Do diaska! Wiem jak sypia homo sapiens! Ale teraz wszystko się odwróciło: to mój wysłużony śpiwór, kosmetyki w małych buteleczkach i jedna para sztućców opowiadały moją historię – wcale nie gorszą niż ta, która powstawała latami i pokoleniami.

Dzisiaj, od 5 lat w tym samym domu, znów mam masę rzeczy, ale wiem, że potrafiłabym się spakować do jednej walizki i szczęśliwie przeżyć tyle... ile trzeba.

Jeśli chciał(a)byś się przekonać, jak by to było funkcjonować z mniejszą ilością bodźców (bo jednak rzeczy wkoło to bodźce dla naszych oczu), może zrób tak jak ja od czasu do czasu? Pozdejmuj wszystkie ozdoby w sypialni i zapakuj je do jakiegoś pudełka/walizki. Odstaw gdzieś, np. na dno szafy. I niech sobie tam to siedzi przez dobę lub dwie. Komfort polega na tym, że w każdej chwili możesz to wyciągnąć, ale możesz też sobie pożyć bez tego wszystkiego tak długo, jak będziesz chciał/-a, robiąc „efekt przeprowadzki”. A przeprowadzki mają efekt ściśle edukacyjny  ;-)

Iwona
Motyw kobiety



O życiu z pasją

Serdecznie witam w gronie współautorów Gabrielę i zapraszam do lektury jej pierwszego wpisu na Drodze do prostego życia...

Kiedy myślę o DOBROWOLNEJ PROSTOCIE, myślę o nieprzywiązywaniu się do rzeczy, WOLNOŚCI myślenia i życiu według własnego scenariusza, bez kopiowania lifestylowych trendów. Celowo mówię o stylu życia, ponieważ pojęcie „dobrowolnej prostoty” dotyczy zarówno aspektów materialnych/fizycznych, jak i duchowych, emocjonalnych oraz intelektualnych. To bardzo szeroki temat i każdy ma trochę inne do tego podejście, co stanowi o jego uroku. Dlatego mój pierwszy wpis na blogu będzie dotyczył wolności i życia z pasją.

WZOROWY UCZEŃ VERSUS PASJONAT
Jakiś czas temu trafiłam na filmik na YT o. Szustaka, w którym mówi o istocie pasji w życiu:


I aż przyklasnęłam, ponieważ w naszym kraju wciąż za dużą wagę przywiązuje się do tego, żeby zdobywać oceny, dyplomy, papierki i tytuły, karmimy się „mgr” czy „dr” przed nazwiskiem. Rzadko kiedy bierze się pod uwagę to, czy ktoś podąża ścieżką swego serca, czy też realizuje strategie biznesowe bądź naukowe na życie, bo tak trzeba i wszyscy tak robią.

PASJA TO ŹRÓDŁO MOCY
Moją receptą na to, by żyło nam się pełniej i radośniej, jest zachęcanie ludzi do życia z pasją. A już super ważne jest to, by dawać wsparcie dzieciom i dać przestrzeń na rozwijanie swoich pasji. Nie ma większego znaczenia, czy zdobywają piątki i nagrody. Istotniejsze dla ich rozwoju i jakości życia jest to, by podążały za swoją pasją, która da im siłę do działania i będzie kołem zamachowym ich rozwoju. Pasja da im wewnętrzną moc, dzięki niej poczują się pewniejsze siebie. I w takim właśnie duchu wychowuję swoich synów. Nieważne, że syn krzywo prowadzi szlaczki, czy jego rysunki odbiegają od starannych prac jego koleżanek. No i co z tego? Jego obecną pasją jest piłka nożna i w wieku kilku lat zna nazwiska większości najlepszych piłkarzy, potrafi rozróżniać herby klubów piłkarskich, a każdą wolną chwilę na podwórku spędza z piłką lub na rowerze, bo ćwiczy nogi ;-)

ODWAGA, UWAŻNOŚĆ I PASJA
Na fali tego, chyba wciąż jeszcze awangardowego, podejścia zapoczątkowałam kampanię społeczną „Miej odwagę, żyj uważnie i z pasją”. Kluczowym jej elementem jest film, w którym wypowiadają się matki z córkami. Zachęcam do obejrzenia i podawania dalej TUTAJ.
Niech jak najwięcej osób zainspiruje się do odważnego i uważnego życia z pasją, bo pasja = miłość i radość.  Proste? Proste! Żyjmy w duchu prostoty i (dobro)wolności! :-)

Zgadzacie się z tym, że pasja ma znaczenie?


Więcej na temat pasji znajdziecie na stronie Gabrieli Kucy Kobieca siła.

DIY: Jak zrobić niedzielę w środku tygodnia!

Mój poniedziałek. Wstałam wcześniej, zaparzyłam ulubioną kawę w kawiarce, włączyłam muzykę. Spojrzałam za okno sprawdzając, jak bardzo zmienił się świat w czasie, gdy spałam. Wysłałam mężowi sms z życzeniami miłego dnia (mam tendencję do układania rymowanek). Przez chwilę cieszyłam się widokiem moich brykających kociaków. Uświadomiłam sobie, że żyję….  i podziękowałam za to!
 
Twój poniedziałek? Ale co tam poniedziałek, jeśli po nim jest jeszcze wtorek, środa, czwartek, piątek aż wreszcie…. piątek po południu!! Czyli weekend!

W weekend otwiera się prywatne wesołe miasteczko: normalne śniadanie, mnóstwo planów, jacyś znajomi na wieczór, wypad za miasto, seks, butelka wina + (dodaj, co tam chcesz).
Życie wielu ludzi zaczyna się w sobotę, a kończy w poniedziałek! Twoje też? Jeśli tak właśnie działasz -w systemie weekendowym- mam dla Ciebie kilka całkiem pokrzepiających informacji:

Nie od parady działamy, jako ludzie, na zasadzie regularności: potrzebny jest nam tak samo sen, jak i pożywienie. Aktywność i odpoczynek. Samotność i towarzystwo. Spójrz na przyrodę: pory roku, pory doby, wszystko ma swój czas, bo wszystko potrzebuje czasu i pewnych rytuałów. Ty również.

Bawić się tak świetnie jak chomik w kółku!
Wyobraź sobie, co by było, gdybyś czekał/-a z jedzeniem czy snem na weekend. Twój szybki zgon poprzedziłoby stanie się wrakiem człowieka. Bo tak się nie da funkcjonować.
Czy również masz wrażenie, że podzieliliśmy swoje życie od poniedziałku do piątku i od soboty do niedzieli? Pewne sprawy stały się wręcz nietykalne! Spotkać się ze znajomymi w tygodniu? Umówić się we wtorek na lampkę wina? Możliwe?

Bez czytania książek, chodzenia do galerii (każdej…) rysowania, oglądania, pisania, biegania, fitnessu, kawy z przyjaciółmi da się funkcjonować. Nie trzeba tego wszystkiego robić, żeby przeżyć kolejny dzień. No, nie jest tak? Budzisz się, idziesz do pracy, dajesz z siebie wszystko, wracasz i odpoczywasz! Z pilotem w ręku, robiąc porządki (przy włączonej muzyce, żeby nie było -dwa w jednym), zakupy, płacąc rachunki, sprawdzając zadania domowe….. i tak sobie marzysz o weekendzie…, bo w głowie masz chmurkę z samymi przyjemnościami: dłużej pośpisz, wypijesz z mężem lampkę wina wieczorem, obejrzycie jakiś film (być może nawet w kinie), wpadną do was znajomi…. powtarzam się? Bo koło się zamyka. Jeśli tak właśnie wygląda każdy Twój tydzień w roku, niczym chomika w zabawkowym kółku, zrób coś z tym. Szkoda życia!

W ciągu tygodnia pojawiła się niedziela…”
jak śpiewa Maja Sikorowska, która na strychu znajduje gramofon i stare płyty. I jest to środek tygodnia! A ona słucha muzyki! Cóż, też tak mam :- )
Nie uwierzysz, ale pomiędzy poniedziałkiem, środą, czwartkiem, a sobotą i niedzielą nie ma ŻADNEJ różnicy. Każdy z tych dni ma taką wartość, jaką mu nadasz.

Nie rezerwuj swojego cennego towarzystwa na weekend!
Obecnie spotykam się w czwartki z moją koleżanką z czasów studiów; super sprawa! Dzięki wartościowym ludziom mój weekend się rozszerza o kolejne dni…..

Na ulubioną muzykę znajdziesz chociaż kwadrans czasu każdego dnia – nie mów, że nie. Jeśli to coś, co Cię odpręża, co nadaje inny rytm Twoim myślom- rób to jak najczęściej.

Kino to nie tylko wynalazek na weekendy. Jeśli oszczędzasz, to nawet dobra informacja dla Ciebie, bo zwykle w poniedziałki bilety są najtańsze. Pomyśl: wieczorem i tak nie będziesz robić nic lepszego poza „dogorywaniem” w oczekiwaniu na kolejny dzień pracy.

Zamień ten wieczór w święto - następnego dnia nie będziesz musiała słuchać (lub co gorsza: opowiadać) w pracy plotek; będziesz mogła zacząć rozmowę na temat obejrzanego filmu! Dzięki takiej drobnostce, kolejny dzień pracy może minąć Ci zupełnie inaczej!

Jak świętuję każdy dzień
Czekam na weekend tak jak Ty. Bo to czas, kiedy mogę zjeść z mężem śniadanie. I nie pracuję, nawet nie myślę o pracy. Staram się przypomnieć sobie, czy robię coś szczególnego wtedy, i nic mi poza tym śniadaniem nie przychodzi do głowy. Wszystkie rozrywki, hobby, rzeczy, które lubię, rozkładam na cały tydzień.

Często w środy jeździmy po obiedzie do kawiarni – ponad połowa „roboczego” tygodnia już za nami, zatem jest co świętować! Czasem jedziemy do sklepu zoologicznego tylko po to, by pooglądać te wszystkie słodkie zwierzaki :- ) Albo w jakieś miejsce, które nam tylko przyjdzie do głowy, by porobić zdjęcia.

Teraz właściwie codziennie jadamy obiad przy świecach i rozmawiamy – ktoś, kto by wpadł znienacka, pewnie by pomyślał, że mamy rocznicę ślubu.

Smutno mi się robi, gdy odwiedzam kogoś, a on wyciąga „specjalne” kieliszki lub „specjalny” obrus. Obrusu co prawda nie posiadam w ogóle. Nie mam też kieliszków na co dzień i tych od święta. Podobnie z zastawą (o ile ktoś w ogóle się czymś takim przejmuje…) kosmetykami, perfumami, ubraniami, smakołykami; używam tego wszystkiego, jakbym dziś miała ostatnią szansę. W moim domu nie istnieje powiedzenie ”Zostaw, to na święta!”. Dzisiaj jest święto! Jutro nie jest mi jeszcze dane i nie wiadomo, czy w ogóle będzie. Dzisiaj jest ten czas, który wpływa na moje samopoczucie. Dzień, który coś może po sobie pozostawić. I to ja decyduję, co. Ja mogę go upiększyć lub uczynić przeciętnym, czyli – w moim przekonaniu – zohydzić.

Kocham siebie. A skoro kocham, to chcę być dla siebie dobra, bo moja miłość do mnie bardzo wpływa na osoby, które spotykam w ciągu mojego tygodnia. Nie jestem niczyim robotem. Sam Bóg, projektując mnie, stworzył mnie do bycia szczęśliwą. Nie chcę Mu zatem tego planu –  zohydzić.

Załóżmy, że masz przeżyć jeszcze kilkadziesiąt lat (masz np.30, a długość życia wydłuża się). Czy jesteś zdecydowana/-y przeżyć KAŻDY kolejny dzień od poniedziałku do piątku tak, jak przeżyłaś ostatnie 3 tygodnie?

Tu zbliżam się niechybnie do pytania, które sam/-a sobie zadaj: Po co żyjesz?
W życiu człowieka są dwie istotne chwile; gdy się rodzi i gdy odkrywa po co” (Mark Twain)

Ja sobie na nie odpowiedziałam i jest mi z tą odpowiedzią znacznie lepiej. Chce mi się żyć każdego dnia, z dnia na dzień, jakby świat miał się jutro skończyć i tak, jakby zagościło wieczne Królestwo na ziemi :-)
I Tobie też tego życzę!

Iwona
Motyw kobiety


O czekaniu na weekend pisał także Tomasz we wpisie Postawa typu TGiF.

O dobrym zbieractwie

Wraz z wiosennym przebudzeniem przyrody ten pomysł coraz bardziej pobudza moją wyobraźnię. Mając na myśli dobre zbieractwo, nie chodzi mi bynajmniej o kolekcjonowanie rzeczy.

"Popatrzmy na tę olbrzymią, drapieżną, ryczącą matkę, którą posiadamy -Naturę - jak leży przy nas przepełniona pięknem i czułością dla swoich dzieci tak, że przypomina samicę  lamparta. Niestety, tak wcześnie jesteśmy odłączeni od jej piersi i zapędzeni w społeczeństwo, w kulturę, która jest oddziaływaniem na człowieka" - pisał Henry David Thoreau w "Sztuce chodzenia" (w tłum. Piotra Madeja).

Idea powrotu do zbieractwa ma nam przypomnieć o korzyściach płynących z odnowienia naszego związku z przyrodą. Zapominamy, że biologicznie wcale się nie zmieniliśmy. Pod względem genetycznym niczym się nie różnimy od ludzi pierwotnych. Ciągle jesteśmy łowcami-zbieraczami. Jednakże coraz bardziej, zamknięci w czterech ścianach, otoczeni przez rzeczy, zajęci elektronicznymi gadżetami, oddalamy się od tego, co jest gwarancją naszego zdrowia fizycznego i psychicznego - przebywania na (nomen omen) łonie natury.

"U podłoża inteligencji przyrodniczej leży ludzka zdolność do rozpoznawania roślin, zwierząt i innych elementów środowiska naturalnego, takich jak chmury czy skały. [...] Chociaż ta zdolność wyewoluowała niewątpliwie w celu lepszego radzenia sobie z elementami przyrody, obawiam się, że obecnie jest stosowana głównie w świecie wytworów ludzkich rąk. Świetnie radzimy sobie z rozróżnianiem na przykład marek samochodów, tenisówek i biżuterii, ponieważ nasi przodkowie musieli być w stanie rozpoznać drapieżne zwierzęta, jadowite węże i jadalne grzyby." - pisał Howard Gardner.

Rozwijajmy u siebie i dzieci ową inteligencję przyrodniczą, której kształtowanie może być dobrą okazją do rodzinnego wypadu do pobliskiego lasu. Nie przechodźmy obojętnie obok jego darów, które mogą stać się dla nas źródłem pożytecznego pokarmu, o czym przypominał także Zdzisław Skrok w "Wymowności rzeczy":

"Dlatego i dziś zbieractwo niesie nam niezawodny ratunek. Choć powinniśmy pamiętać, że nasz świat nie jest łupem, ale darem ofiarowanym pod pewnymi warunkami. Najważniejszy z nich brzmi, że musimy go zwrócić, jeśli nie bogatszy, to przynajmniej nie mniej zubożony. Jeśli więc ten dar niszczymy i nie troszczymy się o tych, co przyjdą po nas, zaprzeczamy całemu dziedzictwu przeszłości. Wędrując więc po naszych lasach, w których częściej napotkać możemy zdemontowane części kradzionych samochodów niż upragnione borowiki, pamiętajmy, że kiedyś być może będą one naszym ostatnim schronieniem, źródłem głodowego pokarmu i nadziei na przetrwanie."

Tym, którzy w nadchodzącym sezonie wiosenno-letnim (ale i przez cały rok!) chcieliby spędzać jak najwięcej czasu pośród leśnych ostępów, łąk, parków, a nawet wiejskich lub miejskich nieużytków, przy okazji rozwijając zapomnianą umiejętność "dobrego zbieractwa" - serdecznie polecam przewodników w tym temacie: książki "Dzikie rośliny jadalne Polski" oraz "Dzika kuchnia" Łukasza Łuczaja, a także blog Miastożercy. Nie będę rozpisywał się jednak na ich temat - zrobili to już za mnie inni :)

O książce "Dzikie rośliny jadalne Polski" możecie przeczytać na blogu Kulinarna czytelnia we wpisie Chwasty na talerzu.
O książce "Dzika kuchnia" przeczytacie na blogu Ekocentryczka tutaj.

Dzięki książce "Mniej" Marty Sapały, w której pisze m.in. o "miejskim szabrze" jako alternatywnym pozyskiwaniu pożywienia, miałem okazję poznać jedną z jej bohaterek: Agnieszkę Mocarską, współautorkę bloga Miastożercy, do którego link znajdziecie tutaj.

Jeżeli zaś sami czerpiecie wiedzę w temacie zbieractwa z innych źródeł, proszę dajcie o nich znać w komentarzach. Jeżeli jesteście już specjalistami w tej dziedzinie, podzielcie się z nami swoim doświadczeniem. Od czego zacząć?

Wymowność rzeczy

To tytuł książki, którą dzisiaj wypatrzyłem na dworcu kolejowym wśród innych przecenionych tytułów. Z książkami, podobnie jak z ludźmi, zdarzają się spotkania przypadkowe, ale co do których podskórnie czujemy, że mogą dać początek czemuś ważnemu. Tak było tym razem. 

W przeciwieństwie do minimalizmu, w dobrowolnej prostocie -tak jak ją rozumiem- nie staram się być przeciwnikiem rzeczy, ale próbuję przywrócić należne im miejsce i nawiązać z nimi właściwe relacje. Rozumiem, że tak wyraźna w minimalizmie chęć pozbycia się jak największej ilości przedmiotów jest próbą okiełznania nadmiaru, przesytu i współczesnego zalewu tandetą, odzyskania wolnej przestrzeni. Ja jednak szukam umiarkowania, mając świadomość, że rzeczy mogą i powinny być naszym sojusznikiem, tak jak były nim, towarzysząc człowiekowi przez tysiąclecia.  "Wymowność rzeczy" Zdzisława Skroka (ur. 1950), archeologa i publicysty, wydanej w 2012 r., może być przewodnikiem w takim właśnie pojmowaniu rzeczy.

Mam nadzieję, że autor książki nie będzie miał nic przeciwko zamieszczeniu kilku obszernych jej fragmentów:

Minimalista w pięciogwiazdkowym hotelu

Ilekroć czytam założenia minimalizmu lub Wasze historie o wkraczaniu na minimalistyczną ścieżkę, odnajduję się w tym. Już mogę powiedzieć, że się odnajduję, ale przez lata toczyłam bój z samą sobą. Bo ja jestem osobowością typu: wszystko albo nic. Zatem jeśli przyjmuję minimalizm, to tak skrajny jak się tylko da. I w zupełności. W przeciwnym razie narażam się na rozdwojenie, które spędza mi sen z powiek.

Pewnego dnia jednak okazało się, że człowiek taki jak ja potrafi być zupełnie szczęśliwy, DOSTOSOWUJĄC SIĘ do okoliczności. Wiecie, co mnie tego nauczyło? Słowa apostoła Pawła! Cytuję: „Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek.” (List do Filipian 4,12).

Kiedy to przeczytałam, uświadomiłam sobie, że to o mnie. To była moja codzienność zawarta w tych słowach. Początkowo nie nazwałam jej, ale gdy to przeczytałam, przyszło objawienie; mogę być wolnym człowiekiem. Nie muszę się określać przez swoje podejście do spraw mało istotnych, ani robić z tego religii, ani być jak przysłowiowa krowa, która nigdy nie zmienia zdania.

Jak to wygląda w praktyce: Kocham przyrodę, lubię poznawać ludzi przez przebywanie z nimi, nie wybrałabym wakacji w hotelu, ale gdyby mnie ktoś zaprosił, skorzystam ze wszystkimi wygodami i nie będę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie umęczam się w kuchni, tworząc wymyślne potrawy, ale na wszelakich domowych imprezach nie mam nic przeciwko konsumpcji takowych. Praca. Jechałam kiedyś do ekskluzywnego hotelu. Droga była długa i męcząca. Przez cały ten czas snułam wizję o kąpieli w jacuzzi i wyłożeniu się samej na wielkim, małżeńskim łożu. Na miejscu okazało się, że plany się zmieniły i będę dzielić inny pokój, z inną osobą. Nie byłam zachwycona, ale szybko pogodziłam się z tą sytuacją. Dzięki temu poznałam fajną osobę. Adaptuję się do każdych warunków; mogę pić drogiego szampana w jacuzzi, jak i przez miesiąc myć się w ogrodzie (z powodu braku łazienki) w małym garnku, wodą przyniesioną z ulicznego kranu – historia prawdziwa :- )

Jest mi znacznie łatwiej, gdy przerzuciłam się na życie w obfitości. Znów, idąc tropem Mądrej Książki, jaką jest Biblia. Tak rozumiana obfitość oznacza, że masz wszystkiego dużo, nawet w nadmiarze - ale to tak naprawdę służy nie tylko Tobie, ale i ludziom, których spotykasz na swojej drodze; nieważne, czy to jest pełna lodówka, czy radość życia. Ta obfitość ma również świetnego Dawcę, który wie, co komu potrzeba, gdzie masz się z tą obfitością pojawić, czyj dzień, czy nawet życie, zmienić. Odkąd proszę o to, czego mi potrzeba, a nie o to, czego chcę - mam absolutnie wszystko.

Iwona
Motyw kobiety


Minimalizm jako sposób radzenia sobie z rzeczywistością - cz. 1

Zapraszam na tekst będący kontynuacją mojego postu (tutaj). Na podstawie obserwacji, których wyniki opisałam w pracy magisterskiej, opowiem Wam dzisiaj o konsumpcji, konsumowaniu na pokaz, a także chorobie, która może być wynikiem stałego dążenia do zaspokajania potrzeb.

Czym jest konsumpcja?
To zbiór wszelkich zachowań, którymi kieruje potrzeba zaspokojenia pragnienia posiadania. Według Benjamina Barbera "Konsumpcja oznacza korzystanie z dóbr i usług, które oferuje gospodarka, oznacza udział w procesie zaspokajania potrzeb, określone zachowania i interakcje rynku"[1]. Stopień poddania się konsumpcji staje się coraz częściej miernikiem tego, w jaki sposób radzimy sobie z otaczającą nas rzeczywistością. Konsumujemy nie tylko towary, które są niezbędne do życia, ale i takie na które mamy ochotę[2]. Należy również skierować uwagę na to, że -jak pisze Ritzer- "Nowe środki konsumpcji ułatwiły nakłonienie nas, byśmy konsumowali daleko więcej niż kiedykolwiek wcześniej; zdążamy prostą drogą do konsumpcji"[3]. Istotny jest zatem umiar i kontrola własnych pragnień.

Brak tego umiaru może prowadzić do zachowań bliskich konsumpcji na pokaz. Thorstein Veblen w książce Teoria klasy próżniaczej, wydanej już w 1899 roku, opisał pojęcie konsumpcji ostentacyjnej, polegającej na demonstrowaniu nabytych dóbr w celu zdobycia prestiżu czy też odróżnienia się od innych. Skonstruował określenie "marnotrawstwa na pokaz"[4] w celu określenia wydatków i inwestycji, których bezpośrednim podłożem jest rywalizacja majątkowa i chęć zaprezentowania swoich zasobów finansowych. Obserwacje Veblena dotyczyły elity Stanów Zjednoczonych przełomu XIX i XX wieku. Klasę próżniaczą, nazywaną również klasą pasożytniczą, przeciwstawiał klasie pracującej. Konsumpcja na pokaz, jak pisał, była realizowana poprzez ostentacyjne obnoszenie się ze swoim majątkiem. Pomocne ku temu były sposoby spędzania wolnego czasu, inwestycje w garderobę żon, wystawne przyjęcia, swego rodzaju nonszalancja i demonstracyjny brak ograniczeń. A wszystko to w celu unaocznienia swojego majątku, bo -jak zauważa Veblen- ludzie kupują dobra, aby używać ich na pokaz.

Teoria Veblena ma jak najbardziej swoje odzwierciedlenie w dzisiejszych czasach, tym bardziej, że zaspokajanie potrzeb jest dużo łatwiejsze niż miało to miejsce do niedawna. Konsumpcja na pokaz jest bardziej przystępna, między innym na wskutek popularności ritzerowskich świątyń konsumpcji[5]. W obliczu takiej sytuacji pojawia się konsumpcjonizm, czyli nieuzasadnione zaspokajanie potrzeb, któremu przypisuje się dodatkowe wartości i postrzega się je jako wyznacznik jakości życia. Jest to "stan doświadczenia, przy którym konsumpcja staje się wartością autonomiczną i nadrzędną wobec wszystkich innych"[6]. Prowadzi do zwiększonej ilości i intensywności chęci zaspokojenia w rzeczywistości niepotrzebnych zachcianek.

Przemiana struktury społecznej, rozkwit technologii i ciągła zmienność stanowią, pośród również wielu innych czynników, przyczynę szybkiego rozwoju rzeczywistości. Potrzebą porządkującą i determinującą nasze zachowania stała się konieczność zaspokajania nie tylko potrzeb wynikających z konsumpcji autonomicznej (czyli konsumpcji, której realizacja zapewnia minimum potrzebnych dóbr do życia), ale i z konsumpcji dodatkowej (która zależna jest od wysokości dochodów i oznacza wydatki na dobra, które nie są nam niezbędne do życia). Realizacja potrzeb konsumpcji dodatkowej może prowadzić do wspomnianego konsumpcjonizmu, ale i - w ekstremalnych przypadkach - do zaraźliwego (przenoszonego ze społeczeństwa na społeczeństwo) stanu przesytu i marnotrawstwa, które wynikają z ciągłego dążenia do posiadania coraz większej ilości przedmiotów, czyli do choroby nazywanej affluenzą. Kluczowe uzewnętrznienia tej choroby to między innymi gromadzenie dóbr postrzegane jako cel sam w sobie, posiadanie w nadmiarze, przesadna koncentracja na gromadzeniu, a także ocenianie siebie i innych poprzez przedmioty materialne. Zdaje się, że choroba ta obecnie może być coraz częściej diagnozowana. W celu jej uniknięcia pozostaje nam zachować uważność, refleksyjność i dystans do ilości posiadanych potrzeb czy też przedmiotów.

Kult konsumpcji, który przytłacza i determinuje prawie wszystkie nasze wybory, doprowadził do sytuacji niemalże bez wyjścia. Stajemy się coraz bardziej podatni na wpływy mody i obowiązujące wzorce posiadania, wielokrotnie dążymy do konsumowania na pokaz. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, kiedy nadmiar potrzeb, ale i nadmiar skumulowanych i niewykorzystanych dóbr, staje się ciężarem? W którym momencie - w obecnej kulturze konsumpcyjnej - należy zwrócić uwagę na przesadne rozmiary naszych pragnień?

Karla Kolumna

________________________________
[1] B. Barber, Dżihad kontra McŚwiat, s. 25.
[2] Na podstawie: G. Ritzer, Magiczny świat konsumpcji, s. 15.
[3] Ibidem, s. 8.
[4] T. Veblen, Teoria klasy próżniaczej, s.80.
[5] G. Ritzer, op. cit.
[6] O. Leszczak, Paradoksy konsumpcjonizmu. Typologia i lingwosemiotyka, "The Peculiarity of Man", 2012, nr 15, s. 12.

O naszej walce z długami

Jedną z form niezależności finansowej jest - obok akumulowania oszczędności (kapitału) - wolność od długów. Można powiedzieć, że spłata zadłużenia i gromadzenie oszczędności są do siebie łudząco podobne i polegają na tej samej czynności: odkładaniu. Zastanawiające, że zaoszczędzenie 10% naszych dochodów przychodzi nam z trudnością, podczas gdy lekką ręką zadłużamy się na 20, 30 a nawet 50% swoich dochodów. Obliczanie własnej zdolności kredytowej polega na określeniu, czy jesteś zdolny przez 20-30 lat odkładać pieniądze – tyle, że dla banku, a nie dla siebie samego czy rodziny.

Spłata zadłużenia i gromadzenie oszczędności to dwie strony tej samej monety, co oznacza mniej więcej tyle, że możemy patrzeć na orła lub na reszkę, ale nie na obie strony monety naraz. Prostą konsekwencją zadłużenia jest zazwyczaj brak środków na własne oszczędzanie.
Aktualnie mamy dwa długi (kredyt i pożyczka hipoteczne, niestety w CHF). Miesięczne obciążenia z tego tytułu zabierają do 20% naszych dochodów. Wynika z tego, że te 20% moglibyśmy odkładać jako oszczędności. Naszym priorytetem jest szybka spłata „najdroższego” długu, a następnie obniżenie kosztów zadłużenia do poziomu poniżej 10% dochodów.

Jeszcze kilka lat temu zadłużanie się traktowałem jako jedno z możliwych źródeł finansowania naszych potrzeb. Jego apogeum przypadało na 2008 r. kiedy to mieliśmy na głowie kredyt hipoteczny na zakup mieszkania na 30 lat, pożyczkę hipoteczną na cele konsumpcyjne na 20 lat (wykorzystaliśmy wysoką wartość mieszkania, ku naszemu zdziwieniu bank nie chciał nam pożyczyć dokładnie tyle, ile potrzebowaliśmy, tylko… kwotę dwukrotnie wyższą!!!), dwie pożyczki pracownicze (jedna na wykończenie mieszkania, druga – bo była taka możliwość!), karty kredytowe (z których co prawda nigdy nie korzystaliśmy) i jakieś zakupy na raty. Może nie rzuciliśmy się w wir konsumpcji, próbując inwestować nadwyżkę wspomnianej pożyczki w obligacje i fundusze (to temat na osobny wpis), jednak z mizernym skutkiem. Kurs franka zaczął gwałtownie rosnąć, a nasze zyski z inwestycji po 3 latach, z wyjątkiem niewielkiego dochodu z obligacji, wyniosły 0 zł!

Dzięki dobrowolnej prostocie i książce YMYL (przeczytanej zbyt późno, by uniknąć wpadek, ale na tyle wcześnie, by je naprawić) zmieniliśmy nasze podejście do długu. Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Przełknęliśmy wszystkie „błędy i wypaczenia”, i postanowiliśmy spłacić swoje długi najszybciej jak tylko się da, zaczynając od tych, które powodowały, ze względu na wysokie oprocentowanie lub krótki okres kredytu (przekładający się na wysoką ratę), największe miesięczne obciążenia dla naszego budżetu.

Pierwszym krokiem była likwidacja kart kredytowych, co -wobec braku obciążeń- było działaniem czysto symbolicznym. Następnie wycofaliśmy wszystkie oszczędności z funduszy i przed czasem spłaciliśmy pożyczki pracownicze – byłem pierwszym takim przypadkiem u mojego pracodawcy. Spłaciliśmy wszelkie zakupy ratalne. Przede wszystkim jednak postanowiliśmy w ciągu trzech lat (zamiast pozostałych piętnastu) spłacić dług, którego szczególnie nie lubimy, to jest wspomnianą pożyczkę hipoteczną. Wiązało się to z koniecznością zaciśnięcia pasa i dokonywania systematycznej nadpłaty pożyczki z wygospodarowanych środków. Z drugiej strony w miarę możliwości poszukiwałem dodatkowego dochodu, który w całości był przeznaczany na spłatę. Dzięki ograniczeniu konsumpcji, co wymagało sporej determinacji, udało się spłacić jak dotąd 2/3 tego długu i mam nadzieję, że pożegnamy się z nim na początku przyszłego roku.

Obecnie naszym absolutnym minimum finansowego bezpieczeństwa jest życie w granicach uzyskiwanych dochodów, które ma być barierą przed popadaniem w coraz większe zadłużenie. Jeden ze sformułowanych przez mnie kroków w poście Jak osiągnąć prostotę brzmiał: Spłacaj długi i nie zadłużaj się, pozostając wolnym od obciążeń finansowych. Do sformułowania tej reguły, która może uczynić nasze życie znacznie prostszym, dochodziliśmy, jak widzicie, powoli, ucząc się na własnych błędach. Traktujemy je nie jako porażkę, ale wartościową lekcję, dzięki której zrozumieliśmy szereg mechanizmów, przed którymi tak trudno obronić osobistą wolność. Dzięki tej wiedzy możemy służyć pomocą innym. Wprawdzie nasza droga do pełnej wolności od długów jest ciągle przed nami, ale zdobywanie jej krok po kroku daje niesamowicie dużo satysfakcji i pozwala, choć trochę, poczuć smak ostatecznego zwycięstwa!



Zachęcam do przeczytania:
10 kroków do pozbycia się długów
Czym jest dla Ciebie wolność?
Pieniądze albo życie – Krok 1 Osobisty bilans aktywów i pasywów

Moja historia: ŻYJĘ PO SWOJEMU, CZYLI MINIMALIZM MIMOCHODEM

Kolejna odsłona naszego cyklu "Moja historia". Tym razem o swojej drodze do minimalizmu opowiada Iwona (autorka wpisu Przyjemności życia "po polsku"). Zapraszam!
 
Słowo „droga” zawsze oznaczało dla mnie jasno wyznaczoną trasę, coś bezpiecznego i określonego, ale ilekroć podejmowałam się wprowadzenia trwałej zmiany, to najpierw odczuwałam wielki entuzjazm, a potem kończyło się równią pochyłą. Dlatego w pewnym momencie mojego życia przestałam się już oszukiwać, że jakakolwiek zmiana, która miała zadatki na "trwałą", jest w moim przypadku możliwa. ALE zanim to nastąpiło…

Kocham naturę. Dlatego zmiana szamponu z „toksycznego”, czyli nienaturalnego, na wręcz przeciwny, była równie naturalnym wyborem. Przekonując samą siebie, że przecież nasze matki i babki nie znały żadnych >elsewów< i tym podobnych specyfików, każdy do innego włosa, zakupiłam szampon z pokrzywy. W tak prymitywnej butelce jak się tylko da. Pachniał pięknie. Umyłam włosy raz, drugi, trzeci, czując się wybawiona przynajmniej w tej jednej kwestii. Jednak za kolejnym i kolejnym myciem okazało się, że włosy niemiłosiernie mi się przesuszają - nie byłam w stanie w ogóle ich rozczesać. Trzeba było zatem sięgnąć do odżywki. Postanowiłam to jakoś przecierpieć, ale w końcu poddałam się. Kupiłam szampon dla dzieci. Tym razem włosy wręcz przetłuszczały mi się w oczach. Na nic to. Wróciłam do „normalnego” szamponu.

Pewnej niedzieli -a dzień pamiętam dokładnie tylko dlatego, że byłam na obiedzie u teściów- oglądałam zupełnie przypadkiem (jako że w domu nie posiadam) telewizję. A tam… naturalne kosmetyki! Znów urzeczona zieloną propagandą zabrałam się do wykonania pudru do twarzy z mąki ziemniaczanej i różu do policzków z kakao. Wszystko było świetnie przez dobę, kiedy to okazało się, że osypujące się kakao brudzi całą umywalkę i jasne ciuchy, a puder, który miał wchłaniać nadmiar tłuszczu i utrzymywać makijaż, zupełnie nie spełnia swojej roli. Wróciłam na stare „śmieci”.

Ponieważ minimalizm kojarzył mi się z ograniczeniem wszystkiego, zaczęłam od rzeczy najbardziej praktycznej dla mnie: jedzenia. Tak -postanowiłam- od dziś jem tylko wtedy, kiedy naprawdę będę głodna i małe porcje. Jedno z drugim niestety wykluczało się i tak siedząc nad talerzem, z kupką niemrawo patrzących na mnie warzyw i głodową porcją ryżu, z niejaką nienawiścią patrzyłam na chudego męża pochłaniającego pełen talerz. Przetrwałam tak dwa dni.

Na Zielonym Zagonku przeczytałam zdanie, które szalenie mi się spodobało. Nie pamiętam dokładnie całego, ale sens był taki, że mój dom jest nastawiony na wytwarzanie, nie na konsumpcję. Z tą myślą przetworzyliśmy z mężem z tonę jabłek „na zimę”. Po tej kilkugodzinnej harówie patrzyliśmy z zadowoleniem na litrowe słoje pełne startych jabłek, robiąc soczyste plany. Z chwilą, gdy chcieliśmy wcielić je w życie, okazało się, że jabłka w słoikach sfermentowały. Wszystkie. Wściekli, wyrzuciliśmy zawartość kurom. Jedyną pociechą był fakt, że jabłkami nacieszą się inne stworzenia.

Wytwarzanie własnych, zdrowych słodyczy -  to był kolejny punkt. Słodycze są moją wielką słabością – muszę wręcz stosować autosugestie, by o nich nie myśleć. No, ale i tu jest wyjście: zaczęliśmy robić ciasteczka - owsiane zlepki z rodzynkami, żurawiną i orzechami. Na szczęście i tym razem kury okazały się mało wybredne.

Dla kobiety nic nie odbija się tak minimalistycznym echem jak puste wnętrze szafy. Idąc nowym nurtem, a posiadając już trochę doświadczenia, postanowiłam zrobić eksperyment: zostawiłam sobie dokładnie tyle ubrań, ile radziła lata temu jakaś chrześcijanka z Kalifornii. Stwierdziła, że wszystkiego ma tylko po dwie sztuki i każdemu powinno to wystarczyć. Czyli: 2 podkoszulki, 2 bluzki z długim rękawem, 2 pary spodni, 1 sweter. Najwięcej czasu zajęło mi wybieranie co zostawić, a co spakować i tymczasowo schować do walizki. Trudno było mi wybrać jakiekolwiek ubranie. Kiedy to nastąpiło, zaczęłam funkcjonować w tym rytmie. Niestety, szybko przyszło otrzeźwienie, że południe Polski z południem USA ma niewiele wspólnego.

Zarzuciłam wszystkie te pomysły, zastanawiając się jak ten minimalizm ma niby wyglądać? W międzyczasie żyłam sobie po swojemu, wszędzie, lato czy zima, przemieszczając się na rowerze. Siałam kiełki rzodkiewki i rzeżuchy, dodając je do niemal każdej potrawy. Po 15 maja wysiewaliśmy do ziemi przyszłe plony. Od samego początku nie posiadaliśmy w domu firanek, zasłon, obrusów, serwetek, dywanów. Latem i jesienią żyliśmy głównie wegetariańsko, sukcesywnie spożywając warzywa i owoce z naszego ogrodu. Na bieżąco je również mroziłam. Nie marnowało się nic, bo albo zostawało na drugi dzień, albo korzystały wspomniane kury. Plonami dzieliliśmy się też w ramach wymiany z teściami, a babci zanosiliśmy to, czego nie miała. Wieczorami grywaliśmy często w gry planszowe, godzinami rozmawialiśmy albo godzinami milczeliśmy, siedząc w zupełnym mroku przy lesie na leżakach i obserwując nocny świat.

Z czasem, gdy otworzyłam tę samą szafę pełną ubrań, doszłam do wniosku, że chodzę w zaledwie kilku ulubionych ciuchach - połowę oddałam potrzebującym, zużyte wyrzuciłam, resztę schowałam. Da się żyć.

Mój największy i początkowo nieuświadomiony minimalizm nastąpił w sferze….informacyjnej. Odkąd nie mam telewizora, to jest od roku 2007, połowa problemu rozwiązała się sama. Plotki kompletnie mnie nie interesują, więc odpadła druga połowa z przeładowaniem informacjami. Mimo, że nie nazwałabym mojego stylu życia minimalistycznym, to ilekroć przychodzi ktoś „cywilizowany” i odkrywa, że nie mamy telewizji, mówi : Żyjecie tu jak w buszu!

Na hasło, że nie mamy kredytu hipotecznego i że NAPRAWDĘ wolimy mieszkać w jednym domu z teściami, ludzie nadziwić się nie mogą, sugerując tylko, żebyśmy mieli się na baczności, bo z teściami (teściową zwłaszcza) to różnie bywa.

Nie dążąc do wypełniania społecznych schematów (jak choćby ten z osobnym mieszkaniem, czyli kredytem, czy też byciem na bieżąco ze wszystkimi możliwymi informacjami) okazało się, że mam święty spokój :) Można to nazwać efektem ubocznym, a jednocześnie największym "dobrem", jakie zyskałam (a może wytworzyło się samo?) na mojej drodze do "minimalizmu".




 

Iwona

 

Więcej tekstów Iwony znajdziecie na jej blogu Motyw kobiety.
Inne teksty z tego cyklu:
Moja historia: POTRZEBUJĘ ŚWIADKÓW
Moja historia: ZIARNO MINIMALIZMU

Jałmużna

Tytułowa jałmużna wraz z postem i modlitwą tworzą "trójbój" do dobrego przeżycia Wielkiego Postu i przygotowania się na tajemnicę Wielkiej Nocy.
Bardzo często utożsamiana jest z dawaniem pieniędzy, niekiedy z dziesięciną

Ostatnio usłyszałem, by nie było to tylko i wyłącznie dawanie pieniędzy, i to najczęściej tych, których nam zbywa, ale dawanie siebie, poświęcenie uwagi komuś, poświęcenie czasu też sobie!
Nie zawsze pieniądze są ważne i konieczne. Może to będzie godzina w hospicjum, odwiedzenie kogoś samotnego, dodatkowy czas z rodziną? Niematerialna pomoc, nieprzeliczona na monety czy banknoty. Czas dla siebie, aby trochę zgłębić własną duszę....

"Hojnie siejesz, hojnie zbierasz" - łatwo zagłuszyć sumienie wrzuconą kwotą do puszki, ale czy to tylko o to chodzi?

 

Starość - wiek poprodukcyjny czy czwarty etap?

Krótki cytat z książki Marzeny Florkowskiej "Ojciec Piotr. Benedyktyn, kameduła, rekluz" - biografii ojca Piotra Roztworowskiego, uchodzącego za największą postać życia monastycznego w Europie końca XX w.:

"Lubił też [ojciec Piotr] powtarzać, że nasza cywilizacja chrześcijańska wydała taką koncepcję człowieka, która dzieli życie na przygotowanie do zawodu, zawód i emeryturę. Wiek przedprodukcyjny, produkcyjny i poprodukcyjny. 
Zdaniem ojca Piotra pod tym względem więcej mądrości wykazują hindusi, którzy dzielą życie ludzkie na cztery etapy. I etap - do dwudziestego drugiego roku życia - przygotowanie  do ofiary. II etap to jest ta właściwa ofiara, zaangażowanie w życie. A  potem III etap, kiedy się ujrzy twarz wnuka, około czterdziestego piątego roku życia, człowiek idzie do lasu, ażeby rozważyć swoje życie i IV etap - powrót do społeczności jako guru, czyli nauczyciel mądrości. 
Starość nie jest pojęta jako emerytura, jako odejście, jako wiek poprodukcyjny, ale jako dojrzałość wewnętrzna. I ojciec zwracał uwagę na to, że i my tak powinniśmy postrzegać nasze życie."

Dzisiejsza kultura to dyktatura i kult młodości. Aktorzy i celebryci, a w ślad za nimi zwykli zjadacze chleba (których na to stać) niwelują oznaki starzenia się farmakologią i operacjami plastycznymi, natomiast mentalnie odgrywają -na przykładzie płci męskiej- "dużych chłopców" w trampkach i T-shirtach. Starość jest passe i nie wypada o niej publicznie mówić, ani tym bardziej się do niej przyznawać. Wcześniej czy później (w zależności od wieku) warto wziąć sobie do serca słowa Desideraty: "Przyjmij spokojnie co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości".

Do osób starszych wiekiem (choć często młodych duchem) podchodzimy z pobłażaniem, ewentualnie traktujemy ich jako obciążenie systemu emerytalnego, względnie tanią (jeśli nie darmową, mam tu na myśli dziadków) siłę roboczą, jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi (zapominając niekiedy zapytać, czy aby nie mają ciekawszych planów na jesień życia).

Zamiast myśleć o starości i emeryturze jako wieku poprodukcyjnym, swego rodzaju kulturalnym i społecznym getcie, bardziej odpowiada mi przytoczona wyżej koncepcja traktująca życie jako spójny, nieprzerwany proces, składający się z 4 (lub więcej) etapów na drodze zdobywania wewnętrznej dojrzałości. Nie oznacza to niemożności realizowania swoich życiowych pasji. Wręcz przeciwnie: "Ludzie, którzy przyjmują swoją starość, nie robiąc z niej problemu, są młodsi od tych, którzy chcą za wszelką cenę zachować swoją młodość" - pisał Antoni Kępiński. 

A na koniec, dla przełamania stereotypów na temat "starości", poniżej dwa piękne (choć jakże odmienne) przykłady jej przeżywania:


W wieku 67 lat Doba przepłynął samotnie kajakiem Atlantyk
bijąc rekord najdłuższej trasy kajakarskiej na otwartych wodach.







Dodano 25.02



Pranie w nowojorskim stylu

Niebawem minie 10 lat odkąd mieszkam bez stałego adresu. Przez ten cały czas nie posiadam własnej pralki. Czemu? Bo jest to sprzęt na tyle ciężki, że postrzegam go raczej jako raczej część wyposażenia domu niż osobistego dobytku... Nikt z moich często przeprowadzających się znajomych również pralki nie posiada. Zdają się potwierdzać moje spostrzeżenia.
W praktyce oznacza to jednak jeżdżenie z praniem do znajomych lub rodziny. Dźwiganie torby z praniem zimą to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej, a dwa cykle prania zabierały mi praktycznie cały dzień.

źródło
Jako mała dziewczynka, niczym Jason Hunt, bardzo chciałam mieszkać w Nowym Jorku. Wyobrażałam sobie jak kupuję kawę tuż pod domem, a pranie robię w piwnicy w pralkach na żetony... Zanim dorosłam zdążyłam oczywiście zmienić zdanie. Jednak to właśnie nowojorczycy wielokrotnie inspirują mnie w zmniejszaniu mojego dobytku, gdyż dla nich częste przeprowadzki to również chleb powszedni.

Okazuje się, że te, widywane przez nas często w filmach, pralnie samoobsługowe nie są tak wygodne jak mogłoby się zdawać. Często mieszczą się nawet 10 minut od domu, nie są otwarte całą dobę i nierzadko trzeba pilnować w nich prania. Bywa, że nie ma gdzie usiąść, a koszt to często 3$. Skoro dla nowojorczyków to drogo, to czy powinnam z łatwością wydawać tyle w warszawskich pralniach?

źródło
Z powyższych powodów wiele osób w Nowym Yorku jest w stanie zapłacić dużo więcej za mieszkanie wyposażone w pralkę, szczególnie mając małe dzieci. Jest jednak jeszcze inne rozwiązanie... Ostatnimi czasy furorę robią tam tak zwane przenośne pralki.

Przyznaję, że najbardziej popularne modele wielkością przypominają konwencjonalne pralki, wiele osób jednak korzysta z ich mniejszych wersji opartych na tym samym mechanizmie. Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Aktualnie pranie robię u właścicieli domu, który wynajmuję. Wystarczy, że przejdę na drugą stronę podwórka. Problem w tym, że mieszkam na wsi z krwi i kości, a sama jestem typowym mieszczuchem, czyli oni kładą się spać z kurami, a ja wtedy, gdy zamykają puby ;). Często zdumiewa mnie, że po godzinie 16-ej ulice są tu puste. Wspomnianych właścicieli zimą lepiej nie odwiedzać po godzinie 14-ej. W niedzielę prania robić nie wypada, a w sobotę ciężko wstać przed południem. Po kilku wcześniejszych pobudkach postanowiłam przetestować jeden z tych wynalazków...
źródło

Jak działa taka pralka? Prawie tak samo jak stara dobra Frania, czyli jest to wiaderko z mieszadełkiem na dnie, które zalewa się wodą z detergentem, wrzuca pranie i uruchamia. Kolejnym etapem jest spuszczenie wody za pomocą rurki zamontowanej z boku i ponowne zalanie wodą, by ubrania wypłukały się z detergentu. Na koniec należy przełożyć pranie do elementu odwirowującego, jako że modele marki Haier, które tej czynności nie wymagają, jeszcze do Polski nie dotarły... Konstrukcja wirówki przypomina... suszarkę do sałaty :) Każdy, kto kiedykolwiek ją testował, wie, ile wody to urządzonko potrafi wydobyć z pozoru odsączonej sałaty...
Jeden z właścicieli modelu marki laundry Alternative wrzuca do niego pranie nawet po odwirowaniu w konwencjonalnej pralce (i nie mam tu na myśli jakiegoś starego modelu), bo dzięki temu pozbywa się dodatkowej ilości wody.

Jak to maleństwo radzi sobie z praniem? Tu miałam największe obawy. Jako że należę do pokolenia, które Frani w akcji nie widziało na oczy, moje obawy rozwiał test przeprowadzony na ubraniach roboczych mechanika samochodowego. Podobno daje radę lepiej niż konwencjonalny automat...



Nawet gdybym miała łatwy dostęp do olbrzyma marki Haier czy Magic Chef, to jest on dla mnie zbyt duży, by się z nim przeprowadzać. Decydując się na wersję kompaktową liczę się z faktem, że większe gabarytowo rzeczy, jak kurtka zimowa czy śpiwór, będę musiała uprać gdzieś indziej. Jeżdżenie z takimi rzeczami dwa razy do roku jeszcze da się przeżyć.

Fajny jest przy tym aspekt ekologiczny. Ciepła woda w moim domu powstaje jako skutek uboczny ogrzewania i nie jest sporadycznie wykorzystywana. Mając możliwość użyć jej do prania nie muszę korzystać w ten sposób z energii elektrycznej. Trochę gorzej sprawa ma się w przypadku ilości zużywanej wody. Odkąd standardem na rynku stały się pralki bardzo oszczędne w tym zakresie, ich zasadnicza rola, czyli pranie, przestało być dla mnie zadowalające. Zdarzało mi się wyjmować ubrania niedoprane lub źle wypłukane nawet przy programie intensywnym. Zasadniczo standardem dla mnie jest uruchamianie dodatkowego trybu dla niemowląt/alergików. Pralka wirnikowa po prostu wymaga, by ubrania w niej pływały. W ten sposób wypełniacze stosowane w proszkach trafiają do kanalizacji, a nie zostają na ubraniach. Dla porównania proszki stosowane profesjonalnie dozuje się w ilości jednej łyżeczki na pranie. W wersji dla konsumentów reszta to rożnego rodzaju sole i chlorki. Wiele osób stosuje w tego typu pralkach płatki mydlane, co ponoć jest niebezpieczne dla automatów. Wiecie coś o tym? Spodziewam się także, że ubrania będą się mniej niszczyć. Tak na logikę mniej uszkodzeń powoduje swobodne pływanie w wodzie niż pocieranie o siebie mokrych tkanin...

Taka pralka jest lekka niczym plastikowe wiaderko i zajmuje podobną ilość miejsca. Zawsze można wykorzystać ją jako brudownik, dzięki czemu nie będzie tak bardzo zabierać przestrzeni.

Co o tym myślicie? Używaliście kiedyś czegoś takiego?

Przyjemności życia "po polsku"

Poniżej przedstawiam Wam pierwszy na Drodze wpis Iwony. Chciałem serdecznie powitać ją w gronie współautorów!
 
przyjemności życiowe,radość życia,cieszyć się życiem,codzienność,przyjemności dnia codziennego,rutyna,rozwój,rozwój osobisty,hobby,pasjePrzyjemności dnia codziennego nie powinny mieć narodowości, a ja specjalnie napisałam „po polsku”, bo obcując z ludźmi przeróżnych nacji zauważyłam, że my, Polacy, mamy wyjątkową tendencję do samobiczowania, rezygnowania z wszystkiego na rzecz pozornie wyższych celów.

Zarobiony jak Polak
Czy jako Polka/Polak potrafisz wyobrazić sobie, że zasiadasz w domu, w ciągu tygodnia do kolacji z bliską osobą, sączycie pomału wino, być może nawet w blasku wielu świec? Taka sceneria kojarzy się z rocznicą albo świętowaniem awansu, prawda? Tymczasem dla wielu Francuzów to … o ile nie codzienność, to sprawa naturalna, którą należy celebrować z okazji kolejnego, spokojnego wieczoru.
Czytając to niejeden z Was przewróci oczami, mając przed oczami swój napięty terminarz i listę wydatków. Skąd brać na te fanaberie czas i środki? Już tłumaczę:

Czas to kwestia umowna. Jeśli NAPRAWDĘ chcesz coś zrobić, co daje Ci radość, odprężenie, co jest Twoim hobby, znajdziesz czas.
Rzeczą, którą bardzo lubię robić, jest pisanie listów i e-maili do znajomych mi osób. Jest to również czytanie książek, robienie kartek okolicznościowych, uczenie się języków obcych, buszowanie po pobliskim lesie, słuchanie muzyki, oglądanie filmów, aktorstwo, pisanie książki, pisanie bloga. No i weź tu, człowieku, znajdź czas na to wszystko!

Czas goni nas
Jak to robię? Piątki zarezerwowałam na odpowiadanie na listy i e-maile. I część weekendu często też. To dla mnie prawdziwa przyjemność i mam czas, by się zastanowić nad tym, co wydarzyło się w ciągu tygodnia, o czym chciałabym napisać, przemyśleć wiadomości, które dostałam, ustosunkować się do nich : – )
Prawie codziennie wieczorem, najczęściej już w łóżku, czytam kilka/kilkanaście kartek książki. Dwa-trzy razy w tygodniu piszę książkę.
Aktorstwo…. Tu problem sam się rozwiązuje, bo dni i godziny prób są odgórnie narzucone. Po prostu zjawiam się i cieszę się tym czasem.
Kartki – zwykle zakładam, że wtorki i środy to dni na tę przyjemność.
Muzyka – wystarczy dosłownie 15 minut każdego dnia, by skutecznie poprawić (jak ja to mówię : podprawić, bo poprawiony mam cały czas) sobie nastrój.
Film – jeśli lubisz filmy tak jak ja, wyznacz sobie np. 1-2 dni w tygodniu (zakładam, że będzie to weekend…) i czekaj na ten seans!

Wszystko kosztuje!
Nie tak do końca. Z wielu rzeczy, które wymieniłam powyżej, nakład finansowy jest minimalny lub żaden. Prawda, że nie musisz iść do kina, zapłacić 30 zł za bilet + cola i popcorn?! Chyba, że właśnie jest to czymś, co uwielbiasz robić. Dla mnie taką inwestycją są zajęcia aktorskie.

Co ja z tego będę mieć?!
Tak się składa, że to moje aktorskie hobby często jest komentowane w ten sposób: Co ja z tego będę mieć?! Nie ukrywam, sama miałam większe wątpliwości z zapisaniem się na te zajęcia niż przy kupnie zestawu papieru kolorowego. Wtedy mój mąż zapytał „Chodziłabyś na nie, gdyby były za darmo?” Ja na to, że tak. On wtedy odparł: „To wyobraź sobie, że są za darmo”.
I sprawa załatwiona.

 Ale wiem, że o wiele więcej osób chodziłoby na nie, gdyby się przedwcześnie nie zestarzeli. Nie chodziło o pieniądze, ani o czas! Chodziło o to, że wiek 28-35 lat + zajęcia aktorskie brzmiały zbyt niepoważnie, by ci ludzie zdecydowali się spełnić swoje marzenie, które przez lata gdzieś tam z tyłu głowy mieli. W końcu szef im za to podwyżki nie da (chociaż uważam, że w przypadku np. przedstawiciela handlowego, umiejętności aktorskie przyniosłyby niewymierne korzyści! : -D), więc wolą wybrać się na kurs języka chińskiego czy NLP, to znaczy coś PRAKTYCZNEGO, dzięki czemu firma, dla której pracują, zarobi jeszcze więcej, a oni samą będą jeszcze wydajniejsi dla swojej firmy.

Liczy się rozwój
Czasem wymiotować mi się chce, gdy raz po raz słyszę to określenie, że trzeba się rozwijać, że rozwój, że coś tam. I wcale nie zbierałoby mi się na wymioty, gdyby hasło „rozwój” nie kryło w sobie tagów: praca, firma, EFE-KTY-WNOŚĆ! Ludzie, rozwój nie działa jedynie na polu zawodowym!

Rozwój to cała Twoja osoba, to Twoje marzenia, higiena duchowa.
Zdaje się, że człowiek żyje takim rozwojem do wieku około 20 lat, później przechodzi na tryb przydatności zawodowej czy rodzicielskiej i niczego poza tym. Żyje dla nieznajomych i często nielubianych przez niego osób (np. szef), a to, co go tak naprawdę tworzy (pasje, hobby, wartości życiowe, pozytywne cechy charakteru, mocne strony w życiu społecznym), wywala, zakopuje, grzebie.

Już nawet określamy się przez pryzmat pracy. Staram się tego unikać.
Zauważyłeś? Na hasło „Powiedz coś o sobie”, człowiek mówi: „Nazywam się Monika, mam 28 lat, jestem księgową”. I tyle. Praca zaczęła określać człowieka w 100%.
Ja często mówię: „Nazywam się Iwona, moją pasją jest pisanie….” – czasem trzeba się przełamać. Ale spróbuj najpierw powiedzieć to do lustra, albo do kogoś bliskiego : – )
Tak, odsłaniasz siebie. Ale jeśli masz zasłaniać prawdę o sobie, to chyba najlepiej już dziś położyć się do trumny i czekać na śmierć.

Znajdź czas dla siebie i dla swojego życia wewnętrznego. To JEST WAŻNE.  Tym jesteś.
Zostałeś stworzony przez Kreatywistę tak oryginalnego, że szkoda, byś odszedł z tego świata jako kolejna kopia.

Iwona